
Ameryka czy Europa? Pytania na rozstaju dróg
Stoimy w obliczu wyboru: liczyć na to, że Europa niebawem stworzy system bezpieczeństwa na miarę tego, jaki w tej chwili zapewniają jej Stany Zjednoczone, czy też stanąć po stronie Waszyngtonu i stać się rzecznikiem USA na Starym Kontynencie w zamian za gwarancje bezpieczeństwa na miarę artykułu 5. Jazda na dwu koniach, które najwyraźniej powoli, ale nieuchronnie przestają zmierzać w tym samym kierunku grozi ciężkim upadkiem – ostrzega prof. Kazimierz DADAK
Polityka, teleologia, wiara i rozum
Zasada celowości pozornie wywraca do góry nogami ludzką logikę, w której teraźniejszość determinuje przyszłość. Według św. Tomasza z Akwinu w przypadku ludzi – istot posiadających rozum i wolną wolę – przyszłość określa przeszłość czy też może, ściślej biorąc, teraźniejszość. Jeśli ktoś wierzy, że spełni swoje oczekiwania i nadzieje, niosąc bliźnim pomoc jako lekarz, to ta osoba dziś zapisuje się do uniwersytetu medycznego, a nie na przykład do akademii sztuk pięknych. Niemniej to głębokie przekonanie winno być mocno osadzone w rzeczywistości. Jak to pięknie ujął Jan Paweł II w encyklice Fides et ratio, wiara i rozum są nierozłączne. Myśl o powołaniu do zawodu lekarza musi być zweryfikowana dotychczasowymi osiągnięciami. Jeśli nasz hipotetyczny kandydat do następcy Hipokratesa ma w szkole średniej bardzo słabe osiągnięcia w przedmiotach przyrodniczych, to może jednak mamy do czynienia z fantasmagorią, a nie realnymi możliwościami.
Ten związek wiary, rozumu i celowości działania ma zastosowanie także w polityce. Mogę na przykład głęboko wierzyć w to, że za naszą wschodnią granicą dzieje się wielka niegodziwość, że Ukraina jest straszliwie krzywdzona i sprawiedliwość wymaga przywrócenia Kijowowi suwerenności nad każdą piędzią jej obszaru, ale to moje poczucie musi być skonfrontowane z rzeczywistością na froncie i z możliwościami państw wspierających Ukrainę. W obu tych przypadkach trudno jest o wielki optymizm.
Sytuacja na froncie
Dane podawane przez Instytut Badań nad Wojną wskazują, że od niemal trzech lat inicjatywa należy do najeźdźcy, a z drugiej strony zdolność Zachodu do zwiększenia pomocy raczej maleje, bo administracja Donalda Trumpa nie zamierza wydawać więcej pieniędzy w tym zakresie. Ostatnio prezydent Wołodymyr Zełenski obwieścił, że Waszyngton chciałby, aby wojna szybko się zakończyła. W obecnych warunkach ten postulat wyraźnie faworyzuje Moskwę. Jest wysoce wątpliwe, żeby Europie udało się nie tylko pokryć deficyt wynikający z postawy Waszyngtonu, ale wręcz zwiększyć cały wysiłek Zachodu, ponieważ dotychczasowy był najwyraźniej niewystarczający.
Nawet gdyby po stronie Zachodu taka możliwość istniała, to nie jest oczywiste, że sami najbardziej zainteresowani posiadają środki do wykorzystania zwiększonej pomocy. Analitycy raczej są zgodni co do tego, że największą barierą, przed którą stoi Kijów, jest nie tyle niedostatek broni i amunicji, ile braki w zakresie, mówiąc fachowo, siły żywej. W wyniku masowej emigracji liczba ludności Ukrainy spadła do poniżej 30 milionów, co stanowi ok. 1/5 zaludnienia Rosji. Co więcej, ponad 10 milionów obecnych mieszkańców Ukrainy to emeryci i renciści. Zatem pula, z której można czerpać rekruta, jest szczupła. Z wielu źródeł wiadomo, że entuzjazm, z jakim Ukraińcy wstępowali do wojska wiosną 2022 r., wygasł i dziś raczej mamy do czynienia z dezercją i unikaniem komisji poborowych.
Mówiąc wprost, rozum podpowiada, że bez bezpośredniego wojskowego zaangażowania ze strony Koalicji Chętnych – liczonego w setkach tysięcy żołnierzy – ziszczenie się szczytnego hasła przegnania napastnika nie jest w zasięgu ręki. Mimo buńczucznych wypowiedzi niektórych polityków wysłanie wojska przez członków NATO nad Dniepr jest bardzo mało prawdopodobne, bo Putin niejednokrotnie dał do zrozumienia, że ten krok grozi wybuchem III wojny światowej.
Suwerenność Ukrainy
Teleologia nakazuje, żeby Ukraina i wspierająca ją koalicja określiły jakiś cel, który obecnie jest możliwy do osiągnięcia, i dostosowały swe zachowanie do tego pożądanego stanu ostatecznego. Nie mamy najmniejszego zamiaru przedstawiać tego, co w istniejących warunkach Kijów powinien chcieć osiągnąć. Takie wtrącanie się w suwerenne decyzje Ukrainy byłoby w największym stopniu szkodliwe. Natomiast winniśmy popatrzeć na tę sprawę z punktu widzenia naszego interesu narodowego, ocenić, jakie stany końcowe tych zmagań są najbardziej prawdopodobne, biorąc pod uwagę obecny układ sił, dokonać ich oceny i uszeregować z punktu widzenia naszego bezpieczeństwa oraz oszacować, jakie siły i środki są konieczne do osiągnięcia najlepszych dla nas wyników, i skonfrontować je z naszymi możliwościami. Te ostatnie są, mówiąc oględnie, ograniczone, bo najważniejsze atuty już wcześniej wydaliśmy.
Truizmem jest stwierdzenie, że w naszym najbardziej żywotnym interesie leży istnienie niepodległego państwa ukraińskiego w obecnych granicach, tych uznanych przez międzynarodową społeczność. Taka Ukraina stanowiłaby wielką przeszkodę w możliwym dalszym marszu Rosji na zachód. Pani Tulsi Gabbard, dyrektor Wywiadu Narodowego USA, w niedawnych wpisach na platformie X stwierdziła, że podległe jej służby takiego zagrożenia nie widzą, ale to jest ocena na dziś, podczas gdy Warszawa musi myśleć o przyszłości w kategoriach dekad. Stąd z naszego punktu widzenia podstawową sprawą jest zachowanie przez przyszły rząd w Kijowie suwerenności.
W tym miejscu koniecznie należy podkreślić, że suwerenność to nie jest sytuacja zero-jedynkowa, ale jest stopniowalna. Nawet najpotężniejsze państwo nie jest całkowicie suwerenne w tym sensie, że może robić wszystko to, co uważa za zgodne ze swoim żywotnym interesem narodowym. Chiny uważają Tajwan za swą nieodłączną część, ale nie realizują tego postulatu w drodze użycia siły zbrojnej, bo na przeszkodzie stoją Stany Zjednoczone i opinia światowa. Z kolei administracja prezydenta Trumpa uznała, że ze względu na bezpieczeństwo państwa konieczne jest posiadanie Grenlandii. Także ten zamysł się nie ziścił (przynajmniej na razie) pomimo całej potęgi Stanów Zjednoczonych. Przykłady można mnożyć. Stąd jeśli mówimy o niepodległej Ukrainie, to musimy mieć świadomość, że każdy przyszły rząd w Kijowie będzie stać w obliczu różnych ograniczeń wynikających z międzynarodowej sytuacji. Także naród polski stoi wobec rozlicznych ograniczeń i nie ma w tym nic nadzwyczajnego – poza tym, że wielu ludzi postrzega tę sprawę właśnie w kategoriach czarno-białych.
Suwerenność jest wprost proporcjonalna do względnej siły danego państwa w porównaniu z potęgą bliższych i dalszych sąsiadów. Ten fakt podpowiada, że w interesie narodowym Ukrainy leży zakończenie wojny z jak najmniejszymi stratami, szczególnie demograficznymi, aby proces odbudowy miał mocne podstawy.
Rozmowy pokojowe
Zmagania pomiędzy Rosją i Ukrainą mają charakter asymetryczny, bo ta pierwsza ma miażdżącą przewagę w zakresie potencjału demograficznego. Ukraina musiałaby zyskać niesłychaną przewagę jakościową, aby ten stan nierównowagi przezwyciężyć. Trzy lata temu jasno to powiedział ówczesny naczelny dowódca ukraińskich sił zbrojnych gen. Załużny. Z powodu tego „pesymizmu” odesłano go na emeryturę do Londynu, ale nie zmieniło to sytuacji na froncie. Podobnie hasło „żadnych rozmów ze zbrodniarzem wojennym Putinem” pięknie brzmi, ale niczego nie rozwiązuje. Od oburzenia z powodu niszczenia ukraińskiej infrastruktury energetycznej i narażania mieszkańców na śmierć z zimna rosyjskie drony i rakiety nie będą spadać w szczerym polu. Albo Koalicja Chętnych podejmie kroki, w wyniku których zostanie przezwyciężona nierównowaga w zakresie sił i środków, albo trzeba będzie posłuchać zdania prezydenta Donalda Trumpa, że należy szybko zakończyć wojnę.
Jeśli amerykańskie podejście do zakończenia konfliktu nie zostanie wcielone w życie, to możemy znaleźć się na przeciwnym biegunie możliwych stanów końcowych, czyli zajęcia całej Ukrainy przez Rosję. Niemniej naszym skromnym zdaniem jest to przypadek tak samo mało prawdopodobny, jak całkowite zwycięstwo Ukrainy. Okupacja państwa liczącego niemal 30 czy nawet tylko 20 milionów wrogo nastawionych obywateli przez kraj liczący ponad 140 milionów byłaby zadaniem niesłychanie trudnym lub wręcz niemożliwym. Bezpośrednie i pośrednie koszty takiego przedsięwzięcia dla Rosji byłyby ogromne i uniemożliwiłyby obronę interesów na innych odcinkach, choćby w byłych sowieckich republikach w Azji Środkowej lub na Zakaukaziu. Taki rozwój sytuacji byłby oczywiście najbardziej kosztowny dla Ukrainy.
Czy ten przypadek się ziści, w wielkim stopniu zależeć będzie od tego, czy naród ukraiński jest gotów prowadzić walkę dosłownie do ostatniej kropli krwi, czy też zdecyduje się dokonać ustępstw. Ostatnie wypowiedzi prezydenta Zełenskiego (na przykład w wywiadzie udzielonym magazynowi „The Atlantic”) wskazują na to, że Ukraina większych ustępstw nie jest skłonna dokonać, zatem nie można takiego rozwoju sytuacji całkiem wykluczyć.
Czego pragną Ukraińcy?
Przed nami rysuje się – jak to najczęściej bywa – cały wachlarz pośrednich stanów końcowych. Polskie władze winny dokonać szacunku prawdopodobieństwa ziszczenia się poszczególnych przypadków i już dziś podjąć kroki mające na celu przezwyciężenie możliwych ujemnych skutków, bo najprawdopodobniej będzie ich niemało.
Przewidywanie przyszłości tego umęczonego narodu jest nadzwyczaj trudne, ponieważ od ponad czterech lat panuje tam stan wojenny, media są poddane ścisłej kontroli obecnej ekipy rządzącej, a działalność stronnictw politycznych i pozarządowych jest ograniczona. Miliony ludzi przemieściły się nie tylko poza granice, ale i wewnątrz kraju, stąd istniejąca tam przed 2022 r. tkanka społeczna została w dużym stopniu zaburzona. Ogromny spadek stopy życiowej przeciętnego obywatela też musi mieć wpływ na nastroje ludzi. Można mieć obawy, że zorganizowane naprędce wybory – do czego prze Waszyngton – nie dadzą jasnej odpowiedzi na pytania o stan umysłów Ukraińców i dopiero kolejne, te przeprowadzone po zakończeniu wojny, pozwolą uzyskać lepszy obraz sytuacji.
Niejasna przyszłość
Podbój przez Rosję całej Ukrainy rysuje się jako najczarniejszy scenariusz. Tymczasem są możliwe inne, tylko nieco mniej groźne. Takim przypadkiem jest na przykład ciężka porażka Ukrainy i pojawienie się na naszej południowo-wschodniej rubieży państwa-fiaska, tworu niezdolnego do w miarę sprawnego funkcjonowania. Kraj ze słabą władzą centralną i niesłychanie silnym podziemiem gospodarczym, włącznie z przemytem na wielką skalę narkotyków i migrantów oraz walkami zbrodniczych mafii. Coś na podobieństwo Meksyku czy Kolumbii z czasów przestępczej działalności Pabla Escobara. Układ oligarchiczny z okresu prezydentury Janukowycza czy Kuczmy nie był daleki od takiego stanu rzeczy. Nie ma gwarancji, że klęska w wojnie nie spowodowałaby ponownego odrodzenia się ówczesnego systemu.
W Europie panuje daleko idący optymizm co do przyszłości Ukrainy, że po wojnie zapanuje tam demokracja, pomoc zagraniczna popłynie szerokim strumieniem i nie zostanie rozkradziona. Mówi się o szybkim jej wejściu do Unii. Oby ta świetlana przyszłość się ziściła, ale afery korupcyjne, które tam co rusz wybuchają, a które sięgają najwyższych kręgów władzy, nie dają podstaw do optymizmu. W rankingu poziomu postrzeganej korupcji ustalanym przez Transparency International Ukraina zajmuje bardzo odległe miejsce. Stąd całkiem możliwy jest rozwój sytuacji, w której Ukraina przez długie lata nie jest w stanie przezwyciężyć zniszczeń wojennych i ogromne rzesze cierpią nędzę. Taki scenariusz byłby całkiem prawdopodobny, gdyby w wyniku działań wojennych Ukraina utraciła nie tylko Krym, Donbas, Zaporoże i Chersoń, ale też Odessę i Charków. Im dłużej ta wojna trwa, tym większe staje się prawdopodobieństwo, że Rosja sięgnie także po ukraińskie wybrzeże Morza Czarnego. Nie dlatego, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, ale dlatego, że Kreml będzie musiał jakoś ten wysiłek usprawiedliwić – im większe straty po stronie Rosji, tym wyższe muszą być korzyści.
Przyszłość określa teraźniejszość, a w określaniu tego, jak najlepiej sprostać wyzwaniom, które mogą zdarzyć się za jakiś czas, niesłychanie pomocna jest analiza tego, co zdarzyło się uprzednio w podobnych okolicznościach. Na ogół im dłużej trwają działania zbrojne, tym większe są straty gospodarcze w pokonanym państwie, w tym większa jest liczba kalek i osób niezdolnych do normalnego życia na skutek przejść na froncie. Można zatem oczekiwać nadzwyczaj trudnej sytuacji gospodarczej, nawet jeśli Ukraina nie utraciłaby dalszych, istotnych dla jej rozwoju obszarów. Ciężkie czasy ujemnie odbijają się na chęci posiadania potomstwa, czego Polska jest też dobitnym przykładem. W tym przypadku tragiczna sytuacja demograficzna panująca nad Dnieprem uległaby dalszemu pogorszeniu i moglibyśmy sąsiadować ze słabo zaludnionym obszarem, potencjalnym terenem do zasiedlenia przez migrantów z odległych krajów. Nie wolno także zapominać, że zmagania wojenne, szczególnie trwające tak długo jak wojna rosyjsko-ukraińska, są na ogół połączone ze spustoszeniem moralnym.
Zagrożenie nacjonalistyczne?
Jest prawdopodobne, że Ukraina po zakończeniu działań wojennych będzie zasadniczo różna od tej, z którą mieliśmy do czynienia do tej pory. Na przykład w 2014 r. skrajnie nacjonalistyczne siły, duchowi spadkobiercy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), cieszyły się dużym poparciem tylko na obszarze przedwojennych polskich Kresów. W tamtym czasie jeden z przedstawicieli tego nurtu, Andrij Biłecki, był w stanie zorganizować batalion, podczas gdy w 2022 r. Mariupola bronił już pułk „Azow”, potem rozszerzony do brygady, a dziś miano to nosi cały korpus (1. Korpus Gwardii Narodowej, w sumie pięć brygad). Z kolei Andrij Biłecki, już w randze generała brygady, dowodzi 3. Korpusem Gwardii Narodowej.
Warto przypomnieć, że z powodu podejrzeń tyczących się ideologii, która miała przyświecać dowódcom „Azowa”, do czerwca 2024 r. jednostka ta była objęte amerykańskimi sankcjami, w ramach których nie mogła otrzymywać uzbrojenia z USA. Miejmy nadzieję, że zdjęcie sankcji w pełni odzwierciedlało odejście członków tej jednostki od pierwotnej skrajnie nacjonalistycznej ideologii, niemniej warto mieć w pamięci to, że motto korpusu „Azow”, umieszczone na jego stronie internetowej, brzmi: „Jak ogień przetapia żelazo w stal, tak walka przekuwa ludzi w naród”. Jest tam wyjaśnione, że to cytat z Jewhena Konowalca, międzywojennego dowódcy OUN, osoby niezbyt przychylnie nastawionej do naszego narodu i państwa.
W obliczu przegranej wojny, szczególnie tak długiej i ciężkiej, przywódcy pokonanego państwa na ogół szukają kozłów ofiarnych. Przedsmak tego, co może popłynąć z Kijowa, jeśli maksymalistyczne cele nie zostaną spełnione, dał nam już prezydent Zełenski w przemówieniu wygłoszonym podczas niedawnego Światowego Forum Ekonomicznego w Davos. Polska doskonale nadaje się do roli winnego militarnego niepowodzenia. Już zgraliśmy atuty, które posiadaliśmy. Nie wytwarzamy sprzętu wojskowego, którego Ukraińcy obecnie najbardziej potrzebują (obrona przestrzeni powietrznej i rakiety dalekiego zasięgu). Podobnie nasze zdolności do odbudowy zniszczeń są nadzwyczaj ograniczone – nadmiarem kapitału finansowego i zaawansowaniem technologicznym konkurencji nie porażamy. Skoro niewiele możemy dać w przyszłości, to koszty obciążenia nas winą za przegraną będą nieduże.
Oby te wszystkie zagrożenia się nie ziściły, ale rozum podpowiada, że koniecznie trzeba je brać pod uwagę i być przygotowanym do stawienia im czoła, a zasada celowości nakazuje podjęcie kroków już dziś, dzięki którym zmniejszymy do minimum skutki nawet najbardziej niekorzystnego rozwoju sytuacji.
Spójność NATO
Jest jeszcze jeden aspekt wojny, który naszym zdaniem niestety nie cieszy się należną mu uwagą – stosunki USA-Europa. Prezydent Trump wygrał wybory, głosząc chęć błyskawicznego zakończenia zmagań. W tym celu usiłował wywrzeć ostry nacisk na Ukrainę, co tak dobitnie objawiło się podczas wizyty prezydenta Zełenskiego w Białym Domu w lutym ubiegłego roku. W obronie interesów Ukrainy wystąpiły europejskie potęgi i ten fakt wywołał napięcie wewnątrz NATO.
Ogłoszone ostatnio w Waszyngtonie Narodowa Strategia Bezpieczeństwa i Narodowa Strategia Obrony nie pozostawiają większych złudzeń co do tego, że nasz kontynent w hierarchii zainteresowań USA został przesunięty z miejsca czołowego na miejsce trzecie. Obecnie priorytetami są zachodnia półkula i obszar Indo-Pacyfiku. Ta zmiana jest wynikiem względnego spadku potęgi i znaczenia USA czy w ogóle Zachodu, szczególnie Europy. Era jednobiegunowego świata dobiegła kresu i koniecznie należy wyciągnąć wnioski z tego faktu. Trwanie w przekonaniu, że Stany Zjednoczone są w stanie rozwiązać każdy kłopot, nawet w bardzo odległym zakątku świata, grozi nieobliczalnymi skutkami.
Dalsze próby wywierania nacisków na Stany Zjednoczone, aby nadal twardo chroniły interes narodowy Ukrainy, tylko powiększają tarcia w łonie NATO i w najgorszym przypadku grożą rozłamem. Rodzime czynniki rządowe winny dokonać oceny tego, czy dla naszego bezpieczeństwa ważniejszy jest dalszy udział USA w NATO i amerykański parasol atomowy, czy też urzeczywistnienie daleko idących politycznych i wojskowych celów Ukrainy. Oczywiście, ideałem byłoby współistnienie obu tych czynników, ale niżej podpisany ośmiela się podpowiedzieć, że do osiągnięcia tego doskonałego stanu rzeczy potrzebny byłby cud, natomiast jeśli musimy wybierać, to o wiele istotniejsze jest zachowanie tego pierwszego czynnika, bo on chroni nas przed zagrożeniami nie tylko ze wschodu, ale także z innych kierunków. Co więcej, nie możemy mieć pewności co do tego, że po wojnie rozwój sytuacji na Ukrainie przybierze korzystny dla nas obrót.
.Rozum i zasada celowości podpowiadają, że zbliżamy się do rozstaju, o ile już tam nie jesteśmy. Stoimy w obliczu wyboru, czy nadal jednoznacznie i gorąco popierać cele Ukrainy, być członkiem Koalicji Chętnych, liczyć na to, że Europa niebawem stworzy system bezpieczeństwa na miarę tego, jaki w tej chwili zapewniają jej Stany Zjednoczone, czy też stanąć po stronie Waszyngtonu, przekierować politykę zagraniczną w kierunku amerykańskiego punktu widzenia na wojnę rosyjsko-ukraińską i stać się rzecznikiem USA na Starym Kontynencie w zamian za gwarancje bezpieczeństwa na miarę artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego. Jazda na dwu koniach, które najwyraźniej powoli, ale nieuchronnie przestają zmierzać w tym samym kierunku grozi ciężkim upadkiem.
Kazimierz Dadak







