Jan ROKITA: Wyznania generał-ambasadora

Wyznania generał-ambasadora

Photo of Jan ROKITA

Jan ROKITA

Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Wykładowca akademicki. Autor felietonów "Luksus własnego zdania", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

Ryc.: Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Ukraiński ambasador w Wielkiej Brytanii ukazuje światu Zełenskiego jako przywódcę o nikłej osobistej kompetencji, tak w dziedzinie polityki, jak i w przewodzeniu wysiłkowi wojennemu. Że upowszechnianie dziś takiej opinii źle służy interesom Ukrainy, w tym zwłaszcza jej pozycji w oficjalnym Waszyngtonie, a przez to także rokowaniom pokojowym, nie trzeba nikogo przekonywać – pisze Jan ROKITA

.Wywiad, jakiego tuż przed czwartą rocznicą wybuchu wojny udzielił dziennikarzom agencji AP ukraiński ambasador w Wielkiej Brytanii, nie jest dobrą wróżbą dla przyszłości politycznej Ukrainy.

W normalnych warunkach wywiad taki powinien być przesłanką do natychmiastowego odwołania dyplomaty, który z premedytacją stara się zdestruować międzynarodowy autorytet prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Na dodatek czyni to w czasie, w którym od osobistego autorytetu przywódcy ukraińskiego zależy w jakiejś mierze powodzenie Ukrainy w prowadzonych za pośrednictwem Ameryki rozmowach pokojowych z Moskwą, których kolejna runda właśnie miała miejsce w Genewie w końcu lutego. A wiadomo dobrze, że Zełenski nie jest ulubieńcem Donalda Trumpa i jego negocjatorów, a Waszyngton już parę razy w przeszłości sugerował, iż wolałby, aby na Ukrainie odbyły się – mimo trwającej wojny – nowe wybory, które wygrałby ktoś inny, a nie dotychczasowy prezydent.

W ostatnim czasie tego rodzaju sugestie przestały płynąć z rządu USA, a to zapewne dzięki temu, iż Zełenski, bardzo rozumnie, przyjął taktykę niesprzeciwiania się otwarcie oczekiwaniom i opiniom Trumpa, nawet jeśli te bywają czasem dziwaczne. Mówi o tym zresztą wprost w niedawnym długim wywiadzie, jakiego udzielił Simonowi Shusterowi, skądinąd autorowi ciekawej książki poświęconej politycznemu fenomenowi postaci prezydenta Ukrainy. Zełenski mówi tam o Donaldzie Trumpie: „Tak, on chce, żeby było mniej ofiar. I jeśli wojna się skończy, to będzie po prostu jego zwycięstwo”.

Tymczasem ukraiński ambasador w Londynie ukazuje światu Zełenskiego jako przywódcę o nikłej osobistej kompetencji, tak w dziedzinie polityki, jak i w przewodzeniu wysiłkowi wojennemu. Że upowszechnianie dziś takiej opinii źle służy interesom Ukrainy, w tym zwłaszcza jej pozycji w oficjalnym Waszyngtonie, a przez to także rokowaniom pokojowym, nie trzeba nikogo przekonywać. Rzecz tylko w tym, iż w przypadku ambasadora Ukrainy w Wielkiej Brytanii – jak wszyscy dobrze wiedzą – nie chodzi o jakiegoś tam zbuntowanego dyplomatę, ale o głównego politycznego rywala Zełenskiego, nadal najpopularniejszego polityka w tamtejszych sondażach i zdymisjonowanego głównego dowódcę armii, zesłanego do Londynu w roku 2024, po szeregu wcześniejszych konfliktów z głową państwa.

Generał-ambasador Walery Załużny teraz właśnie wybrał sobie czas, aby dogłębnie i ze szczegółami opowiedzieć dziennikarzom amerykańskim historię tych konfliktów. Zapewne dlatego teraz, że w czwartą rocznicę wybuchu wojny uwaga mediów zachodnich znów przez chwilę została skoncentrowana na Ukrainie, a taka negatywna opowieść o Zełenskim z natury rzeczy musiała zyskać globalny rozgłos i zainteresowanie. Wszystkie te konflikty pomiędzy oboma ukraińskimi politykami są mniej więcej znane, przynajmniej tym, którzy interesują się ukraińską sceną polityczną i przebiegiem wojny. Ale co innego taka ogólna wiedza, pochodząca głównie z przecieków i półsłówek wypowiadanych przez polityków, a co innego ciekawa, faktograficzna opowieść jednego z dwójki protagonistów tego sporu.

.Jedna rzecz jest istotna: nie mam tutaj zamiaru zastanawiać się, który z dwójki wybitnych ukraińskich polityków ma więcej racji, ani też tym bardziej oceniać wartości zarzutów, jakie ambasador stawia swojemu prezydentowi. Załużny opowiada przede wszystkim o dwóch ostro konfliktowych epizodach, które mają pokazać Zełenskiego jako złego polityka i kiepskiego zwierzchnika armii. Epizod pierwszy dotyczy prób sparaliżowania głównego dowódcy armii w roku 2022 poprzez nasłanie na jego biuro i wojskowy sztab agentów Służby Bezpieczeństwa (SBU), która w ten sposób chciała zastraszyć dowódcę i przejąć materiały jego sztabu. Załużny chwali się, że zadzwonił wtedy do szefów prezydenckiej kancelarii i SBU, grożąc im ściągnięciem wojska do obrony swego biura, komputerów i dokumentów. Czyli w gruncie rzeczy – małą wojną domową. W odpowiedzi kierownictwo SBU przedstawia odmienną i niewinną wersję tamtych zdarzeń, jasno dając do zrozumienia, że generał-ambasador konfabuluje. Wedle SBU kijowski sąd wydał kilka dni wcześniej nakaz rewizji pod adresem jakiegoś klubu nocnego, a ów adres okazał się jednym z tajnych lokali dowództwa armii. Ponoć rzecz szybko wyjaśniono i żadnej rewizji nie było, a Załużny po prostu robi z igły widły.

Epizod drugi jest o wiele poważniejszy, gdyż dotyczy nieudanej ukraińskiej kontrofensywy w roku 2023, o której przebiegu i błędach napisano dziesiątki analiz, a krytycznego osądu jej konceptu po stronie ukraińskiej nie ukrywał, niemal otwarcie, nawet Pentagon. Tyle tylko że Załużny przedstawia teraz siebie jako autora koncepcji alternatywnej, takiej właśnie, jaką sugerowali ponoć również Amerykanie, polegającej na tym, aby głównych sił ukraińskich nie rozpraszać, ale skoncentrować je na południu kraju i uderzyć mocno w jednym punkcie, próbując przebić się nad Morze Azowskie i odciąć Moskali od Krymu i Morza Czarnego. Wedle ambasadora – to Zełenski miał być odpowiedzialny za to, że siły jednak rozproszono, przez co kontrofensywa się nie powiodła, a armia ukraińska straciła ostatnią szansę odbicia części okupowanych terytoriów. O tym, że Ukraina popełniła wtedy jakiś błąd, było głośno, choćby w analizach waszyngtońskiego Instytutu Studiów nad Wojną. Czy istotnie było tak, iż to Załużny poprawnie ocenił sytuację, ale Zełenski uniemożliwił mu skuteczne działanie, trudno orzec. A prawdę mówiąc, nie widzę potrzeby zajmowania się takim problemem, tak długo przynajmniej, jak długo Ukraina toczy wojnę o swoją niepodległość.

Na korzyść Załużnego działa także świeża publikacja Shauna Walkera na łamach „Guardiana”, który precyzyjnie rekonstruując ostatnie dni poprzedzające wojnę, przedstawia generała jako tego, dzięki któremu armia w jakimś choćby stopniu przygotowała się na inwazję 24 lutego, a prezydenta – jako kogoś, kto opóźniał te przygotowania, nie wierząc, iż Putin naprawdę wydał rozkaz zbrojnego zdobycia Kijowa. O tej arcyciekawej kwestii, nie całkiem jeszcze historycznej, bo przekładającej się na dzisiejszą (jak widać!) ukraińską politykę, piszę obszernie w innym miejscu. Tu chodzi mi tylko o podkreślenie, że Załużny ma „medialnego farta”, bo sprzyjają mu inne, pasujące do jego relacji publikacje, z kolei Zełenski ma „medialnego pecha”, gdyż jako przywódca państwa toczącego wojnę nie może się wdawać w publiczne połajanki ze swoim ambasadorem w obronie swego dobrego imienia i własnych racji.

.Załużny po raz pierwszy wykorzystuje tak bezwzględnie tę sytuację, aby przedstawić światu własną, z natury rzeczy jednostronną wersję i ocenę zdarzeń. Z pewnością nie można na jej podstawie ferować żadnych odpowiedzialnych wyroków. Można natomiast z tym większą dezaprobatą przyjmować małostkowe „wyznania” nadmiernie gadatliwego generał-ambasadora, który nie potrafi zachować milczenia co najmniej do chwili zakończenia wojny. Nawet jeśliby kiedyś miało się okazać, iż to jego wersja konfliktu z Zełenskim była prawdziwa.

Jan Rokita

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 27 lutego 2026
Fot. Pool /Ukrainian Presidentia / Zuma Press / Forum