"Skradzione dzieciństwo". Raport o rosyjskich zbrodniach przeciwko dzieciom

Świadectwa ponad 100 obywateli Ukrainy, w tym 12 dzieci, którzy ucierpieli lub byli świadkami zbrodni przeciwko dzieciom na różnych etapach działań wojennych i okupacyjnych podczas rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie w latach 2014-2023 zawiera raport „Skradzione dzieciństwo” opublikowany przez Centrum Lemkina.
1,6 mln ukraińskich dzieci znalazło się pod władzą okupanta i „utraciło swoje dzieciństwo”
.Instytut Pileckiego to państwowa instytucja naukowo-badawcza. W ramach Instytutu działa min. Centrum Dokumentowania Zbrodni Rosyjskich w Ukrainie im. Rafała Lemkina (w skrócie: Centrum Lemkina). Centrum zebrało relacje 1600 indywidualnych, naocznych świadectw o zbrodniach popełnionych przez wojska rosyjskie na terytorium Ukrainy.
Poza relacjami zebranymi przez zespół Centrum Lemkina, raport zawiera również efekty pracy ukraińskiej organizacji charytatywnej – Save Ukraine.
„Nie wyobrażamy sobie, czym jest życie w czasie wojny. Dobrze byłoby, żebyśmy mieli tego świadomość” – powiedzia na konferencji prof. Przemysław Wiszewski, pełnomocnik dyrektora Instytutu Pileckiego ds. naukowych.
Podkreślił, że „przekazanie świadectwa to nie jest rzecz, jak udzielenie wywiadu tu i teraz”. „Udzielenie świadectwa i bycie zidentyfikowanym w Ukrainie, zwłaszcza na terytoriach okupowanych, pociąga za sobą dużo większe zagrożenie, stąd w każdym z naszych raportów anonimizujemy wszystkie świadectwa i zdjęcia” – wyjaśnił.
Zaznaczył, że „raport jest nie tylko zbiorem świadectw lub fragmentów świadectw wybranych przez pracowników i współpracowników Centrum, ale zawiera także nową strukturę podporządkowaną założeniom prawa międzynarodowego”. „Tak, aby każdy kto weźmie do ręki raport mógł od razu zobaczyć, jakiego rodzaju wykroczenia przeciwko prawu międzynarodowemu, ludzkości, zostały popełnione przez wojska i władze rosyjskie” – powiedział prof. Wiszewski.
Ksenia Kołotiuk, menedżer programowy misji ratunkowej Save Ukraine z Kijowa, zajmującej się poszukiwaniem uprowadzonych ukraińskich dzieci, powiedziała że Rosja nie przekazuje informacji o stanie i miejscu pobytu uprowadzonych dzieci. „Staramy się ich poszukiwać we współpracy z organizacjami międzynarodowymi, organami państwowymi” – dodała.
Poinformowała, że w sumie od 2014 r. ok. 1,6 mln ukraińskich dzieci znalazło się pod władzą okupanta i „utraciło swoje dzieciństwo”.
Wskazała, że dzieci są przymusowo angażowane w działania wojenne, rozdzielane z rodzinami, doświadczają przemocy seksualnej, cierpią na zaburzenia psychiczne.
Opowiedziała, że zdarzały się przypadki, iż rosyjscy żołnierze wchodząc do budynków kierowali lufy karabinów w kierunku dzieci, które pod wpływem silnego stresu traciły mowę. „Dopiero po dwóch miesiącach, po rehabilitacji i pracy z terapeutą, były w stanie wypowiedzieć pierwsze słowa” – mówiła.
Iryna Iwannikova (świadek z Chersonia, rodzina uprowadzonego dziecka) podkreśliła, że praktycznie każdy Ukrainiec doświadczył negatywnych skutków działań wojennych – tortur, straty osoby bliskiej.
Publikacja przedstawia szerokie spektrum naruszeń prawa humanitarnego przez siły okupacyjne – międzynarodowego karnego, również przestępstw o charakterze kryminalnym w wielu omawianych przypadkach. Obejmuje także zagadnienia społeczne i psychologiczne związane ze skrajnymi sytuacjami, w których znalazły się dzieci. Zbrodnie opisane przez świadków mogą być kwalifikowane jako ludobójstwo.
Z raportu wynika, że dzieci były zabijane: „Moja przyjaciółka opowiadała, że trzynastoletnia córka siostrzenicy została zabita, kiedy jechali przez Jahidne i zostali ostrzelani… Po ostrzale nie znaleźli głowy dziecka, więc pochowali dziecko bez głowy” – opisywał świadek C39.
Dzieci są poddawane torturom i mordowane. Świadek N60 wspominał: „Bili mnie, gdzie popadło. Elektroforezę podłączali mi do małego palca, a potem do kolan. Za pierwszym razem cierpiałem tak bardzo, że wyleciały mi z zębów plomby”.
Ukraińskie dzieci doświadczają także przemocy seksualnej. Świadek C61 zeznał: „Naprawdę chciałam, żeby moja córka opuściła miasto, bo każde wyjście z domu było niebezpieczne, a ona ma 16 lat. (…) Dziewczęta były gwałcone, obrażane, bite. Dziewczynom i kobietom groziło prawdziwe niebezpieczeństwo”.
Raport „Skradzione dzieciństwo” opisuje proces wynarodowienia ukraińskich dzieci
.Dzieci cierpią także z powodu ataków na obiekty cywilne: szkoły, przedszkola, szpitale. Świadek C78 wspominał: „23 marca zaczął się ostrzał, wszystko grzmiało, potężnie eksplodowało. Sypały się szyby, słyszeliśmy, jak upadło coś bardzo dużego. Robili to celowo. Przecież wiedzieli, że to placówka medyczna. (…) Był napis wielkimi literami. Wiedzieli i celowo nas ostrzeliwali”.
Najmłodsi są uprowadzani na teren Rosji i poddawani wynarodowieniu. Mykoła Kułeba, założyciel „Save Ukraine” ocenił, że „najgorsze jest to, że dzieci będą dorastać w nienawiści do Ukrainy”. „Dorosną i otrzymają rosyjskie obywatelstwo, pójdą na wojnę przeciwko Ukrainie, z przekonaniem, że Ukraina jest wrogiem. Bardzo się boję, że stracimy tysiące lub setki tysięcy dzieci, którym Rosja zrobiła pranie mózg” – przyznał.
Relacje świadków zostały zanonimizowane, aby zapewnić bezpieczeństwo ich autorom. Wyjątkiem w raporcie jest historia zamordowanego Stepana Czubenki – w tym przypadku ofiara jest publicznie znana, tragiczna śmierć ukraińskiego chłopca urosła wręcz do rangi symbolu ukraińskich dzieci mordowanych przez Rosję od 2014 r.
Trwająca od 2014 r. rosyjska agresja na Ukrainę sprawiła, że obecni dziesięciolatkowie i ich młodsi koledzy i koleżanki z Ukrainy nie znają świata bez wojny, przymusowych migracji, wysiedleń, zagrożenia życia swojego lub członków swojej rodziny. Z tym brzemieniem będą musieli dorastać i wychowywać kolejne pokolenia.
Prof. Wiszewski pytany przez dziennikarzy o to, jaka przyszłość czeka Centrum Lemkina, przypomniał, że Centrum Lemkina powstało w 2022 r. „Jego działalność została przedłużona przez ministrę kultury Hannę Wróblewską do końca czerwca 2025 r. Teraz czekamy na dalszy ciąg, decyzje ministry. Przedłożyliśmy nasze propozycje na temat dalszego funkcjonowania Centrum Lemkina, rozmowy toczą się już dłuższy czas”.
„Z naszej strony, jako Instytut Pileckiego, staramy się zrobić wszystko, żeby Centrum Lemkina funkcjonowało” – zaznaczył.
Podkreślił, że „nic mu nie wiadomo, żeby jakakolwiek jednostka publiczna, osoba władna decydować o losach Centrum, chciała jego rozwiązania”.
Walizki lęków naszych
.Można spakować idealną walizkę ewakuacyjną, przygotować samochód do drogi, pakując go w wodę, paliwo, leki i żywność w puszkach; można przejść wszystkie na świecie kursy z zakresu medycyny taktycznej i umiejętności przetrwania w ekstremalnych warunkach, ale w momencie, gdy za oknem eksploduje pierwsza rakieta, twoje życie z planów i marzeń zamienia się w banalną próbę przetrwania — pisze Olha KARI.
Nie wiem, czy jakikolwiek inny poranek utrwali się w mojej pamięci z takimi szczegółami. I pierwsze eksplozje, których grzmot dotarł do sennego centrum Kijowa, i pierwszy telefon do taty, i pierwsze uświadomienie sobie czegoś niewyobrażalnego, absolutnie niemożliwego: Kijów jest bombardowany, nasz Kijów — wczoraj otulony lutową zamiecią, zasypany śniegiem, barwny i pogodny Kijów — jest bombardowany!
Rankiem 24 lutego moja walizka ewakuacyjna była wypchana po brzegi przypadkowymi i dziwnymi rzeczami: był tam worek karmy dla kotów, podróżny zestaw kosmetyków, który właśnie przeniósł się z walizki turystycznej, puszka tuszonki z kurczaka, silikonowy kubek na wodę, fiolka perfum, dokumenty, ładowarka do telefonu, ciepłe skarpetki i cień do powiek. Artefakty dwóch wszechświatów — fragmenty wczorajszego spokojnego świata i niepodważalne dowody dzisiejszego zagrożonego — wrzucone do torby w przypadkowy sposób świadczyły o tym, że z całych sił opierałam się świadomości, że wojna przyszła do mojego domu, wojna przyszła na długo. Trudno nazwać mnie sceptykiem wojennym, ale i ciepłe zapewnienia o «majowych szaszłykach» obiecanych przez prezydenta Zełenskiego nie wywarło na mnie wrażenia, jednak jak większość moich przyjaciół, znajomych i rodziny liczyłam na cud.
Moje pokolenie dzisiejszych czterdziestolatków jest prawdopodobnie ostatnim, które jeszcze na żywo słyszało od swoich dziadków: «Oby tylko nie było wojny! Wojna to taka tragedia…». Słyszeliśmy te słowa tak często, że postrzegaliśmy je jako część krajobrazu dźwiękowego, a nie jako coś, co pewnego dnia poparzy bólem naszą własną skórę! Moje pokolenie jest ostatnim, któremu kazano obowiązkowo-dobrowolnie chodzić do szkoły 9 maja, kiedy weterani II wojny światowej byli zapraszani na lekcje (jedyne, co pamiętam z tych spotkań, to gryzący, duszący zapach starego człowieka), i jesteśmy ostatnimi, którzy tak samo obowiązkowo-dobrowolnie nieśli bukiety tulipanów do miejsc pamięci i pomników, ani na chwile nie odnosząc siebie do wydarzeń upamiętnionych w marmurze i brązie radzieckich powojennych pomników.
I szczerze wierzyliśmy w to hołubione «nigdy więcej», podczas gdy nasz cywilizacyjnie upośledzony «sąsiad» z północy złośliwie szydził: «możem powtoritʹ» (możemy powtórzyć). Tak, wojna zbrojna Rosji przeciwko Ukrainie rozpoczęła się jeszcze w 2014 roku, tak, prawie każdy z nas miał przyjaciół lub krewnych, którzy stracili na Donbasie domy lub życie, tak, wojna już zbliżyła się do naszych domów i dosłownie waliła w nasze drzwi ciężkimi żołnierskimi buciorami, a jednak poza płonącym Donbasem życie pokojowe pozostawiało przestrzeń dla nadziei: «Och, daj spokój, nie może być przecież tak, żeby rakiety leciały na Lwów, Charków, Dniepr i Kijów, nie, nie, nie!». Chciało się wierzyć, że w XXI wieku warstwa cywilizacyjna na ludzkości będzie już narosłym pancerzem przeciwko ludobójstwom i dążeniu do samozagłady, a nie cienką powłoką, którą okazała się być….
«Nie słuchałam Zełenskiego o tych wszystkich szaszłykach, więc tydzień przed 24 lutego miałam spakowane walizki dla każdego dziecka, — wspomina artystka i badaczka Wita Bartosz, która opuściła Ukrainę z trójką swoich dzieci na początku inwazji. — Z makaronem instant, snickersami i kserokopiami dokumentów. Rodzicielstwo zachęca do dyscypliny, a kiedy jesteś matką trójki dzieci, zawsze myślisz trzy kroki do przodu. Przygotowywałam się do spędzenia nocy z dziećmi w polu w zimie, miałam namiot, matę… Zebrałam całą biżuterię, srebro i złoto, jakie miałam. Choć okazało się, że było tego bardzo mało, zabrałam wszystko, by później, w razie potrzeby, wymieniać to na jedzenie. Nigdy wcześniej nie przepadałam za ozdobami z metali szlachetnych, bo kiedy kupujesz kolczyki, nigdy nie myślisz o tym, ile bochenków chleba możesz za nie wymienić! Ale byłam gotowa na wszystko — wymieniać cenne rzeczy na jedzenie lub życie».
Wita przyznaje, że nawet przy całej jej przemyślności i opanowaniu, do jej walizki w jakiś sposób «przeciekły» rzeczy, które generalnie nie są potrzebne w ucieczce przed wojną.
«Potem zaczęłam zastanawiać się nad moją walizką ewakuacyjną i zrobiłam nawet projekt artystyczny: zrobiłam zdjęcia absolutnie wszystkiego, co zabrałam ze sobą w podróż. I był to bardzo dziwny zestaw rzeczy. Oto, na przykład, olejki perfumowane. Albo, na przykład, kapelusz z szerokim rondem (w środku zimy!). Skarpetki z wzorami. My z dziećmi pokonaliśmy długą drogę przez cztery kraje i obozy dla uchodźców, i wiesz, te skarpetki z domu cerowałam aż do ostatniej chwili, kiedy się rozpadały. I nie dlatego, że nie mogłam gdzieś dostać nowej pary. Ale dlatego, że dla mnie były to takie okruchy domu, których bardzo mi brakowało i nadal za nimi tęsknię».
Ukraińska poetka i artystka, Switłana Diduch-Romanowsʹka, wraz z nastoletnim synem wyjechała spod Kijowa na Litwę. Jej syn ma zdiagnozowany autyzm i kobieta wspomina, że w ciągu kilku tygodni od inwazji na pełną skalę zauważyła u niego gwałtowny regres — i to po latach udanej pracy specjalistów z dzieckiem. Wyjeżdżali w nieznane, nie spodziewając się, że ostatecznie znajdą schronienie w litewskim mieście Poniewież, w byłym sierocińcu zaadaptowanym na potrzeby uchodźców.
«Przed wojną nigdy nie doceniałam złota, — przyznaje Switłana. — W mojej rodzinie kobiety uwielbiają złotą biżuterię, ale mnie to nie interesowało. A teraz rozumiem, że w warunkach wojny złoto jest najbardziej płynnym aktywem. Nie pieniądze, których nie można nawet wypłacić z karty i które mogą po prostu stracić na wartości w każdej chwili, ale właśnie złoto. Doświadczenie wojny nauczyło mnie i mojego syna, że cały nasz dobytek powinien być lekki i trzeba żyć tak, jakby się jutro wyjeżdżało — z obozu, z mieszkania, z kraju — i zadowalać się minimalną liczbą rzeczy».
Co moi przyjaciele, znajomi i krewni spakowali na drogę, do schronu przeciwbombowego, na uchodźstwo, na ewakuację, na nieznaną i zagrażającą przyszłość, oprócz podstawowego «domyślnego» zestawu: dokumentów, pieniędzy, biżuterii i zmiany bielizny — jeśli mieli szczęście? Były to rzeczy, które dotyczyły tożsamości ukraińskiej, siebie jako osoby, którą sowieckie imperium przez cały okres swojego istnienia starało się pozbawić rodzinnego dziedzictwa, rodzinnej historii i rodzinnej pamięci. Tak więc podczas tej wojny, wraz z foliówka tabletek, pakowaliśmy do walizek babcine wyszywanki i zdjęcia naszego domu, mamine korale, zegarek taty, materialne dowody nie tylko naszej obecności «tu i teraz», ale także artefakty przynależności do narodu, przeciwko któremu Rosja przez trzy stulecia prowadzi wojnę na wyniszczenie i na wymazanie tożsamości.
Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/olha-kari-walizki-lekow-naszych/
PAP/MB



