Prof. Piotr BIŁOS: Nikt nie jest w stanie zrozumieć narodu, który jest niemową

TSF Jazz Radio

Nikt nie jest w stanie zrozumieć narodu, który jest niemową

Prof. Piotr BIŁOS

Profesor literatury, wykładowca teorii literatury, szef polskiej sekcji i współodpowiedzialny za katedrę studiów translatologicznych w INALCO w Paryżu. W latach 2006-2012 stworzył sekcję polską na uniwersytecie Lyon III Jean Moulin. Autor książek promujących uniwersalizm polskiej literatury, które ukazały się w prestiżowej serii „Classiques Garnier”: Exil et modernité: vers une littérature conçue à l’échelle du monde, Les jeux du „je”, construction et déconstruction du récit romanesque chez Wiesław Myśliwski. W 2017 r. w krakowskim Znaku ukazały się jego Powieściowe Światy Wiesława Myśliwskiego.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

Wciąż nie ma we Francji podstawowych dzieł dla zrozumienia istoty polskiego ducha, dla zrozumienia Polaków. Nie ma “Przedwiośnia”, “Lalki”, poezji Leśmiana, “Popiołów”, ani nawet “Trylogii” – pisze prof. Piotr BIŁOS

A jednak są kraje, którym udaje się zaistnieć w świadomości zagranicznego odbiorcy poprzez literaturę. Zainteresowanie piśmiennictwem obcej, nieznanej kultury to zawsze potężny zastrzyk energii, ale także gest usytuowania tej kultury w ramach „naszego” świata. To pierwszy krok w stronę uznania drugiego oraz wymiany. We Francji los ten przypadł ostatnio w udziale Korei oraz… Węgrom.

W prestiżowych, ale także niszowych wydawnictwach jak grzyby po deszczu ukazały się serie literatury koreańskiej. Tak jest w Actes Sud, wydawnictwie, na czele którego stała, do momentu objęcia nowej funkcji, obecna minister kultury. [1] Ten sukces tradycyjnej literatury dodatkowo napędzany jest modą na mangi, których koreański wariant mieni się „manhwą”. Jak wiadomo, niesłabnącym zainteresowaniem cieszą się skandynawscy autorzy kryminałów, ale w tym wypadku to trend światowy. Ciekawie o tym pisano ostatnio we Francji, zwracając uwagę, iż Skandynawowie powoli wypierają Amerykanów (!) i że Islandia, licząca mniej mieszkańców niż Tuluza, chlubi się pięcioma nazwiskami rangi światowej![2] A boom na kryminały „made in Skandynawia” przyczynił się do wygrzebania z niebytu klasyków tego kręgu kulturowego, wybitnych, choć nieobecnych dotychczas nad Sekwaną. Dość przywołać Minnę Canth czy Hjalmara Söderberga. Nie wiadomo przy tym, czy Karl Ove Knausgård osiągnąłby taki rozgłos, gdyby nie publiczność zawczasu łaknąca skandynawskich klimatów, gdyż recepcja to nie prosta wypadkowa geniusza artysty. W sposób niebywały przebiła się do raczej mało przychylnej początkowo nadsekwańskiej publiczności literatura węgierska. I w tym przypadku śmiało można mówić o boomie, który trwa dobre kilkanaście lat. To wysyp dawniejszych i współczesnych autorów, recenzji w prasie krajowej, wystaw, spotkań, stron internetowych.[3] Tym chętniej przytaczam przypadek Węgier, że to kraj, który jest nam bliski kulturowo, choć wielokrotnie mniejszy. A jednak Węgrzy potrafią!

Myśmy zwykli twierdzić – literatura polska, zwłaszcza ta dawniejsza, mówi nie o człowieku, lecz o Polakach. Jest to o tyle nieprawdziwe, że po pierwsze Polak też człowiek, a po drugie to, co się Polakom przytrafiło, przytrafić się może i przytrafia (!) różnym ludziom oraz ludom. Dziś, w przeszłości, jutro.

Mickiewicza lubimy zamykać w polskiej historii, choć przecież był on również częścią, już to regionalnej konstelacji różnych innych, „obcych”, przykładowo – Szewczenki, Machy, Petöfiego, już to Francuzów, z Victorem Hugo na czele (nb. także wygnańcem). Mickiewicz to jedynie przykład, bo to, jak z nim się obchodzimy, odnosi się do znakomitej większości „dawnych”, czyli klasycznych autorów polskich. I tak czytanie Prusa pod kątem nadwiślańskiego pozytywizmu oraz skutków nieudanego powstania z 1863 r. to jakieś straszliwe zubożenie potencjału Lalki. Czyż nie lepiej byłoby rozpatrywać ją od razu w zestawieniu z europejskimi powieściami, do których jest ona jakoś podobna a od których się zarazem różni, przez co właśnie staje się ciekawa w wymiarze globalnym – Szkoły uczuć Flauberta, Au bonheur des dames Emila Zoli, Anny Kareniny.

Owszem polska literatura rozpatrywała siebie jako oręż w walce o odzyskanie niepodległości, stając się wykładnikiem aspiracji narodu polskiego, nie znaczy to jednak, że jesteśmy skazani na odczytywanie jej poprzez pryzmat tychże dziejów. To, że tak się stało, to efekt nie cech własnych polskiej literatury, lecz sytuacji, w jakiej znalazła się wspólnota, do której pierwotnie była skierowana. Ale czasy się zmieniły. Będę używał cudzysłowu, bo nazwisko odsyła do całej polskiej literatury klasycznej, dawnej. A zatem „Mickiewicz” może stać się kartą przetargową w dyskusji, którą czym prędzej i na wszystkich polach warto wszcząć z innymi, jeśli zależy nam na tym, by stać się partnerami w międzynarodowej wymianie kulturalnej. „Mickiewicz” nadal może służyć Polsce, ale już nie jak kiedyś, gdy z jego dzieł układaliśmy swoisty „notatnik agitatora” w walce o byt państwowy. Uwolnijmy polską literaturę od „sprawy polskiej” i przywróćmy jej wymiar kulturowy. Tylko tak ta żywa spuścizna stanie się czymś, co każdy, niezależnie od narodowości i jego własnej historii, będzie w stanie spożytkować we jego własnych zabiegach światotwórczych. Warunkiem jest jednak zmiana naszych nawyków i rozpatrywanie własnej literatury w kontekście szerszym, przez co zechce się nam w końcu ją wypromować na świecie.

Tak, literaturę polską da się czytać wybiegając (daleko) poza horyzont polskiej historii (lub zostawiając go za sobą). Sytuacje, które ona opisuje, można bowiem odnieść do najbardziej egzotycznych z pozoru różnych wspólnot na świecie. Polski los, jakkolwiek wyjątkowy, jest przekładalny na losy innych mieszkańców tej ziemi. A nawet wtedy, kiedy sam okazuje się „egzotyczny”, „inny”, to może interesować, kusić, magnetyzować… Zresztą polski los jest na tyle różnorodny, bogaty antropologicznie, że można by nim obdzielić niejeden naród, a nawet tam, gdzie – jak twierdzą – mamy zaległości (w stosunku do „klasycznych” krajów zachodnich), to i tak, z innej strony, przypadają nam różne atuty.

Nasi autorzy, pisząc o Polsce, zawarli w swoich dziełach symbole i pierwiastki o nośności nie tylko lokalnej: są to walory ściśle estetyczne, ogólnopoznawcze, ale także oczywiście uczucia, uniwersalne sytuacje ludzkie. Natomiast sytuacja polityczna, którą te dzieła obrazują, nawet jeśli często wysnuta z polskich dziejów, zawiera w sobie ponadnarodowe przesłanie na temat chociażby ucisku, opresji, walki z okupantem (w ogóle), napięć klasowych, by pozostać w sferze polityki. Znajdziemy w nich różne studia na temat wszelkich możliwych dylematów egzystencjalnych.

Czytaliśmy Mickiewicza, ale także Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkową, Żeromskiego itd. skupiając się na naszej własnej walce politycznej o przywrócenie wspólnocie jej bytu państwowego. Spójrzmy na te utwory, jak na świadectwo czegoś, co może przemówić do każdego mieszkańca tej ziemi, niezależnie od tego, czy jest Polakiem, czy nie. Tylko wtedy stać się mogą elementem dialogu międzykulturowego, zwierciadłem, które podsuwa się innym, aby się w nim przejrzeli i swoje wnioski przekazali dalej. Nie ma innej drogi, jeśli chcemy, by za granicą słowo „Polska” zyskało wyrazistość, ale także byśmy sami – jako my – brali udział w poszerzonym kręgu komunikacyjnym. To także jedyna droga, jeśli chcemy (lepiej czy w ogóle) siebie samych zrozumieć. Jedno natomiast jest pewne, nikt nie jest w stanie zrozumieć narodu, który jest niemową.

Oto cztery tylko – przypadkowe – spojrzenia na to, na co polską literaturę było stać w minionym wieku. Powieść opiewająca odbudowujące się miasto, które pada ofiarą rzezimieszków, i wtedy pojawia się on… (Zły Tyrmanda). Ekspresywne do bólu studium wyobcowania kobiety, której odmówiona zostaje łaska akceptacji w miejscach, gdzie akurat przebywa (Cudzoziemka Kuncewiczowej). Opowieść o kolonizacji Ameryki północnej i łamigłówce etnicznej, jaka z tego wynikła, o szkodach wyrządzonych pierwotnym mieszkańcom, ale także o budowaniu siebie poprzez kontakt z drugim człowiekiem (Kanada pachnąca żywicą Fiedlera). Różne formy prozatorskie, w których tradycja hebrajska przeplata się z doświadczeniem Chrystusa (cała twórczość Romana Brandstaettera). Od razu widać, że literatura polska nie traktuje wyłącznie o Polsce. Otwiera się na wielką złożoną problematykę władzy i relacji międzyludzkich, na kwestię jednostki i jej dróg rozwoju, na sferę uczuć i emocji.

Tak, „nasze” polskie dzieła dają się czytać niezależnie od kryterium „polskości” i są w stanie wzbudzić zainteresowanie „obcego” czytelnika. Zawsze dziwiło mnie to, jak w Polsce winduje się to kryterium na jakiś niebotyczny poziom. Każdy, niezależnie od tego, czy go Polska interesuje, może te dzieła spożytkować – po swojemu, dla własnych, nieodgadnionych celów. A może w ogóle lepiej byłoby, gdybyśmy nieco przekornie zaczęli myśleć, że być może autorzy tych utworów przełożyli je z jakichś bliżej nieznanych i tajemniczych języków? Fakt, że ktoś pisze po polsku, bynajmniej nie oznacza, że to granice Polski wyznaczają granice jego dzieła.

Piszę o tym, bo wiem, że jakiś dziwny mechanizm samoograniczający przez wieki całe zmuszał nas do tego, by zazdrośnie strzec niedostępności naszej literatury. Jakbyśmy się bali konfrontacji, tymczasem zbawienie tylko w niej! Potrzebne są zatem bardziej ambitne i stanowcze zabiegi zmierzające do wypromowania za granicą, w sensie technicznym, handlowym i logistycznym, klasyki polskiej literatury. W pierwszej zaś kolejności powinniśmy się postarać o to, by nasi klasycy byli dostępni we wszystkich głównych językach światowych.

We Francji wyedukowany czytelnik nie przeczyta ani Trylogii, ani Przedwiośnia (nie wspominając o Popiołach) ani Lalki – po prostu dlatego, że tych utworów brak w księgarniach. Dostępne jest tylko Ogniem i mieczem, a Lalkę wydano jakieś 60 lat temu pod egidą Unesco i nigdy nie weszła ona do francuskiego obiegu. Tego wydania od dawna nie można zdobyć. Co z tego, że dzieła Gombrowicza czy Schulza istnieją w wydaniach kieszonkowych, skoro z całej bogatej tradycji literatury polskiej tylko one dostąpiły tego zaszczytu? To i tak dobrze, przecież w końcu to dzieła wybitne: dobre i to – powie ktoś. No tak, ale fakt, że ci dwaj autorzy to rodzynki, to nie jest sytuacja normalna, zresztą rzadko (no bo jak?) czyta się ich w odniesieniu do polskiej kultury. Może ciut lepiej jest z pisarzami współczesnymi (kilkorgu wydano więcej niż jeden utwór – Stasiukowi, Tokarczuk, Miłoszewskiemu…). Ale i tutaj pozostają luki, a rezonans osłabiają takie kwestie, jak: co to za wydawca (często jest to szwajcarskie „Noir sur Blanc”, skupiające się na „tamtej” Europie), jaka promocja (często słaba lub żadna), jakie zabiegi dyskursywne, jakie recenzje, jaki nakład…

Te refleksje przywodzą mi na myśl pewien wiersz Zbigniewa Herberta, choć mógłby to być tekst napisany przez kogoś innego, mógłby to być inny rodzaj tekstu, niekoniecznie wiersz. Jego bohaterami są dziadek i pradziadek oddający się bez reszty studiowaniu dziejów rzymskich. Po latach wnuk stwierdza, że prowadzili „bitwę o nie swoją sprawę”. Trzeba było przełomu i zmiany pokoleniowej, żeby ojciec z synem nauczyli się czytać dziedzictwo cudzego autora „przeciwko” niemu. Oni dopiero będą przywiązywali wagę do tego, co tamten wolał przemilczeć, a zatem do różnych rzeczy, które wydawały mu się niegodne i nieistotne. Dopiero oni spojrzą na dzieje, starając się przywrócić głos tym, którzy tego głosu zostali niegdyś pozbawieni. Morał tej historii? Zapewne niejeden, gdyż cechą wielkich tekstów jest to, iż poddają się różnym zastosowaniom w zależności od potrzeb interpretatora.

Nad odbiorem polskiej literatury dawnej cały czas ciąży zmora polityki. To prawda, że literatura ta długo była orężem w walce narodu pozbawionego własnego państwa. Warto jednak pamiętać, że narodów w dawnym państwie polskim było co najmniej kilka. A obrona ducha narodowego to jedyny walor tej literatury, poza którym traciłaby ona aktualność. Każda literatura wyrasta z konkretnego kontekstu i tak Marcel Proust, mimo że związany nierozerwalnie z bulwarem Saint-Germain, czytany jest nie tylko przez tych, którzy się Paryżem fascynują, a bywa i tak, że ktoś fascynować się zacznie Paryżem na skutek lektury W poszukiwaniu straconego czasu…. Losem literatury zakorzenionej w danym kontekście (nawet politycznym) jest lektura wyrastająca z innego kontekstu. Aktorzy wojny trojańskiej już dawno nie stanowią takich podmiotów politycznych jak kiedyś, a jednak dzieło Homera wciąż zachwyca, a przede wszystkim stanowi niewyczerpane źródło inspiracji. Pył bitewny dawno opadł, Troja i Ateny współcześnie nijak mają się do dawnych swoich ról i potęg, a jednak po Wojnę trojańską wciąż sięgamy. Dzieła wybitne zawierają w sobie masę różnych podniet oraz składników, które niezależnie od domknięcia historyczno-politycznego epizodu, w którym zostały powołane do życia, zawsze będą aktualne. Warto zatem nawet „arcypolskie” dzieła nauczyć się czytać w sposób wyzwolony od obsesji polskości, wyzyskując przy tym wszelkie możliwe podniety, zainteresowania, narzędzia optyczne. Najwyższa pora zluzować więź Mickiewicza oraz Sienkiewicza, ba wszystkich naszych klasyków ze sprawą polską –ich horyzonty są dużo szersze, niż nam się wydawało. Tylko to myśmy nie potrafili, lub nie chcieli, ich czytać inaczej, inaczej niż według narodowego klucza.

Wyzwaniem stojącym dziś przed nami nie jest odzyskiwanie suwerenności państwa, gdyż państwo polskie istnieje. Przed nami zadanie doprowadzenia do tego, by słowo „Polska” nasycało się najróżniejszymi namacalnymi znaczeniami już nie tylko w kraju, ale także za granicą, na całym świecie. Chodzi o to, żeby inni mogli poznać jego bogactwo i złożoność. Chodzi także o to, byśmy my sami za pomocą tej wymiany ze światem lepiej siebie poznawali i wymyślali na nowo. Żeby to stało się faktem, musimy zacząć promować naszych klasyków. Twierdzenie, że literatura polska jest mało zrozumiała za granicą, bo za bardzo skupia się na „sprawie polskiej”, to łatwy wykręt. Najwyższa pora uświadomić sobie, że od tego, czy zdołamy inaczej spojrzeć na nasze dzieje, zależy to, czy dziś zdołamy ruszyć do przodu – w płodnym dialogu z innymi.

Piotr Biłos
Tekst opublikowany w wyd. 4 magazynu liderów opinii “Wszystko Co Najważniejsze” [LINKPrzypisy: [1] [LINK[2] [LINK[3] [LINK]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam