
USA 250 lat. Jak Stany Zjednoczone stały się światowym mocarstwem
Gdy 4 lipca 1776 r. trzynaście niedużych angielskich kolonii w Ameryce Północnej ogłosiło niezależność od brytyjskiej Korony, chyba nikt nie przypuszczał, że niewiele ponad dwa wieki później świat będzie jednobiegunowy i właśnie owo z trudem powstające państwo będzie tym biegunem – pisze prof. Kazimierz DADAK
.Niemniej, wypada zaznaczyć, że już tak zwani Ojcowie Założyciele mieli świadomość potencjału drzemiącego w nowym państwie. Świadczy o tym wielokrotne odnoszenie się do pamięci o starożytnym Rzymie, niekwestionowanym hegemonie ówczesnego zachodniego świata. Siedziba Kongresu, władzy ustawodawczej, została umieszczona na Wzgórzu Jenkinsa, którego nazwa niezwłocznie została zmieniona na Wzgórze Kapitolińskie, na cześć takiego samego wzgórza w Rzymie, gdzie mieściła się świątynia Jupitera, najważniejszego boga rzymskiego panteonu i gdzie (według błędnych przekonań) miał zbierać się rzymski senat. Tego rodzaju nawiązania miały miejsce już dużo wcześniej, bo budynek, w którym mieściły się władze Wirginii, najstarszej angielskiej kolonii na obszarze Ameryki Północnej, również nosił tę nazwę. Z drugiej strony, znaczna część kolonistów żyła w głębokim przekonaniu, że mieszkają w nowej Ziemi Obiecanej. Zatem, ideologiczne i polityczne podwaliny pod przyszłe mocarstwo zostały położone już u zarania istnienia Stanów Zjednoczonych.
Z naszej perspektywy możemy dodać, że odmienne losy USA i Polski w trakcie ostatnich dwu i pół wieku odzwierciedlają zasadniczo różne podejścia do tych dwu spraw, szczególnie do polityki, które wykazywały elity tych państw.
Skąd wzięła się potęga Stanów Zjednoczonych
Rewolucja amerykańska miała swe źródła w idealistycznym widzeniu świata. Deklaracja niepodległości w drugim paragrafie obwieszczała, że „uważamy za zrozumiałe same przez się te prawdy, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równi, że zostali wyposażeni przez Stwórcę w pewne niezbywalne prawa, między którymi są: życie, wolność i dążenie do szczęścia”. Niemniej, główny architekt tej deklaracji, Thomas Jefferson, późniejszy prezydent, posiadał niewolników, sprzedawał i nabywał ich po ogłoszeniu tych pięknych słów o niezbywalnych prawach i dążeniu do szczęścia. Zatem, dla Jeffersona (i innych rewolucjonistów z Południa, włącznie z George Washingtonem) praktyczne zagadnienia – utrzymanie spójności rodzącego się państwa (i własny interes) – były ważniejsze od szczytnych ideałów.
Realizm dominował i dominuje szczególnie w zakresie polityki międzynarodowej. Decyzje są podejmowane na podstawie zimnej kalkulacji pożytków i kosztów. Ten kierunek nadał już George Washington, który w swym „Pożegnalnym Przesłaniu”, podkreślił, że w zakresie stosunków międzynarodowych należy unikać zarówno stałych antypatii, jak i gorliwego przywiązania do innych narodów, bo może to doprowadzić do tego, iż rządzący stają się do pewnego stopnia niewolnikiem tych uczuć i będą się nimi kierować zamiast tym, co nakazuje interes i obowiązki. To podejście oparte na interesie narodowym także wykluczało zero-jedynkowe widzenie świata – żadne państwo nie mogło stać się obiektem „miłości”, czy „nienawiści”. Polityczna rzeczywistość jawiła się jako różne odcienie szarości.
Zimną rachubę można dostrzec już w tym, że Amerykańska Rewolucja — pomimo wcześniejszych tarć pomiędzy koloniami i metropolią — została wywołana dopiero po tym, gdy Anglicy dzięki zwycięskiej wojnie (French and Indian War w latach 1754–1763) zdołali wypędzić Francuzów z Północnej Ameryki. Dzięki temu Rewolucja była wewnętrzną sprawą świata anglosaskiego. Dla badaczy historii USA latarnią objaśniającą całe późniejsze dzieje tego państwa powinno być to, że w zmaganiach z Koroną Rewolucjoniści korzystali z szerokiej pomocy Francji. Pokojowe negocjacje pomiędzy koloniami i metropolią toczyły się w Paryżu i gospodarze oczekiwali, że Amerykanie im się odwzajemnią i przyczynią się do odzyskania przez nich Kanady, ale nic takiego nie nastąpiło. Amerykanie nie spłacili „dżentelmeńskiego” długu w stosunku do Francji, bo tam nie było i nie ma żadnych arystokratycznych tradycji. Pięknie, że Paryż tak skutecznie im dopomógł, ale pomiędzy sojusznikami nie było żadnej umowy, więc o żadnym długu mowy być nie mogło.
Podobnie miały się sprawy w trakcie chyba najbardziej dramatycznego okresu w historii USA, wojny secesyjnej, gdy Stanom Zjednoczonym groził rozpad na dwa państwa. Mocarstwa europejskie, szczególnie Francja, pragnęły skorzystać z tej okazji i uznać niepodległość Południa (Konfederacji). Na przeszkodzie stanęła Rosja, która w 1863 r. wysłała swą flotę wojenną do Nowego Jorku, co stanowiło jednoznaczny sygnał, że Moskwa nie tylko nie przystąpi do takiego sojuszu, ale może nawet zbrojnie wesprzeć Unię (Północ). Ten gest poparcia został przyjęty z radością, ale Rosja żadnej wdzięczności się nie doczekała, bo Waszyngton nie przyjął na siebie żadnych formalnych zobowiązań.
Podczas II Wojny Światowej Rząd Londyński winien był być świadom tej podstawowej rzeczy i słowne zapewnienia prezydenta Roosevelta i premiera Churchilla traktować tak, jak na to zasługiwały, czyli jako wiecowe deklaracje, a nie jako wiążące umowy. Takie rozumienie spraw międzynarodowych (które w owym czasie obowiązywało już w całym zachodnim świecie) uchroniłoby nas przed „niespodziankami”, jakie spotkały nas w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. Mówienie o „zdradzie jałtańskiej” jest całkowicie bezpodstawne, bo stosunki pomiędzy państwami już dużo wcześniej były regulowane w drodze traktatów, a nie obietnic czynionych w zaciszu gabinetów. A, że realizm w 1945 r. podpowiadał, iż w naszej części Europy karty będzie rozdawać zwycięski Stalin i bez kolejnej wojny uzyskanych korzyści on się nie wyrzeknie, to dla każdego mocno po ziemi stąpającego polityka – a w Waszyngtonie na ogół tacy urzędują – dalszy rozwój sytuacji był oczywisty.
Jak USA budowały swoje imperium
Pokój paryski (1783 r.) dał 13 koloniom nie tylko niepodległość, ale i ogromne obszary na zachód, aż po rzekę Missisipi. Zaledwie dwie dekady później, przed nowym państwem pojawiła się kolejna wielka okazja do rozszerzenia granic – Napoleon był gotów sprzedać ogromne terytorium zwane Luizjaną (ponad 2 mil. km2). Prezydent Jefferson nie wahał się ani chwili i w 1803 r. za jedyne 15 milionów USD (mniej niż 500 milionów USD według dzisiejszych cen) podwoił obszar swego kraju. Zaraz po nabyciu Luizjany, prezydent Jefferson złożył w Kongresie wniosek o sfinansowanie wyprawy do wybrzeża Pacyfiku. Władza ustawodawcza pieniądze przyznała i została zorganizowana ekspedycja pod przewodem Meriwethera Lewisa i Williama Clarka. Amerykanie, z wydatną pomocą miejscowych indiańskich plemion, przemierzyli dzisiejsze północno-zachodnie obszary USA i dopięli celu, doszli do Oceanu Spokojnego.
Dalsze okazje do zwiększenia stanu posiadania zrodziły się ponad trzy dekady później, gdy w Teksasie anglosascy osadnicy podnieśli rebelię przeciw Meksykowi. W 1845 r. Teksas postanowił przyłączyć się do Stanów Zjednoczonych i Meksyk wypowiedział USA wojnę. Była to bardzo nieroztropna decyzja, bo w marcu 1847 r. amerykańscy marines wylądowali w Veracruz i pół roku później wkroczyli do Mexico City. Na mocy traktatu z Guadalupe Hidalgo za kolejne 15 milionów USD Meksyk zrzekł się ponad połowy swego obszaru. Tym sposobem USA stały się państwem od Atlantyku po Pacyfik. Te sukcesy nie zaspokoiły amerykańskich apetytów, dwadzieścia lat później za 7,2 miliona USD Amerykanie nabyli Alaskę od Rosji. W 1898 r. doszło do aneksji Hawajów, zaś w wyniku wojny z Hiszpanią, Filipiny stały się amerykańską kolonią.
W XX wiek USA wchodziły jako najpotężniejsze państwo na kuli ziemskiej. Ten stan rzeczy został utrwalony w wyniku I Wojny Światowej, do której Stany Zjednoczone przystąpiły dopiero po tym, gdy Europejczycy wyrzynali się już przez 3 lata. Zza oceanu przyszły nie tylko siły zbrojne, ale i idee, na przykład idea samostanowienia narodów, która między innymi Polsce otworzyła drzwi do odzyskania niepodległości. Można rzec, że tym sposobem Amerykanie oddali nam przysługi, które u zarania ich istnienia wyświadczyli im Kazimierz Pułaski i Tadeusz Kościuszko. Polityczna mądrość ich elit została ponownie potwierdzona w trakcie II Wojny Światowej, do której Stany Zjednoczone weszły dopiero po dwóch latach walk (i po japońskim napadzie!). Po pierwszej wojnie cały zachód Europy był zadłużony w USA, a w drugiej także wyzwolony (zaś w przypadku państw Osi okupowany) przez Amerykanów.
Podwaliny pod jednobiegunowy świat zostały położone, jedyne co pozostawało do zrobienia, to rozbicie systemu kolonialnego i w tym zakresie ZSRR oddało Stanom Zjednoczonym niemałe przysługi. Nie powinno być żadnym zaskoczeniem to, że w chwili, gdy ostatnie duże kolonie (portugalskie) uzyskały niepodległość, w Waszyngtonie pojawił się energiczny prezydent znany ze swych antykomunistycznych poglądów. Ronald Reagan podkręcił tempo zbrojeń i niewydolny gospodarczo Blok sowiecki musiał skapitulować. Dominacja USA na arenie światowej stała się faktem.
Doktryna Monroe i narodziny amerykańskiej geopolityki
Anglik Halford Mackinder, współtwórca geopolityki, patrzył na świat z europejskiego punktu widzenia i dla niego ogromne przestrzenie Eurazji stanowiły oś rozważań. Tym sposobem doszedł do wniosku, że tak zwany Heartland, ogromne tereny z grubsza obejmujące były ZSRR i Chiny stanowią klucz do panowania nad światem. Amerykańscy przywódcy mieli inne zdanie, dla nich najważniejszym środkiem do uzyskania hegemonii w świecie była dominacja na własnym „podwórku”, czyli nad zachodnią półkulą. Obie Ameryki, z jednej strony posiadają wystarczające zasoby, a z drugiej są chronione przed zakusami obcych przez ogromne oceany, zatem państwo, które wyeliminuje konkurencję na tym obszarze stanie się wielkim mocarstwem.
Stąd, już 2 grudnia 1823 r. prezydent James Monroe ogłosił, że USA będą zwalczać kolonializm na Zachodniej Półkuli. Według niego, Stary Świat (Europa) i Nowy Świat (Ameryki) miały stanowić odrębne strefy interesów i jakiekolwiek próby ustanowienia kolonii w tej drugiej miały stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Podobnie, jak i data deklaracji niepodległości w 1776 r., tak i chwila ogłoszenia doktryny przez J. Monroe nie była przypadkowa. Napoleon Bonaparte walnie przyczynił się do wzrostu potęgi USA nie tylko sprzedając Luizjanę, ale także obalając w 1808 r. dynastię Burbonów w Hiszpanii. Ten krok spowodował wojnę przeciwko francuskiej okupacji i tym samym wywołał próżnię polityczną w hiszpańskich koloniach w obu Amerykach. Do końca roku 1823 praktycznie wszystkie kolonie zrzuciły hiszpańskie jarzmo i deklaracja J. Monroe była w istocie rzeczy sprzeciwem wobec planów przywrócenia władzy Madrytu nad jego byłymi posiadłościami. Zasadniczą pracę wykonał Bonaparte, zaś Amerykanom pozostało tylko zbierać owoce europejskiej megalomanii.
Bez kolejnych ogromnych błędów europejskich potęg uzyskanie przez Waszyngton przewodniej roli w świecie byłoby niemożliwe. W przypadku USA powiedzenie, że gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta spełniło się co do joty. Obie wojny światowe utorowały Stanom Zjednoczonym drogę do supremacji. Obecna wojna rosyjsko-ukraińska podtrzymuje ten stan rzeczy.
Gospodarka jako fundament amerykańskiego sukcesu
Już dwa wieki przed tym, gdy James Carville ukuł slogan „it’s the economy, stupid”, amerykańskie elity zdawały sobie sprawę ze znaczenia gospodarki dla rozwoju i znaczenia państwa. U zarania istnienia zdawano sobie tam sprawę z tego, że przemysł i handel, w przeciwieństwie do rolnictwa, daje lepsze możliwości szybkiego przyrostu bogactwa. Dla rozwoju handlu i przemysłu istotne znaczenie miało istnienie silnego centrum, bo na przykład piractwo i przemyt były wówczas na porządku dziennym. Tymczasem, wielu amerykańskich rewolucjonistów miało egalitarne ciągoty i pragnęło utrzymać rolnictwo jako podstawę amerykańskiej gospodarki i stworzyć luźną konfederację stanów, a nie scentralizowane państwo. Niemniej, uchwalono konstytucję dającą centralnej władzy duże uprawnienia, a pierwszym ministrem skarbu został zwolennik rozwoju przemysłu Aleksander Hamilton. Ten ostatni także był świadom wagi potencjału ludnościowego i wspierał imigrację. Dzięki temu ostatniemu czynnikowi udało się szybko stworzyć silne fundamenty demograficzne, zaś odkrycia wielkich bogactw naturalnych, szczególnie nośników energii, najpierw węgla, a potem ropy naftowej i gazu przyniosły szybki wzrost gospodarczy.
Amerykanie widzieli możliwości tam, gdzie inni widzieli kłopoty. Post-feudalne elity Polski i Włoch widziały kłopot w najważniejszym czynniku rozwoju – człowieku – i rozwiązanie sprawy nadmiaru siły roboczej widziały w emigracji, podczas gdy ci sami „zbędni” ludzie za oceanem budowali potęgę Stanów Zjednoczonych niejednokrotnie pracując w niesłychanie ciężkich warunkach. Dla władców Francji, na długo przed Napoleonem, ogromne posiadłości w Ameryce Północnej były raczej ciężarem, niż majątkiem przynoszącym zyski. Niezmierzone, równinne, niesłychanie żyzne obszary nie miały dla nich większej wartości. Fakt, że były położone nad wówczas podstawowym środkiem transportu, rzece Missisipi i jej wspaniałych dopływach, również nie został przez nich dostrzeżony. Zagospodarowanie wymagało długotrwałego wysiłku, a dla władców liczyły się bieżące dochody. Dla Napoleona ważniejsze było przelewanie krwi rodaków w zmaganiach o europejskie księstewka niż kolonizacja zamorskich przestrzeni.
Na długą metę wysłanie setek tysięcy Francuzów do Luizjany przyniosłoby Napoleonowi dużo większe korzyści, niż poświęcanie ich na polach bitew. Francuzi (i Polacy) po dziś dzień czczą Cesarza, podczas gdy w istocie rzeczy przegapił on historyczną okazję do zbudowania frankofońskiej potęgi. Podobnie, carska Rosja nie widziała większych korzyści w posiadaniu Alaski. Z wyjątkiem Wlk. Brytanii, inne europejskie mocarstwa też wykazywały tego typu zachowanie. Tymczasem, potęgę buduje się zajmując obszary, w których nie ma żadnej konkurencji – dziś dotyczy to także rywalizacji gospodarczej, w szczególności technologicznej. Bo tam, gdzie nie ma konkurencji majątek zdobywa się najmniejszym kosztem. Syndrom krótkiej kołderki dotyczy wszystkich – ekonomiści zjawisko to nazywają kosztem utraconych alternatyw.
Dlaczego USA zostały światowym hegemonem
Ten wyjątkowy w dziejach świata obrót rzeczy – po raz pierwszy jedno państwo uzyskało hegemonię na całej kuli ziemskiej – był możliwy dzięki przemyślnej polityce prowadzonej przez tamtejsze elity. Już same początki wskazywały na drzemiący tam potencjał, bo przygotowujący antyangielskie powstanie i kierujący Rewolucją Ojcowie Założyciele wykazali się wielką mądrością i rozwagą. Rozważania, jakie oni prowadzili, część z nich jest znana jako The Federalist Papers, zdumiewa szerokością horyzontów i głębią analizy. Dość powiedzieć, że badali także system polityczny Rzeczypospolitej Obojga Narodów – mieli o nim bardzo niskie zdanie. Mimo tego, że przez pierwsze dwa wieki rząd federalny nie posiadał ministerstwa szkolnictwa, Amerykanie dorobili się najlepszych uczelni świata. Albowiem, istota amerykańskiego sukcesu zasadza się na wyrabianiu w społeczeństwie poczucia odpowiedzialności za współziomków, promowaniu samowystarczalności i przedsiębiorczości obywatela, budowaniu poczucia narodowej godności, szacunku dla prawa, oraz chronieniu własnych interesów na arenie międzynarodowej.
Interes narodowy jest naczelnym hasłem, którym każdy polityk szermuje i wciela je w życie, a imponderabilia nie odgrywają tam żadnej roli. Przed wiekami Rzeczypospolita Obojga Narodów też stała wobec niezwykłych możliwości. Dzikie Pola, kresy Korony po zawarciu Unii Lubelskiej (1569 r.) były dla Polski potencjalnie tym, czym dla USA okazała się Luizjana. Ale rozwój tego obszaru powierzono nie dziesiątkom tysięcy drobnych farmerów, ale nielicznym magnatom. Elitom zabrakło wyobraźni i zbudowaliśmy oligarchię, a nie państwo, w którym klasa średnia mogła się rozwijać. Winę za ten rozwój sytuacji ponosili też władcy, którzy na prawo i lewo rozdawali królewskie, czyli publiczne dobra.
Przez niemal dwa pierwsze wieki istnienia Stany Zjednoczone chroniły swój rynek przed zagraniczną konkurencją – cła były podstawowym źródłem dochodów rządu federalnego. Rząd federalny dbał o rozwój przemysłu i handlu. Dla porównania, w pierwszej Rzeczpospolitej szlachta nie płaciła ceł. Co więcej, rolnictwo – dziedzinę, w której postęp technologiczny jest powolny, a co za tym idzie i przyrost bogactwa – uczyniono motorem rozwoju. Handel i rzemiosło uznano za zawody niegodne szlachcica. Tym sposobem, USA na ropie naftowej i gazie ziemnym zbudowały swą potęgę, zaś posiadająca autonomię, w niemałym stopniu kontrolowana przez polskie ziemiaństwo Galicja – w drugiej połowie XIX w. Kuwejt Europy – stała się jedną z najuboższych części Kontynentu.
Gdy Stany Zjednoczone obrosły w piórka, gdy amerykańskie koncerny stały się dominujące, dopiero wówczas Waszyngton zaczął rozpowszechniać ideę wolnego handlu i swobodnego przepływu kapitału. Ale nawet w tych neoliberalnych ramach przejmowanie przedsiębiorstw ważnych z punktu widzenia interesu narodowego przez obce interesy nie było tolerowane. Dziś, gdy supremacja amerykańskich przedsiębiorstw jest zagrożona notujemy błyskawiczny odwrót od idei wolnego handlu – „dzień wyzwolenia” (Liberation Day), to dzień, w którym administracja Donalda Trumpa ogłosiła wprowadzenie zaporowych ceł na import dóbr i usług z całego świata. UE, czyli Polska, bez większych protestów przyjęła nierównoprawne zasady w międzynarodowej wymianie gospodarczej.
Przez pierwsze dwa wieki rozdawnictwo pieniędzy podatnika nie miało tam miejsca. Mimo że jest to kraj protestancki, w praktyce stosowano tam zasady katolickiej nauki społecznej, w szczególności zasadę pomocniczości. Natomiast nad Wisłą mamy do czynienia z wyścigiem o to, które stronnictwo „da” więcej. Rządzący bawią się w magnatów, którzy wiernym sługom dawali folwarki w arendę, podczas gdy, w istocie rzeczy mamy do czynienia z przekładaniem pieniędzy z kieszeni jednego podatnika do kieszeni drugiego. Dzięki protestanckiej tradycji za oceanem gromadzono bogactwo, a nie przepuszczano w Monte Carlo. W ostatnich dekadach te zasady uległy pewnej erozji, ale dzięki potędze i bogactwu zgromadzonemu przez poprzednie pokolenia, obywatele USA mogą z optymizmem patrzyć w przyszłość.
Kazimierz Dadak
Jest to poszerzona wersja artykułu, który ukazuje się w Tygodniku „Idziemy”.





