Prof. Wojciech POLAK: Wydarzenia 13 i 14 maja 1926 r.

Wydarzenia 13 i 14 maja 1926 r.

Photo of Prof. Wojciech POLAK

Prof. Wojciech POLAK

Profesor nauk humanistycznych związany z Uniwersytetem Mikołaja Kopernika w Toruniu, historyk, nauczyciel akademicki oraz polityk. Członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej.

Siły rządowe zostały rano 13 maja znacznie wzmocnione. Z Wielkopolski przybyły 57. i 58. pułki piechoty. Dzięki temu tego samego dnia rozpoczęła się kontrofensywa wojsk rządowych. Planowano w pierwszej fazie wyparcie wojsk Piłsudskiego poza linię Alei Jerozolimskich i ul. Pięknej. W drugiej fazie piłsudczycy mieli być wzięci w dwa ognie – pisze prof. Wojciech POLAK

.W czwartek 13 maja 1926 r. prezydent, rząd i władze wojskowe znajdowali się w Belwederze. Walki trwały nadal. Nad ranem przystąpiły do działania dwa ugrupowania taktyczne strony rządowej. Były to: Grupa Obrony Belwederu, dowodzona przez płk. Mariana Kukiela, i Grupa Obrony Lotniska z gen. Rudolfem Prichem na czele. Podjęto działania w celu zdobycia koszarów 1. pułku szwoleżerów na ul. Podchorążych, Szpitala Ujazdowskiego i Ministerstwa Spraw Wojskowych. Piłsudczycy podjęli działania wyprzedzające. Wczesnym rankiem na odsiecz obrońcom ministerstwa wyruszył ppłk Tadeusz Frank-Wiszniewski na czele III batalionu 22. pułku piechoty. Natarcie zostało odparte, a podpułkownik poległ. Wyczerpanych oficerów z gmachu ministerstwa ewakuowano, natomiast budynek obsadzono piechotą z 22. pułku piechoty.

Siły rządowe zostały rano 13 maja znacznie wzmocnione. Z Wielkopolski przybyły 57. i 58. pułki piechoty. Dzięki temu tego samego dnia rozpoczęła się kontrofensywa wojsk rządowych. Planowano w pierwszej fazie wyparcie wojsk Piłsudskiego poza linię Alei Jerozolimskich i ul. Pięknej. W drugiej fazie piłsudczycy mieli być wzięci w dwa ognie (od strony Belwederu i Cytadeli) i wyparci ze Śródmieścia. Działania zaczepne podjęto o godzinie 12.00. Cele założone w pierwszej fazie osiągnięto częściowo około godziny 17.00. Ofensywa zatrzymała się jednak na ul. Pięknej, nie osiągnięto Alei Jerozolimskich. Nie zajęto np. Ministerstwa Kolei, co dla rządu miałoby ogromne znaczenie. W akcji brały udział samoloty, które bombardowały różne cele w Warszawie. Dodajmy, że celność ówczesnego bombardowania była znikoma. Budynek Ministerstwa Spraw Wojskowych został zdobyty przez siły rządowe około godziny 13.00. Wojska rządu Witosa opanowały także koszary szwoleżerów i Szpital Ujazdowski. Druga faza akcji jednak nie nastąpiła, gdyż siły rządowe straciły Cytadelę. O godzinie 16.00 doszło tam do buntu. Oficerów sprzyjających Wojciechowskiemu i Witosowi (m.in. płk. Izydora Modelskiego i mjr. Jana Radolińskiego) aresztowano, a reszta załogi przyłączyła się do sił Józefa Piłsudskiego. Warto zaznaczyć, że w Cytadeli znajdowały się duże zapasy broni i amunicji. Dowódcą Cytadeli został gen. Stanisław Burhardt-Bukacki.

13 maja 1926 r. wzmocnieniu uległy także siły Piłsudskiego w Warszawie. Z Pułtuska przybył 13. pułk piechoty (przeszedł on pieszo odcinek 60 kilometrów w ciągu jednego dnia), z Łomży 33. pułk piechoty, z Kutna 37. pułk piechoty. Z pomocą pospieszył też batalion łączności z Zegrza. Transportami kolejowymi zmierzały do Warszawy jednostki 1. Dywizji Piechoty (z Wilna), 2. Dywizji Piechoty z Kielc (częściowo marszem pieszym), 3. Dywizji Piechoty z Zamościa.

Józef Piłsudski podejmował 13 maja 1926 r. dalsze próby mediacyjne. Najpierw zwrócił się w tej sprawie do znanego dziennikarza konserwatywnego, redaktora naczelnego wileńskiego pisma „Słowo”, Stanisława Cata-Mackiewicza. Marszałek zaproponował mu utworzenie komitetu celem rokowań z rządem. Cat-Mackiewicz skontaktował się w tej sprawie ze Zdzisławem Lubomirskim, Aleksandrem Wielopolskim, Adamem Czartoryskim i Aleksandrem Meysztowiczem (rozmowy toczyły się w Klubie Myśliwskim), a nawet przywiózł Lubomirskiego i Meysztowicza na spotkanie z Piłsudskim na Dworcu Wileńskim. Rozmowy nie przyniosły rezultatu, nie udało się dla idei takiego komitetu pozyskać arcybiskupa warszawskiego kard. Aleksandra Kakowskiego. Gdy ta próba się nie powiodła, Marszałek delegował trzech najstarszych generałów, żeby udali się na rozmowy do Belwederu. Byli to: Lucjan Żeligowski, Stefan Majewski i Aleksander Osiński. Linię frontu przekroczyli oni o godzinie 21.00. W Belwederze dotarli do prezydenta, ale z przeprowadzonej rozmowy nic nie wynikło.

Wszystko wskazuje na to, że po pewnych sukcesach militarnych strony rządowej w dniu 13 maja 1926 r. zarówno Stanisław Wojciechowski, jak i ministrowie oraz generałowie przebywający w Belwederze popadli w euforię, będąc pewni zwycięstwa. Może świadczyć o tym bardzo buńczuczny komunikat rządowy:

„Józef Piłsudski podniósł rokosz przeciwko Prezydentowi Rzeczypospolitej i mianowanemu przezeń rządowi jedynie dla uchwycenia w swe ręce dyktatorskiej władzy. Pchnął on kilka oddziałów wojskowych do buntu, złamania przysięgi, podeptania honoru żołnierskiego, spowodował bratobójczą walkę bez żadnego zgoła uzasadnienia, nie umiejąc wskazać żadnego celu państwowego czy społecznego, który mógłby upozorować tę zbrodnię. Zaczynają to rozumieć uwiedzeni przezeń żołnierze. By utrzymać nastroje w oddziałach zbuntowanych i osłabić uczucia oburzenia opinii Narodu przeciwko rokoszowi, prasa służąca Józefowi Piłsudskiemu rozsiewa niezliczone kłamstwa. Kłamstwem jest opowieść o rzekomym w nocy z 11 na 12 maja zamachu na Piłsudskiego. Kłamstwem jest, jakoby pan Prezydent Rzeczypospolitej zamierzał wstrzymać działania wojskowe przeciw buntownikom, a uległ tylko naciskowi rządu. Pan Prezydent Rzeczypospolitej po bezskutecznym wezwaniu Piłsudskiego na moście do poddania się nakazał wojskom spełniać swój obowiązek w imię ratowania honoru Polski jako państwa praworządnego i honoru wojska polskiego, które ma być puklerzem Rzeczypospolitej, a nie służyć jednostkom. Pan Prezydent osobiście dokonywał przeglądu wiernych pułków przybywających do oczyszczenia stolicy ze zbuntowanych oddziałów. Pan Prezydent odrzucił bez chwili wahania propozycje jakichkolwiek układów z rokoszanami. Rząd jest jednomyślny z Prezydentem Rzeczypospolitej. Kłamstwem jest dalej wszystko to, co prasa podaje o rzekomych przewagach zbuntowanych oddziałów. Prawda jest następująca:

Żadnego do Warszawy przybywającego oddziału wojska Piłsudskiego nie zatrzymały. Wszystkie one zjawiły się w Belwederze. Brawurowym atakiem wyparły rokoszan z gmachu Ministerstwa Spraw Wojskowych, zdobyły koszary szwoleżerów, wzięły do niewoli tam wzmocniony pułk strzelców oraz oczyściły z buntowniczych oddziałów części miasta po Sejm. Liczba ujętych rokoszan przenosi 500. Liczne pułki spieszą na wezwanie Najwyższego Zwierzchnika sił zbrojnych, Prezydenta Rzeczypospolitej, wierne Ojczyźnie i Honorowi przywrócą panowanie prawa w Polsce i oswobodzą stolicę od narzuconych jej chwilowo przez Piłsudskiego modą bolszewicką komisarzy. Jedynie prawowitą władzą Rzeczypospolitej są ministrowie mianowani przez Prezydenta Rzeczypospolitej i ustanowieni prawem, uchwalonym przez Sejm”.

Ciągle trwały kontakty Piłsudskiego ze Związkiem Zawodowym Kolejarzy, kontrolowanym przez PPS. 13 maja 1926 r. Centralny Komitet PPS proklamował strajk na kolei, począwszy od 14 maja aż do odwołania. Tory, po których miały przejechać posiłki dla rządu, były blokowane lub niszczone.

14 maja 1926 r. nastąpił kontratak wojsk Józefa Piłsudskiego. Był on możliwy dzięki znacznemu wzmocnieniu Grupy Operacyjnej „Warszawa”. W nocy, o godzinie 2.30, przybyły pierwsze transporty wojsk z Wilna (witane entuzjastycznie przez Warszawiaków, którzy śpiewali „Pierwszą Brygadę”), rano na Dworcu Gdańskim wyładowano też oddziały 3. Dywizji Piechoty z Zamościa. Także w nocy na stronę Piłsudskiego przeszła Oficerska Szkoła Artylerii (ok. 130 żołnierzy). Dodajmy, że wojska wierne rządowi przybywały do Warszawy opieszale, zatrzymywane przez kolejarzy. Wincenty Witos pisał w pamiętnikach, że tego dnia dostał wiadomość o zablokowaniu wojsk gen. Stanisława Szeptyckiego w Częstochowie, a pododdziałów z Poznania kilkanaście kilometrów od Warszawy.

Głównym kierunkiem uderzenia, przeprowadzonym przez popierające Józefa Piłsudskiego: 21. pułk piechoty (z Warszawy) i 37. pułk piechoty (z Kutna), było natarcie w kierunku Mokotowa, wzdłuż ul. Towarowej, z zadaniem zajęcia lotniska. Zadanie to zostało zrealizowane, dzięki ogromnej przewadze liczebnej piłsudczyków, około godziny 14.30 i miało ogromne znaczenie strategiczne. Nie tylko uniemożliwiało bombardowanie wojsk Piłsudskiego i pozbawiało Belweder łączności, ale także odcinało wojska rządowe od zachodnich dzielnic miasta, gdzie miały być wyładowane pułki poznańskie. Umożliwiało też otoczenie Belwederu od południa. Przy okazji zdobywania lotniska piłsudczycy opanowali też gmach Wyższej Szkoły Wojennej.

Zaciekłe walki trwały na Ochocie. Największy opór wojska rządowe stawiały na osi ulic Marszałkowskiej, Alei Ujazdowskiej, Rozbrat i Czerniakowskiej. Wojska Piłsudskiego mogły tu używać czołgów i wozów pancernych. Artyleria zza Wisły ostrzeliwała głównie Park Łazienkowski, ale dwa pociski trafiły w Belweder. Wincenty Witos wspominał:

„Gdyśmy jeszcze rozmawiali, rozbierając oświadczenie pana prezydenta i opinie generałów, na podwórze Belwederu padł pocisk armatni, robiąc w ziemi bardzo dużą wyrwę. Za małą chwilkę przyszedł drugi, trafiając w róg pałacu belwederskiego. Wyszliśmy wszyscy na podwórze, starając się dociekać, skąd te strzały pochodziły, i czekając na dalsze. Więcej ich jednak nie było, widocznie sądzono, że nam i to wystarczy. Widząc, co się święci, ratowaliśmy się resztkami nadziei i optymizmu, jaki można było jeszcze ze siebie wydobyć”.

Oddziały wielkopolskie walczące na linii ul. Pięknej nie wytrzymały ataków wojsk Piłsudskiego i wycofały się na linię ul. Nowowiejskiej. Walki toczyły się już w bezpośredniej bliskości Belwederu. Prezydent, ministrowie i generałowie liczyli na odsiecz zgrupowania gen. Michała Żymierskiego. Wyszedł on na spotkanie 1500 żołnierzy z 56. i 68. pułków piechoty i 14. pułku artylerii lekkiej z Wielkopolski (transportowanych koleją) i obiecywał doprowadzić ich do Belwederu na godzinę 11.00. W wyniku ogromnej nieporadności, oraz odcięcia od Belwederu, Żymierski nie zdołał tego dokonać. Udał się więc w okolice Ożarowa i połączył się z popierającą rząd grupą gen. Kazimierza Ładosia.

Wobec ryzyka oskrzydlenia Belwederu od południa generałowie pozostający przy rządzie Witosa postanowili dokonać ewakuacji prezydenta, ministrów i dowódców wojskowych do Wilanowa. Prezydent po wahaniu zgodził się na to posunięcie. Gen. Stanisław Haller wspominał:

„Zeszliśmy do westybulu, ministrowie stali na schodach, a my na dole. Nastrój był bardzo podniosły. Wyniesiono Sztandar Państwa. Generał Malczewski kazał nam podnieść rękę do przysięgi i przysiąc, że o ile przyjdzie do przebijania się na Wilanów, to prędzej polegniemy, ale Sztandaru Państwa i osoby Pana Prezydenta Rzeczypospolitej w ręce buntowników nie oddamy. Potem zaintonował Rotę Konopnickiej. Odsłoniliśmy głowy. Po odśpiewaniu Roty, gen. Suszyński rozdał nam karabiny, a generał Malczewski dał rozkaz, by wszyscy oficerowie znajdujący się w Belwederze tworzyli bezpośrednią osłonę Sztandaru Rzeczypospolitej i Pana Prezydenta. Pułkownik Anders dał hasło do zbiórki na tylnym tarasie pałacu. Pan Prezydent zeszedł, stanął koło Sztandaru Rzeczypospolitej i krocząc na czele naszej grupy oficerskiej, rozpoczął marsz na Wilanów. Było to między godz. 3 a 4 po południu, dnia 14 maja. […] Szliśmy wszyscy piechotą, pod osłoną słabych straży, miarowym krokiem, jedni spokojni, drudzy nieco nerwowi przez park Belwederski i Łazienkowski, Sielce, potem wzdłuż Wilanówki do Wilanowa

Wymarsz nastąpił o godzinie 15.30. Adiutant prezydenta Stanisława Wojciechowskiego por. Henryk Comte wspominał: „Szliśmy wśród huku wystrzałów, a ludzie obserwowali nas, przyglądali się w zupełnym milczeniu”

Niektórzy członkowie rządu wykorzystali ten marsz do swoistej dezercji. Wincenty Witos odnotował to w swoich pamiętnikach:

„Pułkownik Anders z częścią wiernych rządowi oddziałów pozostał, ażeby je poprowadzić w pewnej odległości poza nami. Zauważyłem, że już w ogrodzie belwederskim minister robót publicznych pan [Mieczysław] Rybczyński nieznacznie, a jak mu się wydawało niepostrzeżenie, odłączył się od nas, gubiąc się między drzewami i zaroślami ogrodu. Za chwilę zrobił to samo minister kolei pan [Adam] Chądzyński i kierownik Ministerstwa Reform Rolnych pan [Józef] Radwan”.

Opuszczony Belweder był jeszcze broniony przez wojska rządowe, ale został zajęty około godziny 17.15 przez wierny Józefowi Piłsudskiemu batalion manewrowy z Rembertowa.

Po przybyciu do Wilanowa odbyła się narada z udziałem prezydenta, rządu i dwóch generałów: Tadeusza Rozwadowskiego i Stanisława Hallera. Generałowie uważali, że walkę należy kontynuować, a prezydent i rząd powinni przenieść się do Poznania. Przeciwko kontynuowaniu oporu opowiedział się jednak cały rząd (z wyjątkiem ministra skarbu Jerzego Zdziechowskiego, który wypowiadał się niejednoznacznie). Przeciwny dalszej walce był także Wincenty Witos. W związku z tym prezydent Stanisław Wojciechowski podjął decyzję o rezygnacji z urzędu i zobowiązał wojskowych do wypełniania poleceń marszałka Macieja Rataja, który zgodnie z konstytucją przejmował tymczasowo stanowisko prezydenta.

O godzinie 17.30 odbyła się oficjalna Rada Gabinetowa, na której nie tylko prezydent, ale także Rada Ministrów zgłosiła swoją dymisję. Uznano, że kontynuowanie walk może być niebezpieczne dla integralności państwa polskiego, armia zaś potrzebna jest do obrony granic, a podział narodu i wojska na dwa obozy jest niezwykle niebezpieczny, dlatego też należy przerwać walki i dać szansę nowemu rządowi. Po zakończeniu posiedzenia kapelan prezydenta ks. płk Marian Tokarzewski, a także szef kancelarii wojskowej prezydenta mjr Kazimierz Wincenty Mazanek oraz adiutant prezydenta por. Henryk Comte wyjechali do Warszawy z pismem do Macieja Rataja. Marszałek Sejmu zaraz udał się do Piłsudskiego, a następnie wyjechał do Wilanowa w towarzystwie ppłk. Józefa Becka. Tam Rataj odebrał pisma dymisyjne prezydenta Stanisława Wojciechowskiego oraz premiera Wincentego Witosa.

Następnie Maciej Rataj, od tego momentu pełniący obowiązki prezydenta, wezwał do siebie generałów Juliusza Tarnawę-Malczewskiego, Tadeusza Rozwadowskiego i Stanisława Hallera i oznajmił im, że wprowadza zawieszenie broni z pozostaniem żołnierzy na swoich pozycjach.

.Przewrót zakończył się, teraz potrzebne były działania polityczne, a nie zbrojne. W trzydniowych walkach poległo prawdopodobnie 331 osób (tak szacuje ilość poległych w sposób przekonujący dr Bohdan Urbankowski), a 900 zostało rannych.

Wojciech Polak

Fragment książki „Dyktator czy wybawca”. Wyd. Biały Kruk, 2026. Polecamy: [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 8 maja 2026