Maciej ŚWIRSKI: Błąd prezentyzmu. Czy można uczciwie oceniać Powstanie Warszawskie po 80 latach?

Błąd prezentyzmu. Czy można uczciwie oceniać Powstanie Warszawskie po 80 latach?

Photo of Maciej ŚWIRSKI

Maciej ŚWIRSKI

Założyciel Reduty Dobrego Imienia. B. członek zarządu PAP (2006-2009) i przewodniczący rady nadzorczej PAP (2017-2022). W latach 2022-2025 przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Ryc. Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Decyzję o rozpoczęciu Powstania Warszawskiego podejmowano w świecie niepewności, szczątkowych informacji i dramatycznego wyboru między złymi rozwiązaniami. Tymczasem współczesne spory coraz częściej oceniają wydarzenia sierpnia 1944 roku z perspektywy wiedzy zdobytej wiele dziesięcioleci później. Maciej ŚWIRSKI pokazuje, że taki sposób myślenia prowadzi do filozoficznego błędu prezentyzmu, odbierając historii jej najważniejszy wymiar – działanie człowieka w czasie.

I.

Trzydziestego pierwszego lipca 1944 roku, późnym popołudniem, w jednym z warszawskich mieszkań kilku oficerów podjęło decyzję o którą spieramy się do dziś.

Wiedzieli wtedy tyle, że niemiecka Grupa Armii Środek przestała istnieć jako spójna siła, rozbita w ofensywie sowieckiej rozpoczętej pod koniec czerwca. Że niemieckie urzędy uciekają z miasta, że przez mosty ciągną kolumny wozów z aktami i meblami, że żandarmeria straciła pewność siebie. Że dwudziestego drugiego lipca ogłoszono manifest komitetu, który nazywa siebie władzą Polski. Że dwudziestego siódmego lipca, około piątej po południu, megafony wezwały sto tysięcy mieszkańców w wieku od siedemnastu do sześćdziesięciu pięciu lat, żeby nazajutrz o ósmej rano stawili się w sześciu punktach zbiórki do robót fortyfikacyjnych nad Wisłą, co stawiało miasto przed wyborem między dekonspiracją a jawnym nieposłuszeństwem, i że nazajutrz nie stawił się prawie nikt, a okupant nie sięgnął po represje. Że radiostacje ze Wschodu wzywają Warszawę do broni. Że sowieckie czołgi meldowane są na przedpolach Pragi.

Nie wiedzieli tego, że niemieckie kontruderzenie pancerne, rozpoczęte dzień wcześniej na wschód od miasta, w rejonie Radzymina i Wołomina, zatrzyma sowiecki impet na kilka tygodni. Że Stalin nie zamierza wejść do Warszawy walczącej. Że walka potrwa sześćdziesiąt trzy dni zamiast trzech. Że piątego sierpnia zacznie się na Woli rzeź, w której nie będzie odwetu za nic konkretnego, a tylko wykonanie rozkazu wydanego z góry. Że po kapitulacji miasto będzie palone kwartał po kwartale przez oddziały przysposobione do tego zawodowo, długo po ustaniu wszelkiego oporu.

Wszystko, co wiemy o tym dniu ponad to, co wiedzieli oni, wiemy dlatego, że żyjemy później.

Jest to spostrzeżenie banalne. A przecież cała publicystyka historyczna ostatnich kilkunastu lat, ta, która nauczyła Polaków mówić o sierpniu 1944 roku językiem rachunku strat, opiera się na jego cichym zawieszeniu.

II.

Chwyt, którym się to osiąga, jest prosty i dlatego skuteczny. Bierze się przesłankę dostępną w roku 1945 i wstawia ją do rozumowania prowadzonego w roku 1944, niepostrzeżenie, w trybie oczywistości: przecież wiadomo było, że Stalin nie pomoże, przecież wiadomo było, jak to się skończy. Otóż wiadome nie było. Było przewidywane, obawiane, brane pod uwagę jako jeden z kilku scenariuszy przez ludzi, którzy nie mieli wglądu ani do archiwów moskiewskich, ani zeznań norymberskich, ani siedemdziesięciu lat pracy historyków.

Pisałem o tym w grudniu 2014 roku, kiedy ukazała się „Opcja niemiecka”, a rachunek otwarty dwa lata wcześniej „Paktem Ribbentrop-Beck” domykał się w cykl. Autor tego rodzaju narracji zamraża swoich bohaterów, po czym układa klocki tak, żeby na końcu wyszła Polska potężna, z uratowanymi Żydami, z pokonanymi Niemcami i Sowietami, jeszcze z nabytkami na wschodzie. Bohaterowie się nie ruszają, ponieważ ich ruch zepsułby konstrukcję; muszą stać tam, gdzie ich postawiono, żeby autor mógł przeprowadzić dowód.

Nazwałem to wtedy ahistoryzmem i błędem metodologicznym. Nazwałem za słabo. Usterka warsztatu byłaby rzeczą do naprawienia w warsztacie, tymczasem mamy do czynienia z gotową metafizyką dziejów, spójną i starą, tylko nierozpoznaną przez tych, którzy się nią posługują.

III.

Filozofia ta ma imię. Nazywa się neoplatonizmem, a jej klasyczną postać dał Plotyn. Rzecz dotyczy tożsamości struktury, pytanie o wpływ czy o lekturę można więc zostawić na boku.

U Plotyna wszystko wywodzi się z jednej zasady, poza którą nie ma nic i do której wszystko daje się sprowadzić. W historiografii prezentystycznej rolę Jedni pełni założenie, że istnieje jedna decyzja słuszna i jedna linia dziejów sensownych, przy czym założenie to nigdy nie zostaje wypowiedziane, bo wypowiedziane straciłoby oczywistość. W świecie tak urządzonym nie mieści się konflikt dóbr, czyli położenie, w którym każde wyjście jest złe, a wybierać trzeba, i nie mieści się tragedia w ścisłym sensie, ta bowiem zakłada, że racje są podzielone. Zostaje trafienie albo chybienie w jeden punkt.

Z tej zasady rzeczywistość wypływa stopniami, a każdy stopień jest uboższy od poprzedniego; im dalej od źródła, tym mniej bytu. Przełożone na dzieje daje to archetyp polskiej polityki, chłodny rachunek sił, i jego degradację, romantyzm, mrzonkę, honor traktowany jako wartość realna. Sierpień 1944 roku wypada w tym schemacie najniżej, w miejscu, gdzie odległość od archetypu osiąga maksimum. Stąd bierze się dziwna, dla wielu czytelników niepokojąca temperatura tej publicystyki, która mówi o zabitych z autentycznym współczuciem, a zarazem mówi o nich jak o skutku ubocznym pewnego oddalenia od rozumu.

Zło nie jest u Plotyna osobną siłą działającą w świecie. Bywa niedoborem, ubytkiem, ciemnością tam, gdzie nie dotarło światło, choć w traktacie o naturze i źródle zła materia zostaje nazwana złem pierwszym i sprawa się komplikuje. Rozstrzyga tu ujęcie pierwsze. Tytuł „Obłęd ’44″ zapisuje tę metafizykę ze ścisłością, jakiej nie podejrzewalibyśmy w publicystycznej przesadzie. Obłęd nazywa brak rozumu, privatio, i tym samym wyprowadza rzecz poza porządek winy. Przywódcy podziemia zostają zdiagnozowani jako ubytek, zamiast zostać oskarżeni o czyn, i z tak postawionym zarzutem nie da się dyskutować w kategoriach odpowiedzialności; można się z nim zgodzić albo dać się uznać za współobłąkanego.

Dusza wraca u Plotyna do źródła przez epistrofé, przez odwrócenie się od wielości ku Jednemu, i dokładnie tę funkcję pełni historia alternatywna. Bierze się ją za ćwiczenie poznawcze, tymczasem jest drogą wznoszącą. Czytelnikowi proponuje się przejrzenie na oczy: dotąd widziałeś rozproszenie, zgiełk, sprzeczne racje, teraz zobaczysz całość naraz i pojmiesz, jak być powinno. Entuzjazm, z jakim przyjmowane są te książki, bliższy jest inicjacji niż poznaniu. Czytelnik dostępuje wglądu, a wglądu się nie dyskutuje.

U Plotyna w traktacie „O wieczności i czasie” czas jest rozproszeniem wieczności, jej rozciągnięciem i osłabieniem, życie w czasie zaś życiem w niepełności. Wszystko, co należy do czasu, a więc niepełna informacja, presja godzin, konieczność decydowania przed rozstrzygnięciem, przygodność, bywa w narracji prezentystycznej traktowane jako zakłócenie, które opowieść ma usunąć, zamiast jako materia ludzkiego działania. A przecież czas jest warunkiem działania i niczym innym być nie może. Usunąć go z opisu znaczy usunąć samo działanie.

IV.

Boecjusz w piątej księdze „O pocieszeniu” określił wieczność jako posiadanie życia całego naraz, tota simul. Bóg nie przewiduje przyszłości, ponieważ nie ma dla Niego przyszłości; ogląda wszystkie czasy w jednym akcie. Tomasz podjął to rozróżnienie i doprowadził do końca: przyszłe rzeczy przygodne, futura contingentia, są poznawalne tylko jako obecne i tylko przez tego, kto stoi poza następstwem chwil. Dla umysłu, który trwa w czasie, przyszłość przygodna wymyka się wiedzy i zostaje oddana roztropności, a to zupełnie inna władza.

Prezentysta zajmuje właśnie to miejsce. Sędzia bada okoliczności czynu, prorok mówi w czasie i ryzykuje własną pomyłką, a ogląd całości nie przysługuje żadnemu z nich. Prezentysta przyznaje go sobie i odtąd lata 1939, 1944 i 1945 leżą przed nim obok siebie jak karty rozłożone na stole, on zaś z tej pozycji ocenia ludzi, którym karty podawano po jednej, zakryte.

Napisałem kiedyś, że autor takiej narracji stawia się w roli demiurga, który wie lepiej, co dla opisywanego narodu dobre. Dziś dopowiadam: demiurg jest określeniem zbyt skromnym, ponieważ formuje materię, sam pozostając w relacji do wzoru. Tu chodzi o przypisanie sobie oglądu, który tradycja chrześcijańska przyznawała jednemu Bogu. Pycha byłaby sprawą charakteru i nie o niej mowa; mowa o pozycji poznawczej, którą taka historiografia musi zająć, żeby w ogóle móc powiedzieć to, co mówi. Kto sądzi rok 1944 z pozycji roku 2026 kradnie wieczność.

V.

Przeciwstawny model jest znany od dawna i nie trzeba go wymyślać.

Arystoteles nazwał go roztropnością i widział w niej cnotę decydowania przy niepełnej wiedzy. Człowiek roztropny to ten, kto zebrał okoliczności dostępne, rozważył je, zasięgnął rady i wybrał; czy mu wyszło, rozstrzygnie się poza jego wiedzą i poza jego mocą. Tomasz dopowiedział to językiem okoliczności czynu: moralna jakość działania mierzy się tym, co działający mógł wiedzieć i rozważyć, a to, co wyszło na jaw później, dołącza do wiedzy historyka i nie dołącza do winy sprawcy. Świat, w którym ocenia się czyny po wynikach, jest ruletką z dorobioną teologią.

Nowoczesna filozofia doszła do tego samego drogą okrężną, opisując moralny przypadek i złudzenie perspektywy wstecznej, dzięki któremu zdarzenia zaszłe wydają się nam z góry przesądzone. Można się na te prace powołać, choć wystarczy stara reguła: czyn ocenia się z miejsca działającego.

Widać stąd różnicę dwóch porządków, o których pisałem gdzie indziej. Porządek emanacyjny zstępuje na sytuację z góry, przynosząc gotowy wzór, wobec którego rzeczywistość może być już tylko odstępstwem. Porządek akuszerski wydobywa sens z wnętrza sytuacji, przyjmując, że sens rodzi się w działaniu. Pierwszy wymaga wiedzy, której nikt nie ma, drugi odwagi, na którą stać nielicznych.

Powstanie Warszawskie jest probierzem, na którym te dwa porządki rozchodzą się do końca.

VI.

Schemat emanacyjny łamie się na materiale.

Akcja „Burza” już trwała, a jej rezultaty były znane. Siedemnastego lipca, dwa tygodnie przed odprawą Komendy Głównej AK, po zdobyciu Wilna NKWD otoczyło i rozbroiło zgromadzone pod miastem oddziały, a kadrę oficerską Okręgu Wileńskiego i Nowogródzkiego aresztowano podstępem w Boguszach. Pod Lwowem to samo działo się w tych właśnie dniach, w których w Warszawie ważono decyzję: oddziały rozbrojono dwudziestego ósmego lipca, a dowództwo Obszaru wezwano na rozmowy i aresztowano trzydziestego pierwszego, o czym w mieszkaniu konspiracyjnym na Pańskiej 67 wiedzieć jeszcze nie mogli. Doświadczenie wileńskie wystarczało w zupełności. Kontrfaktyczna opowieść o Warszawie, która się nie bije i dzięki temu zachowuje podziemie na przyszłość, tej gałęzi nie rozwija, choć jest to jedyna gałąź, dla której istnieje dowód empiryczny. Dowód zaś wypada źle również tam, gdzie nikt się nie ujawnił, bo aresztowania trwały przez cały rok 1944 i 1945, dziesiątki tysięcy żołnierzy Armii Krajowej wywieziono w głąb Związku Sowieckiego, a przywództwo Polskiego Państwa Podziemnego, które Sowietom oporu zbrojnego nie stawiło, zwabiono na rozmowy i osądzono w Moskwie.

Miasta ginęły też bez powstań. Budapeszt został zniszczony w oblężeniu na przełomie 1944 i 1945 roku, choć powstania tam nie było; Królewiec i Wrocław obrócono w gruzy jako Festungi, bez udziału jakiegokolwiek podziemia. Twierdzenie, że bez Sierpnia 44 Warszawa stałaby dziś nietknięta, wymaga założenia, że przechodzący przez nią front byłby dla niej łagodniejszy niż dla stolicy Węgier. Nikt tego założenia nie broni, bo obronić się go nie da, i właśnie dlatego funkcjonuje ono jako tło.

Zamiar zniszczenia Warszawy wyprzedzał zresztą walkę o kilka lat. Plan urbanistyczny przedstawiony szóstego lutego 1940 roku, Opracowali go Hubert Gross i Otton Nürnberger, dwaj architekci z Würzburga, a nazwę wziął od Friedricha Pabsta, niemieckiego inżyniera kierującego warszawskim Urzędem Budowlanym, który firmował całość przedsięwzięcia i projektował poszczególne gmachy przyszłego miasta, w tym halę zjazdową NSDAP. Pabsta zastrzelono w grudniu 1943 roku na Daniłowiczowskiej, przy okazji zamachu wymierzonego w kogo innego. Plan przewidywał wyburzenie przeważającej części zabudowy i sprowadzenie stolicy do niemieckiego miasteczka o powierzchni siedmiu kilometrów kwadratowych, zamieszkanego przez sto do stu trzydziestu tysięcy Niemców, wobec miliona trzystu tysięcy mieszkańców przedwojennych. Historycy spierają się o zasięg samej nazwy, ponieważ niemieckie projekty wobec Warszawy były w latach okupacji wielokrotnie korygowane i obok wersji z roku 1940 zachowała się dokumentacja z roku 1942. Sporu tego nie trzeba rozstrzygać, żeby zobaczyć rzecz istotną. Rozkaz o wymordowaniu mieszkańców i zrównaniu miasta z ziemią zapadł wprawdzie po pierwszym sierpnia, ale nie zależał ani od przebiegu walk, ani od niczego, co powstańcy zrobili lub czego zaniechali, a wykonywano go metodycznie długo po ustaniu oporu, kiedy żadna konieczność wojskowa już nie istniała. Zniszczenie miasta było wykonaniem zamiaru, któremu powstanie dostarczyło sposobności.

Cięższa sprawa dotyczy czego innego. Autor tego cyklu nie docenia powagi ideologii, z którą Polacy mieli do czynienia. Pisałem o tym w 2014 roku i podtrzymuję: III Rzesza była państwem poważnym, którego przywódcy traktowali własne obietnice serio i byli z nich przez własny naród zachęcani do planowanych działań. Obietnicy przestrzeni życiowej na Wschodzie nie dało się spełnić bez usunięcia stąd Polaków i Żydów. Wyobrażenie, że po wspólnym zwycięstwie nad Sowietami Niemcy odstąpiliby od własnego programu, przenosi w epokę nieznającą postpolityczności nawyk całkiem współczesny, ten mianowicie, że obiecuje się jedno, a robi drugie. Złudzenie to ma źródło w popkulturze, w tych wszystkich obrazach, gdzie Niemcy są groźni, ale trochę śmieszni, i gdzie z góry wiadomo, że i tak przegrają.

Prezentyzm płaci za to zawsze tę samą cenę, ponieważ odbierając bohaterom niewiedzę o przyszłości, odbiera ją także ich przeciwnikom, i w rezultacie nie potrafi opisać nikogo.

VII.

Historia opowiedziana emanacyjnie uczy czegoś bardzo określonego, choć nigdy nie mówi tego wprost. Uczy, że decyzje nie mają znaczenia, że znaczenie ma tylko właściwy plan, znany skądinąd i z zewnątrz, wobec którego wszelkie działanie w czasie jest jego wykonaniem albo odstępstwem. Kto to przyswoi, przestaje decydować i zaczyna szukać planu.

Naród wychowany na takiej lekturze własnych dziejów wyrasta na widza, choć obiecywano mu realizm. Będzie oglądał własną przeszłość z pozycji, której nigdy nie zajmie wobec własnej przyszłości, i wyniesie z tego jedną naukę praktyczną, tę mianowicie, że działanie w warunkach niepewności jest formą szaleństwa. A ponieważ innych warunków nie ma i nie będzie, nauka ta sprowadza się do zalecenia bezczynności.

Tę samą operację wykonuje się dziś na teraźniejszości i nie potrzeba już do niej historyków. Systemy obiecujące nam decyzję optymalną, obliczoną na podstawie wszystkich danych naraz, oferują dokładnie tę pozycję poznawczą: ogląd całości bez udziału w czasie. Publicysta posługiwał się retoryką, maszyna posługuje się interfejsem, a struktura jest ta sama. Wzór zstępuje z góry, a życie ma się do niego dostroić.

Ludzie, którzy trzydziestego pierwszego lipca 1944 roku zebrali się w warszawskim mieszkaniu, nie mieli oglądu całości. Mieli meldunki sprzed kilkunastu godzin, częściowo nieaktualne, częściowo fałszywe, sprzeczne ze sobą, i miasto, któremu kazano stawić się z łopatami i które nie stawiło się wcale. Mieli kilka złych wyjść i konieczność wyboru między nimi. Wybrali, a wybór przedłożyli jeszcze tego samego wieczora Delegatowi Rządu na Kraj, wicepremierowi Jankowskiemu, ponieważ decyzja tej wagi należała do władzy cywilnej Rzeczypospolitej, i wzięli na siebie skutki, co jest, wedle klasycznej definicji, całą treścią pojęcia odpowiedzialności.

Ten wybór można oceniać, historia jest po to, żeby oceniać. Nie można go oceniać z miejsca, którego nikt żywy nie zajmuje.

Maciej Świrski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 1 sierpnia 2026