
Ptaki w cieniu wojny. O strategii, naturze i ludzkim przetrwaniu
Ze wspomnień weteranów wiemy, że to właśnie ptaki – ich obecność, śpiew, lot, powtarzalność – były jednym z ostatnich znaków ciągłości i sensu. Świat wojny był światem lęku, hałasu i braku reguł. Świat ptaków był inny: migracje następowały po sobie z regularnością, gniazda były zakładane, pisklęta karmione – pisze prof. Piotr TRYJANOWSKI
.Nieczęsto w refleksjach nad I wojną światową czy nawet szerzej, nad innymi konfliktami zbrojnymi, pojawiają się ptaki. Wspominamy okopy, gaz bojowy, Verdun, Sommę, może jeszcze konie, ale raczej nie skowronki. Jeśli ptaki, to może gołębie pocztowe – użyteczne, zasłużone, dekorowane. Albo kurczak – zawsze obecny w opowieściach o aprowizacji i kuchni polowej. Rzadziej wróble czy jaskółki. Tymczasem w relacjach z frontu wielokrotnie pojawia się motyw ptasiego śpiewu – cichego, uporczywego, nieprzejmującego się hukiem armat. W listach do rodzin żołnierze wspominali, że to właśnie dźwięk skowronka pozwalał im przez chwilę zapomnieć, że siedzą w błocie i czekają na ostrzał. A tymczasem być może najbardziej uporczywą obecnością natury w nienaturalnym świecie wojny były właśnie ptaki. I to nie tylko jako ofiary, nie tylko jako narzędzia komunikacji czy obiekty konsumpcji, ale także – a może przede wszystkim – jako źródło obserwacji, wiedzy i stoickiego spokoju. Książka Nicholasa Miltona The Role of Birds in World War One: How Ornithology Helped to Win the Great War (Pen & Sword History, Barnsley 2022) to pretekst, by przyjrzeć się temu nieoczywistemu wymiarowi konfliktu – z punktu widzenia, który łączy brytyjską nostalgię, wojskową dyscyplinę i ornitologiczną pasję. Milton, historyk i dziennikarz, sięga po zapomniane dzienniki, publikacje i relacje, by pokazać, jak mocno obecne były ptaki w mentalnym pejzażu wojny. W jego opowieści splatają się dwa światy: świat frontu i świat ogrodów zoologicznych, listów z obserwacjami do redakcji British Birds, szkicowników żołnierzy i notatników z zapiskami o zaobserwowanych gatunkach.
Z lornetką do okopów
.Milton pisze o armii brytyjskiej wysłanej do Francji w 1914 roku jako o „najlepszej armii obserwatorów ptaków, jaką kiedykolwiek wysłano na wojnę”. To nie tylko zabieg literacki – w szeregach British Expeditionary Force służyli setkami amatorzy i profesjonaliści zajmujący się ornitologią. Wychowankowie elitarnych szkół – Eton, Harrow, Winchester – zabierali na front lornetki równie chętnie, co notatniki. Umiejętność obserwacji ptaków, czyli birdwatching, była w edukacji brytyjskiej traktowana jako część formacji dżentelmena: uczyła cierpliwości, spostrzegawczości, dyskrecji, a nawet sztuki przewidywania. W nomenklaturze ptasiarskiej funkcjonuje termin jizz – oznaczający błyskawiczne rozpoznanie gatunku na podstawie niekompletnych danych: sylwetki, sposobu lotu, charakterystycznych ruchów. W czasie wojny umiejętność błyskawicznego podejmowania decyzji na podstawie mglistych informacji była na wagę życia. Służyła zwiadowcom, artylerzystom, a nawet dowódcom piechoty. W tym sensie birdwatching był nie tylko eskapizmem – ucieczką od codziennego horroru – ale również formą mentalnego treningu i zachowania sprawności poznawczej. Obserwacja ptaków była też czymś, co można było robić w ciszy i samotności – bezpiecznym, kontemplacyjnym kontrapunktem dla absurdalnej i hałaśliwej logiki wojny. Wśród zgliszcz cywilizacji ptaki nadal leciały zgodnie z trajektorią migracji – i to samo w sobie mogło być pocieszające.
Gołębie, wróble i honor
.Ptaki oczywiście wykorzystywano również instrumentalnie. Gołębie pocztowe były częścią oficjalnych struktur wojennych – British Army Carrier Pigeon Service to nie poetycka metafora, ale realna jednostka. Niektóre z gołębi – jak słynna Cher Ami – zostały po wojnie odznaczone, a ich zasługi ratowały całe bataliony. Kiedy zawodziła łączność radiowa, kiedy kable były przecięte lub przejęte przez wroga – gołąb niósł wiadomość, często przez strefy ognia. Ale była i druga strona ptasiej obecności. W 1914 roku, w obliczu deficytu zbóż, rząd brytyjski wypowiedział wojnę… wróblom. Uznane za szkodniki, które niszczą plony, wróble stały się celem zorganizowanej akcji eliminacyjnej. W jej ramach działał Rat and Sparrow Club, który wypłacał nagrody za zabite ptaki. Problem w tym, że przy okazji ginęły też inne gatunki – kosy, gile, sójki. Jak to w wojnie: zamiast chirurgicznego ciosu mamy ogień zaporowy. Wroga trudno odróżnić od przypadkowego towarzysza. Pojawią się więc i refleksja o granicach racjonalności w czasie kryzysu – i o tym, jak łatwo ideologia wojny totalnej przenika na grunt biologii. Te same ptaki, które były kojącą obecnością w okopach, mogły być uważane za sabotażystów na froncie gospodarczym.
Sentinel butcher w feldgrau
.Jeden z moich ulubionych ptaków, srokosz – fachowo zwany Lanius excubitor – wydaje się wręcz stworzony do metafor wojennych. Jego łacińska nazwa oznacza „czuwającego rzeźnika”. W niemieckiej ludowej nomenklaturze pojawia się określenie Neuntöter – „dziewięciokrotny zabójca”, co odnosi się do jego zwyczaju nadziewania ofiar (owadów, małych kręgowców) na kolce, ciernie lub… druty kolczaste. Tworzy w ten sposób swoistą spiżarnię – groźną, makabryczną, ale jakże przypominającą wojskowe magazyny, poległych żołnierzy „porzuconych” na zasiekach. Natomiast co szalenie interesujące i choć przeczytałem setki artykułów o tym gatunku, to nie zdawałem sobie sprawy, iż kolor jego upierzenia – szarość, biel i czerń – przywodzi na myśl feldgrau, barwę munduru armii niemieckiej. Drapieżny i czujny, działa z zaskoczenia, siedzi na najwyższych punktach, wypatrując ruchu. Nie dziwi, że był tak często opisywany w listach z frontu – jako coś znajomego, rozpoznawalnego, bliskiego językowi przemocy, ale niepodlegającego jej logice.
Kajzerka nad Dnieprem
.W 2022 roku w Ukrainie zarejestrowano obecność mewy delawarskiej – gatunku amerykańskiego – która została złapana w Polsce i zaopatrzona nie tylko w nadajnik i obrączkę, ale i imię – „Kajzerka” (wszak jednak nie od niemieckiego cesarza, ale od polskiego ptasiarza, który ją odłowił i oznaczył). Jej przelot przez terytorium ogarnięte wojną był zarówno wydarzeniem ornitologicznym – to pierwszy potwierdzony przypadek tego gatunku w Ukrainie – jak i symbolicznym. Ptak nie znał granic, nie uznawał konfliktów. Ale dzięki technologii – GPS i nadajnikom telemetrycznym – mogliśmy śledzić jego lot. Obserwacja ta, choć czysto naukowa, zyskała nieoczekiwaną moc metafory: pokazuje, jak w czasach geopolitycznej przemocy przyroda nadal istnieje poza naszymi narracjami. Kajzerka wleciała w przestrzeń konfliktu, nie będąc jego uczestniczką, ale też nie będąc obojętną – bo każda obserwacja jest polityczna, jeśli odbywa się na linii frontu. Do tego obrazu nawiązał we wprowadzeniu do książki Miltona prof. Ben Sheldon z Uniwersytetu Oksfordzkiego. Trafność połączenia wątków pozostawiam jednak do indywidualnej oceny.
Strategia ptasiarzy
.W książce Miltona pojawia się odważna teza, że ornitologia „pomogła wygrać wojnę”. Trzeba ją traktować z dystansem – ptaki nie odwróciły losów bitew. Ale może nie o to chodzi. Może pytanie nie brzmi: „czy pomogły wygrać?”, ale: „czy pomogły przetrwać?”. Ze wspomnień weteranów wiemy, że to właśnie ptaki – ich obecność, śpiew, lot, powtarzalność – były jednym z ostatnich znaków ciągłości i sensu. Świat wojny był światem lęku, hałasu i braku reguł. Świat ptaków był inny: migracje następowały po sobie z regularnością, gniazda były zakładane, pisklęta karmione. Jak pisał jeden z żołnierzy w liście do domu: „Patrząc przez lornetkę, widzę jerzyka. I przez chwilę wiem, że świat jeszcze istnieje”. To może był największy wkład ptaków w strategię przetrwania: przypominały, że wojna nie kończy życia.