
Tylko o jedno dziecko więcej
Czy Polska – i szerzej świat rozwinięty – stoi w obliczu cichej katastrofy demograficznej? Spadek liczby urodzeń, zmiany kulturowe i rosnący lęk o przyszłość narodów tworzą mieszankę, której skutków możemy jeszcze w pełni nie rozumieć – pisze prof. Piotr CZAUDERNA
„Ojcostwo i macierzyństwo to nie tylko biologia,
To przede wszystkim dar z siebie”.
Św. Jan Paweł II (List do rodzin, 1994)
Jak wynika z relacji ocalałych pasażerów, gdy słynny transatlantyk „Titanic” zaczął już tonąć, na pokładzie pierwszej klasy orkiestra wciąż grała. W pewnym sensie z taką sytuacją mamy obecnie do czynienia w dziedzinie demografii, i to nie tylko w przypadku Polski, gdyż zjawisko zapaści demograficznej dotyczy prawie całego rozwiniętego świata; nie tylko tego rozwiniętego zresztą, z pewnym wyłączeniem krajów, w których dominuje islam.
W roku 2025 w Polsce urodziło się 238 tysięcy dzieci, podczas gdy w 2015 było to blisko 370 tysięcy, a w 1990 – niemal 550 tysięcy; nie mówiąc już o rekordowym 1983, kiedy narodzin było ponad 720 tysięcy. Od ponad dziesięciu lat mamy ujemny przyrost naturalny, a liczba ludności Polski zmniejszyła się o ponad 1 mln osób od 2012 roku (z wyjątkiem jednego „peaku” urodzeń w roku 2017), a byłoby jeszcze gorzej, gdyby nie uchodźcy wojenni z Ukrainy.
Kryzys demograficzny w Polsce i na świecie – skala problemu
Większość ludzi na świecie żyje w społecznościach, w których współczynnik dzietności jest poniżej progu ich odtwarzania się, tj. wartości 2,1 dziecka na kobietę. I ma to miejsce praktycznie wszędzie: w krajach bogatych i biednych, dużych i małych, demokratycznych i autorytarnych. Jest to prosty skutek indywidualnych decyzji miliardów ludzi, a politycy nie umieją znaleźć na to remedium mimo różnych prób. Przykładowo Węgry poświęcają na politykę w tym zakresie już 5 proc. swojego budżetu, a ponadto każda węgierska kobieta, która urodziła dzieci, do końca życia nie płaci podatków – mimo to polityka ta nie przynosi spodziewanych efektów.
Ostatni numer kwartalnika „Myśl w Centrum” wydawanego przez Centrum Myśli Jana Pawła II poświęcono w większości problemowi demografii i zatytułowano „Gdzie się podziały dzieci?”. Znajdziemy w nim kilka bardzo ciekawych artykułów i wywiadów, między innymi wypowiedź znanego bułgarskiego politologa, Iwana Krystewa, stałego stypendysty wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku. Wprowadził on w obieg pojęcie tzw. lęku demograficznego. Notabene, pewnie niewiele osób wie, że wymieniony instytut powstał z inicjatywy nieżyjących już polskich filozofów, ks. Józefa Tischnera oraz Krzysztofa Michalskiego, dzięki temu, że św. Jan Paweł II przekazał część honorariów ze swoich publikacji na jego rzecz.
Lęk demograficzny oznacza obawę przed śmiercią całych społeczności wraz ze śmiercią ostatnich żyjących w nich osób. Krystew podaje przykład Bułgarii jako najszybciej wyludniającego się kraju w historii ludzkości przy braku katastrof naturalnych i wojen (w roku 1989 populacja Bułgarii wynosiła 9 mln ludzi, obecnie – 6,5 mln).
Innym przykładem szybkich zmian demograficznych jest Kazachstan, w którym w 1991 roku, czyli w momencie uzyskania przez kraj niepodległości, było 45 proc. Kazachów i 40 proc. Rosjan. Dziś proporcje te wyglądają następująco: 73 do 23 proc. Dlaczego do tego doszło? Muzułmańskie Kazaszki rodziły średnio troje dzieci, a etniczne Rosjanki – ledwo jedno. Podobnie w Kosowie zaraz po II wojnie światowej Serbowie stanowili 50 proc. ludności, a w 1999 roku już tylko 10–15 proc. W ten właśnie sposób demografia potrafi przesądzić o losach całych narodów i państw. Nigdy nie zapomnę rozmów z palestyńskimi lekarzami w czasie mojej pracy w Arabii Saudyjskiej, kiedy to usłyszałem od nich wprost: „Naszą bronią są »brzuchy« naszych matek”.
.Niewątpliwie sytuacja ta może prowadzić do swego rodzaju moralnej paniki wynikającej z obawy przed wyginięciem całych narodów. Także i my możemy zadać sobie pytanie, czy za sto, dwieście lat ktoś jeszcze będzie mówił i czytał po polsku; czy ktoś jeszcze będzie rozumiał nasze kody kulturowe i historyczne dziedzictwo.
Dlaczego rodzi się coraz mniej dzieci? Główne przyczyny
Wielu naukowców, polityków i dziennikarzy, a nawet zwykłych ludzi zadaje sobie pytanie, jakie są przyczyny tego zjawiska. Powszechnie uważa się, że odpowiada za to wiele czynników, które dotyczą młodych ludzi: brak stabilnego zatrudnienia, utrudniona możliwość zakupu mieszkań, kłopoty w dostępie do opieki zdrowotnej i społecznej, odkładanie decyzji o zawarciu małżeństwa i posiadaniu dzieci, presja na karierę zawodową (szczególnie w przypadku kobiet) oraz zmieniające się normy społeczne i brak akceptacji dla rodzin wielodzietnych. Swoją rolę odgrywa tu też ludzka biologia. Z wiekiem pogarsza się jakość męskiego nasienia i spada wielkość kobiecej rezerwy jajnikowej. Znaczenie ma też najpewniej wpływ czynników środowiskowych, na przykład zanieczyszczenia powietrza czy kumulowania się w ludzkich organizmach mikroplastiku. Istotny jest także odpowiedni styl życia, na co nacisk kładą naprotechnologiczne metody leczenia niepłodności.
Czy jednak za to wszystko odpowiadają jedynie czynniki natury społeczno-ekonomicznej, w tym powszechne poczucie niepewności zatrudnienia, dochodów czy przyszłości? Jak się wydaje, taki właśnie pogląd prezentuje prof. Agnieszka Chłoń-Dominiczak ze Szkoły Głównej Handlowej, podkreślając, że badania wykorzystujące podejścia eksperymentalne pokazują, że polskie wybory prokreacyjne pozostają silnie osadzone w instytucjonalnych i rynkowych warunkach funkcjonowania rodzin. Jej zdaniem narasta też znaczenie zdrowia reprodukcyjnego dla możliwości realizacji zamierzeń rodzicielskich. Problem jednak w tym, jak rozumiemy zdrowie prokreacyjne, bo jest to często nadużywane słowo wytrych.
Inny z kolei ekspert, Mateusz Łakomy, zwraca uwagę, iż dziś powszechnym dla demografii wyzwaniem jest tak zwana luka edukacyjna. W Polsce połowa kobiet w wieku od 25 do 34 lat ma wykształcenie wyższe, podczas gdy wśród mężczyzn jest to zaledwie 30 proc. To powoduje, że potencjał wysokiego statusu społeczno-ekonomicznego mężczyzn jest niższy niż kobiet. Wpływa to na trudność w zakładaniu stałych związków. Na ten problem nakłada się jeszcze nierównowaga geograficzna, gdyż w celu poszukiwania wyższego wykształcenia większy odsetek kobiet przeprowadza się do dużych miast, w których znajduje się większość uczelni. Natomiast mężczyźni są bardziej skłonni do tego, żeby raczej pozostawać w miejscowościach swojego pochodzenia.
Zdaniem eksperta drugim kluczowym czynnikiem jest trwałość rodziny, z której pochodzi dana osoba. Ci, których rodzice nie stworzyli stałego związku, mają większe trudności z tworzeniem ich we własnym życiu. Największe szanse na stworzenie bezpiecznego związku opartego na małżeństwie mają statystycznie osoby wychowywane w rodzinie obojga biologicznych rodziców żyjących we względnie szczęśliwym małżeństwie. Tymczasem w Polsce blisko 25 proc. rodzin z dziećmi to rodziny, w których jest tylko jeden rodzic. Te właśnie osoby mają statystycznie mniejszą zdolność do utworzenia trwałego związku. A jeśli nie stworzą związków, to mają też statystycznie znacznie mniejszą szansę na posiadanie dzieci.
Kryzys związków i małżeństw a spadek urodzeń
Niechęć młodego pokolenia do wchodzenia w stałe związki wynika z pewnością z obawy przed wzięciem na siebie życiowej odpowiedzialności, a także swego rodzaju niedojrzałości psychicznej i emocjonalnej oraz braku twardości charakteru wskutek wychowania w relatywnie „cieplarnianych” warunkach. Wszystko to skutkuje unikaniem stałych życiowych zobowiązań.
Niewątpliwie długość pozostawania w trwałym związku ma bardzo istotne znaczenie, gdyż statystycznie rzecz biorąc, dzieci pojawiają się głównie w stałych związkach. Pary, które chcą mieć dzieci, raczej starają się o nie w związkach, co do których mają przekonanie, że są bezpieczne i trwałe i że narodzone w nich dzieci będzie można razem wychowywać. Tę definicję oczywiście najlepiej wypełnia małżeństwo.
Mateusz Łakomy zwraca uwagę, że jeśli chcemy, żeby rodziło się więcej dzieci, najważniejsze jest stworzenie warunków do budowania związków trwałych, w których para myśli o wspólnej przyszłości. Z tego właśnie wynika konieczność wspierania rodziny przez państwo, co jest zresztą zagwarantowane w polskiej konstytucji. Tymczasem budowanie takich związków staje się coraz poważniejszym wyzwaniem.
Najnowsze badania Centrum Badania Opinii Społecznej wykazują, że aż 44 proc. osób między 18. a 29. rokiem życia nie pozostaje w żadnym związku. Jest to jeden z kluczowych wskaźników dla naszej demografii. Badania pokazują, że jeżeli zostanie zawarte małżeństwo, to zwykle pojawiają się w nim dzieci – polskie małżeństwa mają ich przeciętnie dwójkę. A przecież, jak zauważa ekspert, małżeństwa konfrontują się z takimi samymi problemami, jak wszyscy inni: niestabilnością zatrudnienia, trudnością pogodzenia pracy z opieką nad dzieckiem, trudnościami z dostępem do własnego mieszkania.
Czy kultura i styl życia odpowiadają za spadek dzietności?
Ale czy tu kryje się cała prawda? I czy przyczyn zapaści demograficznej nie należy szukać jeszcze gdzie indziej?
W Polsce załamanie demograficzne przyszło już w latach 90. Wśród jego przyczyn wymieniano: ówczesny kryzys gospodarczy, efekty transformacji ustrojowej oraz wysokie bezrobocie. Dziś te wszystkie gospodarcze problemy należą do przeszłości, a dzieci rodzi się z każdym rokiem coraz mniej. Mimo to wciąż powtarza się teorie o gospodarczych przyczynach kryzysu demograficznego. A już zupełnie nie mówi się na przykład o tym, że w tych samych latach 90. liczba sprzedawanych w Polsce prezerwatyw wzrosła jedenastokrotnie – z 10 do 110 mln. Istotnie wzrósł również odsetek kobiet przyjmujących hormonalną antykoncepcję.
Czy nie jest zatem tak, że decydującą rolę w kryzysie demograficznym odgrywają nie tyle czynniki ekonomiczne, co te kulturowe, wpływające na stan świadomości młodego pokolenia oraz przyświecające mu idee?
Antykoncepcja i zmiana podejścia do rodziny
A zatem czy podstawowego znaczenia nie ma inny, a zwykle pomijany czynnik? Mianowicie – do poczęć nie dochodzi z jednej prostej przyczyny – młodzi ludzie stosują powszechnie antykoncepcję. Jest to swego rodzaju temat tabu w publicznym i eksperckim dyskursie. Jak mówi cytowany już przeze mnie Mateusz Łakomy: „Głośno się o tym nie pisze, ale domyślnie przyjmuje się, że antykoncepcja jest czymś stałym i niezmiennym. Pytanie tylko, kiedy para się zdecyduje, żeby ją ewentualnie odstawić, żeby mogło dojść do poczęcia”. A przecież, jak zwraca uwagę ekspert, przez większość historii (…) seksualność była nieodłącznie związana z prokreacją. Zmieniło się to zasadniczo w XX w. (…), kiedy to w krajach wysoko rozwiniętych regulacja urodzeń stała się zjawiskiem niemal powszechnym. (…) Regulacja urodzeń odbywa się poprzez zapobieganie poczęciu oraz ewentualne przerywanie ciąży, czyli aborcję. Przykładowo we Francji między połową lat 60. a połową lat 70. współczynnik dzietności spadł z 2,9 do 1,9. Wydaje się, że stosowanie antykoncepcji w społeczeństwach było kluczowym czynnikiem, który bardzo istotnie wpłynął na demografię.
Obecnie antykoncepcja jest przyjmowana jako niezmienny czynnik; jako coś, co zwyczajnie od kilkudziesięciu lat było, jest i z nami pozostanie. Wskutek tego przy ocenach, czy jakieś działania mogą zwiększyć lub zmniejszyć dzietność, nie bierze się jej w ogóle pod uwagę. Nie o to chodzi, by antykoncepcji oficjalnie zakazać, bo w państwach demokratycznych jest to zwyczajnie niemożliwe. Jednak trzeba mieć tego związku świadomość. Oczywiście, można argumentować, że skutkiem powszechnej dostępności antykoncepcji jest między innymi to, że rodzi się mniejszy odsetek dzieci nieplanowanych, co dla niektórych jest zjawiskiem pozytywnym i pożądanym.
Mateusz Łakomy przypomina również, że w najbardziej klasycznym modelu demograficznym, opracowanym przez Johna Bongaartsa, w latach 70. za 96 proc. zmienności w płodności w krajach rozwiniętych odpowiadają tylko cztery wskaźniki: długość pozostawania w trwałym związku seksualnym, dostępność antykoncepcji, dostępność aborcji oraz niepłodność laktacyjna związana z tym, że kobieta karmi piersią. Model ten do dziś pozostaje podstawowym narzędziem w badaniach nad zmianami dzietności. Jego siła polega na tym, że zamiast analizować wszystkie czynniki społeczne, skupia się on na bezpośrednich determinantach, które fizycznie i behawioralnie wpływają na liczbę urodzeń. W późniejszych latach dodano do tego modelu patologiczną niepłodność jako piąty czynnik. Szacuje się, że w Polsce ten ostatni problem może dotyczyć nawet od miliona do nawet półtora miliona par; tymczasem organizacja i finansowanie leczenia niepłodności w naszym kraju pozostawiają wiele do życzenia.
Mimo że powszechność stosowania antykoncepcji jest bardzo istotną zmienną, to w świecie naukowym i debacie publicznej o demografii w zasadzie nie bierze się jej pod uwagę. A w rzeczywistości dostępność antykoncepcji jest najbardziej bezpośrednią przyczyną spadku współczynnika dzietności. Cytowany już ekspert zwraca uwagę, że o ignorowaniu antykoncepcji w dyskusjach o demografii decyduje współczesna mentalność. Ale przecież to, że się tego tematu unika i że dotąd starano się go nie poruszać, nie oznacza, że nie można zacząć go podnosić.
Z pewnością znaczenie ma tu poziom religijności osób w chodzących w związki, ale wydaje się, że istotną rolę odgrywa tu i inny czynnik. Jest nim, coraz częstsza dziś, iluzja ludzkiej wszechwładzy i możliwości kontroli rzeczywistości oraz przedłużenia własnego życia dzięki postępom medycyny nawet do 100–150 lat. Iwan Krystew cytuje w swej wypowiedzi przypadkowo podsłuchaną rozmowę prezydentów Putina i Xi Jinpinga w Pekinie. Rozmawiali oni o tym właśnie aspekcie ludzkiego życia. Podobne rozumienie przyszłości nakierowanej na indywidualne oczekiwania i życzenia prezentuje znany aktor Woody Allen, który powiedział: „Chcę żyć wiecznie, ale nie w sercach ludzi, tylko w swoim apartamencie na Manhattanie”. No cóż, nieśmiertelność jest od dawna odwiecznym marzeniem ludzkości – wystarczy przypomnieć dr. Fausta Goethego! Tyle tylko że rzeczywistość potrafi być bardzo odmienna od naszych oczekiwań. Przypominają mi się moja babcia i jej siostra, które dożyły blisko stu lat i codziennie prosiły, by Pan Bóg zabrał je już z tego świata, bo zostały na nim same, a wszyscy ich znajomi, przyjaciele i bliscy odeszli przed nimi.
Nieunikniona śmiertelność, egoizm i agresja wobec rodziny
Fakt naszej nieuniknionej śmiertelności wymusza pewien określony sposób myślenia. Nadaje też znaczenie religii czy ludzkiemu poświęceniu, np. na rzecz ojczyzny czy innych ludzi. W tym aspekcie niezwykłą rolę odgrywają czynniki kulturowe i związana z nimi sublimacja ludzkich uczuć, pozwalająca na powstawanie wielkich dzieł ludzkiego Ducha. Niewątpliwie istotną rolę odgrywa też chęć przekazania życia i puli swoich genów (o czym szeroko piszą socjobiolodzy) oraz własnych wartości i dziedzictwa swoim dzieciom.
Socjobiologia uważa, że prawdziwy altruizm nie istnieje i że motywacją naszych działań jest egoistyczna chęć przekazania naszego własnego programu genetycznego kolejnym pokoleniom. Jeśli nawet komuś pomagam, to jest to w gruncie rzeczy recyprokalne, bo liczę w przyszłości na zwrot tej przysługi. Taką nagrodą może być nawet nasze lepsze samopoczucie. Podobnie istotną rolę według socjobiologów odgrywa uczucie zazdrości. Zazdrość u mężczyzn polega na dbałości o jak największą liczbę partnerek, z którymi ma się dzieci, aby szerzyć w populacji własną pulę genów. U kobiet strategia jest inna: chodzi o to, żeby przywiązać do siebie mężczyznę, aby jego środki materialne służyły dorośnięciu i wychowaniu własnych, a nie cudzych dzieci. Tak właśnie, zdaniem socjobiologów, działa egoizm genetyczny, w myśl którego każdy organizm chroni własne geny we własnym potomstwie.
Żeby było jasne, poglądy socjobiologów – sprowadzające wszystko, w tym i miłość, do zaprogramowanych reakcji w naszym mózgu, nakierowanych na przedłużenie własnych genów, własnego gatunku i własnej kultury – nie są mi specjalnie bliskie. W ich myśl jednak miłość rodzicielska służy przedłużeniu własnego programu genetycznego zawartego w dzieciach. Zgodnie z tą teorią życie dziecka jest więcej warte niż życie jego rodziców, gdyż to ono bardziej przedłuża trwanie ludzkiego gatunku w czasie. Taki punkt widzenia wydaje mi się zawężeniem ludzkiej natury do tego, co materialne i czysto biologiczne, z całkowitym pominięciem sfery duchowej, ale na pewno jest w tym spojrzeniu nieco racji.
Wielką rolę w wyżej wymienionych procesach odgrywa rodzina i nie jest przypadkiem, że przetrwała ona przez tyle wieków istnienia ludzkiej cywilizacji. Święty Jan Paweł II wielokrotnie zwracał uwagę na to, że przyszłość świata zależy od rodziny i że obecnie ma miejsce wielka metafizyczna walka o rodzinę. Walce z rodziną sprzyjają, niemal powszechne wśród młodego pokolenia, egoizm i agresja. Wielokrotnie mam z tym do czynienia w praktyce lekarskiej, obserwując zachowania rodziców swoich pacjentów, a mimo to za każdym razem wprawia mnie to w rodzaj osłupienia. Sprzyja temu szeroko rozpowszechnione korzystanie z mediów społecznościowych oraz uzależnienie od internetu.
Demografia jako problem polityczny i cywilizacyjny
Znaczenie demografii dla współczesnego świata obrazuje wojna na Ukrainie, która w pewnym sensie jest przykładem wojny nowego typu, czyli wojny o populację, a nie klasycznej wojny o terytorium. Dobitną tego ilustracją jest uprowadzenie do Rosji ok. dwudziestu tysięcy ukraińskich dzieci, za co postawiono zresztą prezydentowi Putinowi i jego akolitom zarzuty przed Trybunałem Międzynarodowym w Hadze. Skoro niektóre prognozy mówiły, że w Rosji w roku 2100 będą mieszkać 74 mln ludzi (podczas gdy dziś jest to 145 mln), to nic dziwnego, że Putin zdecydował się na taki krok.
Są jednak kraje na świecie, gdzie sytuacja demograficzna jest o wiele gorsza niż w Rosji, np. w bogatej Korei Południowej przypada 0,7 dziecka na kobietę. Oznacza to nie tylko dramatyczną zmianę dla struktury wiekowej społeczeństwa w ciągu kilku następnych dziesięcioleci, ale i ogromną presję na system emerytalny oraz system ochrony zdrowia.
Towarzyszy temu, moim zdaniem, bardzo niebezpieczna, lewicowa iluzja, że migracja doprowadzi do takiej przebudowy struktury społecznej, iż więcej wyborców odda głosy na daną partię. Ten sposób myślenia świetnie ilustrują niedawna głośna wypowiedź hiszpańskiej minister ds. migracji, zabezpieczenia społecznego i integracji, Elmy Saiz, podobnie jak powieść nieżyjącego już bułgarskiego pisarza Alka Popowa Misja Londyn. A przecież migracja traktowana jako remedium na problemy demograficzne generuje z kolei inne poważne problemy, co przypomina jako żywo leczenie dżumy cholerą. Nie ma też żadnej gwarancji, że imigranci oddadzą swe głosy na tych, którzy ich sprowadzili czy nadali im obywatelstwo, co pokazują właśnie powieść Popowa czy słynna książka Uległość francuskiego pisarza Michela Houellebecqa.
Czy przychodzi nam do głowy, że jak powiedział współczesny kanadyjski naukowiec czeskiego pochodzenia, Václav Smil, zamykanie porodówek, żłobków, przedszkoli i szkół oraz otwieranie domów opieki to właśnie bilans współczesnej demografii?
Korea Południowa jako przykład kryzysu demograficznego
Warto przyjrzeć się bliżej Korei Południowej jako swego rodzaju studium przypadku. Jak pisze w kwartalniku „Myśl w Centrum” doktorantka Milena Gruszczyńska, paradoks Korei Południowej polega na tym, że widoczne tam absolutnie dramatyczne załamanie demograficzne jest bezpośrednim rezultatem sukcesu kraju. Po wojnie koreańskiej (w latach 50. i 60. XX wieku) na jedną kobietę przypadało średnio od 6 do 7 dzieci, co stanowiło naturalną konsekwencję powojennej biedy, tradycyjnych norm społecznych oraz braku możliwości i świadomości kontroli urodzeń. Badaczka zwraca uwagę, że dzieci były wówczas wartością nie tylko kulturową, ale też i ekonomiczną, np. ze względu na wykonywanie prac polowych czy późniejszą opiekę nad rodzicami, a rodziny wielodzietne stanowiły podstawę społeczeństwa. W latach 70. i 80. XX wieku koreański rząd zaczął postrzegać gwałtowny wzrost liczby ludności kraju jako zagrożenie dla jego rozwoju gospodarczego, co zaowocowało intensywnymi kampaniami planowania rodziny. Pojawiły się hasła, takie jak „Mała rodzina to szczęśliwa rodzina” czy „Troje to dużo, dwoje to w sam raz”, które szybko zapuściły korzenie w świadomości społecznej.
Kryzys demograficzny w Korei Południowej nie ma jednej, prostej przyczyny, której rozwiązanie w magiczny sposób uzdrowi sytuację. Mechanizm zadziałał jak kostki domina. Wszystkie jego elementy tworzą swego rodzaju zamknięty system naczyń połączonych, w którym każdy problem wzmacnia następny, a wyjście z tej spirali okazuje się – szczególnie dla młodego pokolenia – coraz trudniejsze, a często wręcz niemożliwe. Dla wielu młodych Koreańczyków decyzja o posiadaniu dzieci zaczyna się od prostego pytania: czy stać ich na stabilne i komfortowe życie z potomkiem. Ceny mieszkań osiągnęły poziom nieosiągalny dla osób na początku kariery zawodowej, młodzi coraz częściej pracują na podstawie umów czasowych lub w oparciu o niestabilne formy zatrudnienia, a koreański system gospodarczy premiuje elastyczność, mobilność oraz całkowite oddanie pracowników, ale nie zapewnia bezpieczeństwa, które jest kluczowe dla długoterminowych zobowiązań, takich jak wychowanie dzieci. W tej sytuacji posiadanie dzieci przestaje być naturalnym etapem życia, a staje się luksusem obarczonym znacznym ryzykiem finansowym. Rynek pracy w Korei Południowej nie jest dostosowany do życia rodzinnego, gdyż opiera się na długich godzinach pracy, nadgodzinach i silnej lojalności wobec firmy. Dla kobiet posiadanie dziecka staje się zagrożeniem dla kariery zawodowej, włącznie z trwałą utratą pracy.
Ponadto w południowokoreańskim społeczeństwie dziecko zawsze silnie kojarzono z małżeństwem. Także współcześnie tylko niewielki odsetek dzieci przychodzi na świat poza małżeństwem. Teraz jednak sama instytucja małżeństwa straciła na atrakcyjności; związki są zawierane później i coraz więcej osób decyduje się na życie w pojedynkę. W ten sposób spadek liczby zawieranych małżeństw bezpośrednio przekłada się na niską dzietność społeczeństwa. Mimo że Korea należy do państw, które przeznaczyły jedne z najwyższych środków publicznych na programy pronatalistyczne w postaci bezpośrednich transferów finansowych dla rodziców, dopłat do opieki nad dziećmi, rozbudowy systemu żłobków oraz urlopów rodzicielskich, a także finansowania licznych kampanii społecznych zachęcających do zakładania rodzin i posiadania więcej niż jednego dziecka, wszystko to nie przyniosło skutku. Stało się tak prawdopodobnie dlatego, że zignorowano zarówno głębokie problemy strukturalne, jak i zmiany kulturowe. Państwo próbuje wpływać na decyzje jednostek, nie zmieniając systemu, stara się łagodzić objawy, a pomija ich strukturalne przyczyny. Kryzys demograficzny w Korei Południowej nie jest efektem prostej niechęci do dzieci, to rezultat systemu, który przez dekady premiował wydajność, rywalizację i poświęcenie kosztem stabilności, równości i jakości życia. Demografia nie jest bowiem kwestią wyłącznie prywatnych wyborów, choć te mają podstawowe znaczenie, lecz jest także zbiorowym odbiciem funkcjonowania całego społeczeństwa.
Na kanwie przypadku Korei jawi się pytanie, czy możliwe jest stworzenie systemu, w którym posiadanie dzieci nie wymaga heroizmu ani rezygnacji z dotychczasowego życia. Milena Gruszczyńska pyta: „A może Korea Południowa jako demograficzne laboratorium współczesnego świata pokazuje, jak wysoką cenę płaci się za rozwój, który nie uwzględnia ludzkich granic?”.
USA: od strachu przed przeludnieniem do pronatalizmu
Drugie studium przypadku dotyczy USA. Donald Trump i jego administracja od początku jego obecnych rządów szukają sposobów, jak przekonać amerykańskie kobiety do posiadania większej liczby dzieci. Coraz większą popularność zyskuje wśród części amerykańskich elit idea pronatalizmu, która zakłada, że ludzie muszą mieć więcej dzieci. Jej wielkim orędownikiem jest między innymi miliarder Elon Musk, który sam jest ojcem ponad tuzina dzieci, wprawdzie z trzech różnych matek.
Elon Musk uważa, że dla większości krajów wskaźnik urodzeń powinien być postrzegany jako największy problem, z którym muszą się one obecnie zmierzyć. Twierdzi on, że po prostu nie rodzi się wystarczająco dużo dzieci, aby świat mógł się dalej rozwijać. Ale przecież jeszcze nie tak dawno uważano, że problem polega na tym, że rodzi się zbyt wiele dzieci, co ostatecznie doprowadzi do upadku cywilizacji. Zjawisko to nazywano nawet bombą populacyjną. Uważano, że jeśli nie ograniczymy, w humanitarny sposób, naszej populacji, to będzie ona podlegać samoograniczeniu przez kolejne klęski głodu, wojny oraz inne katastrofy naturalne, a także wynikające z nich konflikty społeczne. Prognozowano, że światowa populacja eksploduje w bardzo bliskiej przyszłości i że ludzi będzie o wiele za dużo, a zasobów Ziemi nie starczy dla wszystkich.
Emily Merchant, profesor nadzwyczajny nauk ścisłych i technologii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Davis, zajmująca się badaniem historię demografii, zauważyła, że w przeszłości wiele wpływowych osób podsycało panikę związaną z nadchodzącym kryzysem przeludnienia. Chyba najsłynniejszym z nich był Paul Ehrlich, biolog z Uniwersytetu Stanforda, który w 1968 roku napisał nawet traktat o zagrożeniach związanych z przeludnieniem, który to wywołał swego rodzaju sensację. Właśnie on po raz pierwszy użył terminu „bomba populacyjna”.
Ehrlich, podobnie jak wielu innych, czerpał inspirację od angielskiego XVIII-wiecznego myśliciela i pisarza Thomasa Roberta Malthusa. Malthus jako jeden z pierwszych zakwestionował pogląd, że populacja jest źródłem dynamiki gospodarczej, siły geopolitycznej oraz militarnej. Twierdził, że jeśli nie będzie się tego kontrolować, populacja będzie rosła w tempie geometrycznym w przeciwieństwie do zasobów rolnych rosnących tylko liniowo. Argumentował, że Chiny są biedniejsze niż Anglia, gdyż jest tam zbyt dużo ludzi w stosunku do ilości zasobów.
Idee Malthusa okazały się bardzo wpływowe, szczególnie w aspekcie traktowania biednych. W 1834 roku Anglia wprowadziła nawet nowe prawo, stanowiące, że jeśli ktoś potrzebował pomocy finansowej, musiał trafić do przytułku, gdzie go należycie „dyscyplinowano”. Mimo to rządy państw w XIX wieku były raczej pronatalistyczne, uważając, że jest to sposób na promowanie rozwoju i bezpieczeństwa narodowego. Koncepcja przeludnienia powróciła w wieku XX, kiedy nastała moda na eugenikę, co zrodziło motywowane rasizmem obawy o to, że to głównie biedni ludzie będą mieli dzieci, co pogorszy jakość puli genów w społeczeństwie. Dlatego promowano zapewnienie antykoncepcji osobom biednym i kolorowym jako sposób na zmniejszenie wskaźnika urodzeń w obu tych grupach amerykańskiej populacji.
Jednak kilka dekad później wydarzyło się coś, co obaliło powyższe idee. Był to powojenny wyż demograficzny, mimo którego nie doszło do prognozowanego załamania gospodarczego. Sama eugenika zaś, po hitlerowskich eksperymentach, stała się politycznie nieakceptowalna. W zamian wielkie organizacje filantropijne, takie jak Fundacja Rockefellera czy Fundacja Forda, zaczęły głosić, że wraz z szybkim wzrostem populacji ludzie będą wydawać wszystkie swoje pieniądze na wyżywienie i ubranie swoich dzieci, zamiast oszczędzać dochody i je inwestować, co będzie barierą dla rozwoju gospodarczego USA. Organizacje te sfinansowały wiele badań wykazujących, że nadmierna liczba urodzeń doprowadzi do upadku porządku świata.
Również Paul Ehrlich dodał nowy element do swojego argumentu o przeludnieniu, twierdząc, że zbyt wielka ludzka populacja zniszczy naszą planetę. Ten element ekologii dał idei przeludnienia nowe życie. Wystarczy przywołać przykład młodych ludzi, choćby ze Szwecji, którzy z tego właśnie powodu rezygnują z posiadania dzieci. Ponadto w wielu przypadkach pomoc żywnościowa dla krajów Trzeciego Świata była obwarowana wdrożeniem przez nie programów kontroli urodzeń. Mimo że liczba ludności świata wzrosła w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat z 3,5 miliarda, do 8,2 miliarda żyjących obecnie, to nie doprowadziło to do globalnego głodu ani powszechnych buntów i rewolucji.
Odpowiedzialni demografowie dzisiaj starają się nie spekulować na temat tego, jak będzie wyglądała przyszłość, ponieważ nie są w stanie jej przewidzieć. Zapaść demograficzną zauważono stosunkowo niedawno, bo zaledwie ok. pięciu lat wstecz, mimo że jej pierwsze objawy pojawiły się już ponad 30 lat temu. W USA takim przełomem świadomościowym stał się spis powszechny przeprowadzony w roku 2020 roku, gdy zdano sobie sprawę, że wskaźnik urodzeń w Stanach Zjednoczonych jest poniżej poziomu zastępowalności pokoleń.
Na pewno istotne jest to, że zarówno Elon Musk, jak i inni z Doliny Krzemowej technologicznie zaakceptowali pronatalizm w celu stymulacji wzrostu populacji. Nie można przy tym wykluczyć, że w dalekosiężnych wizjach Muska chodzi o to, że przy większej liczbie ludzi będziemy mogli kolonizować inne planety czy mieć odpowiednie zasoby ludzkiej inteligencji potrzebne do dalszego rozwoju sztucznej inteligencji. Niemniej w pewnym sensie obserwujemy ostatnio odrodzenie tradycjonalizmu: idei, że rodziny powinny być duże, kobiety powinny pozostawać w domu i opiekować się dziećmi; a nawet można mówić o pewnym odradzaniu się religii – wystarczy popatrzeć na młodych Francuzów, o czym kiedyś już pisałem.
Starzejące się społeczeństwo i skutki gospodarcze
Zadajmy sobie proste pytanie, co się stanie, jeśli będzie więcej 80-latków niż 25-latków? System społeczny najpewniej zawali się pod własnym ciężarem. Z pewnością pojawią się różne problemy ekonomiczne, które już dziś zaczynają bardzo niepokoić. Nawet w Polsce zaczynają się wyludniać żłobki, przedszkola i szkoły. Są wsie i dzielnice miast, w których szkoły będą musiały zostać zamknięte, bo nie ma już uczniów, którzy mogliby je zapełnić. Są gminy, w których w ciągu roku nie urodziło się ani jedno dziecko. Można wręcz wyobrazić sobie postapokaliptyczny świat pełen pustych budynków, pustych ulic i sklepów, których nie da się zapełnić, bo nie będzie nikogo, kto by mógł to zrobić.
Z drugiej jednak strony istnieją w USA silne środowiska zagorzale krytykujące pronatalizm. Na przykład Nandita Bajaj, dyrektor wykonawcza amerykańskiej organizacji non profit Population Balance, opisuje pronatalizm jako „nieustającą presję kulturową i instytucjonalną, by mieć dzieci, która uniemożliwia nam wszystkim podejmowanie wolnych i odpowiedzialnych decyzji reprodukcyjnych”, a więc kładzie silny nacisk na ludzką wolność. Obawia się tzw. przymusu reprodukcyjnego, który traktuje kobiety jedynie jako „naczynia rozrodcze”.
Migracja a demografia – czy to rozwiązanie problemu?
Alternatywą dla wielu państw, silnie wspieraną przez polityczną lewicę, wydawała się imigracja. Jednak jak sami widzimy, nie do końca spełniła ona pokładane w niej nadzieje, a na dodatek przyniosła całe mnóstwo nowych problemów. Niemniej społeczeństwa powinny zrozumieć, że jeśli nie rozwiąże się skutecznie problemów demograficznych, to może nie być innego wyjścia niż import siły roboczej z zewnątrz. Dotyczy to także Polski – co więcej, to już się powoli w naszym kraju dzieje. Wystarczy popatrzeć na kierowców Ubera czy rowerowych kurierów rozwożących jedzenie z restauracji i fast foodów.
Administracja prezydenta Trumpa podjęła już nasilone i głośne, choć przez wielu bardzo krytykowane, działania, aby pozbyć się ze Stanów Zjednoczonych imigrantów z niektórych krajów Trzeciego Świata, i to niezależnie od statusu tych osób. Niektórzy wiążą to z teoriami o spiskowym podłożu, sugerującymi, że polityczna lewica próbuje zmienić proporcje społeczne w krajach zachodnich, celowo sprowadzając imigrantów z globalnego Południa. Można domniemywać, że obawy przed „białym spadkiem demograficznym” są jednym z motorów poparcia dla polityki prezydenta Trumpa. Trendy pokazują, że biali będą stanowić w USA mniejszość, i to już w ciągu najbliższych kilku dekad. I to jest jeden z powodów, dla których kwestie demografii są tak istotne i tak pilne dla wielu konserwatywnych środowisk. Jeśli dziś nie podejmie się odpowiednich środków zaradczych, jutro czy pojutrze może być już za późno.
Przed takim sposobem myślenia mocno przestrzega Iwan Krystew. Zauważa on, że o ile lewa stron sceny politycznej ma obsesję klimatyczną, o tyle prawa strona sceny politycznej żyje obsesją demograficzną. A to razem grozi apokaliptycznym dyskursem w sferze polityki. Mający „serca po lewej stronie” wierzą, że są ostatnimi ludźmi, ponieważ życie na planecie niebawem ulegnie zagładzie; z kolei ci z „sercem po prawej” myślą, że są ostatnimi Bułgarami, Polakami czy Niemcami. Taka perspektywa intelektualna bardzo utrudnia funkcjonowanie demokracji. Ci, którzy ją przyjmują, uważają, że jeśli dana sprawa nie zostanie dzisiaj właściwie rozwiązana, jutro będzie już za późno. Nie ma wówczas żadnego powodu, aby pogodzić się z przegraną w wyborach. Paradoksalnie demokracja dotąd funkcjonowała, ponieważ żadne wybory nie były postrzegane jako mające prawdziwie egzystencjalne znaczenie. Ten, kto uważa inaczej, nie jest gotowy na kompromis. Nie jest gotowy, by przegrać, bo jeśli przegra wybory, to wszystko będzie „stracone”. Dlatego właśnie Krystew apeluje: „Aby sobie poradzić, powinniśmy oddramatyzować poważne wyzwania, z jakimi mamy do czynienia, w tym i te związane z demografią”.
Wspomniana już przeze mnie prof. Agnieszka Chłoń-Dominiczak uważa, w ślad za Iwanem Krystewem, że zmiany demograficzne stały się w Europie jednym z głównych języków niepokoju zbiorowego, a strach przed „kurczeniem się” narodów może wzmacniać nastroje nostalgiczne i prowadzić do polityk symbolicznych – w miejsce skutecznych inwestycji w kapitał ludzki i instytucje. Jej zdaniem wzrost dzięki ilości może być zastąpiony wzrostem dzięki jakości. Mechanizm ekonomiczny jest prosty: o dynamice PKB per capita decyduje nie tylko ilość pracy, ale także produktywność i kapitał ludzki. Wprawdzie ludność Polski stanie się mniej liczna i starsza, lecz może być nowocześniejsza i bardziej produktywna, o ile przeorientujemy politykę z krótkookresowych transferów na długofalowe inwestycje w zdrowie, edukację, usługi opiekuńcze, integrację migracyjną oraz kapitał społeczny. W ten sposób kurczenie się populacji przestanie być źródłem lęku, a stanie się impulsem do modernizacji. Wydaje mi się to raczej naiwne. Tego typu zaklinanie rzeczywistości słyszałem już w przeszłości wielokrotnie.
Jak zatrzymać kryzys demograficzny? Możliwe kierunki zmian
Bardzo możliwe, że przedłużenia egzystencji tej części społeczeństwa, która jest motywowana własnym życiowym egoizmem lub troską o ekologię bądź klimat, nie da się już zagwarantować, bo w perspektywie długofalowej po prostu zabraknie ich potomstwa. Jeśli nie da się uratować wszystkiego, to przynajmniej starajmy się uratować część naszej populacji. Wymaga to jednak odmiennego niż do tej pory podejścia. Skoro szereg działań nakierowanych na ekonomię – w tym transfery socjalne, stosowane nie tylko w Polsce, jak choćby 500 plus czy 800 plus – nie przyniósł pożądanego efektu, to jak mówi znane powiedzenie (notabene niesłusznie przypisywane Albertowi Einsteinowi), szaleństwem jest oczekiwać, że to samo, zastosowane po raz kolejny, przyniesie zupełnie inny efekt.
Nie możemy abstrahować od tego, że demografia jest efektem codziennych wyborów konkretnych ludzi. Dlatego trzeba się również skoncentrować na innego typu działaniach, które będą zaadresowane do ludzkiej kultury, poglądów i mentalności. Musi się też zmienić klimat społeczny wokół dzieci i rodzin wielodzietnych. To wszystko wymaga wielkiego medialnego i światopoglądowego wysiłku i stworzenia realnych warunków, aby nasze dzieci było łatwiej urodzić i wychować.
Może należy rzucić otwarcie następujące hasło: „W każdej rodzinie potrzebne jest tylko jedno dziecko więcej”.
Piotr Czauderna





