Król Hiszpanii bije się w piersi za podbój Ameryki

Król Hiszpanii Filip VI przyznał, że podczas podboju Ameryki przez hiszpańskich konkwistadorów doszło do „wielu nadużyć”. To gest w stronę Meksyku, z którym Hiszpania miała w ostatnich latach napięte stosunki.

Król Hiszpanii i relacje z Meksykiem

.Król Hiszpanii wypowiedział te słowa w towarzystwie meksykańskiego ambasadora w Madrycie podczas wystawy na temat kultury rdzennych mieszkańców Meksyku, którą od kilku miesięcy można oglądać w stolicy Hiszpanii.

Filip VI podkreślił, że w świetle dzisiejszych kryteriów i wartości „oczywiście (nadużycia podczas kolonizacji) nie mogą one budzić w nas dumy”. Dodał jednak, że wszystko to należy postrzegać w odpowiednim kontekście.

Jak zauważył portal radia Cadena SER, hiszpański monarcha wypowiedział te słowa w geście zbliżenia z Meksykiem. W ostatnich latach w stosunkach dwustronnych doszło do kilku napięć. Meksyk nie zaprosił Filipa VI na inaugurację prezydent Claudii Sheinbaum, domagając się przeprosin za działania konkwistadorów. Rząd Hiszpanii ogłosił wówczas, że nie wyśle swojego przedstawiciela na uroczystość z powodu afrontu wobec monarchy. Filip VI brał za to udział w inauguracji Andresa Manuela Lopeza Obradora w 2018 r., a premier Hiszpanii Pedro Sanchez złożył wizytę w Meksyku niedługo później. Była to jednak jego ostatnia podróż do tego kraju.

Lopez Obrador kilkukrotnie wzywał władze w Madrycie, aby przeprosiły za działania hiszpańskich kolonizatorów podczas podboju Meksyku na początku XVI w. Zdaniem polityka takie przeprosiny „bardzo pomogłyby obu narodom”.

Podczas otwarcia pod koniec października tej samej wystawy, na której w poniedziałek był król Filip VI, minister spraw zagranicznych Hiszpanii Jose Manuel Albares uznał „niesprawiedliwość” hiszpańskich konkwistadorów z XVI w. wobec rdzennej ludności Meksyku.

– Gratuluję tego pierwszego kroku, panie ministrze – zareagowała wówczas Sheinbaum.

Zmierzch dyplomacji

.Nie ma co do tego dwóch zdań: w tym nowym świecie ambasady, ambasadorzy i zawodowi dyplomaci, ze swoją kindersztubą, ukończonymi akademiami dyplomatycznymi i profesjonalną dyskrecją, są coraz bardziej oczywistym przeżytkiem – pisze Jan ROKITA.

Przeglądnąłem ostatnio – w zasadzie przypadkiem – „Tracker Ambasadorów” publikowany w sieci przez Amerykańskie Towarzystwo Służby Zagranicznej (AFSA) i z zaskoczeniem zauważyłem, iż USA nie obsadzają coś ok. połowy stanowisk swoich ambasadorów w obcych krajach. I tylko w nielicznych przypadkach wynika to z przewlekłych procedur zatwierdzania szefów placówek dyplomatycznych albo z politycznych konfliktów na linii prezydent – Kongres USA.

Lwia część ambasadorskich wakatów bierze się po prostu z tego, że Departament Stanu i Biały Dom najwyraźniej nie widzą powodu, aby zawracać sobie głowę kwestią, która z perspektywy amerykańskich interesów wydawać się musi drugo-, jeśli nie trzeciorzędna. Czasami za owymi wakatami stoi polityczna premedytacja, jak w przypadku obłożonej sankcjami Rosji czy wrogiej Wenezueli, gdzie Ameryka dąży do obalenia komunistycznego reżimu.

Ale szefowie amerykańskiej polityki zagranicznej w ciągu niemal roku od objęcia władzy przez Donalda Trumpa nie zadali sobie też trudu, aby choć znaleźć kandydata i rozpocząć procedurę nominacyjną ambasadorów w takich państwach, kluczowych dla amerykańskiej polityki i interesów USA, jak choćby Niemcy, Korea Południowa, Arabia Saudyjska, Kuwejt czy Pakistan. Z każdym z tych krajów w ciągu ostatniego roku Waszyngton utrzymuje ożywione kontakty polityczne, a sam prezydent rozmawia z ich przywódcami i nawet składa im wizyty, organizowane niekiedy z prawdziwym rozmachem (jak w Arabii Saudyjskiej). Rzecz chyba tylko w tym, że ani prezydent, ani sekretarz stanu nie potrzebują już do tego celu nie tylko ambasadorów, ale w ogóle całego systemu klasycznej dyplomacji.

Ameryka nie jest w tej mierze przykładem odosobnionym. Unia Europejska coraz mocniej ścieśnia personel swojej Służby Działań Zewnętrznych, tworzonej w sumie nie tak dawno, bo zaledwie półtorej dekady temu, z wielkim naonczas entuzjazmem na przyszłość.

Co najmniej dziesięć unijnych ambasad (zwanych nie wiedzieć czemu „delegaturami”) objętych jest właśnie redukcjami zatrudnienia. A przecież w wizji twórców traktatu lizbońskiego, który powoływał do życia unijną służbę dyplomatyczną, miała ona stanowić istotny czynnik budowy nowego, lepszego świata, propagując na całym globie ideał demokracji, a przy okazji budując sławną „miękką siłę”, z jaką Unia miała oddziaływać na świat. Ale dziś po tamtych nadziejach nie ma nawet śladu, a znaczenie unijnych dyplomatów w praktyce z roku na rok maleje, może z wyjątkiem takich stolic, jak Kijów, Kiszyniów czy Belgrad, gdzie hipotetyczne członkostwo w Unii i unijna pomoc są ciągle kluczowymi wątkami tamtejszej polityki. W ciągu obecnego roku również Wielka Brytania przystąpiła do cięć liczebności swego personelu dyplomatycznego, docelowo aż o ¼ (to niemal pogrom brytyjskich dyplomatów), a Niderlandy zmniejszają finansowanie swojej dyplomacji o 10 proc., zamykając zarazem pięć swoich zagranicznych placówek.

Wydaje się, że tym razem mamy do czynienia z trendem prawdziwego zmierzchu dyplomacji, a nie tylko jakąś koincydencją zdarzeń w różnych krajach, albo koniecznością cięć budżetowych. A w każdym razie ów trend jest z pewnością widoczny w państwach demokratycznego Zachodu, gdzie w obliczu szybkich przemian kultury politycznej klasyczna dyplomacja staje się anachroniczna, a być może nawet zbędna. Przede wszystkim z powodu rewolucji w kulturze politycznej komunikacji.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-rokita-zmierzch-dyplomacji/

PAP/ Marcin Furdyna/ LW

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 17 marca 2026