Raphaël GLUCKSMANN: Jesteśmy dziećmi pustki

TSF Jazz Radio


Jesteśmy dziećmi pustki

Raphaël GLUCKSMANN

Eseista, jeden z najciekawszych współczesnych filozofów. Współautor, z ojciem Andre Glucksmannem, "Mai 68 expliqué à Nicolas Sarkozy". Ostatnio wydał "Les Enfants du vide. De l'impasse individualiste au réveil citoyen". Twórca lewicowego ugrupowania Place publique. Poseł do Parlamentu Europejskiego. Przewodniczący Komisji PE ds. Obcych Ingerencji w Procesy Demokratyczne w UE.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

Wszędzie na Zachodzie jesteśmy tego świadkami: nasze społeczeństwa samotności żyją w tak wielkim poczuciu braku bezpieczeństwa, że instytucje i zasady demokracji liberalnej jawią się jako przeszkody, które należy obalić, by w końcu być bezpiecznym – pisze Raphaël GLUCKSMANN

Lotaryngia, marzec 2017 roku. Po jednej z moich konferencji podchodzi do mnie mężczyzna, emerytowany hutnik, i zaczyna opowiadać: „Mam dwóch synów, których nie potrafię zrozumieć. Pracują, mają żony, dzieci. Obaj mają piękne samochody, domy, telefony komórkowe. Stać ich na wszystko… Nie żyją oczywiście jak jacyś wielcy burżuje, ale są bogatsi, niż ja kiedykolwiek byłem. A jednak głosują na Le Pen. A jednak myślą, że wszystko wygląda dziś gorzej niż wczoraj i że jutro będzie jeszcze gorzej. Boją się świata, Arabów, Europy… Może mi pan to wytłumaczyć?”.

Zamiast mu odpowiedzieć, sam zadawałem pytania. Rozmawialiśmy o upadku francuskiego hutnictwa, o walce, jaką niegdyś toczono – „Mój ojciec należał do Francuskiej Sekcji Międzynarodówki Robotniczej, urodziłem się i umrę socjalistą, żeby »zmieniać świat«, jak to się kiedyś mawiało” – i o wyzwaniach przyszłości – „Jest tyle do zrobienia, tyle możliwości, a jednak nic się nie dzieje, każdy widzi tylko koniec własnego nosa”. Zapytałem go, czy w jego okolicy zrobiło się niebezpieczniej. „Nie wiem, nie chcę panu opowiadać głupot, ale dżungli tu nie ma”. Mówił coś o terroryzmie, a na koniec dodał: „Moi synowie popierali Front Narodowy jeszcze przed zamachem na »Charlie Hebdo«”.

Na koniec naszej półgodzinnej rozmowy powiedział: „Byliśmy biedni, ale mieliśmy związek zawodowy, mieliśmy fabrykę, mieliśmy partię. Dla wierzących był też Kościół. Związek to była wielka rodzina. Spotykaliśmy się na przerwach, po pracy, w weekendy, razem rozdawaliśmy ulotki, wspieraliśmy się nawzajem w razie kłopotów, chodziliśmy na kielicha, kłóciliśmy się… Rozumie pan, jak w wielkiej rodzinie! Moi synowie mają telefony, domy, samochody, ale nie mają związku zawodowego. Siedzą w domu i boją się, że ktoś przyjdzie i ich okradnie. Tak, są bogatsi, ale są bardziej samotni, dużo bardziej samotni niż ja w ich wieku”.

Dzieci Luca nie wpisują się już w niegdysiejsze struktury socjalizacji politycznej. Nie wierzą już w ideologie, które wczoraj jeszcze pozwalały spoglądać w przyszłość z nadzieją i nadawać sens życiu wspólnotowemu. Są dziećmi pustki. Tak jak ja. Jak my wszyscy urodzeni w tym samym czasie i w tym samym społeczeństwie.

Wokół nas i w nas samych rozciąga się pustynia, której nie jesteśmy w stanie wypełnić znaczeniem. Ponieważ nie ma niczego solidnego i namacalnego, czego moglibyśmy się uchwycić, żyjemy w strachu przed utratą tego, co posiadamy. Tego, co posiadamy, i tego, czym jesteśmy. Zarówno naszych dóbr materialnych, jak i naszej tożsamości, tego podstawowego „dobra”, postrzeganego – gdy tylko polityka usuwa się w cień – jako wiecznotrwałe dziedzictwo przeszłości. Każde odstępstwo od niego jawi się jako zdrada. Żyjemy w coraz większej izolacji i patrzymy na to, co na zewnątrz, na każdą zmianę, jak na zagrożenie.

Nie ma nic bardziej ludzkiego niż ten strach. Samotność osłabia naszą pewność siebie. Wyobraź sobie, że wchodzisz do lasu: w zależności od tego, czy będziesz sam, czy w grupie, będziesz szedł z duszą na ramieniu albo nie czując żadnego lęku. Albo będziesz nerwowo reagować na każdy szelest bądź trzask, albo w ogóle nie będziesz na nie zwracać uwagi. Samotność bowiem potęguje naszą podatność na strach. Nie ma już punktu odniesienia, dzięki któremu wiemy, dokąd zmierzamy. Istnieją oczywiście wytrawni piechurzy, owi pionierzy „przecierający szlaki”, którzy potrafią żyć pełnią swojego osamotnienia, ale jest ich niewielu. Większość z nas kroczy w ciągłej niepewności, chodząc w kółko, zatrzymując się i czekając na przewodnika, który potrafiłby wyprowadzić nas z lasu. Jednym słowem, na Cezara.

Podobnie jest z naszym stosunkiem do świata. Społeczeństwo samotności to społeczeństwo napawające lękiem. Wszystkie statystyki pokazują, że we Francji jest obecnie mniej okrutnych zbrodni niż trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt lat temu, a jednak mamy wrażenie, że żyjemy w coraz bardziej niebezpiecznym kraju. „Kiedyś było to nie do pomyślenia” – nie ma dnia, żebyśmy nie słyszeli tego zdania. Prawda jest jednak taka, że „kiedyś” było to – czyli przemoc w społeczeństwie – dużo bardziej akceptowalne. Ryzyko obiektywnie było dużo większe, ale subiektywnie było mniej odczuwalne. Tak bardzo jesteśmy dziś więźniami naszej przestrzeni prywatnej, tak bardzo jesteśmy połączeni ze światem poprzez Internet, że wszystkie zbrodnie, gwałty, napady, o których donoszą kanały informacyjne telewizji albo serwisy społecznościowe, zdają nam się wydarzać w pobliżu naszego domu.

Im mniej spotykamy się z drugim człowiekiem, tym bardziej nas on przestrasza. A spotykamy się coraz rzadziej. Nie ma już dużych fabryk, a młodzi, którzy przejawiają jakąś aktywność, zakładają, z przymusu bądź z wyboru, własną działalność gospodarczą. Nasze rodziny rozsadzają się od środka, a osoby w podeszłym wieku wypychane są do domów spokojnej starości. Opuszczamy nasze mieszkania najmniej jak się da, zamawiamy zakupy, a nawet posiłki przez Internet. A gdy musimy coś zrobić poza domem, przemieszczamy się samochodem. Geograf Michel Lussault pisze w książce L’avènement du monde (Seuil, 2013) o „procesie przestrzennej kapsulizacji”.

Indywidualizm zachowań społecznych przejawia się we wszystkich sferach naszego życia, aż do tak pozornie anegdotycznych aspektów, jak upadek kolonii wakacyjnych (we Francji na początku lat 80. XX wieku korzystało z nich dwa miliony dzieci rocznie, dziś jest to mniej niż 800 tysięcy). Wolimy trzymać naszych synów i nasze córki przy sobie, niż wysyłać ich na spotkanie z drugim człowiekiem, z którym mogliby doświadczyć wspólnotowości.

Przestajemy należeć do związków zawodowych i partii politycznych. A tymczasem demokracja zakłada istnienie mocnych ciał pośrednich, które gromadzą ludzi i sprawiają, że pojawia się świadomość wspólnotowa. Im ludzie są słabsi, tym bardziej rośnie ryzyko autorytaryzmu. Synowie Luca w żadnym wypadku nie są wyjątkiem. Amerykańsko-niemiecki autor Yascha Mounk pisze w swoim pouczającym eseju Le peuple contre la démocratie (Éditions de l’Observatoire, 2018): „Ponad dwie trzecie Amerykanów uważa życie w ustroju demokratycznym za niezwykle istotne. W pokoleniu milenialsów odsetek ten wynosi mniej niż trzydzieści procent. W 1995 roku niecałe siedem procent ankietowanych uważało ustrój wojskowy za dobrą formę sprawowania rządów. Teraz jest to już niemal siedemnaście procent”.

Jednostki, stopniowo redukowane do stanu atomu, budują z własnej woli lub z konieczności coraz wyższe mury wokół własnej samotności. Mury te zwiększają ich odizolowanie i wzmacniają potrzebę bezpieczeństwa. Ludzie domagają się kolejnych murów i bardzo szybko również wieżyczek, skąd mogliby być pilnowani.

Tocqueville podkreśla, że atomizacja społeczna stanowi podglebie dla despotyzmu. Z wielości niejednorodnej dobiega wołanie o tyrana. Z rozproszenia wyrasta pragnienie uległości. Wszędzie na Zachodzie jesteśmy tego świadkami: nasze społeczeństwa samotności żyją w tak wielkim poczuciu braku bezpieczeństwa, że instytucje i zasady demokracji liberalnej jawią się jako przeszkody, które należy obalić, by w końcu być bezpiecznym.

Kiedyś, gdy ktoś z kadry kierowniczej i robotnik należeli do tego samego związku, partii czy Kościoła, ich dystans społeczny czy fizyczny kompensowany był przez bliskość polityczną, ideologiczną lub religijną. Lub przez wspólne doświadczenie służby wojskowej. Dziś już tego nie ma: każdy jest na swój sposób samotny, ale w tym osamotnieniu brak jest równości. To, że wszyscy dzielimy ten sam samotny los, nie oznacza, że istnieje między nami jakaś logika identyfikacji. Różni nas bowiem stosunek do samotności. Choć wszyscy podobni jesteśmy do monad (atomów) bez okien i drzwi, tak jak opisywał to Leibniz w Monadologii, nie przeżywamy indywidualizacji naszej egzystencji w taki sam sposób.

Gdy mieszka się, tak jak ja, w dziewiątej dzielnicy Paryża, i posiada kapitał finansowy i kulturowy, który pozwala na podróżowanie i bycie sobą w Nowym Jorku, Mediolanie czy Berlinie, samotność jest wolnością. Brak przynależności do partii, Kościoła czy związku zawodowego można uznać za „emancypację”. Jeśli ktoś mieszka całe życie w niewielkim miasteczku w Lotaryngii, gdzie z każdym dniem zmniejsza się dostęp do usług publicznych i skąd Paryż wydaje się być już bardzo daleko, taka „wolność” wygląda już jak zniewolenie, a wspomniana „emancypacja” staje się alienacją. W zależności od statusu społecznego, kulturowego oraz miejsca zamieszkania słowa klucze służące do opisu naszej rzeczywistości będą miały inne znaczenie.

Siedząc w ogródku restauracji McDonald’s Dury Drive w Pikardii i rozmawiając z moimi rówieśnikami, przekonanymi, iż nie żyją w tym samym kraju co ja, nie mogę się powstrzymać od następującej refleksji: czy ta konstelacja złożona z pojedynczych „ja” tworzy jeszcze jakąś wspólnotę poza momentami wielkich zwycięstw sportowych (jak zdobycie mistrzostwa świata w piłce nożnej w 2018 roku) albo narodowych tragedii (jak zamachy z 2015 roku)? Leibniz hipotetycznie zakładał istnienie Boga, który sprawia, że wszystkie te monady mogą żyć razem i że z wielości może powstać wspólnota. Ta hipoteza nie może już jednak być aksjomatem naszej refleksji dziś, nawet pod postacią „niewidzialnej ręki rynku”. Zamachy 15 lipca 2018 i 11 stycznia 2015 roku to momenty efemerycznej fuzji, gdyż następnego dnia na nowo stawaliśmy się samotni, na nowo powracał brak wzajemnego zaufania.

.Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego synowie Luca nie chcą wpisywać się we wspólnotowe formy, które kształtowały życie ich ojca?

Raphaël Glucksmann
Tekst ukazał się w wyd.10 miesięcznika opinii “Wszystko Co Najważniejsze” [LINK]

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam