Założyciel Reporterów bez Granic oskarża własną organizację o zdradę ideałów

Debata o granicach wolności słowa przed wyborami prezydenckimi we Francji wchodzi w nowy etap. Jeszcze kilka dni temu głównym przedmiotem sporu był raport francuskiego Senatu dotyczący regulacji informacji w przestrzeni cyfrowej oraz propozycja utworzenia „Niezależnego Obserwatorium ds. Dezinformacji”. Teraz dyskusja nabrała zupełnie innego wymiaru za sprawą Roberta Ménarda – współzałożyciela organizacji Reporterzy bez Granic (RSF), który na łamach „Le Figaro” oskarżył stworzoną przez siebie organizację o odejście od ideałów, dla których została powołana.
.Komentarz Roberta Ménarda wpisuje się w szerszą debatę o granicach walki z dezinformacją we Francji. W ostatnich tygodniach na łamach „Le Figaro” podobne obawy wyrażali również inni autorzy, wskazując, że proponowane rozwiązania mogą prowadzić do stopniowego ograniczania swobody debaty publicznej. Temat ten został już szeroko przedstawiony w publikowanej przez nas analizie „Czy Emmanuel Macron chce kontrolować debatę publiczną we Francji?”, poświęconej raportowi Senatu oraz planowanym zmianom w zakresie regulacji informacji.
Człowiek, który współtworzył Reporterów bez Granic
Robert Ménard nie jest zewnętrznym komentatorem francuskiego życia publicznego. W 1985 r. wraz z trzema innymi dziennikarzami współtworzył organizację Reporterzy bez Granic, a przez ponad dwadzieścia trzy lata pełnił funkcję jej sekretarza generalnego. To właśnie w tym okresie RSF zdobyła międzynarodową renomę jako jedna z najważniejszych organizacji broniących dziennikarzy prześladowanych przez autorytarne reżimy, walczących z cenzurą i domagających się uwolnienia więzionych reporterów.
Dlatego właśnie jego obecny głos wywołał we Francji tak duże zainteresowanie. Ménard nie krytykuje bowiem organizacji z pozycji politycznego przeciwnika, lecz jako jeden z jej twórców. Zarzuca jej odejście od pierwotnej misji i skupienie się na sporach ideologicznych toczących się we Francji, zamiast na obronie dziennikarzy prześladowanych przez autorytarne państwa.
„To zdrada ducha, w którym powstała organizacja”
Najmocniejszy fragment komentarza dotyczy właśnie Reporterów bez Granic. Zdaniem Roberta Ménarda organizacja, która miała bronić wolności prasy przed prawdziwą cenzurą, coraz częściej angażuje się w działania mające wpływać na granice dopuszczalnej debaty publicznej.
Autor przypomina, że w skład planowanego Obserwatorium ds. Dezinformacji mają wejść organizacje posiadające odpowiednie uprawnienia i akredytacje. Nie ukrywa, że jedną z nich wyobraża sobie właśnie jako Reporterów bez Granic. Następnie stawia bardzo poważny zarzut: jego zdaniem RSF przeszła drogę od obrony dziennikarzy prześladowanych przez dyktatury do wspierania modelu, w którym określone środowiska eksperckie i organizacje społeczne współdecydują o granicach dopuszczalnej debaty.
„Organizacja ta, podobnie jak wiele innych, przeszła drogę od obrony dziennikarzy prześladowanych przez prawdziwych dyktatorów i rzeczywistych cenzorów do walki o narzucenie jedynie słusznego sposobu myślenia, ubranego w barwy nowej lewicy, próbującej dyktować zasady debaty na uniwersytetach – i to nie tylko w Stanach Zjednoczonych” – oskarża.
Ménard jako przykład podaje działania prowadzone wobec telewizji CNews. Wymienia kierowane do regulatora Arcom skargi, analizowanie treści programów oraz zarzuty dotyczące pluralizmu. Według autora oznacza to zasadniczą zmianę charakteru organizacji, która – w jego ocenie – zamiast koncentrować się na obronie prześladowanych dziennikarzy, angażuje się w wewnętrzne spory polityczne i medialne we Francji.
Raport Senatu stał się katalizatorem sporu
Komentarz Ménarda pojawił się bezpośrednio po publikacji raportu Senatu dotyczącego regulacji informacji w przestrzeni cyfrowej. Dokument proponuje między innymi utworzenie Obserwatorium ds. Dezinformacji oraz rozwija pojęcie „ingerencji wewnętrznych”, które – zdaniem krytyków – pozostaje bardzo szerokie i nieprecyzyjne. Zwolennicy raportu argumentują, że nowe rozwiązania mają lepiej chronić demokrację przed manipulacją informacyjną i operacjami wpływu. Krytycy odpowiadają, że niejasne definicje mogą prowadzić do objęcia kontrolą również legalnych opinii i działalności publicystycznej.
Zdaniem Ménarda właśnie w tym miejscu pojawia się największe zagrożenie. W jego ocenie państwo nie powinno tworzyć struktur, które – nawet pośrednio – będą wpływać na to, jakie legalne poglądy pozostaną widoczne w przestrzeni publicznej, a jakie zostaną ograniczone przez mechanizmy regulacyjne lub algorytmiczne.
Wolność prasy oznacza prawo do myślenia inaczej
W zakończeniu swojego komentarza dla „Le Figaro” Robert Ménard przypomina, że wolność prasy nie polega na ochronie wyłącznie poglądów uznawanych za poprawne lub akceptowane przez dominujące środowiska polityczne, medialne czy eksperckie. Jego zdaniem demokracja opiera się na możliwości prowadzenia otwartej debaty, także wtedy, gdy przedstawiane opinie budzą sprzeciw lub dyskomfort.
Autor przekonuje, że demokracja nie potrzebuje instytucji wyznaczających granice dopuszczalnego myślenia, lecz wolnych obywateli, pluralizmu opinii i stosowania obowiązującego prawa. W tym kontekście przypomina francuską ustawę prasową z 1881 r., która – jego zdaniem – nadal stanowi wystarczającą podstawę ochrony wolności słowa i odpowiedzialności mediów.
Komentarz Roberta Ménarda pokazuje, że spór dotyczący regulacji informacji we Francji wykracza dziś daleko poza bieżącą politykę. Obejmuje również fundamentalne pytania o rolę organizacji broniących wolności mediów, granice ingerencji państwa w debatę publiczną oraz sposób, w jaki współczesne demokracje próbują godzić walkę z dezinformacją z ochroną swobody wypowiedzi. Szczególną wagę tej dyskusji nadaje fakt, że jedną z najostrzejszych krytyk Reporterów bez Granic formułuje człowiek, który przed czterdziestu laty współtworzył tę organizację jako symbol walki z cenzurą.
Arkadiusz Jordan
Paryż





