Noc przed bitwą [Nathaniel GARSTECKA]

Cisza przed burzą? Nadal bez rządu, nadal bez budżetu – nowy premier Sébastien Lecornu milczy. Czy to znak, że trwają negocjacje, czy też sytuacja stała się po prostu bez wyjścia? W pewnym momencie coś jednak musi się zmienić: za rok rozpocznie się okres prekampanii prezydenckiej – pisze Nathaniel GARSTECKA
.Według informacji przekazanych przez media Sébastien Lecornu nadal balansuje między PS a LR, starając się znaleźć równowagę. Równowagę budżetową i równowagę rządową. Już słychać, że może pójść na ustępstwa wobec lewicy w kwestii podatków i wydatków publicznych. Z drugiej strony nie może zrazić centroprawicy, której część posłów zagłosowała przeciwko wotum zaufania dla François Bayrou.
To samo dotyczy składu nowego rządu. Czy należy na przykład ponownie powołać Brunona Retailleau na stanowisko ministra spraw wewnętrznych, ryzykując niezadowolenie lewicy? Pytań jest wiele, odpowiedzi brak. Może być tylko jedna, a opozycja wyczekuje najmniejszych błędów nowego premiera.
W międzyczasie Emmanuel Macron panoszy się na arenie międzynarodowej, mając nadzieję, że dzięki swoim „historycznym” przemówieniom sprawi, że cały świat zapomni, iż to on jest głównym odpowiedzialnym za kryzys polityczny, jaki przechodzi jego kraj. Zamiast zabrać się do pracy, spotkać się z Francuzami i przedstawić im konkretny projekt na pozostałe dwa lata swojej kadencji w Pałacu Elizejskim, woli zyskać uznanie islamistycznych reżimów i skrajnej lewicy, uznając państwo palestyńskie, czego nawet kraje arabskie odmówiły w 1947 roku. Oczywiście islamistom nigdy nie wystarczy to „rozsądne ustępstwo” – kolejne ze strony naszych przywódców. Ich ostatecznym celem jest pokonanie Żydów i wszystkie środki są dobre, aby to osiągnąć, zwłaszcza przemoc. Emmanuel Macron, który po ohydnym zamachu terrorystycznym z 7 października 2023 r. obiecał utworzenie „międzynarodowej koalicji przeciwko Hamasowi”, znalazł się na czele międzynarodowej koalicji na rzecz Hamasu. Smutny koniec panowania.
Miejmy więc nadzieję, że nie pozostanie on długo w obrębie spraw wewnętrznych Francji. W kraju narasta niezadowolenie, związki zawodowe wzywają do kolejnych sprzeciwów, a radykalnie lewicowa LFI od razu wyciąga ciężką artylerię przeciwko Sébastienowi Lecornu, nie dając mu nawet czasu na utworzenie rządu. Czy obecni dymisjonowani ministrowie zostaną po raz drugi z rzędu poddani wotum nieufności? W każdym razie przywódcy kraju borykają się z deficytem mandatu społecznego, zarówno prezydent (17 proc. poparcia według wrześniowego barometru IFOP dla tygodnika „Journal du Dimanche”), jak i premier.
Jednak nie jesteśmy jeszcze na tym etapie. Aby wniosek o wotum nieufności został przyjęty, potrzebne są głosy prawicowego Rassemblement National. Partia Marine Le Pen nieustannie próbuje grać na dwóch frontach: prawicowym, poprzez ofensywne przemówienia przywódczyni de facto partii i Jordana Bardelli, oraz lewicowym, poprzez propozycję wprowadzenia nowego podatku „od majątku finansowego”. Może to wywołać zamieszanie wśród wielu wyborców, chociaż Marine Le Pen zawsze podkreślała swoje socjalne tendencje.
Jednak tym, co mogłoby zostać naprawdę źle odebrane, byłaby odmowa RN głosowania za wotum nieufności wobec premiera. 84 proc. sympatyków partii chce nowych wyborów parlamentarnych, a więc jak najszybszego rozwiązania Zgromadzenia Narodowego. Aby to osiągnąć, należałoby najpierw doprowadzić do upadku Sébastiena Lecornu. Jeśli Marine Le Pen będzie zbyt długo zwlekać z podjęciem decyzji, jej wyborcy mogą przejść do bardziej konserwatywnej partii, na przykład Reconquête, która zamierza na stałe zagościć na scenie politycznej. Z drugiej strony córka Jeana-Marie Le Pena stara się w miarę możliwości unikać wszystkiego, co mogłoby sprawić, że zostanie uznana za czynnik chaosu. A nowe rozwiązanie parlamentu bez wątpienia ponownie pogrążyłoby kraj w chaosie politycznym.
Kolejna partia, która nie jest pewna, jak postąpić, to Republikanie. Członkowie kierownictwa są podzieleni: stanowią zdecydowaną opozycją wobec centrystycznego bloku, który nie cieszy się poparciem opinii publicznej, albo prezentują „konstruktywną i odpowiedzialną postawę”, która mogłaby doprowadzić do porozumienia z Partią Socjalistyczną, dawną zaciekłą rywalką. W centrum uwagi partii są wybory prezydenckie. Bruno Retailleau przejmuje inicjatywę, ale przeszkadza mu szef klubu parlamentarnego Republikanów Laurent Wauquiez, który nie chce zająć drugiego miejsca po tym, jak nie udało mu się objąć przywództwa partii. Przewodniczący partii i przewodniczący grupy parlamentarnej toczą między sobą pojedynek na odległość, który może zaniepokoić wyborców, podobnie jak w przypadku RN.
Partia Socjalistyczna stoi przed dylematem podobnym do tego, przed którym stoi prawica: czy należy dążyć do porozumienia z blokiem centrowym, a nawet z Republikanami, ryzykując zrażenie do siebie najbardziej oddanych działaczy? Mogłoby to zaowocować ustępstwami rządu w sprawie przywrócenia podatku od majątku (ISF). A może lepiej zacieśnić szeregi z innymi partiami lewicowego bloku w imię „opozycji totalnej” (dobrze Polakom znanej)? Nawet jeśli oznacza to dostosowanie się do radykałów z LFI, słusznie oskarżanych o podsycanie nienawiści do Żydów? Tutaj również stawką jest przyszłość partii.
W ten sposób Francja pozostaje sparaliżowana. Szkodliwe skutki masowej imigracji nasilają się z dnia na dzień, dług publiczny rośnie, Francuzi nadal uginają się pod ciężarem podatków, regulacji i norm, przemysł zbrojeniowy z trudem się odradza, a tymczasem politycy dyskutują o tym, jak jeszcze bardziej obciążyć podatkiem obywateli i przedsiębiorstwa. Jakże żałosny obraz naszego kraju przedstawiamy światu.
Jedynym demokratycznym sposobem na wyjście z tego impasu są wybory. Najlepiej wybory prezydenckie, ponieważ tylko one mogą nadać nowy impuls polityce krajowej, zainspirować nowy kierunek i zapewnić nową większość w Zgromadzeniu Narodowym. Charles de Gaulle miał odwagę zrezygnować. Emmanuel Macron natomiast czuje się powołany do misji, do której jednak nie jest stworzony: misji zostania przywódcą Europy i zapisania się w historii. Przedterminowe wybory prezydenckie oznaczałyby przyznanie się do doprowadzenia kraju do katastrofy, ale paradoksalnie miałoby to prawdopodobnie korzystny wpływ na wizerunek Macrona w dłuższej perspektywie.
.W przeciwnym razie trzeba będzie czekać do wiosny 2027 roku. Różni gracze już zaczynają szykować się do walki: Marine Le Pen i Jordan Bardella pracują nad możliwymi scenariuszami (udział lub brak udziału Marine Le Pen), Jean-Luc Mélenchon wydaje się naturalnym kandydatem La France Insoumise, Bruno Retailleau kandydatem Republikanów, a Reconquête będzie miało do wyboru Érica Zemmoura i Sarah Knafo. Głównym pytaniem jest to, kto będzie reprezentował centrystów. Wiadomo, że ambicji jest wiele: Édouard Philippe, Gabriel Attal, Gérald Darmanin, a nawet… François Bayrou. A może w ostatniej chwili pojawi się niespodzianka? W każdym razie od dawna nie było tak oczekiwanych wyborów prezydenckich.
Nathaniel Garstecka
Tekst pochodzi z autorskiej kroniki, którą Nathaniel Garstecka prowadzi w tygodniku „Gazeta na Niedzielę” [LINK]. Przedruk za zgodą redakcji.





