
Niemiecka histeria wyborcza
AfD może wygrać wybory w Saksonii-Anhalt, lecz niemiecki establishment coraz głośniej mówi o delegalizacji partii i wykluczaniu jej kandydatów. Dehumanizacja, przemoc i tolerowanie bojówek Antify stają się elementami politycznej codzienności. Gdyby więc Temida szukała faszyzmu po czynach, a nie etykietach, gdzie naprawdę by go znalazła? – pyta Jan ŚLIWA
Widmo krąży po Niemczech, widmo AfD
Już nazwa tej partii – Alternatywa dla Niemiec – wiele znaczy. Część wyborców z wytęsknieniem pragnie zmiany, alternatywy dla starego systemu, rządzącego z lekko zmieniającymi się odcieniami od kilku dekad. Jego obrońcy twierdzą, że nie ma dla niego alternatywy, a każda myśl o istotnej zmianie to herezja. Alternatywa jest niesprawdzona, jej działacze zajmują się tylko retoryką, nigdy niczym nie kierowali realnie. Jest tak dlatego, że traktowani są jak trędowaci i nawet formalnie przysługujących im stanowisk (zastępców przewodniczących, stanowisk w komisjach) nie mogą przejąć, ponieważ rządzący mają dotychczas taką przewagę, że są w stanie im to uniemożliwić. Z kolei obecnie rządzący są dokładnie sprawdzeni i jest jasne, że są wypaleni do cna, nie mają żadnych koncepcji i są nastawieni wyłącznie na przetrwanie i utrzymanie stanowisk.
Ale w powietrzu się czuje konieczność odświeżenia zatęchłej atmosfery. W dyskusjach o przyszłości temat jest jeden: AfD. Ludzie starego systemu wpatrują się w nią jak w kobrę, która w każdej chwili może ukąsić. Nie mając pomysłów, są sparaliżowani, ale może są wśród nich planujący chwyty prawne i rozwiązania siłowe. Chcący zmiany mają nadzieje, ale niesprecyzowane. Tak było już wiele razy: przyjdzie Gomułka / Gierek / Kennedy / Obama / Trump / Gorbaczow… i wszystko się zmieni. Na lepsze, jeszcze nie wiadomo jak. Naprzeciw nich stanie doświadczone i potężne deep state. Ale optymizm to wielka siła.
.Główni rywale to CDU i Sven Schulze oraz AfD i Ulrich Siegmund. W prognozach AfD nokautuje CDU ca 42 proc. / 22 proc. Schulze to działacz starej daty, mający za sobą aparat jak za dawnej NRD. Siegmund musi walczyć, jest młody i wyrazisty. Jest zawsze uśmiechnięty, nie wpada we wściekłość. Na spotkaniach wyborczych pojawia się na niebieskim mopedzie NRD-owskiej marki Simson. I znowu skandal – dziedzice firmy wyrażają sprzeciw, to dyshonor dla firmy. Ale zjazd Simsonów stał się stałym elementem spotkań zwolenników Siegmunda, potwierdzeniem ich NRD-owskiej tożsamości. W Quedlinburgu były ich tysiące. Tymczasem spotkania Svena Schulze są dość senne, nie ma tam spontaniczności.
Ale czy to dobrze? Osobowość kandydata jest ważna, ale to nie wszystko. Hitler też był młody, dynamiczny, był nadzieją i wzbudzał entuzjazm. A potem wymordował miliony. Ale takie porównania to oczywiście demagogia. Równie dobrze można powiedzieć, że Hitler nie pił, nie palił i był wegetarianinem. Ale w tradycyjnych mediach w kontekście AfD natychmiast pojawia się NSDAP.
A jak jest naprawdę? W istocie wyborcy AfD to dawni wyborcy CDU, którym partia odjechała na lewo. Liberałowie wygłaszają irytujące sformułowania w rodzaju „nasza demokracja” i „nasze państwo”. Podkreślają one, że demokracja jest „nasza”, a nie wspólna, a już na pewno nie „wasza”. A ci „my” to certyfikowani liberałowie, certyfikowani przez innych liberałów. Zbudowali sobie chochoła, na którym koncentrują swoją nienawiść. Odprawiają ceremonie przypominające orwellowskie Dwie Minuty Nienawiści (Two Minutes Hate). Ostatnio włączyli się w to emerytowani celebryci. To liberałowie mówią o zakazie działalności przeciwników politycznych. Nie mogąc tego uzyskać, wpadli na pomysł, by odrzucać kandydatów jednego po drugim i natychmiast niszczyć dokumentację, tak by kandydat nawet nie znał uzasadnienia i nie mógł się odwołać. Dehumanizacja przeciwników jest na porządku dziennym. Poradniki dla rodziców sugerują, że jeżeli koleżanka twojej córki jest zadbana i ma włosy splecione w warkoczyki albo nie daj Boże w gretkę, to rodzice są prawdopodobnie nazistami. Pobicia przeciwników nie wzbudzają oburzenia. Z niewiadomych przyczyn tolerowane są bojówki Antify. Gdyby więc Temida z przewiązanymi oczami próbowała szukać faszyzmu na podstawie samych czynów, nie zważając na etykietki, ciekawe, gdzie by go znalazła.
Brandmauer, zapora przeciwpożarowa
Centralnym pojęciem niemieckiego życia politycznego jest Brandmauer. Słowo to było tłumaczone jako „zapora ogniowa”, czyli otwieranie ognia do przeciwników. Naprawdę Brand to pożar, a Mauer to oczywiście mur. Czyli razem – zapora przeciwpożarowa, po angielsku Firewall. Służy ona do izolacji niebezpiecznych elementów życia politycznego. W domyśle chodzi o niewielkie grupy wojowniczych ekstremistów. Jednak obecnie zapora ta odcina ⅓ czy ½ obywateli, pozbawiając ich efektywnie praw politycznych. Zamyka ich w bantustanie, wprowadzając liberalny apartheid. Złośliwi mówią, że Brandmauer to największy triumf niemieckiej sztuki budowlanej. Wszystko się sypie, tylko Brandmauer stoi. Ale i on się trzęsie w posadach.
Kiedy pojawiła się AfD, CDU myślała, że przesuwając się na lewo, zdobędzie nowych wyborców i zapewni sobie władzę dzięki koalicji z SPD i/lub Zielonymi, a w międzyczasie zadusi AfD. Tyle że nie zadusiła. Im bardziej CDU odchodziła od swojego naturalnego profilu, tym bardziej odchodził od niej jej elektorat. W wyborach w 2025 r. Friedrich Merz, nowy szef CDU, dawał nadzieję na nowe otwarcie – powrót do energii atomowej, odchodzenie od duszącego gospodarkę jarzma zielonego ładu i pragmatyczne podejście do AfD.
Bundestag ma 630 miejsc, większość to 316. CDU/CSU dostała 208, AfD 152, razem 360, Niemcy wybrali zwrot na prawo. A co dostali? Zwrot na lewo. Merz dogmatycznie podkreśla izolację AfD, wobec czego skazany jest na koalicję z SPD. Czyli jest od niej zależny, ogon kręci psem. Jaki stąd wniosek? Wybierasz CDU, dostajesz socjalistów. Chcesz mieć rząd konserwatywny (bürgerlich, mieszczański) – musisz głosować na AfD. Tradycyjny elektorat CDU nie ma w tej partii czego szukać. Ileś razy zadziałało przyzwyczajenie i mocna stygmatyzacja alternatywy, ale to przestaje działać.
Obecnie CDU jest jeszcze słabsza i sama SPD nie wystarczy, CDU musiałaby współpracować z postkomunistyczną Die Linke (Lewicą). W zasadzie obowiązuje też zakaz współpracy z postkomunistami, ale… dotyczy to sytuacji, gdyby AfD nie zdobyła sama większości, lecz pozostał cień szansy na koalicję Wszystkich Innych. Tyle że Die Linke stawia jako warunek rezygnację CDU z praktycznie całego swojego programu. Psem by kręciły dwa ogony, byłaby to wyłącznie wegetacja. CDU sama wpędziła się w pułapkę bez wyjścia. Ponoć w CDU słychać opinie, by oddać pole (oczywiście niejawnie) i dać się komuś innemu z tym męczyć.
Tak czy inaczej CDU jest w krytycznej sytuacji. Kompromis z partiami z przeciwnej strony spowoduje całkowite zatracenie tożsamości. Partia stanie się wydmuszką, co prawda z pieniędzmi i aparatem, ale bez wyborców. Jako ersatz nie będzie nikomu potrzebna. Niemała jest więc grupa realistów, którzy by poszli na współpracą z AfD. Muszą jednak siedzieć cicho. Z drugiej strony Merz zaangażował cały swój autorytet w kordon sanitarny, że nie stać go na zmianę linii, więc jeżeli doprowadzi ona do katastrofy, będzie to jego koniec. Może też dojść do rozpadu partii na realistów i dogmatyków, ale byłby to potężny wstrząs na scenie politycznej. Na razie z każdym dniem zwiększa się przewaga AfD, więc lepiej nie będzie.
Paranoja
Widziałem kiedyś sporą książeczkę z listą cytatów, które się mogą kojarzyć z narodowym socjalizmem. Jest ich dużo, trudno po niemiecku sformułować zdanie bez brunatnych skojarzeń.
Niedawno był skandal z hasłem „Alice für Deutschland”, promującym Alice Weidel, szefową AfD. Brzmi to podobnie do „Alles für Deutschland” (Wszystko dla Niemiec), hasła używanego od dawna przez wiele osób. Stało się niestety hasłem SA, było grawerowane na sztyletach. I teraz uczeni w piśmie rozpatrują, czy jest dopuszczalne i czy „Friedrich für Deutschland” byłby w porządku. Tak patrząc, po niemiecku nie da się praktycznie niczego powiedzieć, bo „Guten Morgen!” to też pewnie cytat z Hitlera. Czasem takie nawiązania są przypadkowe, czasem świadome. I nie dotyczą tylko Niemiec. Zapowiedź Grzegorza Schetyny „Będziemy opozycją totalną, najtwardszą z możliwych” jest parafrazą Goebbelsa – „Czy chcecie wojny totalnej, bardziej totalnej i radykalnej niż cokolwiek, co możemy sobie dziś wyobrazić?”. Jest wyrazem takiego sposobu myślenia, o czym mogliśmy się przekonać.
Pamiętam, jak Władysław Gomułka głosił, że sztuka ma być narodowa w formie, ale socjalistyczna w treści. Przecież to nawoływanie do narodowego socjalizmu! Innym razem polski dziennikarz (rocznik 1988) miał numer 88 na piłkarskiej koszulce. Bystre oczy wypatrzyły: „H” to ósma litera alfabetu, a więc „88” = „HH” = „Heil Hitler”. Jak dobrze poszukać, znajdzie się faszyzm wszędzie. Przypomina to bohatera filmu Beautiful Mind, który tak szukał tajnych kodów, że widział je wszędzie.
Niemiecki Kanał Zero
Istotną rolę w kampanii wyborczej odegrał dostęp do informacji. Oficjalne media od lat stosowały taktykę ignorowania AfD, oczywiście oprócz krytycznych komentarzy i straszenia faszyzmem. Ale czasy się zmieniają. Pojawiają się media niezależne, które wypełniają lukę informacyjną i jeżeli są dobre, mają olbrzymie zasięgi. W Niemczech taką rolę odgrywa „Ben ungeskriptet (bez scenariusza)”. Prowadzi Benjamin Berndt, czyli Ben Berndt, w skrócie Ben. Prowadzi kilkugodzinne niefiltrowane rozmowy, w których raczej pyta, niż polemizuje i poucza. Krytycy mówią, że daje platformę niewłaściwym ludziom, ale kontrargumentem jest to, że można usłyszeć, czego ci ludzie chcą, i samemu sobie wyrobić opinię. W Niemczech media odgrywają raczej rolę wychowawczą niż informacyjną, co wywołuje szok. Jego wywiad z Björnem Höcke, AfD-owską czarną owcą, miał ponad 6 mln odtworzeń, a z Ulrichem Siegmundem – 4 mln, z czego pierwszy milion po kilku godzinach. Najwyraźniej Niemcy zasmakowali w wolności.
Mainstreamowe media nie rozumieją nowej sytuacji i potrafią się zaplątać we własne sznurówki na wiele sposobów. Renomowany „Spiegel” dał na okładce zdjęcie Siegmunda z podpisem „Najniebezpieczniejszy człowiek w Niemczech”. Siegmund zamiast się obrażać, wykupił sporo numerów i rozdawał tę okładkę z autografem. Poczucie humoru zawsze rozluźnia atmosferę, przypomina dawne czasy Pomarańczowej Alternatywy. Ludzie przestali się obawiać korzystania z niezależnych mediów, chociaż 57 proc. wciąż obawia się wyrażać szczerze swoje opinie w sieci. Sven Schulze nie zgodził się na wywiad u Bena, a tym bardziej na debatę. Debata odbyła się w publicznej TV i pewnie każdy ma swoje zdanie, kto wygrał.
Po wyborach niemiecki KOD?
Co się stanie, jeżeli AfD wygra wybory i zdobędzie samodzielną większość? Teoretycznie oznacza to przejęcie władzy, ale stary system ma cały arsenał kruczków prawnych, aby zakwestionować wynik wyborów. Spora część głosów oddana jest korespondencyjnie, więc może się pojawić temat „przeliczmy głosy”. Co prawda głosy liczy establishment, a więc wybory mogą być skręcone na niekorzyść AfD, ale co to ma za znaczenie?
Można spróbować ścieżki o zagrożeniu bezpieczeństwa narodowego. Poprzez AfD Kreml miałby informacje o wewnętrznej polityce Niemiec i miałby na nią wpływ. Pięknie to brzmi. Ale jaki wpływ? Jeszcze większy niż teraz? Obecna koalicja to CDU, partia Angeli Merkel i SPD, partia Gerharda Schrödera, dwóch promotorów projektu Nord Stream. Prezydent Walter Steinmeier przez dekady dążył do włączenia Moskwy w europejski system bezpieczeństwa. Manuela Schwesig, premier Meklemburgii-Pomorza Przedniego, aktywnie broni interesów Gazpromu. Angela Merkel rozpatrywana jest nawet jako kandydatka na prezydenta. W Niemczech można łapać rusofilów komendą „Wszyscy wystąp, w dwuszeregu zbiórka!”.
Nie zmienia to faktu, że AfD jest otwarcie prorosyjska, więc mówi się o blokadzie dostępu do informacji niejawnych i podobnych szykanach. Prorosyjskość wiąże się z antyamerykanizmem i obroną pokoju, autentyczną lub udawaną. Trudno w tych kwestiach znaleźć obiektywne i wyważone informacje. Właśnie widzę tekst „Dlaczego AfD nie jest partią pokoju?”, ale podpisana jest związana z Lewicą Fundacja Róży Luksemburg. Wierzyć czy nie?
Mamy jeszcze deep state i (finansowane przez rządy i agentury) „organizacje pozarządowe”. Swoimi pomysłami wsławił się Sven Hüber, wiceszef związku zawodowego policjantów. Twierdził, że objęcie ministerstwa spraw wewnętrznych przez polityka zwalnia policjantów z przysięgi, a nawet zobowiązuje do oporu. Jako zwolennik walczącej demokracji mówił, że policja musi być na tyle silna i zdecydowana, by zbrojnie wkroczyć do innego kraju związkowego dla przywrócenia porządku. A kim jest on sam? Jako oficer polityczny Straży Granicznej NRD energicznie popierał rozkaz strzelania do uciekinierów i odznaczał się brutalnością wobec więźniów. Wyszło to na jaw teraz i zakończyło jego karierę, ale w archiwach było od lat i nikomu nie przeszkadzało. A konkretnie jego protektorami byli ministrowie Otto Schily (stara gwardia z 1968 r., obrońca terrorystów) i Nancy Faeser. I tak się dowiedzieliśmy, że rośnie kolejne pokolenie poukrywanych Reinefarthów.
Dalej mówi się o wstrzymaniu funduszy federalnych dla landu Saksonia-Anhalt. Na genialny ten pomysł wpadł poseł Zielonych z Badenii-Wirtembergii, niejaki Danyal Bayaz (Grüne), inspirując się postępowaniem UE wobec Węgier. Kiedyś te wewnętrzne sankcje sprowadzałem do absurdu, ponieważ UE jest ponoć wspólnotą jak państwo federalne i byłoby to jak sankcje Badenii wobec Saksonii. Okazało się, że czemu nie. Propozycja napotkała szeroki opór, a prawnicy twierdzą, że nie ma takiej opcji, ale prawnicy potrafią się wykazać kreatywnością. Nic się na razie nie stało, ale w chorych głowach już się zrodził pomysł sankcji i zbrojnej interwencji.
Najbardziej oczywista jest totalna obstrukcja. Należy uniemożliwić jakiekolwiek działanie nowego rządu, mądre czy głupie. Należy udowodnić jego niekompetencję, nawet za cenę wywołania totalnego chaosu i załamania gospodarki. To rola dla KOD-u i „obywatelskiego nieposłuszeństwa”. To ważne starcie, bo tak radykalna zmiana naruszy system dystrybucji konfitur. Bo jak mówią (a przynajmniej myślą) liberałowie: Raz zdobytej władzy nie oddamy!
A co ze sprawą polską (i europejską)?
Tak radykalna zmiana zachwieje całą konstrukcją landu i federalnej republiki. Zostanie przekroczona bariera psychologiczna, może wystąpić efekt domina. Wszystkie założenia, na których się opierało nasze rozumowanie o Niemczech i Europie, zostaną podane w wątpliwość. Istotnie zmienione Niemcy mogą wysadzić w powietrze projekt europejski w jego aktualnej formie. Dobitką będzie seria innych wyborów, a zwłaszcza wybory prezydenckie we Francji.
Nie zapominajmy też o Ameryce. Zmieni się struktura powiązań: jeżeli jakieś stronnictwo zakładało wsparcie potężnego sponsora, ten sponsor sam może zniknąć. Efektem będzie nie spójna koncepcja Europy, lecz kakofonia rozmaitych, często demagogicznych wypowiedzi.
Tak jest zawsze, gdy podniesie się pokrywę z kotła, w którym gotowały się niedowarzone poglądy, które nie mogły znaleźć ujścia. W komunistycznej Polsce opozycja wiedziała, że chce wolnej Polski, ale dopiero potem rozgorzała dyskusja, jak ma ona właściwie wyglądać. Tak też było w roku 1918, tak było po upadku Związku Sowieckiego czy rządów szacha w Iranie. Gdy znikną tematy tabu, jeden powie o wyjściu z UE, inny o wyjściu z NATO, jeszcze inny na papierze zaproponuje armię europejską. To też świetny czas dla zdecydowanych graczy, działających jawnie i w cieniu, graczy krajowych, europejskich i światowych.
.„Podczas kryzysów strzeżcie się agentur”, powiedział Józef Piłsudski. Ale jak? Do dziś czytamy książki o tym, czym była katastrofa w Gibraltarze, czy dało się uniknąć niemieckiej agresji w 1939 r., kto naprawdę mieszał przy polskiej transformacji.
Trzeba przy tym pamiętać, że patrioci/nacjonaliści mają pewne wspólne cele, ale nie tworzą międzynarodówki, ponieważ każdy reprezentuje interesy swojego kraju. I tu możemy mieć problem z Niemcami. Ale jak jest teraz? Ekolodzy (niemieccy? polscy? międzynarodowi?) starają się blokować strategiczne inwestycje. Polskie/wspólne instytuty rozpisują się na temat polskiego antysemityzmu i kolonializmu. A wszystko w propagandowym, europejskim sosie. Może jasne określenie stanowisk i interesów byłoby zdrowsze.
Wkraczamy w okres turbulencji (jeszcze większych?). Mają one przyczyny strukturalne, nie da się nic załatać taśmą klejącą. Trzeba samemu próbować zachować zdrowy rozsądek i godność. Możemy też tworzyć platformy do wymiany myśli, jak ta, gdzie właśnie jesteśmy.
A reszta? W Bożych rękach.
Jan Śliwa




