
Donald Trump i jego kraina lodu
Dobroduszni komentatorzy spraw publicznych zapominają, że Ameryka jest imperium. Powracający dziś koncert wielkich mocarstw budzi na nowo także imperium amerykańskie, które odświeża swój geostrategiczny fundament, jakim jest doktryna Monroe – pisze Mateusz MATYSZKOWICZ
.Dnia 2 grudnia 1823 r. James Monroe, piąty prezydent USA, stojąc przed Kongresem, ogłosił fundamenty nowej amerykańskiej polityki. Choć może stosowniej byłoby napisać, że nie tyle nowej, ile dojrzewającej od dawna, a przynajmniej od Deklaracji niepodległości i od pism federalistów. Już w 1796 roku George Washington w Farewell Address pozostawił przestrogę przed uwikłaniem w sojusze europejskie, a w 1812 roku James Madison sformułował doktrynę praw neutralnych. Z każdym bowiem rokiem niezależności USA były coraz bardziej świadome konieczności podążania ścieżką inną niż stara Europa.
I wtedy, w 1823 r., Monroe uznał, że czas ująć to w mowie, którą nazwano później doktryną Monroe. W obliczu zwarcia szyków przez mocarstwa europejskie po kongresie wiedeńskim USA ogłosiły brak zgody na jakąkolwiek ingerencję starych mocarstw w oba amerykańskie kontynenty, jak wówczas to definiowano, w zachodnią hemisferę. Przeciwnikiem było tu Święte Przymierze, a sojusznikiem Wielka Brytania, która wcześniej sama namawiała USA do wspólnej proklamacji. Krajom anglosaskim chodziło o ostateczne wykluczenie Hiszpanii, Francji i Rosji, mającej coraz większy apetyt na Amerykę. Mało kto dziś pamięta o ukazie cara Aleksandra I z 1821 roku, w którym określił on rosyjskie prawa do Zachodniego Wybrzeża USA.
Aby tego dokonać, USA ogłosiły ustami Monroe ostateczny rozdział spraw Nowego i Starego Świata, i to rozdział bardziej radykalny, niż Monroe początkowo planował. Wiemy, że chciał pierwotnie poprzeć ruchy republikańskie na Starym Kontynencie, ale John Quincy Adams, wówczas jego sekretarz stanu i właściwy autor doktryny Monroe, zaoponował. Świat od tej pory miał być podzielony na dwie strefy wpływów: amerykańską i europejską. Europa miała nie tworzyć nowych kolonii w obu Amerykach – poza uznanymi już terytoriami, jak Kanada czy Kuba. W zamian – zgodnie z namową Adamsa – prezydent USA zadeklarował brak ingerencji w sprawy kontynentu europejskiego.
Amerykanie obawiali się hiszpańskich i francuskich prób instalacji sprzyjających im rządów w Ameryce Południowej, ale uważnie obserwowali też rosyjskie zakusy. Wiedzieli, że inwazja z Europy na USA nie jest możliwa, zwłaszcza że szlaki morskie kontrolowała Wielka Brytania. Wciąż jednak brano pod uwagę możliwość zainstalowania w Ameryce Południowej reżimu, który zaatakuje USA bądź – co bardziej prawdopodobne – zacznie kolonizować nowe terytoria w Ameryce Północnej. Jak mówił wtedy podniośle Monroe: „Kontynenty amerykańskie (…) ze względu na wolny i niepodległy status, jaki uzyskały i utrzymują, nie mogą być odtąd uznawane za przedmioty przyszłej kolonizacji przez jakiekolwiek mocarstwa europejskie”. Każdą zaś próbę interwencji USA będą traktować jako zagrożenie dla pokoju i bezpieczeństwa.
O tej deklaracji z podziwem pisał ponad 100 lat później Carl Schmitt. Uznał on doktrynę Monroe za pierwszy tak wyraźny przykład ustanowienia porządku wielkoobszarowego (Großraum), czyli sytuacji, w której jedno państwo uznaje swoją wyłączność na znaczącym obszarze ziemi, czyniąc to jednostronną deklaracją, która potem jest uznawana przez innych. Doktryna Monroe bowiem – jak zauważa Schmitt – nigdy formalnie nie stała się częścią prawa międzynarodowego, choć w praktyce politycznej i w niektórych dokumentach międzynarodowych traktowana jest tak, jakby była prawem.
Z doktryną Monroe w kolejnych dziesięcioleciach XIX wieku została sprzęgnięta jeszcze jedna idea, która zaważyła na dalszej historii USA – to tak zwane Objawione Przeznaczenie, inaczej Manifest destiny, czyli silne przekonanie, że misją Stanów Zjednoczonych jest rozszerzenie swojej cywilizacji na cały kontynent oraz wyparcie zarówno rdzennych mieszkańców, jak i władzy brytyjskiej. Najsilniejszym wizualnym wyobrażeniem tej myśli jest obraz Johna Gasta z 1872 roku Amerykański postęp. Widzimy na nim Kolumbię, czyli personifikację Stanów Zjednoczonych – świetlistą postać kobiety z książką i kablem telegraficznym w ręku, prowadzącą przez równiny nowych osadników z ich charakterystycznymi wozami. Za taborami widzimy kolej żelazną.
Doktryna Monroe bowiem, początkowo mająca zachowawczy wydźwięk i ściśle defensywny charakter, przekształciła się w doktrynę ofensywną, której celem było ustanowienie hegemonii USA w postaci bezpośrednio stanowionej władzy w Ameryce Północnej oraz władzy rozjemczej i wspierającej republikańskie rządy w Ameryce Południowej. To dlatego w latach 60. XIX wieku USA wspierały republikańskich rebeliantów w Meksyku.
W 1895 r. doktryna ta zyskała kolejną interpretację, zwaną interpretacją Olneya, która domknęła ten proces hermeneutyczny. W czasie sporu granicznego między Gujaną Brytyjską a Wenezuelą ówczesny sekretarz stanu Richard Olney wyprowadził z doktryny Monroe prawo USA do mediacji na półkuli zachodniej. Jak oświadczył: „Obecnie USA są suwerenem na tym kontynencie, a ich wola jest prawem w sprawach, w których postanawiają interweniować”. Trudno o mocniejszy i bardziej dosłowny manifest decyzjonizmu w duchu piszącego później Carla Schmitta: USA to suweren, który jednostronnie ustanawia swoją wolę jako prawo.
Warto dodać, że kilka lat później prezydent Theodore Roosevelt uzupełnił doktrynę Monroe o własną korektę (tzw. uzupełnienie Roosevelta z 1904 r.), deklarując prawo USA do interwencji w Ameryce Łacińskiej w razie „nieporządku” lub zagrożenia interesów, znów jednostronnie ten interes definiując jako suweren właśnie.
Ameryka wkroczyła w XX wiek z tak ukształtowanym rozumieniem własnej misji i właściwie nigdy od niej nie odstąpiła. Wprawdzie w 2013 roku John Kerry, wówczas sekretarz stanu, ogłosił koniec obowiązywania doktryny Monroe, ale kolejne lata, jeśli ją zmieniły, to tylko werbalnie. A obie kadencje Trumpa, razem z całym ruchem America First, nawet jeśli nie odwołują się do nazwiska Monroe, to zawierają wszystkie dla tej tradycji najważniejsze pojęcia i schematy myślenia, łącznie z określeniem zachodniej hemisfery.
Amerykanie coraz mocniej wracają do rozumienia własnej pozycji geostrategicznej jako mocarstwa morskiego, którego hegemonia wymaga kontrolowania kluczowych szlaków morskich. Stąd tak istotna kwestia Cieśniny Tajwańskiej czy Kanału Panamskiego. Ale najważniejsze i zapewne najbardziej ważące na dalszych losach świata jest zagadnienie kontroli nad przeprawami arktycznymi.
Nowa Kraina Lodu
.Podczas Międzynarodowego Forum Arktycznego w Murmańsku (w marcu 2025 r.) najważniejszym punktem było przemówienie Władimira Putina. To forum i to wystąpienie z pewnością należy do najważniejszych deklaracji publicznych rosyjskich aspiracji. Wybór Murmańska nie był przypadkowy. Dziś bowiem najmocniej nasza uwaga kieruje się ku okrutnej i niesprawiedliwej wojnie na Ukrainie, ale gdyby badać skalę rosyjskiego zaangażowania, to ukazałby się nam wysiłek w inwestycje arktyczne. Arktyka została ogłoszona kluczowym dla Rosji obszarem. I właśnie podczas tego forum Putin odniósł się do publicznie ogłoszonych zamiarów USA dotyczących Grenlandii. Uznał je za historycznie uzasadnione.
To oczywiste odwołanie do polityki XIX i XX wieku. Pierwszy amerykański zakup Grenlandii – oraz Islandii – miał odbyć się w latach 60. XIX wieku, tuż po zakupie od Rosji (sic!) Alaski. Wówczas wynegocjowana już transakcja nie doszła do skutku z powodu braku woli politycznej. Ale Grenlandia od tego czasu była bezpośrednio obiektem zainteresowania USA. Widać było, że amerykańska myśl strategiczna już wtedy rozumiała wagę łuku Alaska-Grenlandia-Islandia w utrzymaniu kontroli nad Arktyką. Wzmogło się to w przededniu zajęcia Danii przez Niemcy (1940). Amerykanie obawiali się, że upadek Danii doprowadzi do zainstalowania na Grenlandii niemieckiej marynarki, co niebezpiecznie przybliżyłoby wojnę do granic USA. W ostatniej chwili podpisano więc z duńskim posłem w Waszyngtonie porozumienie, zgodnie z którym USA stworzyły bazę wojskową na Grenlandii, w Thule. Po upadku III Rzeszy USA ponownie chciały zakupić wyspę od Danii – za 100 milionów dolarów i ropę z Alaski. Duńczycy odmówili. Jak to wyraził ich minister spraw zagranicznych: „Jesteśmy wdzięczni Ameryce, ale nie sądzę, byśmy musieli jej za to oddać całą wyspę”. Za to w 1951 r. Ameryka i Dania podpisały umowę, dzięki której USA znacząco mogły rozbudować swoją wojskową infrastrukturę na wyspie, w tym podlodowcową bazę, która miała być ukrytym punktem wystrzeliwania rakiet nuklearnych. Projekt został przerwany, bo lodowiec zaczął się przemieszczać, w dodatku dokonało się to w atmosferze skandalu, gdy na wyspie rozbił się uzbrojony w broń nuklearną bombowiec. Dania ogłosiła zakaz instalowania tej broni na swoim terytorium, ale nie jest do końca pewne, czy faktycznie ten zakaz jest respektowany.
Powrót do dawnych aspiracji nastąpił już w 2019 roku, gdy prezydent Trump po raz pierwszy publicznie sformułował chęć zakupu Grenlandii. Ta ambicja powraca ze zwielokrotnioną siłą w czasie drugiej jego kadencji. To już nie jest tylko publiczna retoryka, ale wola ostatecznej instalacji USA na tym autonomicznym terytorium.
Dlaczego jest to tak ważne dla USA właśnie dziś? I dlaczego Rosja także tak mocno zwraca uwagę na to zagadnienie? Pamiętajmy, że Putin w sierpniu 2007 roku kazał batyskafom umieścić rosyjską flagę na dnie Oceanu Lodowatego, na biegunie północnym. Rosja stara się tu udowodnić, że podwodny Grzbiet Łomonosowa jest przedłużeniem Syberii, co dałoby jej prawo do roszczeń do ogromnych obszarów dna bogatych w surowce.
Rosja uważa, że Arktyka należy do niej, a jedynym konkurentem, z którym przyjdzie się jej tu zetrzeć, są Stany Zjednoczone. Stąd ten bezczelny gest z flagą. To jak wyzwanie podobne do amerykańskiego zatknięcia flagi na Księżycu. Przy czym nie o symbolikę tu chodzi. Arktyka należąca do Rosji byłaby pierwszym tak poważnym od XIX wieku wyzwaniem dla doktryny Monroe. Oto bowiem inne mocarstwo niebezpiecznie przybliżyłoby się do granic Ameryki.
Dzieje się to w czasie, gdy odmarzające wody skracają drogi morskie, a kontrola nad cieśninami jest kluczowa dla utrzymania mocarstwowej pozycji oraz zapewnienia bezpieczeństwa militarnego. Prognozy wskazują, że nowe trasy (Północna Droga Morska wzdłuż wybrzeży Rosji, Przejście Północno-Zachodnie przez Archipelag Arktyczny oraz ewentualnie transpolarna droga centralna) skracają dystanse między Azją, Europą i Ameryką nawet o 30–50 proc. w porównaniu z tradycyjnymi szlakami przez Kanał Sueski czy Panamski. Kto dysponuje bronią nuklearną przenoszoną przez łodzie podwodne, ten powinien zająć w Arktyce dogodne pozycje, umożliwiające sparaliżowanie terytorium przeciwnika. Bez kontrolowania tych wód trudno sobie wyobrazić handel najkrótszą możliwą drogą. Stany Zjednoczone nie mogą pozwolić, by kontrolowała te szlaki Rosja, zwłaszcza że jest ona coraz częściej fasadą faktycznej działalności Chin, które mogą wyrosnąć tym samym na mocarstwo morskie porównywalne z dawnym Imperium Brytyjskim. Odmarzające zaś ziemie odsłaniają bogactwa naturalne, w tym metale ziem rzadkich oraz gaz, wszystkie dziś niezbędne gospodarce. Grenlandia posiada złoża uranu, cynku, metali ziem rzadkich – strategiczne surowce do produkcji nowoczesnych technologii. I dlatego Grenlandia jest też w tak silnym polu zainteresowań Chin, które już dziś w niektórych dokumentach strategicznych nazywają siebie państwem przyarktycznym (near-Arctic state), co w USA wywoływałoby rozbawienie, gdyby nie złowróżbny wydźwięk tych słów. Chiny promują też koncepcję Polarnego Jedwabnego Szlaku i inwestują w projekty wydobywcze, np. współfinansują rosyjskie terminale LNG na Północy.
W amerykańskim interesie
.USA są świadome, że po raz pierwszy od końca zimnej wojny mają jako mocarstwo konkurencję i że stawka jest bardzo wysoka. Dotyczy ona zarówno globalnych szlaków morskich, dostępu do surowców kluczowych w wyścigu gospodarczym, a ostateczną i największą stawką jest bezpieczeństwo militarne. Stąd odkopanie starej, poczciwej doktryny Monroe, choć przeciwnikiem nie jest już Święte Przymierze europejskich mocarstw, ale są nim Rosja i Chiny.
Co to oznacza dla Polski? Gry mocarstw zwykle były dla Polski niebezpieczne i tak może być tym razem. Ciężar zainteresowania geopolitycznego odsuwa się od Polski, ale oznacza to także większe przyzwolenie na lokalne ambicje, które dla naszego kraju są szalenie niebezpieczne. Zwłaszcza że gdyby doktrynę Monroe traktować literalnie, dawała ona przyzwolenie europejskim potęgom na rozgrywanie swoich interesów bez udziału USA. Pewnym odbiciem tej starej idei jest wezwanie Europy przez USA do remilitaryzacji, w tym remilitaryzacji Niemiec, która zawsze dla Polski była niebezpieczna. Plan Zeitenwende, zgodnie z którym niemieckie siły zbrojne będą w najbliższym czasie wzmocnione inwestycjami na poziomie 100 miliardów euro, jest znakiem czasu, podobnie jak coraz śmielsze rozmieszczanie niemieckich wojsk chociażby na Litwie. Niemcy obecnie są sojusznikiem Polski i jednym z gwarantów bezpieczeństwa wschodniej flanki NATO. W tej grze jednak Polska nie może być słabszym partnerem, bo na dłuższą metę będzie to oznaczało wasalizację naszych interesów.
Na korzyść Polski przemawia natomiast czas. Fakt, że Polska swój projekt rozwoju sił zbrojnych rozpoczęła stosunkowo wcześnie, mimo że ma zasoby ekonomiczne znacznie mniejsze niż gospodarka niemiecka, daje jej pewną przewagę i podmiotowość w europejskiej grze o bezpieczeństwo. Polska ma także lepsze niż inne państwa europejskie możliwości utrzymania zwiększonego zainteresowania USA swoim bezpieczeństwem. Głównym bowiem zagrożeniem dla Polski teraz jest znalezienie się w strategicznej próżni, która odebrałaby Polsce karty w negocjowaniu własnych gwarancji bezpieczeństwa.
Jeśli Ameryka wraca do logiki Monroe, Polska musi zadbać, by nie znalazła się poza jej orbitą – bo tam, gdzie Ameryka traci zainteresowanie, zaczynają się interesy cudze.
Tekst ukazał się w nr 71 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]. Miesięcznik dostępny także w ebooku „Wszystko co Najważniejsze” [e-booki Wszystko co Najważniejsze w Legimi.pl LINK >>>].