
Rzeź Woli, Hiroszima w Warszawie
Dwie rocznice, podobna liczba ofiar. O Hiroszimie wiedzą wszyscy, o Woli nikt. Nie spierajmy się o dokładne liczby, trudno je ustalić. W przypadku bomby mamy na przykład do czynienia z długotrwałą chorobą popromienną. W przypadku szaleńczej rzezi trudno o statystyki. Każda z nich pochłonęła dziesiątki tysięcy ofiar – pisze Jan ŚLIWA
.W sierpniu przypominamy sobie o dwóch bolesnych rocznicach: 5 sierpnia – początek rzezi Woli, 6 sierpnia – wybuch bomby atomowej nad Hiroszimą.
Istotnie różną się metodami. Bomba była triumfem nauki i techniki Z punktu widzenia pilota była bezkontaktowa: trzeba było mimo obrony przeciwlotniczej dolecieć nad cel, ale potem tylko nacisnąć przycisk i szybko uciekać, bo siła bomby nie była dobrze znana. Po powrocie pilot mógł wziąć prysznic i zjeść kolację. Piekło rozgrywało się na dole, kilka kilometrów poniżej. Masakra Woli odbywała się twarzą w twarz: trzeba było ofiary zagonić, przypilnować i walić do nich seriami, aż rozgrzały się lufy i zaczęło brakować nabojów. Karabin maszynowy dawał dystans, ale trzeba było się potem przejść po stosach trupów, aby sprawdzić, czy ktoś nie żyje. Trzeba było spalić zwłoki, bo w sierpniowym upale fetor się robił niemiłosierny. W Hiroszimie zajęli się tym ci na dole.
Inny też był cel. Bomba atomowa miała Japończyków zastraszyć i zmusić do zaprzestania walk i kapitulacji. W Warszawie chodziło o zniszczenie miasta i ludzi, tak by mimo zbliżającej się niemieckiej klęski nigdy już się nie mogli odrodzić. Eksterminacja Polaków i germanizacja pozostałego pustego obszaru były właściwie celem całej wojny, ale wyróżniam tu rzeź Woli ze względu na jej prawie punktowy charakter – zaledwie trzy dni. To jak bomba atomowa za pomocą ręcznej roboty. Solide deutsche Handarbeit.
Wiadomo, że za statystyką są prawdziwi ludzie. Filmy dokumentalne przytaczają relacje tych, którym cudem udało się uniknąć śmierci. Oglądając je, trzeba uważać, żeby nie wpaść w niezdrową fascynację okrucieństwem i śmiercią. Ale dobrze jest wiedzieć. Wiedzieć o granatach wrzucanych do wypełnionych ludźmi hal fabrycznych. Wiedzieć o sportowym strzelaniu do dzieci jako ruchomego celu. Wysłuchać opowieści tych, którym po godzinach leżenia wśród trupów udało się ze stosu wydostać. Wstrząsająca była relacja mężczyzny, który jako dziecko leżał tam obok matki. Matka go obejmowała, on trzymał ją za palec, czuł jej puls. Wreszcie w końcu usłyszał dziwny dźwięk wydostający się z jej wnętrzności. Puls w palcu słabł, aż ustał.
Chłopiec nie mógł sobie pozwolić na szloch, bo po zwałach chodził Niemiec i dobijał tych, którzy dawali znaki życia. Niemiec lub Rosjanin z RONA, Azer, Ukrainiec albo Kozak. Określenie „Kozak” nie jest równoznaczne z określeniem „Ukrainiec”, choć istnieje daleko posunięta korelacja. Ofiary słyszały tylko wschodni język, a nikt tam nie dawał wizytówek. Wiadomo jednak z dokumentów, jakie oddziały tam działały.
Wiemy, że z oprawców nikt nie poniósł kary oprócz Oskara Dirlewangera, który dostał się do francuskiej niewoli i tam został rozpoznany i (najprawdopodobniej) śmiertelnie pobity przez internowanych tam Polaków. Heinz Reinefarth, kat Woli, osiedlił się w miasteczku Sylt, którego został burmistrzem. Rozpoznał go w roku 1957 na zdjęciach z imprezy nazistowskich nostalgików (alte Kameraden) świadek tych zdarzeń, Tadeusz Klimaszewski. Pracował w Verbrennungskommando, oddziale do spalania zwłok. Opisał swoje szokujące wspomnienia w książce. A wspomniana impreza „starych kolegów” wyglądała tak: w wielkiej hali na ścianie wisiał olbrzymi Krzyż Żelazny, a 8000 z entuzjazmem słuchało prelekcji o dawnych czasach. A sam Reinefarth? Mimo wniosków ze strony polskiej niemiecki sąd nie zgodził się na ekstradycję, nie dopatrzył się u niego dowiedzionej winy.
O chłodnym cynizmie Niemców świadczy ich zachowanie po Powstaniu. Zero emocji. Niemcy mieli czas od upadku Powstania do nadejścia Armii Czerwonej (październik 44 – styczeń 45) jeszcze ponad 3 miesiące na spokojne załatwienie swoich spraw. Najpierw wywieźli z ruin miasta 45 tys. wagonów i kilkanaście tys. ciężarówek zrabowanego mienia. Potem systematycznie detonowali blok po bloku. Dopiero wtedy zniszczyli Pałac Saski. Po co? A żeby nie został kamień na kamieniu, by wygrać wojnę z Polską, oficjalnie ją przegrywając. Bibliotekę Narodową spalili w październiku z tego samego powodu. Wykonał to oddział podpalaczy, Brandkommando – ciągle te złowieszcze nazwy. Wniosek stąd, że doszczętne zniszczenie było wynikiem nie walk, lecz chłodnej kalkulacji.
A ludzki popiół? Zgromadzono go w kurhanie-pomniku na terenie Cmentarza Powstańców Warszawy na Woli. Było go 12 ton.
Wołyń – otwarta rana; Polska i Ukraina
.Niemieckim katom Warszawy niewiele się stało. Również u Ukraińców – i to do dzisiaj – nie widać żadnej refleksji w odniesieniu do ich współpracy z nazistowskimi Niemcami. Słyszymy raczej: Nikt nie będzie nam wybierał bohaterów!
Dochodzimy tu do porównywania masakr. W ostatnich tygodniach tematem sporów była rzeź wołyńska. Przez 80 lat zawsze był „niewłaściwy czas”, żeby o niej mówić. A teraz, jak powiadają, już jest za późno. Może więc jednak dokładnie teraz jest ten czas właściwy.
Ale też słusznie się mówi, że było podobnych zbrodni więcej, dokonywanych przez oprawców z różnych stron. Rzeź wołyńska ma w chwili obecnej szczególne znaczenie. Po rosyjskiej agresji Polska i Polacy ogromnie zaangażowali się materialnie i emocjonalnie po stronie Ukrainy. Wiem, wielu twierdziło już wtedy, że Ukraińcy są tacy, jacy są, i nic z tego nie będzie. Osobiście mam skłonność do dawania pewnego kredytu zaufania, inaczej żadna współpraca nie byłaby możliwa. Za pomocą dla Ukrainy stały takie racje, że zagrożenie rosyjskie zawsze istnieje i jeżeli nawet Ukraińcy nie walczyli „za nas”, to Polska z tego korzystała.
Niech inni mówią, co chcą, ale nienaruszona armia rosyjsko-ukraińska stojąca trzy dni po inwazji na Bugu, to nie byłaby wesoła perspektywa. Również udało się uniknąć chaosu z uchodźcami, który by do nas i tak dotarł.
Realiści podkreślają, że wdzięczność nie jest walutą w polityce, ale historia się nie kończy i jeżeli się oczekuje dalszych przysług, to jakiś rewanż dobrze by zrobił. Tymczasem Ukraińcy wzięli towar bez pokwitowania i zaczęli oskarżać Polskę o wszystkie swoje nieszczęścia chyba od podboju mongolskiego, używając słów brutalnych i wulgarnych. Dziwili się potem, że Polska „nagle” przestała wspierać ich aspiracje do NATO i UE. To ich zdziwienie z kolei zszokowało mnie. Ochłodzenie to nie ma nic wspólnego z prorosyjskością. Zagrożenie rosyjskie istnieje, ale emocjonalnie nic tu nie nastąpiło. To Ukraina, a nie Rosja dostawała od nas czołgi i samoloty, to nie Putin ściskał się z naszym prezydentem, patrząc mu głęboko oczy i celebrując go jako bohatera i przyjaciela.
Rzeź wołyńska w kontekście – nie zapomnijmy o innych
.Do rzezi wołyńskiej podchodzimy obecnie bardzo emocjonalnie, ale jest ona rzeczywiście jedną z wielu masakr. Ze swoimi stu tysiącami ofiar nie jest nawet dominująca. A sierpniowe rocznice przypominają o zbrodniach niemieckich. Całe Powstanie Warszawskie to 150–200 tys. ofiar. Już na początku wojny akcja AB i Intelligenzaktion to 60 tys., w tym zbrodnia pomorska 20–40 tys. Ale poza zbrodniami spektakularnymi wyniszczanie okupowanej Polski przez Niemcy trwało bez przerwy. Na roboty przymusowe wywieziono 2,5 mln, a tam życie Polaka miało najwyżej wartość użytkową.
Swoje zrobili też nasi sąsiedzi ze wschodu. W Katyniu i innych miejscach zamordowali ok. 22 tys. polskich oficerów. Ale już wcześniej, podczas czystek 1937–1938 na terenach należących wtedy do Związku Sowieckiego, NKWD zamordowało ca 110 tys. Polaków. Po co? By usunąć element niepewny, zwłaszcza przed zbliżającą się wojną.
Tak więc lista zbrodni jest długa i różnorodna. Jak je porównać? W rzezi wołyńskiej mordował sąsiad sąsiada, dobrego znajomego, patrząc mu w oczy i kąpiąc się w jego krwi – genocidium atrox. W porównaniu z tym strzał w tył głowy czy komora gazowa to proces prawie higieniczny. Temu miała też służyć gilotyna. Ciach! – i nie ma człowieka. A komora gazowa? Sprawca był od ofiar izolowany, ale wewnątrz rozgrywały się sceny dantejskie. W efekcie ciała były przerażająco splątane, wyjmowanie ich trudno sobie wyobrazić. Dlatego oddelegowano do tego specjalne oddziały więźniów. Nie zdążyli oni wpaść w posttraumatyczny stres, ponieważ likwidowano ich co jakiś czas. A gdy w Auschwitz miano nadprodukcję ludzkiego popiołu, używano go do wysypywania dróg.
Przyznaję, że pisząc o stworzonych przez inżynierów w mundurach SS optymalnych algorytmach przetwarzania ludzkich ciał, łatwo jest skoncentrować się na aspektach czysto technicznych. Tak właśnie rozumowali twórcy systemu. W rzeczywistości musiało to wszystko wyglądać strasznie. Ale czy bardziej cywilizowana jest sytuacja, gdy pan doktor w białym kitlu wstrzyknie truciznę w serce, po czym w sterylnych warunkach pobierze próbki tkanek, które przebada sam lub wyśle swoim utytułowanym kolegom na niemieckich uniwersytetach?
Ludzie jak bogowie (lub szatani)
.Najbardziej przerażająca jest akceptacja zbrodni jako czegoś normalnego. Człowiek jednak potrafi się przyzwyczaić do wszystkiego. Wystarczy, że mu się tłucze do głowy, najlepiej od małego, że pewni ludzie są źli z natury, a określone działania są niezbędne dla postępu ludzkości albo triumfu rasy panów.
Pomocne w tym jest zasłanianie ciemnych zamiarów terminologią naukową. I tak gazowanie to „Specjalna terapia” (Sonderbehandlung), zabijanie niepełnosprawnych to „Akcja T4”, a wiadomo, co to „prawa kobiet”. Dobrze podeprzeć się autorytetami, które łączy „konsens”. Oni zaś sami, dzięki swoim tytułom, pewni są swojej nieomylności i przekonują o niej ciemny plebs. Nie wierzysz nauce? Uważaj sobie… Dlatego też stalinizm to był komunizm „naukowy”. Ze wzoru wychodziło, która grupa jest zbyteczna, wręcz szkodliwa.
Pierwszym krokiem do zbrodni jest kłamstwo. Dlatego należy zrywać maski fałszywych ludzi-bogów i nazywać rzeczy po imieniu.
Literatura
Alexandra Richie „Warsaw 1944”, 2013
Tadeusz Klimaszewski „Verbrennungskommando Warschau”, 1962




