Prof. Aleksander Wojciech MIKOŁAJCZAK, Rafał DYMCZYK: Z Pafnucym i Taidą przez Egipt

Z Pafnucym i Taidą przez Egipt

Photo of Prof. Aleksander Wojciech MIKOŁAJCZAK

Prof. Aleksander Wojciech MIKOŁAJCZAK

Filolog klasyczny i badacz cywilizacji, który z erudycją odkrywa przed czytelnikami tajemnice antyku i historię idei, łącząc rzetelność naukową z pasją eseisty.

Photo of Rafał DYMCZYK

Rafał DYMCZYK

Naukowiec, dyplomata i zapalony podróżnik, który lata doświadczeń pilota wycieczek na różnych kontynentach przekuwa w fascynujące studia interdyscyplinarne nad kulturami świata.

Przede wszystkim należy zastrzec, że podążając za France’em śladami Pafnucego i Taidy, wędrujemy tu w powieściowej, a więc nie do końca realnej topografii grecko-rzymskiego Egiptu – piszą prof. Aleksander Wojciech MIKOŁAJCZAK i Rafał DYMCZYK

Lotos: z Antinoe do Aleksandrii

Umieszczając lotos w tytule pierwszej części „Tais”, Anatol France odwołał się do symboliki tego nilowego kwiatu, oznaczającego w wierzeniach Egipcjan początek stworzenia, odrodzenie i nowe życie. Bohater jego powieści, mnich Pafnucy, postanawia bowiem nawrócić na chrześcijaństwo aleksandryjską aktorkę i kurtyzanę Taidę, aby mogła ona dzięki temu odrodzić się w Chrystusie. Porzuca więc swój pustynny erem, gdzie przez dziesięć lat pędził życie, i wierząc, że działa z Bożego natchnienia, podejmuje pieszą wędrówkę do odległej Aleksandrii.

Podąża wzdłuż Nilu, mijając po drodze różne miejsca i spotykając rozmaitych ludzi. W Silsila wypędza demona z kamiennego sfinksa, zaś w okolicach Gizy daremnie próbuje nawrócić pustelnika praktykującego ascezę w duchu hinduizmu. Dociera wreszcie do Delty Nilu i idąc przez jej żyzne tereny, wkracza przez Bramę Słońca do miasta założonego niegdyś przez Aleksandra Wielkiego.

Tutaj kieruje się wpierw do domu swego przyjaciela z młodości, filozofa Nikiasza. Otrzymuje odeń piękną tunikę i nałożywszy ją na swą włosiennicę, wyrusza na poszukiwanie Taidy. Znużony zasypia jednak na portowym nabrzeżu, by po przebudzeniu trafić wraz z tłumem do teatru, gdzie akurat odbywa się jej występ.

Erem Pafnucego

Pustynia zaludniona była wówczas przez anachoretów. Na obu wybrzeżach Nilu, chaty niezliczone, ręką samotników ulepione z gałęzi i gliny, rozsiane były w pewnej między sobą odległości tak, by mieszkańcy ich mogli żyć oddzielnie, a jednak wspomagać się w razie potrzeby. […] Otóż, odkąd Antoni, starzec przeszło stuletni, usunął się na górę Colzim ze swymi ukochanymi uczniami Makarym i Amathasem, nie było w całej Tebaidzie zakonnika słynniejszego z czynów niż Pafnucy, opat Antinoi [Tais, s. 7 i 9]4.

Przede wszystkim należy zastrzec, że podążając za France’em śladami Pafnucego i Taidy, wędrujemy tu w powieściowej, a więc nie do końca realnej topografii grecko-rzymskiego Egiptu. Już na wstępie zaskakuje fakt, że pisarz nazywa swego bohatera „opatem Antinoi”, podczas gdy chrześcijańska tradycja wyraźnie mówi, iż jego erem znajdował się w pobliżu Herakleopolis. To istotna i zadziwiająca różnica, gdyż Antinoe, czyli Antinoöpolis, leżało w Górnym Egipcie (Tebaidzie) – kilkaset kilometrów dalej na południe. Być może pisarz uwierzył w tym względzie zaprzyjaźnionemu z nim Albertowi Gayetowi, który jeszcze przed powstaniem Tais dotarł tam w 1885 roku z francuską misją archeologiczną, a potem przez wiele lat prowadził w Antinoe wykopaliska.

Jeśli chodzi natomiast o Herakleopolis (dziś Ihnasya el-Medina), to przyznać trzeba, że nie odnaleziono jak dotąd w jego okolicach materialnych świadectw bujnego rozwoju chrześcijańskiego życia. Miasto, istniejące już w epoce faraonów, w czasach ptolemejskich było ważnym ośrodkiem kultu egipskiego boga Haryszefa, utożsamianego przez Greków z Heraklesem (stąd jego nazwa). Zamieszkiwane nadal w okresie rzymskim, nie stanowiło jednak promieniującego centrum chrześcijaństwa.

Inaczej było w przypadku Antinoe leżącego nieopodal dzisiejszego Beni Hasan. W jego ruinach, a także w bliskim sąsiedztwie, znajdujemy liczne dowody na rozkwit wczesnochrześcijańskiej cywilizacji. Choć na tym terenie stały także świątynie z czasów Ramzesa II i Echnatona, to miasto jako stolicę Tebaidy rozkazał wznieść rzymski cesarz Hadrian. Chciał w ten sposób upamiętnić śmierć Antinoousa, swojego faworyta i kochanka, który w 130 roku towarzyszył mu w podróży do Egiptu i właśnie tutaj utonął w nurtach Nilu. W IV wieku Antinoe, zamieszkałe w większości przez Greków i Rzymian, było już schrystianizowane, stając się siedzibą biskupią, z całym bogactwem kościołów i rozsianych w okolicy pustelni oraz monasterów.

Chociaż nie przekreśla to tradycji wiążącej Pafnucego z Herakleopolis, tłumaczy jednak opinię Gayeta w tej kwestii i wyjaśnia odstępstwo France’a od kanonicznej wersji opowieści o Taidzie i Pafnucym. Prócz archeologicznych dowodów mamy zresztą piśmienne świadectwa mówiące o wczesnej obecności chrześcijan w Antinoe. Do najciekawszych należy sporządzony na papirusie testament św. Koluta – lekarza, który poniósł tutaj śmierć męczeńską w 304 lub 308 roku. Z kolei chrześcijański pisarz Palladiusz pod koniec IV stulecia takimi słowami zrelacjonował swój pobyt w mieście:

Spędziłem cztery lata w Antinoe w Tebaidzie i w tym czasie poznałem tamtejsze klasztory. Około tysiąca dwustu mnichów mieszka w całym mieście, żyjąc z pracy rąk i gorliwie praktykując ascezę. Są wśród nich także anachoreci, którzy zamknęli się w skalnych jaskiniach. […] W samym mieście Antinoe jest też dwanaście klasztorów żeńskich (Palladiusz 1996, 58.1; 59.1).

Wobec tych źródłowych potwierdzeń chrześcijańskiego charakteru Antinoe łatwiej uwierzyć, że erem Pafnucego mógł się znajdować w tej okolicy. Trudniej natomiast wyobrazić sobie toczące się w mniszych celach religijne oraz powszednie życie, gdyż France niedbale szkicuje jego obraz. Dużo więcej mówią o tym ruiny pustynnych cel, odkrywane tam inskrypcje, znajdowane artefakty, a także ocalałe w papirusach monastyczne teksty.

Na ich podstawie wiemy dziś, że wznoszone przez mnichów eremy (w przeciwieństwie do pustelni) nie były tylko grupami sąsiadujących ze sobą lichych lepianek, jak sugeruje to powieść. Na pustyni Natron już w czasach Pafnucego tworzyły one rozległe kompleksy regularnie rozplanowanych zabudowań pełniących zróżnicowane funkcje użytkowe. Mnisze cele stanowiły tam część otoczonego murem obejścia, zwykle ze studnią na dziedzińcu, wokół którego skupiały się inne budynki. Znajdowało się więc tam oratorium przeznaczone na wspólne modły, pomieszczenia dla nowicjuszy, komórki gospodarcze, a nawet prowizoryczne klozety. Same zaś cele, aczkolwiek niewielkie, składały się z wnęki na matę używanej do spania i modlitwy oraz wnęki w ścianie na ikonę i książki.

Zabudowania te, choć wznoszone z cegieł mułowych, były znakomicie przystosowane do pustynnego klimatu – latem izolowały od żaru słońca, a zimą chroniły przed chłodem. O ich trwałości najlepiej świadczy to, że wiele z ruin eremów przetrwało ponad półtora tysiąca lat. Równie niezwykłe było kryjące się w tych murach piękno, o czym przekonała się w Kellia wybitna polska badaczka monastycyzmu egipskiego, Ewa Wipszycka:

Wstrząs był ogromny. Nie tak wyobrażałam sobie eremy i pustelnię, którą nauczyłam się kochać od razu. Malowidła tryumfujących, wielobarwnych krzyży w niszach, ozdobionych kwiatami, klejnotami, łańcuchami pokazały mi, jak bezsensownie odcinałam mnichów od świata sztuki i pozbawiałam ich artystycznej wyobraźni (Wipszycka 2014, s. 390).

W podobnym entourage’u toczyło się życie w eremie Pafnucego, który w powieści France’a miał być duchowym przewodnikiem i opatem dwudziestu czterech mnichów. Poświęcali się oni głównie modlitwie i ascezie, praktykując hesychię – stan wewnętrznego wyciszenia, prowadzący do apatheia, czyli uwolnienia od namiętności i grzesznych myśli (logismoi). Nie oznaczało to, że mnisi na pustyni nie pracowali – przeciwnie, utrzymywali się w tamtych czasach z plecionkarstwa, tkactwa, a niekiedy z przepisywania ksiąg. Najważniejsze jednak było dla nich pozostawanie poza światem, a tego właśnie skarbu wyrzekł się Pafnucy, wyruszając do Aleksandrii, by nawrócić Taidę. Czyż bowiem anba Ewagriusz nie napominał: „Siedź w celi i skupiaj myśli. Pamiętaj o dniu śmierci: pogardź światową próżnością, abyś mógł wytrwać stale w skupieniu i nie osłabnąć w tej woli (Apoftegmata 2007, Ewagriusz 1 [227]).

Sfinks z Silsila

Po sześciu dniach wędrówki doszedł do miejscowości zwanej Silsila. Nil płynie tam w wąskiej dolinie, okolonej podwójnym łańcuchem gór granitowych. Tutaj to Egipcjanie w czasach, gdy jeszcze czcili demony, wykuwali w skałach bożyszcza swoje, Pafnucy ujrzał ogromną głowę Sfinksa, tkwiącą jeszcze w skale. Bojąc się, by nie posiadała jakiejś mocy czartowskiej, zrobił znak krzyża i wymówił imię „Jezus” (Tais, s. 18).

Wytyczony przez France’a szlak, którym Pafnucy podróżował do Aleksandrii, budzi nie mniejsze zdziwienie niż usytuowanie przezeń jego eremu w okolicach Antinoe. Po pierwsze, niezrozumiałe jest, dlaczego bohater wędruje piechotą wzdłuż Doliny Nilu, zamiast płynąć statkiem w dół rzeki, co w jego czasach było powszechnie praktykowane (chyba że była to z jego strony forma umartwienia). Po wtóre, gdyby istotnie przechodził on przez Silsila, to oddalałby się od Aleksandrii, gdyż nilowe zwężenie, o którym mowa w cytacie, znajduje się na południe, a nie na północ od Antinoe. Kładąc to na karb licentia poetica, warto pomimo wszystko przyjrzeć się przywołanemu przez pisarza miejscu, niezależnie od jego bałamutnego umiejscowienia w powieści, bo samo w sobie jest ono interesujące i godne poznania.

Gebel el-Silsila to łańcuch wzgórz pomiędzy Kom Ombo i Edfu, gdzie Nil przeciska się przez wąwóz, którego klify po obu stronach rzeki najbardziej zbliżają się do siebie na całej jej długości. Tworzą one tutaj wartki nurt i bystrza, które utrudniały w minionych wiekach żeglugę, o czym świadczy ich egipska nazwa Khenu, oznaczająca „miejsce wiosłowania”. Natomiast sam wąwóz stanowi ważną granicę geologiczną, albowiem skalne podłoże Egiptu zmienia się w tym rejonie – z wapiennego na północy w piaskowcowe ciągnące się dalej ku południu. Próżno tu jednak szukać „łańcuchów gór granitowych”, o których wspomina France, fantazjujący znów na temat egipskich realiów.

W jednym wszakże się nie mylił, pisząc mianowicie, że starożytni obrabiali w Silsila kamień. Od czasów bowiem, gdy za XVIII dynastii (1550–1292 przed Chr.) Egipcjanie przeszli od użytku wapienia do piaskowca, na ogromną skalę wydobywali go w tutejszych kamieniołomach. Prawie wszystkie wznoszone wówczas świątynie, od Karnaku i Luksoru po Medinet Habu i Kom Ombo, powstawały z materiału transportowanego stąd statkami w górę i w dół Nilu. Także potem, w epoce ptolemejskiej i rzymskiej, wciąż pracowały tu tłumy robotników, wyłamując kamień, z którego dosłownie zbudowano starożytny Egipt.

Złoża piaskowca i obecność na miejscu ekip biegłych kamieniarzy sprawiły, że również w samym Silsila powstało wtedy wiele wspaniałych sanktuariów i kaplic. Wśród nich do dziś podziw budzi położona na zachodnim brzegu skalna świątynia (speos) Horemheba, ostatniego faraona XVIII dynastii. Była ona poświęcona Amonowi Re oraz innym egipskim bóstwom patronującym tutaj Nilowi. W jej fasadzie kamienne kolumny oddzielają od siebie pięć wejść prowadzących do poprzecznego przedsionka, za którym mieści się wąskie sanktuarium. Późniejsi władcy ozdobili ściany niedokończonej przez Horemheba świątyni własnymi płaskorzeźbami, czyniąc z niej prawdziwą galerię egipskiej sztuki różnych epok.

W pobliżu tej budowli znajdują się wykute w piaskowcu kaplice faraonów XIX dynastii – Setiego I, Ramzesa II i Meremptacha, obok których wznosi się dziwna skała, z wyglądu istotnie przypominająca głowę egipskiego Sfinksa. France mógł znać ją ze współczesnych sobie rycin, gdyż z powodu fantastycznego kształtu utrwaliło ją wielu odwiedzających Silsila podróżników i artystów. Patrząc na ich rysunki, uznał więc, że jest to wykuty ludzką ręką posag „tkwiący jeszcze w skale”. W rzeczywistości był to pozostawiony w kamieniołomach naturalny ostaniec, który wystawiony na działanie wiatru upodobnił się z czasem do głowy Wielkiego Sfinksa z Gizy.

Niemniej pisarz nie był tu daleki od prawdy, bo wiemy dzisiaj, że w Silsila Egipcjanie nie tylko wydobywali kamień, lecz także na miejscu „wykuwali w skałach bożyszcza swoje”. Dowody na to znajdują się w kamieniołomach na prawym brzegu Nilu, gdzie w 2019 roku Maria Nilsson i John Ward odkryli dwa niedokończone posągi Sfinksów z baranimi głowami. Przeznaczone zapewne do świątyni Chonsu w Karnaku, powstawały na zamówienie Amenhotepa III, lecz po śmierci faraona zostały porzucone. Wokół rzeźb archeolodzy znaleźli odpryski metalu z dłut oraz wiele drobnych odłamków piaskowca świadczących o pracy kamieniarzy.

W religii egipskiej Sfinks, jako mityczna bestia o ludzkiej głowie i ciele lwa, kojarzony był ze słonecznym bóstwem Hor-em-akhet (‘Horyzont Atona’) i uchodził za obrońcę potęgi i władzy faraonów. W sztuce przedstawiano go niekiedy także z głową sokoła (hierokosfinks) lub barana (kriosfinks) – co widzimy w procesyjnej Alei Sfinksów w Karnaku. Sama nazwa Sfinks jest natomiast grecka, choć w swej etymologii niepewna. Jego imię może się wszak wywodzić od czasownika σφίγγω (sphíngō) – ‘dusić’, co odnosiłoby się do sposobu polowania lwów, jak i być zhellenizowanym egipskim słowem szesepankh, oznaczającym ‘żywy obraz’. Wówczas nie dotyczyłoby to samej bestii, lecz jej posągu wyrzeźbionego w „żywej skale”, jak ma to miejsce w przypadku strzegącego piramid w Gizie Wielkiego Sfinksa.

Gdyby jednak Pafnucy rzeczywiście znalazł się wtedy w Silsila i stanął twarzą w twarz z potworem, to istotnie mógłby przerazić się jego „czartowskiej mocy”. Wedle France’a, nim został mnichem, zdobył przecież helleńskie wykształcenie – znał zatem także grecką postać tej bestii. Sfinks, czy raczej Sfinga, miał być bowiem żeńskim demonem śmierci o głowie i piersiach kobiety, ciele lwa, skrzydłach orła i wężowym ogonie. W tragedii Sofoklesa Król Edyp czyhał on u bram Teb i zadawał podróżnym zagadkę: „Co to za istota, która rano chodzi na czworakach, w południe na dwóch nogach, a wieczorem na trzech?”. Każdego, kto dał złą odpowiedź, potwór dusił i dopiero Edyp odgadł, że chodziło o człowieka, który „w niemowlęctwie raczkuje, jako dorosły staje na dwóch nogach, a na starość podpiera się laską”. Usłyszawszy to, Sfinga rzuciła się w przepaść.

Chciałoby się więc ów grecki mit rozumieć w tym sensie, że największą zagadkę dla siebie stanowi sam człowiek. Pafnucy miał się o tym wkrótce przekonać, spotykając na swej aleksandryjskiej drodze paradoksalnego ascetę, którego France obdarzył rysami własnej osobowości – zagorzałego sceptyka i nihilisty.

Pustelnia Timoklesa

Osiemnastego dnia, z dala od wszelkiej osady, napotkał nędzną lepiankę z liści palmowych, na wpół zagrzebaną w piaskach, naniesionych przez wiatry pustyni. Zbliżył się do niej w nadziei, że zamieszkuje ją jakiś pobożny anachoreta. […] Nie uszedł i stu kroków, gdy ujrzał nad brzegiem Nilu człowieka, siedzącego ze skrzyżowanymi nogami. Człowiek ten był nagi, włosy jego i broda zupełnie były białe, a ciało – czerwieńsze od cegły (Tais, s. 19).

Wygląd i niezwykła poza pustelnika, którego Pafnucy zauważył nad rzeką, przywodzą na myśl praktyki medytacyjne indyjskich joginów. Mogłoby się zatem wydać, że autor Tais znów zanadto popuścił tutaj wodze swej wyobraźni, przekraczając granicę powieściowego prawdopodobieństwa. Wszelako nie do końca, gdyż dysponujemy licznymi świadectwami potwierdzającymi ówczesne kontakty Egiptu z Indiami. Inna rzecz, że France, stylizując Timoklesa (bo tak nazwał ascetę) na indyjskiego sadhu, uczynił go równocześnie wyznawcą cynickiej filozofii Diogenesa z Synopy i sceptycyzmu Pyrrona z Elidy.

Tymczasem z pożytkiem będzie przyjrzeć się wpierw otoczeniu, w jakim mogła się była odbyć dysputa Pafnucego z nagim anachoretą. Szkopuł tkwi w tym, że pisarza mało interesowała tutejsza sceneria – nawet tak spektakularna jak Płaskowyż Gizy. Wydaje się bowiem, że właśnie do tej okolicy dotarł teraz bohater Tais, przez osiemnaście dni wędrując wzdłuż brzegów Nilu. Nie dziwi zatem, że ilustrator angielskiego wydania powieści, Frank C. Papé, nie oglądając się na tekst, umieścił scenę nawracania egipskiego jogina na tle piramid i Wielkiego Sfinksa. Najwyraźniej rację miał Władysław Grabowski, gdy przed laty pisał, że France „więcej myśli, niż widzi”.

Jakże inna była bowiem w tym wypadku uważność Juliusza Słowackiego, który w 1836 roku, patrząc z wierzchołka piramidy Cheopsa na Płaskowyż Gizy, w wierszu Na szczycie piramid tak odmalował roztaczający się widok:

Bliżej – dolina piasku, cała w równe żebra…
Wichrem zmarszczona – i Sfinks, i grobowce białe –
Ziemia widoma… wszystko dojrzane, lecz małe…
Inny widok na prawo, inna była scena:
Naprzeciwko Cheopsa stał pomnik Chefrena,
Tak, że orzeł po równej krainie błękitu
Mógł płynąć od jednego do drugiego szczytu
(Słowacki 1956, s. 112, w. 18–24).

Na kompleks owych budowli składają się trzy grobowe piramidy: Cheopsa, Chefrena i Mykerinosa, przynależne do nich świątynie, groby możnych (mastaby) oraz Sfinks – strażnik tych monumentów. Wzniesiono je za czwartej dynastii, między 2600 a 2500 rokiem przed Chr., jako część królewskiej nekropolii Memfis, stolicy Egiptu w okresie Starego Państwa. Wśród nich piramida Cheopsa, licząca pierwotnie ponad sto czterdzieści metrów, przez prawie trzy tysiące dziewięćset lat, aż do czasów gotyckich katedr, pozostawała najwyższą budowlą na ziemi. Zaliczone w starożytności przez Antypatra z Sydonu do siedmiu cudów antycznego świata piramidy w Gizie były na tej liście najstarsze i jako jedyne przetrwały do naszych dni.

Jeśli zatem z pustelni Timoklesa ich sylwety rysowały się na horyzoncie, wyjaśnia to, dlaczego przywołał on je w diatrybie z Pafnucym: „Ta sama rzecz różny może przybierać pozór. Piramidy w Memfis, o wschodzie jutrzenki, wyglądają niczym stożki światła różowego; o zachodzie słońca, na tle płonącego nieba, zdają się jak czarne trójkąty” (Tais, s. 22). Był to argument używany przez stronników Pirona, przeczących możliwości poznania jakiejkolwiek prawdy. Oburzyło to chrześcijańskie sumienie Pafnucego, który wykrzyknął: „Spoczywasz w swej nieświadomości jak znużony pies, który zasypia w błocie”. Dał tym równoczenie wyraz pogardzie dla sposobu życia Timoklesa jako cynickiego filozofa (od gr. kýon, ‘pies’).

Obracamy się tutaj w kręgu myśli helleńskiej, jednak poglądy i losy Timoklesa, który wyjawił, że podróżował do Indii, upodobniają go do hinduskich świętych mężów, zwanych przez Greków gimnosofistami – ‘nagimi filozofami’. Jego sceptycyzm przypomina nieco koncepcję maya w filozofii indyjskiej, w której zmysłowa rzeczywistość traktowana jest jako iluzja. Natomiast wyrzeczenie się wszystkiego, nawet ubrania, może się kojarzyć z ‘odzianymi w niebo’ ascetami praktykującymi dżinizm digambara. Jednak Timokles nie był prawdziwie sadhu, bo France nigdzie nie wspominał, by na drodze swej ascezy i medytacji pragnął on osiągnąć moksza, czyli stan wyzwolenia z hinduistycznego cyklu śmierci i narodzin.

Grecy zetknęli się z gimnosofistami już w IV stuleciu przed Chr. podczas wyprawy Aleksandra Wielkiego do Indii. Jak zanotował jej uczestnik, historyk Onezikritos, król rozmawiał z nimi w Pendżabie, a potem jeden z nich – Kalanos – towarzyszył mu w drodze powrotnej do Persji. Tam jednak zachorował i widząc upadek swych sił, kazał ułożyć stos, na którym dokonał samospalenia. Wywołało to wśród Macedończyków wielkie poruszenie, przez co trwale weszło do tradycji literackiej. Być może więc do tego wydarzenia nawiązują słowa św. Pawła z Pierwszego Listu do Koryntian: „Gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał” (1 Kor 13,3).

W czasach rzymskich także sami hindusi docierali na Zachód. Ammianus Marcellinus wspomina, że do cesarza Juliana Apostaty „Ludy indyjskie na wyścigi i przed czasem posyłały swoich dostojników z darami” (Ammianus 2001, XXII, 7, 9). Z kolei z egipskich portów Morza Czerwonego wyruszały do Indii liczne statki, przywożąc stamtąd przyprawy, wonności, cenne tkaniny i drogie kamienie. Zachował się nawet pochodzący z I wieku grecki przewodnik dla wybierających się w tamte strony kupców i żeglarzy, zwany Periplus Maris Erythraei. Świadectwem tych kontaktów pozostały skarby rzymskich monet znajdowane na malabarskim wybrzeżu Indii, zaś w Egipcie na przykład odkopany w Berenike posąg Buddy.

Ulokowany na przecięciu morskich i lądowych szlaków antycznego świata Egipt był więc miejscem, gdzie Zachód spotykał się ze Wschodem. Aleksandrię zaś, którą Rzymianie nazywali ad Aegyptum, ‘przy Egipcie’, łączyła z Indiami wodna sieć Nilu i jego delty.

Brama Słońca

Jak okiem sięgnąć, rzeka toczyła szeroko swe zielone wody, po których jak skrzydła ptasie sunęły liczne żagle. […] Tak idąc ciągle lewym ramieniem rzeki, przez ludne i żyzne okolice, dotarł do Aleksandrii. Już od godziny zaszło było słońce, gdy ze szczytu pagórka ujrzał to miasto ogromne z błyszczącymi w różowej mgle dachami. Wszedł doń bramą zwaną Bramą Słońca. Były to kamienne wrota dumnie się wznoszące. W ich cieniu skuleni biedacy sprzedawali przechodniom cytryny i figi (Tais, s. 26–27).

Kanopska odnoga Nilu, wzdłuż której Pafnucy kierował się ku Aleksandrii, dzisiaj już nie istnieje, bo rzeka, meandrując, zmieniła od tego czasu swój bieg. Inaczej było w starożytności – grecki historyk Strabon około 25 roku przed Chr. pisał:

Są to dwa główne ujścia Nilu, z których jedno [wschodnie] nazywa się Peleuzyjskim, a drugie [zachodnie] Kanopskim, ale pomiędzy nimi jest jeszcze pięć innych wartych wspomnienia ujść, a także wiele pomniejszych. Począwszy bowiem od wierzchołka Delty, liczne odnogi odłączały się od rzeki, tworząc szereg wysp i kanałów, tak że cała Delta stała się żeglowna (Strabon XVII, 1, 4).

Jednak Pafnucy, idąc wzdłuż lewego ramienia rzeki, nie musiał przeprawiać się przez wodne rozgałęzienia delty. Oddaliwszy się zatem od piramid i Sfinksa, w ciągu zaledwie kilku dni stanął pod Wrotami Słońca. Była to wschodnia brama Aleksandrii wychodząca na główną ulicę miasta, zwaną Drogą Kanopską. Jej nazwa brała się stąd, że w swym przedłużeniu prowadziła ona do Kanopos (dziś Abu Kir), miejscowości słynącej tyleż ze świątyni Serapisa, co z pogańskich orgii i rozwiązłości. Pomimo że Pafnucy wychował się w Aleksandrii, to po dziesięciu latach nieobecności widok miasta poruszył go zapewne tak jak bohaterów napisanego w II wieku przez Achillesa Tatiusa romansu Przygody Leukippy i Kleitofonta:

Po trzydniowej podróży dotarliśmy do Aleksandrii. Wszedłem przez Bramę Słońca, jak się ją nazywa, i od razu uderzyło mnie wspaniałe piękno tego miasta, które napełniło moje oczy zachwytem. […] Od Bramy Słońca do Bramy Księżyca wiódł prosty, podwójny rząd kolumn, prowadzących do samego centrum. Było tam tak wiele ulic, że chciałbyś nim spacerować, zanim jeszcze wyjechałeś z domu. Idąc kilkaset kroków dalej, doszedłem do dzielnicy Aleksandra, gdzie zobaczyłem drugie miasto. Jego wspaniała zabudowa podzielona była na kwadraty, a rzędy kolumn przecinały się tam pod kątem prostym (Tatius 1969, V, 1, 1–5).

Zaskakujący w tym opisie regularny układ ulic miasto zawdzięczało Deinokratesowi z Rodos, któremu Aleksander w 332 roku przed Chr. nakazał wykreślić plan nowej stolicy greckiego Egiptu. Dokonał on tego, dzieląc płaszczyznę na kwadratowe pola, co wcześniej praktykował już matematyk i urbanista Hippodamos z Miletu, od którego układ ten zwie się dziś siatką hippodamejską. Jak oryginalne i nowoczesne było wówczas to rozwiązanie, pokazała późniejsza historia. Jeszcze bowiem w XIX stuleciu, a więc po ponad dwóch tysiącach lat, John Randel w podobny sposób rozplanował grunty nowojorskiego Manhattanu, nadając mu niepowtarzalny do dziś urbanistyczny kształt.

O założeniu Aleksandrii krążyło wiele opowieści. Historyk Flawiusz Arrian podaje, że gdy Aleksander wyznaczał obrys jej murów, zabrakło mu w pewnej chwili kredy, więc sięgnął po mąkę, by nieprzerwanie ciągnąć linię. Jednak wtedy zewsząd zleciały się ptaki, wydziobując ją do reszty. Obecni przy tym wróżbici uznali, że jest to nader zły omen i odradzali królowi budowę miasta w tym miejscu. Tylko jeden był innego zdania, tłumacząc, że tak jak ptaki zleciały się do rozsypanej mąki, tak do Aleksandrii przybywać będą ludzie ze wszystkich stron świata. Aleksander dał mu wiarę i tak powstała metropolia, która stała się jednym z najruchliwszych emporiów starożytności, a także olśniewającą stolicą hellenistycznej kultury, wabiąc w swe mury najwybitniejszych uczonych, pisarzy i artystów.

Miasto rozciągało się na wąskim pasie lądu pomiędzy dwoma akwenami: Morzem Śródziemnym na północy i jeziorem Mareotis (dziś Marjut) od południa. Z tego powodu miało ono kształt wydłużonego prostokąta, przypominając chlamidę, macedoński płaszcz noszony przez żołnierzy. Aleksandrię przecinały dwie arterie – jedna biegnąca horyzontalnie (Droga Kanopska), druga zaś prostopadła do niej, wytyczona wertykalnie, o nieznanej dziś nazwie. Serce metropolii stanowiła Soma, grobowiec Aleksandra Wielkiego, którego zakonserwowane w miodzie ciało Ptolemeusz I Soter przewiózł (a raczej zagarnął) z Babilonu, by stało się fundamentem jego władzy nad Egiptem. Z pięciu dzielnic Aleksandrii oznaczonych literami greckiego alfabetu uwagę zwracał kwartał pałacowy (Brucheion). Zajmował on czwartą część obszaru miasta, a w jego obrębie znajdowały się sławna Biblioteka oraz akademia, od gaju muz zwana Mouseionem.

Aleksandria nie mogła jednak istnieć bez portu, a płaskie wybrzeże nie sprzyjało cumowaniu tam statków. Dlatego dzięki sztuce inżynieryjnej zbudowano z głazów groblę, która od jej długości (siedem stadiów) nazywana była Heptastadionem. Konstrukcja ta złączyła ląd z oddaloną o półtora kilometra od brzegu wyspą Faros, dzieląc Zatokę Aleksandryjską na dwie przystanie: Port Wschodni oraz Eunostos (Port Zachodni). Około 279 roku przed Chr., za Ptolemeusza II Filadelfosa, by ułatwić żeglugę, wzniesiono na Faros niebotyczną latarnię morską, która rychło stała się symbolem miasta ukazywanym nawet na monetach.

Tymczasem pamiętamy, że powieściowy Pafnucy, po wizycie w domu Nikiasza, błąkał się po mieście, by właśnie na portowym nabrzeżu zasnąć na zwoju lin. Strabon, który pozostawił nam detaliczny opis starożytnej Aleksandrii, tak przedstawił to miejsce:

Następny za Heptastadionem jest port Eunostos, a w nim sztuczna przystań zwana Kibotos, gdzie znajdują się również doki. Prowadzi do niego żeglowny kanał, wiodący z jeziora Mareotis. Za nim rozciąga się pozostała, niewielka już część miasta, a dalej jest tylko Nekropolia, z licznymi ogrodami, miejscami pochówku i budynkami służącymi do balsamowania zmarłych (Strabon XVII, 1, 10).

Natomiast teatr, gdzie Pafnucy miał oglądać występ Taidy, znajdował się po przeciwnej stronie Heptastadionu, przy Porcie Wschodnim, nie należy go więc mylić z odkopanym na Kom el-Dikka odeonem. Dotarliśmy w ten sposób do finału pierwszej części Tais, by w drugiej przyjrzeć się życiu bohaterki płynącemu na tle ulic i murów Aleksandrii jej czasów.

Nie sposób odgadnąć, dlaczego France nadał drugiej części „Tais” tytuł „Papirus”. Być może, podobnie jak w przypadku lotosu, odwołał się do symbolicznej dla Nilu rośliny, by podkreślić egipskie pochodzenie Taidy. Jednak słowo ‘papirus’ równie dobrze oznaczać może sporządzony z niego zwój, na którym ktoś spisał koleje jej życia. Autor przedstawił bowiem losy bohaterki w retrospektywie zdarzeń od świtu jej dzieciństwa, po zmierzch młodości, gdy uświadomiła ona sobie nieubłagany upływ czasu.

Taida wychowywała się w pobliżu portu w Aleksandrii, gdzie jej ojciec dzierżawił tawernę z wyszynkiem dla marynarzy. Zaniedbywana przez matkę, pozostawała pod opieką nubijskiego niewolnika swych rodziców, Ahmesa/Teodora. Był on chrześcijaninem i opowiadał jej o Chrystusie, a gdy nadszedł czas, zabrał ją do biskupa Vivantusa, by ten ją ochrzcił.

Dorastając, Taida zaczęła spotykać się w porcie z chłopcami i w załomach miejskich murów oddawać się przygodnym kochankom. Poznawszy stręczycielkę Meroe, uciekła z domu, wyjechała z miasta i stała się tancerką, wabiąc spragnionych jej wdzięków mężczyzn. W Antiochii zyskała sławę aktorki i kurtyzany, o której względy zabiegali bogaci i możni. Po powrocie do Aleksandrii kontynuowała karierę, gorsząc licznych już w mieście chrześcijan, i dopiero Pafnucy miał skłonić ją do zerwania z grzesznym życiem.

Portowa tawerna

Tais była córką ludzi ubogich, ale wolnego stanu, żyjących w bałwochwalstwie. Gdy była jeszcze dzieckiem, ojciec jej nieopodal Wrót Księżycowych trzymał gospodę, licznie uczęszczaną przez marynarzy. […] Toteż prędko nauczyła się pijanych majtków zabawiać naiwnymi piosenkami lub sprośnymi słowy, których treści nie rozumiała nawet i zarazem zręcznie wyciągała im obole zza pasa (Tais, s. 49).

Trzeba sporej wyobraźni, żeby rozeznać się w okolicy, gdzie upłynęło dzieciństwo Taidy. Przyszła ona zapewne na świat na zapleczu jednej z owych tawern, które zajmowały partery domostw usytuowanych w sąsiedztwie portu Eunostos. Niestety, wszelki po nich ślad zatarł już czas, więc można je sobie wyobrazić jedynie na podstawie podobnych lokali odkopanych w ruinach Pompei lub Ostii. Nim jednak im się przyjrzymy, warto wpierw rzucić okiem na dzielnicę, gdzie rodzice Taidy prowadzili swój gastronomiczny interes.

Wymienione przez France’a w cytowanym fragmencie Wrota Księżycowe znajdowały się na przeciwległym do Bramy Słońca krańcu Drogi Kanopskiej.

Wybiegał z nich trakt prowadzący do oddalonego o czterdzieści pięć kilometrów na zachód Taposiris Magna, ruchliwego miasta i portu nad jeziorem Mareotis. Usytuowana u Wrót Księżycowych gospoda była więc odwiedzana przez podążających tą drogą podróżnych, lecz jej najliczniejszą klientelę stanowili marynarze, jako że wokół rozciągała się dzielnica portowa Aleksandrii. Wynikało to z faktu, że Port Zachodni (Eunostos) był najdogodniejszą przystanią handlową miasta, co sprawiały występujące w tej części egipskiego wybrzeża warunki wiatrowe i falowe, z dominującą północno-zachodnią cyrkulacją mas powietrza i wody.

Przylegająca do Eunostosu dzielnica, nawet jak na kosmopolityczną Aleksandrię, uderzała różnorodnością i barwnością kłębiącego się w niej tłumu. Marynarze z odległych stron świata zatrzymywali się tam nierzadko na dłużej, co wynikało z mozolnego załadunku statków i sprzyjało mieszaniu się kultur, ras, języków i religii. Główne trasy handlowe prowadziły stąd do Rzymu i Konstantynopola, bo z Egiptu pochodziła prawie cała pszenica, z której wypiekano tam chleb. Do jej transportu służyły olbrzymie zbożowce (którym w XVII stuleciu dorównały dopiero galeony), takie jak opisana w II wieku przez Lukiana „Izyda”:

Kapitan powiedział, że statek ma 120 łokci (ok. 55 m) długości, jedną czwartą tego szerokości, a od stępki do pokładu 29 łokci (ok. 12 m) głębokości. Posiada wzniesiony złocony dziób i zakrzywioną rufę zwieńczoną postaciami bogini Izydy. Wrażenie robiły też malowane ozdoby, szkarłatny fokżagiel, kotwice, kabestany i kabiny na rufie. Załoga to mała armia, a mówią, że statek przewozi tyle pszenicy, że wystarczyłoby jej na wykarmienie Attyki przez rok. A mimo to kieruje nim łysy staruszek, łatwo poruszając za pomocą rumpla sterowym wiosłem (Lukian, Statek 35).

Inne szlaki żeglugowe obsługiwane przez mniejsze jednostki wiodły wówczas wzdłuż wybrzeży Egiptu, Syrii, Palestyny, i dalej do Azji Mniejszej. Płynęły tędy wyroby rzemieślnicze, takie jak papirusowe zwoje, szkło, delikatne lniane tkaniny, w przeciwnym zaś kierunku niedostępne w Egipcie surowce, jak np. cedrowe kłody z lasów Libanu. Z kolei z Grecji transportowano wino, oliwę, cenne rodzaje marmuru, a także dzieła sztuki. Przez Nil i porty czerwonomorskie Aleksandria miała też, jak wiemy, połączenie z Indiami, skąd do świata śródziemnomorskiego docierały egzotyczne towary i przybywali przedstawiciele obcych ras i cywilizacji.

Ówcześni ludzie morza tworzyli więc społeczność ruchliwą i różnorodną. Z racji jednak oderwania od rodzimych korzeni i niestabilności życiowej traktowani byli nieledwie jako wyrzutki. Wykorzystał to zaciekły wróg chrześcijaństwa Celsus, który chcąc poniżyć Chrystusa, głosił, że „zadawał się On z marynarzami”. Stąd w polemice z nim Orygenes odrzucił ów zarzut, dowodząc, że „Jezus nie miał do czynienia z żeglarzami, ale z rybakami” (Orygenes, Contra Cels. I, 62). Najwyraźniej marynarze byli wtedy elementem podejrzanym i niepewnym, co czyniło dzielnice portowe antycznych miast okolicami szemranymi, tworzącymi własny, odrębny świat. Z tych względów miały one specyficzną infrastrukturę bytową, z licznymi noclegowniami, lupanarami, spelunkami i tawernami.

Do takich właśnie portowych szynków mogła się zaliczać tawerna z dzieciństwa Taidy. W wielu z nich, prócz dostępnego zawsze wina, serwowano też grzane posiłki, stąd tego rodzaju lokale zwano thermopoliami – dosłownie ‘miejscami z ciepłym’. W istocie były to starożytne bary szybkiej obsługi, gdzie stołowali się nie tylko marynarze, lecz także aleksandryjska biedota gnieżdżąca się w obskurnych, pozbawionych dostępu do kuchni izbach. W czasach cesarstwa rozprzestrzeniły się one w całym rzymskim świecie, więc o tym, jak mogło wyglądać termopolium ojca Taidy, łatwo się przekonać, spacerując ulicami w ruinach portowej Ostii nieopodal Rzymu.

Zajmowane przez taki bar pomieszczenie znajdowało się na dolnej kondygnacji piętrowego zazwyczaj domu i otwierało na ulicę, zapraszając klientów ceglaną ladą z serwowanymi daniami. W jej kamiennym blacie znajdowały się otwory z wpuszczonymi w nie doliami, czyli terakotowymi pojemnikami na potrawy, pod którymi rozniecano ogień. Klienci, tak jak dzisiaj, spożywali posiłki, stojąc na ulicy, lub mogli też wejść do środka lokalu. Nierzadko bowiem z tyłu znajdowało się drugie pomieszczenie, gdzie można było usiąść, zjeść, napić się wina lub zagrać z kompanami w kości. Ściany zdobiły tam często malunki przedstawiające oferowane wiktuały, takie jak ryby, drób czy wypieki.

Menu termopolium nie było wyszukane, oferowało jednak tanie dania dostępne nawet dla majtków i niewolników. Najczęściej była to solona ryba, podsmażany ser, soczewica i zaprawiane żywicą wino, które pito rozcieńczane gorącą wodą. Bogatsi mogli liczyć na potrawy z siekanego mięsa, które uznać można za odpowiedniki nadzienia dzisiejszych hamburgerów. Przepis na takie danie zachował się w pochodzącej z V wieku książce kucharskiej, O sztuce kulinarnej, przypisywanej Apicjuszowi:

Pokrojone na kawałki mięso utrzesz z miękkim pszennym chlebem namoczonym w winie. Utrzesz razem pieprz i sos ze sfermentowanych ryb. Uformujesz małe pulpety, włożysz do środka orzeszki piniowe, zawiniesz w kiszkę i ugotujesz w zagęszczonym moszczu winnym (Apicjusz, II, 7).

Kościół w katakumbach

Nagle Tais zdało się, że wraz z Ahmesem schodzą pod ziemię. Gdy otworzyła oczy, znalazła się w wąskiej pieczarze, oświetlonej smolnymi pochodniami; na ścianach pieczary wymalowane były wielkie proste figury, które w migotliwym blasku pochodni zdawały się być żywe. Malowidła wyobrażały ludzi przybranych w długie tuniki z palmami w ręku pośród baranków, gołębi i winogradu (Tais, s. 54–55).

Scena ta przenosi nas z portowej tawerny do katakumb, gdzie aleksandryjscy chrześcijanie skrycie odprawiali swe obrzędy w czasach wielkich prześladowań z czasów Dioklecjana. Gdzie jednak konkretnie Ahmes zabrał wówczas małą Taidę, by otrzymała ona chrzest, tego France nie określił. Zasugerował jedynie, że po przejściu przez żydowską dzielnicę Delta czarnoskóry niewolnik przekradł się z dziewczynką przez mury tak, że znaleźli się na wybrzeżu wschodnich peryferii miasta.

Na terenie tym rozciągał się labirynt drążonych w wapieniu galerii, gdzie już od czasów Ptolemeuszów poganie grzebali swych zmarłych. Badaczka reliktów antycznej Aleksandrii, Barbara Tkaczow, pisała: „W 1874 r. odsłonięto tam między innymi ciasny grobowiec z kapliczką zawierającą marmurowy pogański ołtarzyk, przystosowany do nowego kultu przez wyrycie na przedniej jego ściance niezdarnego krzyżyka. Kapliczka ta wzruszała swoją skromnością i naiwnymi malowidłami na swych ścianach” (Tkaczow 1988, s. 182).

Grobowiec ten mógł stanowić rodzaj tymczasowego kościoła chrzcielnego, urządzonego na okres prześladowań w dzisiejszych wschodnich katakumbach na Gabbari i Minet el-Bassal. W tych mrocznych czasach sakrament chrztu był bowiem „misterium pieczęci”, czyli potwierdzeniem i umocnieniem wiary w Chrystusa jako Syna Bożego. W Pasterzu Hermasa, jednym z najstarszych tekstów ojców Kościoła (140–150 r.), czytamy:

Dopóki człowiek bowiem nie nosi Imienia Syna Bożego, dopóty jest martwy. Kiedy zaś otrzyma pieczęć, odrzuca śmierć i przyjmuje życie. A pieczęcią tą jest woda. Do wody zatem wchodzą martwi, a wychodzą z niej żywi (Hermas 1994, Pasterz 93, 3–4).

Głoszący słowo Boże wśród greckich neofitów św. Klemens Aleksandryjski objaśniał związane z tym sakramentalne praktyki, porównując je do helleńskich rytuałów:

Wobec tego nie bez słuszności misteria u Hellenów zaczynają się od ofiar oczyszczalnych, jak u innych ludów od kąpieli. Po tych ofiarach następują misteria małe, których zadaniem jest dać podstawowe pouczenie i przygotowanie do tego, co ma nastąpić. Misteria zaś wielkie wprowadzają w to wszystko, co już nie pozostaje przedmiotem nauki, lecz oglądu bezpośredniego (Klemens Aleksandryjski 1994, Kobierce V, 11, 71, 1–2).

Tak zapewne wyglądało to również w przypadku Taidy, którą do chrztu przygotował Ahmes, a w wielkie „misterium pieczęci” wprowadził ją (zmyślony zresztą) biskup Vivantus. Mimo bałamutności opisu tego obrzędu w powieści France’a możemy go sobie wyobrazić na podstawie pouczenia zawartego w Didache, jednego z anonimowych pism ojców apostolskich z II wieku:

Co do chrztu, to udzielajcie go w taki oto sposób: Powtórzywszy najpierw wszystko powyższe, chrzcijcie w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego w wodzie żywej. Jeśli nie masz wody żywej, chrzcij w innej, jeśli nie możesz w zimnej, chrzcij w ciepłej. Jeśli brak ci jednej, i drugiej, polej głowę trzy razy wodą w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego (Didache, 7, 1–3).

Jednak chrzest jako „pieczęć wody” umacniał także w gotowości przyjęcia męczeństwa za wiarę, czyli osiągnięcia ostatecznie uświęcającej „pieczęci krwi”. W powieści zyskał ją Ahmes, który poniósł śmierć krzyżową i jako św. Teodor Nubijczyk został pogrzebany przez chrześcijan w kościółku na aleksandryjskich przedmieściach. Przeniesienie ciała męczennika do miejsca kultu oznaczało wówczas, że świadectwo „pieczęci krwi” uczyniło go przez aklamację jednym ze świętych Pańskich. Właśnie wtedy zaczęto ich uważać za pośredników w relacjach ludzi z Chrystusem i za ich orędowników w niebie. Rosnąca wiara, że w szczątkach męczenników zawiera się cudotwórcza moc udzielona im przez Boga, zrodziła w IV stuleciu kult świętych relikwii, otaczanych odtąd czcią w licznych aleksandryjskich kościołach.

Niestety z tych wczesnochrześcijańskich budowli prawie nic nie ocalało, bo pochłonął je czas, zniszczyły kataklizmy i dziejowe burze. W różnych źródłach pisanych znajdujemy wprawdzie napomknienia o trzydziestu kościołach, lecz coś konkretnego wiemy jedynie o nielicznych. Blisko brzegu morza, nad Portem Wschodnim, miał się na przykład znajdować kościół w Caesareum, sławny dzięki św. Cyrylowi Aleksandryjskiemu. Pierwotnie była to pogańska świątynia, którą ostatnia grecka władczyni Egiptu Kleopatra VII zaczęła wznosić ku czci Juliusza Cezara, swego kochanka i ojca jej syna, Cezariona. Gdy w 31 roku przed Chr. Oktawian, późniejszy cesarz August, zdobył Aleksandrię, dokończył budowę, przeznaczając jednak przybytek na miejsce własnego kultu. Był to wielki zespół świątynny utrzymany w greckim stylu, którego opis zawdzięczamy Filonowi z Aleksandrii:

Są tam wspaniałe budowle przewyższające pięknem i wielkością wszystko, co znajduje się w nowych i starych miastach, zwłaszcza zaś w naszej Aleksandrii. Nie ma innego sanktuarium, które można by porównać z Augusteum, świątynią cesarza jako opiekuna żeglugi. Naprzeciw portu wznosi się ono ogromne, jak nigdzie indziej: pełne wotów w postaci ozdobionych srebrem i złotem wizerunków i posągów. Jest to okręg sakralny, przepełniony wszystkim co najpiękniejsze: portykami, bibliotekami, salami i rozległymi przestrzeniami pod gołym niebem – zbawienna nadzieja dla wszystkich, którzy przypływają lub wchodzą do portu (Philonis Alexandrini Legatio ad Gaium, 150–151).

W IV wieku tę sławną świątynię przejęli chrześcijanie i przekształcili w kościół, który po muzułmańskim podboju Aleksandrii, trawiony pożarami, zaczął podupadać i obracać się w ruinę, tak że po 912 roku nie mamy już o nim żadnych wzmianek. Do XIX wieku na miejscu dawnego Caesareum przetrwały jedynie stojące przed nim dwa egipskie obeliski pochodzące z czasów Totmesa III (1458–1425 przed Chr.), zwane Igłami Kleopatry. Wszelako i one stąd zniknęły, jeden wywieziony do Nowego Jorku, gdzie znalazł swe miejsce w Central Parku, drugi zaś do Londynu, gdzie ustawiono go na nabrzeżu Tamizy.

Wykopaliska prowadzone dziś w Aleksandrii uświadamiają jednak, że musiało się tu znajdować więcej kościołów, niż wspominają o tym źródła pisane. Wydobywane z ziemi relikty tych świątyń świadczą o wspaniałości budowli, których część kiedyś stanowiły. Wydaje się, że niektóre z tych kościołów mogły nieomal równać się wielkością z Katedrą Hagia Sophia w Konstantynopolu, czego dowodzą znajdowane tu i ówdzie olbrzymie kapitele ich kolumn. Niestety są to ostatnie relikty chrześcijańskiego miasta, w którym Taida otrzymała „pieczęć wody”, co nie ustrzegło jej jednak przed wejściem na drogę grzechu.

Mury Aleksandrii

Niedojrzała jeszcze oddawała się chłopakom w porcie i starcom. Że jednak z tego, co zarobiła, do domu nie przynosiła nic, matka obchodziła się z nią jak najgorzej. By uniknąć razów, Tais uciekała więc na szańce otaczające miasto i wraz z jaszczurkami chroniła się między stosy kamieni. […] Dnia pewnego, stara jakaś kobieta zatrzymała się przed nią. Kobieta ta od kraju do kraju wiodła młodych chłopców i dziewczęta, których uczyła tańczyć, by ich potem wynajmować bogaczom dla występów na ucztach (Tais, s. 60–61).

W taki to sposób Taida stawiała pierwsze kroki na drodze kariery sławnej potem kurtyzany i aktorki, co wedle Pafnucego zaprowadzić ją miało na skraj otchłani, gdzie słychać „płacz i zgrzytanie zębów” (Mt 22,13). Scenerię prologu owego dramatu tworzyły załomy antycznych murów Aleksandrii, wśród których dziewczynkę pochlebstwami zwabiła w swe sidła stręczycielka Meroe, obiecując jej cudowne „życie wśród tańca i śmiechu”.

Przywołane w tym kontekście mury obwarowywały Aleksandrię ze wszystkich stron, tworząc linię, jaką wedle znanej opowieści wyznaczył sam Aleksander Wielki. Były one prawdziwie imponujące, bo szacuje się, że miały dziesięć metrów wysokości i ciągnęły się na długości piętnastu kilometrów. Rzymski historyk Tacyt podaje, że ich budowę ukończył Ptolemeusz I Soter, lecz wraz z rozwojem miasta Rzymianie dodali do nich jeszcze jeden mur, tak że od wschodu biegły tam dwie linie umocnień. Do ich budowy, jak zwykle w takich razach, wykorzystano miejscowy materiał, czyli lokalną odmianę wapienia z kamieniołomów z okolic el-Max. Wyciosane z niego regularne bloki jeszcze dzisiaj zobaczyć można w wieży stojącej w miejskim parku Shallalat. Stanowiła ona kiedyś odcinek starych arabskich fortyfikacji, w które wbudowano fragmenty dawnego ptolemejskiego muru, pierwotnie chroniącego królewską dzielnicę Aleksandrii.

Oddalone zwykle od zabudowań mury obronne antycznych miast pełne były uskoków, pustek, wnęk i wyłomów. Stanowiły one tradycyjne miejsca, gdzie najlichsze prostytutki (gr. pornoi) niezatrudnione w lupanarach spotykały się z pochodzącymi z motłochu klientami. W przypadku Taidy był to jednak tylko epizod w uprawianym przez nią nierządzie. Niebawem wyuczona przez Meroe wyuzdanych tańców i sztuki miłosnej (łac. ars amatoria), w syryjskiej Antiochii, gdzie dotarła, nie musiała już czekać na kochanków przy miejskich murach.

Występowała tam na sympozjonach, czyli organizowanych w męskim gronie przez bogaczy biesiadach, zabawiając ich przy winie, zyskując powodzenie jako hetera (gr. hetaira), czyli „towarzyszka”. Słowo to stanowiło eufemistyczne określenie luksusowej nierządnicy albo kurtyzany, której status dzięki urodzie, wdziękowi i inteligencji Taida szybko osiągnęła.

Trzeba nadmienić, że płatna miłość nie była w świecie pogańskim czymś nagannym, przeciwnie, uważano ją za rozrywkę, której chętnie oddawali się mężczyźni z różnych warstw społecznych. Nie potępiano też świadczących erotyczne usługi kobiet, choć jeśli nie były one niewolnicami, to jako wolne traciły część swych praw. Oczywiście nie dotyczyło to sławnych kurtyzan, które podziwiane i hołubione, bez ograniczeń korzystały z pozycji ówczesnych celebrytek. Zresztą samo państwo rzymskie popierało nierząd, zyskując znaczny dochód z podatków nakładanych na lupanary, rajfurów i prostytutki.

Moralne przyzwolenie dla tych praktyk zniosło dopiero chrześcijaństwo, uznając rozpustę za grzech przeciw Bogu i własnemu ciału. Tak bowiem jak małżeństwo było symbolem miłości do Chrystusa, tak nierząd stał się synonimem bałwochwalstwa, określanego przez greckich ojców Kościoła jednym i tym samym słowem: porneuo. Wynikało to wprost z nauczania św. Pawła, który w liście do Koryntian, miasta słynącego z uprawianej tam przez pogan świątynnej prostytucji (stąd określenie „córy Koryntu”), pisał:

Czyż nie wiecie, że ciała wasze są członkami Chrystusa? Czyż wziąwszy członki Chrystusa, będę je czynił członkami nierządnicy? Przenigdy! Albo czyż nie wiecie, że ten, kto łączy się z nierządnicą, stanowi z nią jedno ciało? Będą bowiem – jak jest powiedziane – dwoje jednym ciałem. Ten zaś, kto się łączy z Panem, jest z Nim jednym duchem (1 Kor 6,15–18).

Jednak rozpusta nie przejawiała się w późnoantycznym świecie jedynie w nierządzie – uobecniały ją także lubieżne widowiska zwane mimos, które wystawiano w ówczesnych teatrach. O ile we wcześniejszych wiekach na scenie występowali tylko mężczyźni, odgrywając też role kobiece, o tyle w czasach Taidy wyręczały ich w tym aktorki. W mimach nie stosowano bowiem zakrywających twarze masek, a eksponowanie cielesności stało się głównym walorem tych sztuk, będących często adaptacjami dawniejszych greckich dramatów. Dawało to okazję do pokazywania wyuzdanych scen, w których podziwiane przez tłumy aktorki lubieżnymi ruchami i gestami imitowały erotyczne obrazy zaczerpnięte z mitologii.

Taida, która poznała arkana mimicznej sztuki w Antiochii, po powrocie do Aleksandrii stała się, wedle France’a, mistrzynią rozbudzania żądz wśród oglądających ją widzów. W ten sposób wabiła bogatych młodzieńców, którzy za noc spędzoną w jej towarzystwie gotowi byli zapłacić krocie. Kończyło się to często tragicznie, albowiem rywalizacja o względy sławnej aktorki prowadziła do zwad, bójek i rozlewu krwi między pretendującymi do jej łoża młokosami.

Nic zatem dziwnego, że ojcowie Kościoła widzieli w ówczesnych przedstawieniach źródło deprawacji i zgorszenia. Tym bardziej że widowiska te odnosiły się do pogańskich wierzeń i nierzadko (podobnie jak rozwiązłość i rozpusta) miały bałwochwalczy charakter. Święty Augustyn przedstawił to niebezpieczeństwo nader wyraziście:

Zwykle bywało tak, że im pobożniej widowiska te świętowano, z tym większym wszeteczeństwem je wiązano. […]. A kiedy ci widzieli, że dopuszczanie się takich występków jest miłe bogom, wierzyli, że trzeba je nie tylko im ofiarować, lecz także naśladować (św. Augustyn 1977, s. 154, 156).

W przypadku występów Taidy było to tym zdrożniejsze, że jak chciał France, odbywały się one w największym teatrze miasta, położonym przy Porcie Wschodnim. Wiemy o nim tylko tyle, że w 47 roku przed Chr. podczas wojny aleksandryjskiej Cezar z powodu jego potężnych murów obrał go sobie za twierdzę. Ów monumentalny teatr stał się cztery wieki później miejscem, skąd Taida podbiła Aleksandrię nie orężnie, lecz fatalną magią swego sex appealu.

Ogrody Taidy

W ogrodach tych kazała nad sztucznym źródłem sadzić drzewa, wielkim kosztem z Indii i Persji sprowadzane, a ruiny, kolumny i dzikie skały, wzniesione przez zdolnego architekta, odbijały się w jeziorze, otoczonym posągami. […] Otóż dnia tego Tais odpoczywała po przedstawieniu w grocie Nimf. Wyszukiwała w zwierciadle pierwszych oznak zmierzchu swej piękności. Daremnie uspakajała się tym, że dość jest, by odzyskać świeżość cery, spalić pewne zioła i wymówić słowa magiczne (Tais, s. 70–71).

Sława Taidy jako podziwianej wśród pogan mimy, znanej z wyuzdania i uprawianego przez nią nierządu, zapewniła jej bajeczne bogactwo i sławę podziwianej w Aleksandrii celebrytki. Coraz częściej jednak skandaliczne życie, jakie wiodła, wywoływało zgorszenie i oburzenie wśród licznych już w mieście chrześcijan. Echa ich głosów szeroko rozbrzmiewały po Egipcie, docierając do mnichów na pustyni, co skłoniło Pafnucego do porzucenia eremu, z zamiarem nawrócenia biegłej w rozpuście aktorki.

W powieści France’a ich zdumiewające spotkanie odbyło się w otaczających willę Taidy wspaniałych ogrodach. W Aleksandrii krążyły o nich legendy, bo były niezwykłe, nawet jak na metropolię od wieków słynącą z parków i zieleńców, co zauważyli też później arabscy zdobywcy. Informując kalifa o zajęciu nadmorskiej stolicy Egiptu, Amr ibn al-As donosił wszak, że doliczył się w mieście dwunastu tysięcy ogrodów. A przecież miasto stanowiło już cień samego siebie z czasów, gdy odwiedzali je antyczni autorzy, opisujący starannie pielęgnowane enklawy zieleni, które nadawały mu niepowtarzalny charakter i urok.

Strabon wspomina na przykład, że za jego czasów, w I wieku przed Chr., w samym centrum Aleksandrii znajdował się park usytuowany na sztucznym wzgórzu zwanym Paneion. Nazwa ta pochodziła od wzniesionej tam świątyni Pana – greckiego bożka, opiekuna pól, sadów i ogrodów, przedstawianego w półludzkiej postaci z nogami i rogami kozła:

W centrum są tam liczne ogrody, wśród nich zaś Paneion, usypane wzgórze w formie szyszki, które wygląda jak stroma skała. Schody wijące się ślimacznicą prowadzą na szczyt, skąd można podziwiać całe miasto, gdyż wzniesienie to nad nim góruje (Strabon XVII, 1, 4).

Był to więc odpowiednik dzisiejszego Central Parku na nowojorskim Manhattanie, zaspokajający tęsknoty mieszkańców metropolii za widokiem zielonych łąk i gajów. Podobną potrzebę wyrażały też sielanki Teokryta z Syrakuz, poety tworzącego w III wieku przed Chr. na aleksandryjskim dworze Ptolemeusza II Filadelfosa. Opiewały one uroki pasterskiego życia na łonie natury, stając się pierwszymi utworami ekologicznymi, adresowanymi do spragnionych kontaktu z przyrodą czytelników.

Ogrody Taidy były jednak prywatne, choć w opisie France’a przypominały parki, z zadrzewionymi gajami, sztucznymi jeziorami i dzikimi skałami. Uznać to jednak trzeba za fantazję, bo miejskie wille, nawet najbogatsze, otaczała sąsiednia zabudowa, co zamykało ogrody w przestrzeni domów. Zakładano je więc na wewnętrznych dziedzińcach, gdzie wokół basenu sadzono laury, mirty, a także lilie oraz róże, stawiano posągi i rozmieszczano małą ogrodową architekturę. W przypadku willi Taidy było to nimfeum, czyli sztuczna grota, zapewne w postaci półokrągłej niszy w murze, gdzie do marmurowej konchy spływał strumyk wody. Można też przyjąć, że kazała ona rozstawić donice z rzadkimi drzewkami i krzewami: cytrusami, bananowcami czy hortensjami, które czyniły jej ogród egzotycznym zakątkiem. Na przełomie II i III wieku Atenajos z Naukratis pisał wszak, że łagodny klimat Aleksandrii sprzyjał bujnej wegetacji roślin sprowadzanych z odległych stron świata (Atenajos XIV, 654).

Rzymski poeta Owidiusz, który w poemacie O kosmetyce twarzy pań zebrał rozmaite recepty na środki upiększające, pisał:

Jak twarz swą pielęgnować poznajcie, me panie,
I jakie cerze zapewnić staranie.
Uprawa roli sprawia, że bezpłodna niwa
Gdy oset zniknie wróży dobre żniwa (Owidiusz 1994, w. 1–4).

Wiemy, że do wygładzenia zmarszczek Taida użyć mogła łabędziego tłuszczu, gumy arabskiej lub oślego mleka, w którym kąpieli zażywały chętnie Kleopatra VII i żona cesarza Nerona, Poppea Sabina. Pożądana była jasna karnacja skóry, o którą dbały zwłaszcza damy z wyższych sfer, bo odróżniało je to od opalonych kobiet z pospólstwa, krzątających się na słońcu. Po kąpieli nakładały one na skórę środki wybielające, takie jak proszek kredowy, margiel, krokodyle łajno czy biel ołowiana, nie bacząc na toksyczne właściwości tej ostatniej substancji. Z kolei róż z cynobru kładziony na policzki maskował przebarwienia, nadając twarzy świeży wygląd.

Wszelako praktyki te budziły zastrzeżenia już pogańskich autorów, takich jak rzymski filozof Seneka, który w I wieku zalecał kobietom unikać kosmetyków, albowiem według niego przyczyniało się to do upadku obyczajów. Tym bardziej krytyczni wobec ich stosowania byli późniejsi ojcowie Kościoła, widząc w tym – jak św. Klemens Aleksandryjski – obrazę boską:

Nieświadome, biedne nieszczęśnice niszczą własne piękno, sięgając po to, co fałszywe. O poranku smarują skórę miksturami, wcierają w nią trucizny, pokrywają ciało pudrami, niwecząc tym naturalną urodę. W ten sposób hańbią Stwórcę, jak gdyby dane przez Niego piękno stało się nic niewarte (Cosmetics 2024).

Było to jednak jak wołanie na puszczy, bo nawet Taida, nakłoniona już przez Pafnucego do porzucenia grzesznego życia, gdy za jego zgodą po raz ostatni udawała się na ucztę, nie omieszkała użyć kosmetyków maskujących przemijanie jej urody

Aleksander Wojciech Mikołajczak
Rafał Dymczyk

Fragment książki „Aleksandria i pustynia egipska. Podróż do źródeł chrześcijaństwa”, wyd. W drodze, 2026 r. [LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 5 września 2026