Zamachy, które zmieniły USA. Inwazja na Iran to dalekie echo World Trade Center [Michał KŁOSOWSKI]

Pamiętny 11 września zmienił wszystko. Zamachy na World Trade Center sprawił, że zmieniła się Ameryka i zmienił się świat. A od 7 października 2001 roku – dnia, w którym nad Afganistanem pojawiły się pierwsze, amerykańskie bomby – świat wszedł w epokę, którą można nazwać czasem niekończącej się wojny.
Zamachy, które zmieniło wszystko
.Zamachy z 11 września stały się dla Stanów Zjednoczonych momentem granicznym: traumą, która przeformułowała politykę zagraniczną największego mocarstwa świata i uruchomiła spiralę interwencji trwającą do dziś. Przez kolejne ćwierćwiecze bowiem Ameryka prowadziła trzy pełnoskalowe wojny, a jej lotnictwo i drony bombardowały co najmniej dziesięć państw: Afganistan, Irak, Jemen, Pakistan, Somalię, Libię, Syrię, Wenezuelę, Nigerię oraz Iran. W wielu przypadkach były to działania powtarzane rok po roku, administracja po administracji, niezależnie od tego, czy w Białym Domu zasiadał republikanin czy demokrata.
Decyzję o rozpoczęciu operacji „Enduring Freedom” podjął prezydent George W. Bush. 7 października 2001 roku Stany Zjednoczone zaatakowały Afganistan, deklarując, że ich celem jest zniszczenie Al-Kaidy i obalenie talibów, którzy udzielili jej schronienia, obwiniani byli także o zamachy na World Trade Center.
Reżim talibów runął w ciągu kilku tygodni. Jednak to, co miało być krótką operacją odwetową, przerodziło się w najdłuższą wojnę w historii Stanów Zjednoczonych. Konflikt trwał 20 lat, obejmując cztery prezydentury. Według projektu „Costs of War” amerykańskiego Uniwersytetu Browna bezpośrednio zginęło około 241 tysięcy osób. Setki tysięcy kolejnych zmarły w wyniku pośrednich skutków wojny: głodu, chorób, zniszczenia systemu ochrony zdrowia. W 2021 roku amerykańskie wojska opuściły Kabul, a Talibowie wrócili do władzy. Obrazy ewakuacji z lotniska stały się symbolem zamknięcia epoki, która kosztowała Waszyngton około 2,26 biliona dolarów i której strategiczny sens pozostaje przedmiotem gorącej debaty.
Bliski Wschód w ogniu
.Dwa lata po rozpoczęciu operacji w Afganistanie administracja prezydenta George’a W. Busha otworzyła drugi front. 20 marca 2003 roku ruszyła inwazja na Irak. Jej uzasadnieniem było istnienie broni masowego rażenia w rękach Saddama Husajna, twierdzenie, które później okazało się bezpodstawne.
1 maja 2003 roku amerykański prezydent ogłosił zakończenie głównych działań bojowych, stojąc na pokładzie lotniskowca USS „Abraham Lincoln” pod transparentem „Mission Accomplished”. Rzeczywistość szybko jednak zweryfikowała tę deklarację. Irak pogrążył się w chaosie, przemocy i walce o władzę. W próżni instytucjonalnej wyrosło tzw. Państwo Islamskie, które kilka lat później ogłosiło kalifat na terytorium Iraku i Syrii. Formalne wycofanie wojsk bojowych zakończono w 2011 roku za prezydentury Baracka Obamy, lecz amerykańska obecność wojskowa w regionie trwała nadal pod hasłem walki z terroryzmem i ograniczania wpływów Iranu.
Równolegle z klasycznymi interwencjami rozwijała się nowa forma prowadzenia konfliktu: wojna zdalna. CIA i siły zbrojne USA prowadziły ataki dronowe w Pakistanie, Jemenie i Somalii, celując w liderów Al-Kaidy oraz powiązane z nią ugrupowania. To właśnie za rządów Baracka Obamy użycie bezzałogowców zostało znacząco rozszerzone. Operacje te rzadko trafiały na pierwsze strony gazet, ale miały wymiar strategiczny i polityczny: wojna stała się mniej widoczna dla amerykańskiej opinii publicznej, bardziej precyzyjna technologicznie lecz przy tym wszystkim bardziej ciągła i śmiercionośna dla społeczności żyjących pod niebem patrolowanym przez drony
Arabska Wiosna
.W 2011 roku, w czasie arabskiej wiosny, Stany Zjednoczone przyłączyły się do operacji NATO w Libii. Celem było ustanowienie strefy zakazu lotów i ochrona cywilów przed siłami Muammara Kaddafiego. Dyktator został obalony i zabity, państwo jednak nie zostało odbudowane. Libia pogrążyła się w długotrwałej niestabilności, podzielona między rywalizujące milicje i ośrodki władzy. Interwencja, która miała zapobiec katastrofie humanitarnej, doprowadziła do chronicznego chaosu.
Od 2014 roku Stany Zjednoczone prowadziły naloty w Syrii, oficjalnie w celu zniszczenia struktur ISIS. W Iraku wspierały lokalne siły w walce z dżihadystami i próbowały ograniczać wpływy Teheranu. W 2020 roku, na polecenie prezydenta Donalda Trumpa, w Bagdadzie zginął irański generał Ghasem Solejmani. Atak ten znacząco podniósł napięcie między Waszyngtonem a Teheranem. Obecna eskalacja – kolejne uderzenia na cele w Iranie – pokazuje, że konflikt, którego korzenie sięgają pierwszych lat po 11 września, wciąż nie został zamknięty.
Według analiz Watson Institute na amerykańskim Uniwersytecie Browna wojny prowadzone przez USA od 2001 roku doprowadziły bezpośrednio do śmierci około 940 tysięcy ludzi w Afganistanie, Iraku, Pakistanie, Syrii, Jemenie i innych regionach. Liczba ta nie obejmuje zgonów pośrednich, a wynikających z głodu, braku opieki medycznej czy rozpadu struktur państwowych.
Koszty wojen a zamachy
.Koszty finansowe są równie oszałamiające. Szacuje się, że Stany Zjednoczone wydały dotąd około 5,8 biliona dolarów na finansowanie konfliktów, wliczając w to budżet Pentagonu, Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego, opiekę nad weteranami i odsetki od zaciągniętych pożyczek. W perspektywie najbliższych 30 lat dodatkowe 2,2 biliona dolarów zostaną przeznaczone na świadczenia dla weteranów. Łącznie daje to około 8 bilionów dolarów.
Od 2001 roku Stany Zjednoczone żyją także w stanie nieustannej mobilizacji, jawnej lub ukrytej. Zmieniały się hasła: „wojna z terroryzmem”, „stabilizacja”, „ochrona demokracji”, „obrona interesów strategicznych”. Nie zmienia się jednak zasadniczy mechanizm: przekonanie, że globalne bezpieczeństwo Ameryki wymaga projekcji siły w niemal każdym zakątku świata, zwłaszcza zaś na Bliskim Wschodzie.
Teraz, gdy ta część świata znów staje w ogniu, powraca jednak pytanie, czy ćwierć wieku interwencji uczyniło świat bezpieczniejszym? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, choć jedno jest pewne: rozpoczęcie wojny jest decyzją polityczną, jej konsekwencje – ludzkie, finansowe i geopolityczne – rozciągają się jednak na pokolenia.
Michał Kłosowski




