
Człowiek ważący pół kilograma
To kolejna pracowita noc w Szpitalu Ogólnym w Norfolk (Norfolk General Hospital). Spieszę przez oddział położniczy, gdzie roi się od pielęgniarek oraz rodzących kobiet i gdzie nieustannie dochodzą mnie rytmiczne dźwięki wydawane przez monitory rejestrujące tętno płodów. Zatrzymuję się przed salą porodową, przy wiszącej na ścianie karcie pacjentki, do której mnie wezwano. Zdejmuję zegarek, przypinam go do troczka od spodni chirurgicznych i przygotowuję się na ciężką noc odbierania porodów – pisze John BRUCHALSKI
.W środku, na łóżku porodowym leży drżąca kobieta, łzy spływają jej po policzkach, gdy pielęgniarka naciska przycisk, by odchylić ją do tyłu. Jej stopy uniesione są wyżej niż głowa, by zapobiec temu, co zwykle dzieje się w takich salach. Zastaję ją w aktywnej akcji porodowej, jest w szóstym miesiącu ciąży. To 22. tydzień, więc jej syn nie ma jeszcze rozwiniętych płuc, by przeżyć poza łonem matki, nawet przy całej dostępnej nam w 1989 roku aparaturze ratującej życie. Po przejrzeniu stron historii choroby pacjentki nakreślam jej realne możliwości dalszego postępowania. Moglibyśmy spróbować powstrzymać skurcze, aby dać dziecku większą szansę na przeżycie, ale wiązałoby się to z ryzykiem wystąpienia infekcji wewnątrzmacicznej w nadchodzących tygodniach, aż do momentu, gdy dziecko będzie gotowe, by przeżyć poza jej ciałem. Możemy też pozwolić, by poród postępował naturalnie, co prawdopodobnie oznaczałoby narodziny dziecka 18 tygodni przed terminem. Choć wielu lekarzy i wiele matek wolałoby w takiej sytuacji dopuścić samą naturę do działania, ta pacjentka jasno daje do zrozumienia, że tego nie chce. A ja, jako jej lekarz, pragnę tego samego, co ona. Razem zrobimy wszystko, co tylko możliwe, aby zatrzymać akcję porodową i dać jej największą szansę na pomyślne zakończenie ciąży.
Mówię więc pacjentce, że przez wenflon na grzbiecie dłoni podam jej lek spowolniający skurcze. Ma już pięciocentymetrowe rozwarcie, ale jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, skurcze powinny ustąpić w ciągu godziny. Nasze spojrzenia spotykają się ponownie. Widzę w jej oczach strach i troskę o życie dziecka. Kiwa głową, a następnie spogląda na papier z czerwonymi liniami, powoli wysuwający się z monitora obok łóżka. Wewnątrz maszyny igła kreśli czarną linię w górnej części strony – to szybkie, cichutkie bicie serca jej dziecka. Bum bum, bum bum, bum bum. Kobieta nie może się już doczekać dnia, w którym wreszcie przytuli swoje maleństwo, ale tej nocy oboje jesteśmy zdeterminowani, by zachować je bezpiecznie w jej łonie.
Pod linią pokazującą rytm pracy serca jej dziecka zaczyna się wznosić inny wykres – to nagła fala nowego skurczu narasta i przybiera na sile. Kobieta wykonuje głęboki wydech i mocno chwyta poręcze łóżka. Wyczuwam, że jej reakcja wynika nie tylko z fizycznego bólu porodowego, ale także z lęku przed możliwym rozczarowaniem, jaki mogą przynieść kolejne chwile. Gdy skurcz ustępuje, zwracam się do niej z uśmiechem i delikatnie kładę dłoń na jej ramieniu.
– Proszę wytrzymać – mówię cicho. – Leki niedługo zaczną działać.
Na jej twarzy rysuje się ulga, napięcie powoli ustępuje. Cofam się o krok, przekonany, że obraliśmy właściwy sposób, by zatrzymać akcję porodową. Do pokoju zagląda pielęgniarka.
– Panie doktorze, jest pan potrzebny w sąsiedniej sali.
– Proszę spróbować się rozluźnić – przypominam matce. – Wrócę za chwilę, żeby sprawdzić, jak się pani czuje.
W sąsiednim pokoju witam kobietę, która również wydaje się być w piątym lub szóstym miesiącu ciąży. Spoglądam na jej kartę przyjęcia: pacjentka zgłosiła się sama, nie korzystając wcześniej z opieki prenatalnej. Mówi, że rano zaczęły odchodzić jej wody, ale skurczy jeszcze nie ma. Zadaję standardowe pytania: kiedy miała ostatnią miesiączkę, czy to jej pierwsza ciąża, czy cierpi na jakieś alergie. Patrzy w podłogę i odpowiada półgłosem. Jest w 21. albo 22. tygodniu, sama nie wie tego do końca, a ja nie drążę tematu.
– Chcę, żeby to się skończyło – mówi stanowczo, po raz pierwszy patrząc mi w oczy
Zapisałem w dokumentacji, że pacjentka chce przerwać ciążę i dość szybko przeprowadziłem resztę wywiadu medycznego. Gdyby była otwarta na poznanie wszystkich możliwości dalszych działań, to oczywiście postarałbym się je przedstawić. W praktyce miała przed sobą dwie drogi. Mogła zostać w szpitalu kilka dni i czekać, aż poród rozpocznie się samoistnie, co niemal na pewno zakończyłoby się poronieniem. Jeśli jednak do tego by nie doszło, mogła wrócić do domu i cierpliwie czekać, aż płód osiągnie wiek umożliwiający przeżycie – około 26. tygodnia. W międzyczasie możliwe byłoby nagromadzenie się wystarczającej ilości płynu owodniowego i po dłuższej hospitalizacji, kilka tygodni później, mogłaby urodzić zdrowe dziecko. Jeśli jednak płyn by się nie odtworzył, wpłynęłoby to na jego rozwój i groziłoby niepełnosprawnością. Oba rozwiązania dawały nadzieję na szczęśliwe zakończenie, ale niosły też ryzyko infekcji i wymagały długiego pobytu w szpitalu. Uznałem jednak, że pacjentka nie będzie chciała o tym wszystkim słuchać, więc zrezygnowałem zarówno z wyjaśnień, jak i z dokładnego badania położniczego.
Istniała też trzecia możliwość – rozwiązanie, które stosowałem już wielokrotnie u innych pacjentek. Nie wiązało się ono ani z ryzykiem infekcji wewnątrzmacicznej, ani z urodzeniem niepełnosprawnego dziecka, ani z wysokimi kosztami hospitalizacji. Była to opcja, którą – jak przypuszczałem – pacjentka mogła wybrać: doprowadzenie do porodu od razu. Sztuczne wywołanie porodu w przypadku płodu zbyt niedojrzałego, by mógł przeżyć poza łonem matki, przy jednoczesnych oznakach zagrożenia infekcją u kobiety, jest legalną i mało inwazyjną metodą zakończenia ciąży. Nie lubiłem myśleć o takim postępowaniu jako o aborcji, lecz jako o rozwiązaniu najlepiej chroniącym zdrowie kobiety.
– Powiedziałam, że po prostu chcę to z siebie wyrzucić – powtarza, tym razem wyraźnie zirytowana.
Siadam na stołku obok łóżka pacjentki, by lepiej zrozumieć jej sytuację. Widzę, że nieobecnym wzrokiem wpatruje się w ścianę naprzeciwko, mówiąc, że ta ciąża była nieplanowana. Początkowo chciała dziecka, ale teraz, gdy zaangażowanie jej partnera słabnie, nie potrafi wyobrazić sobie samotnego macierzyństwa. Poza tym długa hospitalizacja i leżenie w łóżku, by utrzymać ciążę do momentu bezpiecznego porodu, również nie wchodzą w grę – nie stać jej ani na nieprzewidziane wydatki, ani na przerwę w pracy. Tym samym adopcja także nie jest możliwa. Miała już dwie aborcje i sądzi, że w obecnej sytuacji czeka ją kolejna. Mówi, że nigdy nie chciała, by sprawy potoczyły się w ten sposób, i że pragnie tylko zakończyć ten koszmar i zacząć wszystko od nowa. Ma dość. Patrząc teraz na swoje dłonie, stanowczo domaga się, bym zakończył ciążę i wywołał poród – na co jestem gotów się zgodzić.
Spotykałem już wiele kobiet w podobnej sytuacji – pozbawionych wsparcia emocjonalnego i finansowego, potrzebnego, by wychować dziecko – i za każdym razem pęka mi serce na ten widok. Moja pacjentka jest w położeniu, w którym żadna kobieta nie chciałaby się znaleźć. Według mojej oceny, jeśli teraz wywołamy poród, płuca płodu nie będą wystarczająco rozwinięte, aby oddychać, nawet przy wspomaganiu tlenem. Choć zawsze jestem gotów zrobić wszystko, co w mojej mocy, by ratować życie nienarodzonych dzieci, to dziś nie chce tego moja pacjentka. Szanuję jej decyzję i – biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, na które nie ma wpływu – rozumiem, dlaczego uważa przerwanie ciąży za jedyne możliwe wyjście.
Skinieniem głowy przywołuję pielęgniarkę dyżurną, a ta podchodzi do aparatu przy łóżku mojej pacjentki i naciska przycisk, by go wyłączyć. Podczas specjalizacji uczono nas, by w takich sytuacjach oszczędzić kobiecie dźwięku bicia serca płodu. Upiorna cisza zastępuje równomierny rytm pracy monitora. Przerywam milczenie, mówiąc pacjentce, że podajemy jej w kroplówce oksytocynę, aby pobudzić skurcze.
– Dobrze – odpowiada – muszę być dziś wieczorem gdzie indziej. Prosi o znieczulenie zewnątrzoponowe. Mówię jej, że zorganizuję dla niej anestezjologa i że przykro mi, iż sprawy potoczyły się w ten sposób.
– Zrobiła pani wszystko, co mogła – zapewniam ją, próbując choć trochę złagodzić ciężar tej decyzji.
Skurcze mojej pacjentki szybko się nasilają. W ciągu kilku godzin szyjka macicy rozwiera się do 6 centymetrów – wystarczająco, by urodzić płód tej wielkości. Personel przenosi kobietę na wózek i wiezie korytarzem do sterylnej sali operacyjnej, na wypadek ewentualnych komplikacji. Kładą ją na łóżku, unieruchamiają łydki w specjalnych uchwytach. Podjeżdżam taboretem bliżej jej bioder, przygotowuję się do porodu i każę jej przeć. Chwyta uda, pochyla ramiona do przodu i powtarza ten ruch przy każdym skurczu, przez dwie, trzy minuty. Potem płód wraz z łożyskiem wysuwają się prosto w moje dłonie. Daję znać pielęgniarce:
– Gotowe.
To, co widzę w swoich rękach, budzi we mnie raczej ciekawość naukową niż radość z przyjęcia na świat dziecka. Wychudzone ciałko sięga od czubków moich palców aż po środek nadgarstka. Skóra w kolorze czerwonego wina jest lepka i krucha, a nie miękka i sprężysta jak u noworodka. Ręce i nogi drgają mimowolnie. Oczy – zapadnięte i zamknięte. Usta łapią oddech. A potem rozlega się cichy, ledwie słyszalny pisk.
W naszym szpitalu obowiązuje zasada, że jeśli dziecko urodzi się żywe i waży powyżej 500 gramów, lekarze muszą podjąć próbę reanimacji. Eksperci uważają, że płód o tej masie ma ponad 20 procent szans na przeżycie poza łonem matki. Z mojego doświadczenia i krótkiego wywiadu, jaki przeprowadziłem z pacjentką, wynikało, że w tym przypadku płód będzie ważył mniej, ponieważ dzieci rodzące się w 21. czy 22. tygodniu ciąży mają średnio około 400 gramów. Zgodziłem się na wywołanie porodu – zakończenie ciąży – w przekonaniu, że błony płodowe pacjentki pękły wiele godzin wcześniej i że najprawdopodobniej rozwija się u niej infekcja. Byłem niemal pewny, że reanimacja nie będzie konieczna, ponieważ zakładałem, że płód nie przeżyje samego porodu. Spodziewałem się, że ograniczę się do przekazania pacjentce podstawowych zaleceń i wypisania jej do domu – przy czym oboje mieliśmy świadomość bolesnego faktu, że przerwanie ciąży było dla niej jedynym wyjściem. Stało się jednak inaczej.
Wstaję, wycierając krew i płyny porodowe o fartuch. Trzymając płód w dłoni, podchodzę do wagi. Prawą ręką zeruję urządzenie, chwytam dziecko za główkę i kładę na zimnej metalowej platformie – bez użycia niebieskiej podkładki, którą zwykle chroni się noworodki przed chłodem. Czerwone cyfry migają: 505 gramów.
Żołądek mi się ściska. Rzucam się do przycisku alarmowego, aby wezwać oddział intensywnej terapii noworodków, i natychmiast włączam lampę grzewczą. Najwyraźniej pacjentka była w ciąży bardziej zaawansowanej, niż sądziliśmy – może w 24. tygodniu, a może w jeszcze późniejszym. Granicę przeżywalności wyznacza właśnie 24. tydzień, co oznacza, że w Wirginii aborcja po tym terminie jest nielegalna, ponieważ płód ma przynajmniej pięćdziesięcioprocentową szansę na przeżycie poza łonem matki. Wracam myślami do naszej rozmowy podczas przyjęcia na oddział i uświadamiam sobie, że gdy tylko usłyszałem, iż pacjentka chce przerwać ciążę, zbagatelizowałem ważne pytania, które mogłyby wskazać, że ciąża trwała dłużej.
Zaniedbałem dokładny wywiad położniczy, obejmujący badania krwi i USG, które pozwoliłyby lepiej ocenić anatomię dziecka, ilość płynu owodniowego, a przede wszystkim oszacować wagę płodu jako większą. Badania te wykazałyby, że dziecko jest starsze, niż wynikało z podanych przez pacjentkę 21–22 tygodni. A taka wiedza całkowicie zmieniłaby sposób mojego postępowania.
Uważam się za dobrego rezydenta i człowieka, który trzyma się zasad, ale szczegóły dotyczące tej ciąży wydały mi się mało istotne, gdy tylko usłyszałem, że pacjentka nie chce jej donosić – a ja wiedziałem, że mogę zaproponować jej rozwiązanie. Liczę, że przestrzeganie protokołu ratunkowego zrekompensuje mój pobieżny wywiad. Zostawiam płód na wadze i wracam do pacjentki, aby sprawdzić jej parametry życiowe i upewnić się, że nie ma krwotoku.
Nagle drzwi sali porodowej otwierają się z hukiem. Doktor Deborah Plumb pędzi w moją stronę. Jej imponujący wzrost w połączeniu z niezachwianą postawą moralną sprawiają, że wydaje się górować nade mną, gdy podchodzi bliżej. Wśród lekarzy szpitala słynie z profesjonalizmu i niezwykle wnikliwych ocen. Jest jedną z najlepszych i najzdolniejszych neonatologów w naszym zespole. Jej ogromna wiedza zawsze mnie onieśmielała, a słowa, które zazwyczaj oszczędnie wypowiadała, potrafiły całkowicie skupić moją uwagę.
Tuż za nią wpada do sali jej świta: pielęgniarka, pielęgniarka dyplomowana i rezydent pediatrii. Chłód przeciągu uderza mnie w twarz. To niefortunny obrót wypadków sprawił, że w ogóle musieli odpowiedzieć na moje wezwanie. Tłumaczę sobie swój błąd jako drobną pomyłkę i czekam, aż doktor Plumb to zaakceptuje.
– Ten ma trochę ponad 500 gramów – mówię do niej.
Ona mierzy mnie surowym spojrzeniem i zaczyna dopytywać o historię matki. Niewiele potrafię powiedzieć. Pospiesznie podbiega do inkubatora, aby ocenić parametry życiowe dziecka. Każda sekunda jest na wagę złota, jeśli chce się uratować wcześniaka, a ten waży blisko trzy kilogramy mniej niż przeciętny, donoszony noworodek. Wracam do swojej pacjentki, która nie rozumie całego tego zamieszania wokół porodu. Wiedziałem, że źle się tym zająłem. Powinienem był dokładniej rozważyć możliwość urodzenia się żywego płodu, choć w tej chwili życzę sobie tylko tego, aby ważył on kilka gramów mniej – oszczędziłoby mi to upokorzenia.
Doktor Plumb zachowuje spokój, nadzorując, jak rezydent pediatrii intubuje dziecko, by dostarczyć tlen do jego nierozwiniętych jeszcze płuc. Z imponującym profesjonalizmem wzywa zespół transportowy, by natychmiast przewiózł wcześniaka na oddział intensywnej terapii dla noworodków. Klęka obok pacjentki, żeby wyjaśnić jej, co się dzieje, po czym odciąga mnie na bok.
– Przestań dawać mi guzy, John – mówi.
– Co? – pytam zdezorientowany.
– Przestań traktować te dzieci jakby były guzami. Stać cię na więcej. Jesteś dobrym lekarzem.
Jej słowa zapierają mi dech w piersiach. Zaczyna mi się kręcić w głowie. Zgiełk wokół nagle cichnie, a kolory bledną, szarzejąc. Jej brwi marszczą się, usta poruszają, ale nie mogę zrozumieć, co mówi. Guzy? W sensie – nowotworowe guzy? Czy naprawdę traktuję niechciane płody jak narośle, które trzeba usunąć z pacjentki?
– Słyszysz mnie, John? Matka nie powinna być twoją jedyną troską na tej sali porodowej. Masz dwoje pacjentów, a nie jednego.
Drzwi zamykają się za nią. Cofam się o krok i chwytam metalową poręcz łóżka porodowego, żeby się nie przewrócić. Jej słowa rozbrzmiewają w mojej głowie: „Przestań dawać mi guzy. Stać cię na więcej, John”.
Zastanawiam się, czy nie stosuję podwójnych kryteriów. Dlaczego w jednym pokoju robiłem wszystko, aby uratować życie nienarodzonego dziecka, a w następnym tak szybko i chętnie pozbywałem się innego? Czy moje kryterium wartości życia naprawdę opierało się na tym, czy matka chciała dziecko w swoim łonie?

.Lekarzem, i to dobrym lekarzem, pragnąłem być od czasów dzieciństwa. Zawsze chciałem opiekować się chorymi i rozwiązywać skomplikowane problemy medyczne. Ufałem też kobietom i chciałem czynić ich życie lepszym. Właśnie tak rozumiałem swoją rolę. Każdej matce dawałem dokładnie to, czego chciała – więc dlaczego czułem się tak rozdarty? Owszem, powinienem był przeprowadzić dokładniejszy wywiad medyczny, ale dręczyło mnie coś głębszego, czego nie potrafiłem jeszcze nazwać. Czułem się, jakbym dostał kijem baseballowym prosto w brzuch. Przenikliwe słowa doktor Plumb wciąż dźwięczały w mej głowie i w pewien sposób dotarło do mnie, że nigdy już nie będę taki sam.
John Bruchalski
Fragment książki „Moje nawrócenie z aborcji na medycynę chroniącą życie”. Wyd. Biały Kruk, 2026. Polecamy: [LINK].


