Serial o Heweliuszu, tym razem w radiu

Dziennikarka radiowej Trójki Anna Dudzińska powiedziała, że w audioserialu „12 000 dni: katastrofa promu Jan Heweliusz”, którego jest współautorką, twórcy chcieli oddać głos osobom, które dotychczas nie opowiedziały o swojej traumie związaną z katastrofą promu.

Produkcja radiowej Trójki nie wyjaśnia przyczyn katastrofy promu „Jan Heweliusz”, ale przedstawia historie ludzi z nią związanych

.Autorami podcastu „12 000 dni: katastrofa promu Jan Heweliusz” są reporterzy radiowej Trójki Anna Dudzińska (laureatka wielu nagród, zwyciężczyni tegorocznej 7. edycji Nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego w kategorii audio za sześcioodcinkowy audioserial „Saamowie. Wyrzut sumienia Skandynawii”) oraz Michał Matus.

W rozmowie z mediami Anna Dudzińska wyznała, że produkcja radiowej Trójki nie wyjaśnia przyczyn katastrofy promu „Jan Heweliusz”, ale przedstawia historie ludzi z nią związanych. Autorzy podcastu postanowili przyjrzeć się wydarzeniom ze stycznia 1993 r. poprzez emocje i wspomnienia uczestników tamtych zdarzeń – rodzin ofiar, ocalałych z katastrofy marynarzy oraz ich bliskich.

– Było dla mnie oczywiste, że chcę opowiedzieć tę historię właśnie poprzez rozmowy. Jednak nie tylko z tymi, którzy już opowiadali o swoich doświadczeniach. Chcieliśmy rzucić światło radiowego i reporterskiego reflektora na osoby, które dotychczas nie opowiedziały o swojej traumie – zaznaczyła Anna Dudzińska.

Autorzy w swoim audioserialu podjęli również nieobecny wcześniej w polskich mediach wątek szwedzki. Po drugiej stronie Bałtyku odnaleźli rodzinę szwedzkiego kierowcy ciężarówki – Bo Karlssona – który tamtej styczniowej nocy jako ostatni wjechał na prom. Także w Szwecji trafili na ślad Agnieszki – wówczas 11-letniej dziewczynki, która w katastrofie promu straciła całą rodzinę, w tym 4-letnią siostrę. Jej historia zamyka opowieść – Agnieszka jest bohaterką ostatniego odcinka z serii.

Podczas pracy Agnieszka Dudzińska i Matus zgromadzili ponad 50 godzin nagrań. – Dokonaliśmy selekcji materiału, proces ten był wielostopniowy. Musieliśmy być konsekwentni w tym, co chcemy przekazać, aby słuchacz nie był zagubiony. Musieliśmy więc czasem usuwać rzeczy, które były bardzo ciekawe, ale nie prowadziły ku temu, o czym chcieliśmy opowiadać – powiedziała.

Agnieszka Dudzińska wyznała także, że podczas pracy niejednokrotnie zdecydowali się wyłączyć sprzęt, ponieważ uznali, że to, co słyszą, powinno zostać tylko pomiędzy nimi a ich rozmówcą. – Już tylko w nas będzie to, co wtedy usłyszeliśmy – dodała.

Reportażystka zaznaczyła, że w audioserialu nie znalazło się też nagranie głosu kapitana Andrzeja Ułasiewicza. – Podczas rozmowy z wdową po nim, Jolantą Ułasiewicz, usłyszeliśmy nagranie głosu kapitana. W Szwecji kupił kamerę, którą filmował m.in. swoją żonę i córkę; lubił rejestrować rzeczywistość. A my zobaczyliśmy fragment tych materiałów. To są zresztą nagrania, na których Borys Szyc uczył się swojej roli w serialu Jana Holoubka – powiedziała.

Zaznaczyła, że dla radiowca dostęp do głosu kapitana Ułasiewicza – i to nie tego powszechnie znanego, który mówi „Mayday, mayday, mayday” – mógł być osią całej opowieści. – Głos to skarb. Wyobraziłam nawet sobie to tak, że na początku nie znamy jego głosu, a potem go poznajemy. Mieliśmy jednak z Michałem przeczucie, że jest to bardzo intymne, że potrzebujemy zgody na wykorzystanie tych nagrań. Zapytałam Agnieszkę Chojkę, córkę pana kapitana, co ona i jej matka myślą o użyciu tych taśm. Poprosiły nas, żeby tego nie robić, ponieważ chcą zachować tę prywatność dla siebie – wyjasniła.

Anna Dudzińska podkreśliła także, że chociaż jest reportażystką radiową, bardzo podoba jej się forma audioserialu. – To rozszerzenie możliwości. Pozwala myśleć o materiale i rozmowach w kompletnie odmienny sposób niż długość jednego odcinka. Inaczej musi zostać także rozłożona dramaturgia, która musi przeplatać się przez całą serię. To wspaniałe wyzwanie dla reportażystów radiowych – powiedziała.

Podkreśliła także, że w tworzonych przez nią opowieściach wartstwa dźwięku tworzy osobny kosmos. – Jeśli opowiadamy dźwiękiem o świecie, musimy ten dźwięk wykorzystać. Zawsze próbuję tę metaforę odbić w dźwięku. I to nie jest tylko kwestia tego, że nagrywam np. ulicę. W przypadku audioserialu o Heweliuszu, dźwiękowe metafory są z innego porządku. To mogą być koty i psy przeszkadzające rozmówcom, którzy nie potrafią mówić o swojej traumie. Albo szukamy wiatru, którego ktoś się może bać. I on nie występuje tylko jako dźwiękowy efekt, właściwie nawet takiego efektu nie ma. On występuje jako metafora – wyjaśniła.

– To, co dla mnie najważniejsze w opowieści Ani i Michała, kryje się w jej formie. To przypomnienie o tym, jak ważne jest słuchanie i szacunek dla drugiego człowieka – powiedziała Agnieszka Szydłowska, dyrektor-redaktor naczelna Programu 3 Polskiego Radia, dodając, że jest to dziennikarstwo najwyższej próby.

Audioserial „12 000 dni” liczy 5 odcinków

.Podcast powstał przy współpracy Zuzanny Olbinskiej. Oryginalną muzykę do audioserialu opracował Mariusz Ostański, realizacji dźwięku podjęli się Michał Czajkowski i Jacek Kurkowski. W produkcji wykorzystano również archiwa Polskiego Radia i Radia Szczecin.

Całość liczy pięć odcinków – „Dzień, w którym przewrócił się prom”, „Historia wdów”, „Dom, dzieci, półka”, „A On nadal jest” i „Kamień”. Są one dostępne na stronie Polskiego Radia, na platformach podcastowych i YouTube. Nowe odcinki są też emitowane na antenie Trójki w środy o godz. 23 w audycji „Ludzie”.

Audioserial „12 000 dni” powstał dzięki wsparciu finansowemu Netflixa, serwis nie jest jednak jego producentem, ani nie ingerował w treść. Polskie Radio wyprodukowało również podcast „Heweliusz. Prawdziwa historia” Romana Czejarka.

Prom kolejowo-samochodowy „Jan Heweliusz” został zbudowany w 1977 r. w stoczni Trosvik w Norwegii. Prom przed zatonięciem miał kilkadziesiąt wypadków, a w 1986 r. na jego pokładzie wybuchł pożar. W czasie katastrofy armatorem jednostki była Euroafrica, spółka córka Polskich Linii Oceanicznych.

Zatonięcie „Heweliusza” było największą katastrofą w historii polskiej żeglugi, która wydarzyła się w czasie pokoju. Doszło do niego 14 stycznia 1993 r. w pobliżu niemieckiej wyspy Rugia. Zginęło 55 osób: 35 pasażerów (w tym dwoje dzieci) i 20 członków załogi. Odnaleziono 39 ciał. Uratowano dziewięciu członków załogi. Wrak spoczywa na głębokości około 25 metrów.

Dlaczego zatonął prom Jan Heweliusz?

.Mimo upływu ponad 30 lat katastrofa promu „Jan Heweliusz” nadal budzi emocje. Zastępca dyrektora Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku dr Marcin Westphal przypomina, że jednostka wypłynęła w morze w złym stanie technicznym i przy ekstremalnych warunkach pogodowych.

Prom kolejowo-samochodowy „Jan Heweliusz” został zbudowany w 1977 r. w stoczni Trosvik w Norwegii. Prom przed zatonięciem miał kilkadziesiąt wypadków, a w 1986 r. na jego pokładzie wybuchł pożar. W czasie katastrofy armatorem jednostki była Euroafrica, spółka córka Polskich Linii Oceanicznych. Zatonięcie „Heweliusza” było największą katastrofą w historii polskiej żeglugi, która wydarzyła się w czasie pokoju. Doszło do niego 14 stycznia 1993 r. w pobliżu niemieckiej wyspy Rugia. Zginęło 55 osób: 35 pasażerów (w tym dwoje dzieci) i 20 członków załogi. Odnaleziono 39 ciał. Uratowano dziewięciu członków załogi. Wrak spoczywa na głębokości około 25 metrów.

„Jan Heweliusz” był promem samochodowo-kolejowym, skonstruowanym w 1977 roku w Norwegii na zamówienie Polskich Linii Oceanicznych. Jednostka otrzymała imię Jana Heweliusza (1611-1687), gdańskiego astronoma, browarnika, rajcy miejskiego i jednego z najwybitniejszych uczonych XVII wieku. Wybór patrona wpisywał się w tradycję Polskich Linii Oceanicznych, które nadawały swoim statkom imiona wybitnych Polaków. W tym przypadku miał symbolizować także precyzję, wiedzę i związek z Gdańskiem – miastem Heweliusza i portem macierzystym armatora. Jednak Heweliusz nie okazał się szczęśliwym patronem. Od niemal samego początku statkowi przytrafiały się wypadki i awarie. W 1979 roku, zaledwie dwa lata po wodowaniu, prom uderzył w nabrzeże w Świnoujściu. Trzy lata później zderzył się z duńskim promem „Stena Nordica” i, choć nikt wtedy nie zginął, statek wymagał poważnych napraw. W 1986 roku „Heweliusz” wszedł na mieliznę w pobliżu szwedzkiego Ystad, a rok później, podczas sztormu, zerwały się łańcuchy kotwiczne, prom dryfował po porcie i uderzył w nabrzeże.

Przez 15 lat specjaliści od transportu morskiego odnotowali około trzydziestu incydentów z udziałem promu. Z każdym z nich narastały problemy techniczne jednostki oraz napływały nieoficjalne skargi załogi. Zaledwie cztery dni przed ostatnim rejsem, podczas manewrów w porcie Ystad, uszkodzono rufową bramę załadunkową – kluczowy element chroniący pokład samochodowy przed zalaniem. Kapitan Ułasiewicz miał próbować odwołać rejs, wnioskując o wycofanie promu z eksploatacji, lecz armator nakazał tylko prowizoryczne uszczelnienie bramy.

Z zewnątrz jednak nic nie zdradzało tych kłopotów. „Jan Heweliusz” wciąż wyglądał solidnie, wręcz dumnie, można mu było zaufać. Nie była to jednostka imponujących rozmiarów – jak pisał reporter „Gazety Wyborczej” Adam Zadworny – „długość całkowita 120 metrów, szerokość 17 metrów, wysokość 26 metrów, nośność 2035 ton. Był więc o połowę mniejszy od Titanica”. Choć „kiedy stało się pod nim w porcie, biały statek z wielkim napisem Świnoujście-Ystad na burcie sprawiał wrażenie kolosa”.

13 stycznia 1993 roku prom „Jan Heweliusz” wypłynął ze Świnoujścia i skierował się w stronę Ystad. Był to jego 5087 rejs. Samochody i wagony zostały zabezpieczone zgodnie z ówczesnymi przepisami w przeznaczonych do tego miejscach, a pasażerowie rozeszli się do kajut. Każdy członek załogi miał dokładnie przypisaną rolę i stanowisko, bo – jak wspomina najstarszy z ocalałych, ochmistrz Edward Kurpiel – „Statek to jest drugi dom (…) gdzie się ma masę swoich rzeczy”. Marynarze tworzyli wewnętrzną społeczność, „z którą nie tylko się pracowało, ale spało na tym statku razem, posiłki się jadło i była tak jakby druga rodzina”.

Prognozy pogody nie zapowiadały tragedii. Jak zauważa Zadworny, były „typowe jak na tę porę roku”. Tylko angielska stacja meteorologiczna ostrzegała przed huraganem „pędzącym znad Kanału La Manche” – i, jak mówił Jerzy Vonau, szef Polskiej Misji Morskiej w Londynie, „można się było zastanowić, czy w tych warunkach wyjść w morze”.

Z nadejściem nocy zapadła cisza. Na pokładzie pozostali tylko ci, którzy pełnili wachtę, czuwając nad bezpieczeństwem jednostki. Od północy wiatr zaczął niepokojąco narastać, ale ustalenie tego, co się dokładnie działo, jest dzisiaj już niemożliwe. Co więcej, nawet tuż po samym wypadku wersje świadków znacząco różniły się od siebie. Najprawdopodobniej dopiero po godzinie 2 w nocy sztorm przetoczył się przez Morze Bałtyckie. Wiatr osiągał siłę 12 stopni w skali Beauforta, wiał z prędkością dochodzącą do 160 km/h, fale sięgały 5 metrów. Prom tracił stabilność, zmniejszono więc prędkość, co spowodowało trudności w sterowaniu. Załoga, walcząc o utrzymanie kursu, podjęła desperacką decyzję. Wbrew procedurom napełniono boczne zbiorniki balastowe w nadziei na zwiększenie stateczności. Decyzja okazała się brzemienna w skutkach. Zamiast ustabilizować prom, masa wody w zbiornikach przesunęła środek ciężkości w stronę, na którą „Jan Heweliusz” już się przechylał.

Około godziny 4:00 huraganowy wiatr uderzył w bok statku, powodując gwałtowny przechył. Kapitan Andrzej Ułasiewicz próbował ustawić dziób promu pod wiatr, ale podmuchy były zbyt silne. Jednostka chwiała się coraz bardziej, a ładunek – ciężarówki i wagony – zaczął się przesuwać, zrywając mocowania. Równocześnie na pokład samochodowy zaczęła wdzierać się woda przez nieszczelną bramę rufową.

Tekst na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/pepites/dlaczego-zatonal-prom-jan-heweliusz/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 3 grudnia 2025