Mateusz MORAWIECKI: Warunki przetrwania i rozwoju Europy

Warunki przetrwania i rozwoju Europy

Photo of Mateusz MORAWIECKI

Mateusz MORAWIECKI

Premier Rzeczpospolitej. Był członkiem zespołu, który negocjował warunki przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Ukończył historię na Uniwersytecie Wrocławskim, studia Business Administration na Politechnice Wrocławskiej i Central Connecticut State University.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Głośne wystąpienie Mateusza Morawieckiego na Uniwersytecie w Heidelbergu wraz z wcześniej publikowanymi przez nas tekstami Emmanuela Macrona, Olafa Scholza, Josepha Borrella stanowi osnowę najważniejszej dyskusji o wartościach europejskich oraz przyszłości Europy

Czego uczy nas historia Europy?

.Jeśli pytamy o to, czego uczy nas historia Europy, chciałbym zacząć od relacji między nami – Polakami i Niemcami. Jesteśmy sąsiadami od ponad jedenastu wieków. Żyjemy, pracujemy, martwimy się i rozwiązujemy nasze problemy nie tylko obok siebie, ale często razem. Nasze pierwsze uniwersytety założyliśmy niemalże w tym samym czasie, w Krakowie w 1364 roku i w Heidelbergu w roku 1386. Od wieków nie brakuje Polaków niemieckiego pochodzenia ani Niemców pochodzenia polskiego i słowiańskiego.

Dziś Polacy i Niemcy blisko ze sobą współpracują gospodarczo, co tworzy współzależność. Polska jest piątym największym partnerem handlowym Niemiec, po Chinach, USA, Holandii i Francji. Niedługo będziemy na czwartym miejscu, wyprzedzając Francję. A potem nawet na trzecim. Wielu nie zdaje sobie z tego sprawy, ale Rosja w tym rankingu jest dopiero na miejscu 16. Polska wraz z innymi państwami Grupy Wyszehradzkiej to partner dużo ważniejszy niż Chiny czy USA. Warto sobie uświadomić, jak bardzo Niemcy i Polska są dla siebie ważne. Chociaż w niektórych sprawach mamy inne perspektywy, to łączy nas też wiele wspólnych problemów, które także z powodu naszego sąsiedztwa musimy rozwiązywać razem.

Polska do dziś zmaga się z okrutną spuścizną II wojny światowej. Straciliśmy wtedy naszą niepodległość, wolność i ponad pięć milionów obywateli. Polskie miasta legły w gruzach, a ponad tysiąc wsi zostało bestialsko spacyfikowanych. Kiedy zachodnie Niemcy mogły normalnie się rozwijać, Polska na skutek II wojny światowej utraciła 50 lat swojej historii. Polska nigdy nie otrzymała od Niemiec rekompensaty za zbrodnie II wojny światowej, za zniszczenia, wykradziony majątek i skarby narodowej kultury. A przecież pełne pojednanie między sprawcą a ofiarą możliwe jest tylko wtedy, gdy nastąpi zadośćuczynienie. W momencie zwrotnym w historii Europy potrzebujemy takiego pojednania bardziej niż kiedykolwiek, bo wyzwania przyszłości są przeogromne.

Historia Europy, z jej największą raną – II wojną światową – wyrzuciła mój kraj, wraz z wieloma innymi, na niemal pół wieku za żelazną kurtynę. Ja i moi rówieśnicy dorastaliśmy, chodziliśmy do szkoły, rozpoczynaliśmy pracę lub studia w cieniu komunistycznych zbrodni. Miliony młodych Europejczyków żyjących za żelazną kurtyną wiedziały, że z jednej strony jest wolność, a z drugiej rosyjski kolonializm. Dla jednych suwerenność, dla innych imperialistyczna dominacja. Z jednej strony upragniona, wolna Europa, z drugiej – barbarzyński totalitaryzm. Życie pod butem Rosji sowieckiej. Gdyby ktoś nam wtedy powiedział, że zobaczymy koniec komunizmu, nie uwierzylibyśmy. Podobnie jak większość zachodnich obserwatorów i badaczy Rosji sowieckiej. A jednak to właśnie się wydarzyło. Polska Solidarność, wojna w Afganistanie, papież Jan Paweł II i twarda postawa USA w dobie prezydentury Reagana doprowadziły do upadku zbrodniczego komunizmu. Nastał czas demokracji.

Chciałbym podkreślić rolę suwerenności państwa narodowego dla podtrzymania wolności narodów. W swej istocie walka zniewolonych narodów Europy Środkowej była bowiem właśnie walką o narodową suwerenność. Ta sprawa łączyła wszystkich patriotów po obu stronach sceny politycznej, ponieważ widzieliśmy, że nasze swobody i prawa mogą się realizować tylko w granicach suwerennych, odzyskanych państw.

I mieliśmy rację. Widać to było szczególnie wyraźnie w okresach kryzysów społecznych i gospodarczych. Także w czasie niedawnej pandemii COVID-19 zobaczyliśmy, że sprawne państwa narodowe są w Europie fundamentem ochrony zdrowia obywateli. Wcześniej, w okresie kryzysu zadłużeniowego, widzieliśmy wyraźnie konflikt między państwami południa Europy – Grecją, Włochami czy Hiszpanią – a instytucjami ponadnarodowymi, które podejmowały decyzje gospodarcze w imieniu tych państw bez mandatu demokratycznego.

W obu wypadkach dotknęliśmy granic zarządzania ponadnarodowego w Europie.

W Europie nie ma bowiem lepszego gwaranta wolności narodów, ich kultury, bezpieczeństwa socjalnego, gospodarczego, politycznego czy militarnego niż państwa narodowe. Inne systemy są iluzoryczne i utopijne. Państwa narodowe mogą być wzmocnione przez organizacje między-, a nawet po części ponadnarodowe, jak Unia Europejska, ale nie mogą być przez nie zastąpione. Europa narodziła się znacznie wcześniej niż republika amerykańska, której jedność wykuwała się także w drodze wojny domowej. Dlatego odwoływanie się do tej historycznej analogii jest tak mylące. System polityczny, który nie szanuje suwerenności innych, demokracji czy też elementarnej woli narodu, czyli suwerena, prędzej czy później musi prowadzić do utopii lub do tyranii.

Chrześcijańska Europa zrodziła cywilizację, która najbardziej spośród wszystkich szanowała ludzką godność. Cywilizacja ta jest warta ochrony. Zwłaszcza wobec twardych i coraz silniejszych cywilizacji, dla których wartości demokratyczne i wolnościowe się nie liczą. Chcemy budować Europę silną, na miarę globalnych wyzwań XXI w. To skala Unii Europejskiej czyni ją znaczącą siłą w świecie, a nie jej coraz bardziej niezrozumiały system podejmowania decyzji. Potrzebujemy Europy silnej siłą państw narodowych, a nie Europy zbudowanej na ich gruzach. Taka Europa nigdy nie będzie silna, ponieważ siła polityczna, gospodarcza, kulturowa Europy bierze się z energii dostarczanej przez państwa narodowe. Alternatywą jest albo utopia technokratyczna, którą chyba wyobrażają sobie niektórzy w Brukseli, albo neoimperializm, który historia nowożytna już zdyskredytowała. Walka narodów w Europie o wolność nie skończyła się w 1989 roku. Najlepiej widać to za naszą wschodnią granicą.

Znaczenie walki Ukrainy z Rosją i wnioski z ukraińskiej wojny o Europę

.O co w istocie walczą dziś Ukraińcy? W imię czego są gotowi ryzykować swoje życie? Dlaczego nie poddali się drugiej najsilniejszej armii świata? Walka Ukraińców o prawo do samostanowienia o swoim narodowym bycie to kolejny heroiczny przejaw obrony państwa narodowego, obrony wolności. Ale żeby mieć wolę walki, trzeba naprawdę wierzyć w to, o co się walczy.

Dzisiaj Ukraińcy walczą nie tylko za swoją wolność. Od 24 lutego 2022 r. każdego dnia walczą również za wolność całej Europy. I od tego, jak potoczą się losy tej wojny, zależy również nasza przyszłość. Klęska Ukrainy będzie klęską Zachodu. Będzie klęską całego wolnego świata. Klęską większą niż Wietnam. Klęską, po której Rosja bezkarnie będzie szła za ciosem, a świat, jaki znamy, będzie dramatycznie inny. W ślad za nią podąży długa seria trudnych do przewidzenia zdarzeń. Klęska wolnego świata może rozzuchwalić Putina, jak appeasement lat 30. rozzuchwalił Hitlera. Niestety, Putin także, jak Hitler wówczas, cieszy się ogromnym poparciem społecznym. Nie jest przesadą stwierdzenie, że stoimy przed groźbą III wojny światowej. Mamy więc do czynienia z groźbą eskalacji. Drogą do jej uniknięcia jest zaprzestanie dalszego dokarmiania bestii.

Na naszych oczach rozgrywa się historia. Gdy nasze dzieci zajrzą do podręczników, zapytają, czy zrobiliśmy wszystko, aby zapewnić im spokojną przyszłość. Czy myśleliśmy o nich i długofalowym dobru naszych krajów, czy tylko o chwilowej wygodzie i odkładaniu na później trudnych decyzji? Czy wyciągnęliśmy wnioski z błędów przeszłości, czy wciąż będziemy je powtarzać? Do ostatnich dni przed wybuchem wojny słyszałem, że Putin nie zaatakuje Ukrainy. Wielu polityków w Europie wolało w to wierzyć, licząc na to, że będzie można kontynuować „Wandel durch Handel” z Rosją kosztem Europy Środkowej.

Za co biją się Ukraińcy? Gdyby byli zapatrzeni tylko w dobra materialne, a nie łączyła ich wspólnota, poddaliby się już dawno temu. Putin właśnie na to liczył. Sądził, że Ukraińcy zamiast walki wybiorą pokój za wszelką cenę. Ale się pomylił. Dlaczego? Na czym polegał błąd Kremla? Putin przecież nie jest szaleńcem, jak próbuje nam wmówić wielu z tych, którzy przez 20 lat robili z nim interesy. Putin zbyt mocno uwierzył we własną wizję świata. Nie był w stanie dostrzec tego, że Ukraińcy są narodem. I że wreszcie mają swoje państwo narodowe – być może dalekie od ideału, ale takie, za które gotowi są oddać życie.

Rosyjska propaganda twierdzi, że nie istnieje coś takiego jak odrębny naród ukraiński. Znamy powiedzenie, że jeśli fakty nie zgadzają się z teorią, tym gorzej dla faktów. Dlatego Rosja swoją pięścią próbuje wytłumaczyć Ukraińcom, że nie mają prawa do swojej tożsamości narodowej. A jednak to wnuki żołnierzy, którzy dziś ryzykują życie za wolną Ukrainę, będą kiedyś z dumą mówić w szkole: Mój dziadek walczył pod Chersoniem! A mój odpierał szturm na Kijów! Mój dziadek zginął w Mariupolu. A dzisiejsi żołnierze, ci przyszli dziadkowie, wiedzą, że biją się także o to, żeby ich wnuki mogły żyć w wolnym kraju. Pamiętajmy: naród to wspólnota żywych, umarłych i tych, którzy dopiero mają się narodzić.

Europa jest dziś świadkiem zbrodni dokonywanych w imię ideologii antynarodowej. To właśnie przyświeca Putinowi – chęć likwidacji wszelkich odrębności, zniszczenia tożsamości narodowych i roztopienia ich w wielkim rosyjskim imperium. W ruskim mirze. W rosyjskiej propagandzie wielokrotnie mogliśmy usłyszeć fałszywe oskarżenia wobec Ukraińców o faszyzm. Dokładnie tak mówił Stalin: „Przeciwników nazywajcie faszystami lub antysemitami. Trzeba tylko wystarczająco często powtarzać te epitety”. Trzeba powiedzieć jasno: faszystą jest ten, kto chce niszczyć inne narody. Jest nim każdy, kto chce narzucać innym narodom swoją wolę, wbrew prawu międzynarodowemu, łamiąc prawa człowieka, depcząc ludzką godność. Faszystą jest dziś Władimir Putin i wszyscy współsprawcy rosyjskiej agresji. Jako Europejczycy mamy obowiązek przeciwstawienia się rosyjskiemu faszyzmowi. To jest właśnie Europejska tożsamość.

Ukraińcy przypominają nam dziś, czym powinna być Europa. Naszym celem powinna być Europa wolnych ludzi i Europa wolnych narodów. Każdy Europejczyk ma prawo do wolności osobistej i bezpieczeństwa. Demokracja może być realizowana na poziomie miasta, regionu czy narodu, wszędzie tam, gdzie istnieją więzi oparte na wspólnej tożsamości. I dlatego głosowanie, w którym 140 milionów Rosjan zagłosowałoby „za” wcieleniem Ukrainy do Rosji, a 40 milionów Ukraińców byłoby „przeciw”, nie byłoby demokratyczne, czyż nie?

Jakie jeszcze wnioski płyną z ponad roku wojny na Ukrainie? Dla mnie jedna kwestia jest oczywista. Polityka układania się z Rosją zbankrutowała. Ci, którzy przez dekady chcieli strategicznego sojuszu z Rosją i uzależniali od niej energetycznie państwa europejskie, tkwili w koszmarnym błędzie. Ci, którzy przestrzegali przed rosyjskim imperializmem, mieli rację. Ci, którzy przez wiele lat finansowali rosyjskie przygotowania do wojny, rozbrajali Europę i narzucali słabszym od siebie partnerstwo z Rosją, ponoszą polityczną współodpowiedzialność za wojnę na Ukrainie oraz za obecne gospodarcze i energetyczne problemy setek milionów Europejczyków. Putin zachowywał się jak diler, który daje pierwszą dawkę za darmo, bo wie, że narkoman wróci i zgodzi się później na każdą cenę. Putin jest przebiegły, ale nie był wcale genialny, Europa uległa mu tak łatwo przede wszystkim ze względu na swoją słabość. Tą słabością było realizowanie partykularnych interesów kosztem innych państw.

Jeśli poszczególne narody Unii Europejskiej będą dążyć do dominacji nad innymi, to Europa może ponownie paść ofiarą tych samych błędów. A wszystkie decyzje co do powstrzymania rosyjskiego agresora mogą znów zostać odwrócone. Stanie się tak, jeśli kilka największych państw uzna, że dla ich elit bardziej opłacalne jest robienie z Kremlem biznesu, nawet kosztem krwi. Dziś jest to krew ukraińska. Jutro może być litewska, fińska, czeska, polska, ale przecież także niemiecka czy francuska. Mamy obowiązek, aby do tego nie dopuścić.

Czym są dziś wartości europejskie i co im zagraża?

.Pod względem dobrobytu materialnego żyjemy w najlepszych czasach w historii. Ale czy ów dobrobyt nie zabił w nas ducha? Czy jeszcze obchodzi nas, po co żyjemy? Czy bylibyśmy gotowi bronić swoich domów, swoich bliskich, swojego narodu, gdyby to na nas napadnięto?

To napięcie między sferą ducha i materii nie jest oczywiście nowe. W literaturze mało kto oddał ten problem tak dobrze jak wielki Thomas Mann, sumienie Niemiec w dobie niemieckich zbrodni nazistowskich. To właśnie bohaterowie Manna tęsknią za wyższym, bardziej wzniosłym sensem życia niż tylko gromadzenie dóbr i ich konsumpcja. Przez ostatnie dekady wielu Europejczyków uwierzyło, że konsumpcja podlana sosem rytualnych twierdzeń o „europejskich wartościach” to ostatni etap historii. Jesteśmy przeciwni takiemu podejściu. Smaganie innych batem „europejskich wartości” bez uzgodnienia ich definicji i bez zrozumienia, który kraj jakich zmian potrzebuje, jest właśnie po Mannowsku – autodestrukcyjne dla Unii Europejskiej.

Kiedyś symbolem Europy była antyczna agora. Miejsce, gdzie każdy obywatel na równych prawach mógł zabrać głos. Dziś zbyt często europejską agorę zastępują gabinety brukselskich instytucji, gdzie decyzje podejmowane są za zamkniętymi drzwiami. Jak powiedział kiedyś pewien polityk o mechanizmie działania instytucji UE: „Dekretujemy coś, jeśli nie ma wrzawy, ponieważ większość ludzi nie rozumie tego, co zostało postanowione, kontynuujemy krok po kroku, aż do punktu, z którego nie ma powrotu”. To prosta droga, by UE stała się urzędniczą dyktaturą. Równolegle do nowych okoliczności geopolitycznych rozstrzygają się teraz losy Unii. Czy będzie ona demokratyczną wspólnotą, czy biurokratyczną machiną, centralistyczną strukturą?

Polityka zawsze jest związana z wyborem. Ale ten wybór musi być dokonywany przy urnie wyborczej, a nie w zaciszu gabinetów biurokratów. Czy naprawdę chcemy ogólnoeuropejskiej kosmopolitycznej elity, posiadającej ogromną władzę, choć nieposiadającej mandatu wyborczego? Przestrzegam wszystkich, którzy marzą o stworzeniu superpaństwa zarządzanego przez wąską elitę. Jeśli będziemy ignorować różnice kulturowe, rezultatem będzie osłabienie Europy i szereg buntów, a może i nowa Wiosna Ludów, jak ta z 1848 r. Niemcy wówczas włożyli ogromny wysiłek, żeby zbudować zjednoczone i nowoczesne państwo. Na jego polityczne skutki musieli poczekać dwadzieścia lat, ale dopięli swego. Dziś stoimy przed podobnym dylematem. Jeśli rządzący Europą, podobni ówczesnym arystokratom typu Metternicha, będą woleli władzę elit i odgórne narzucanie swoich wartości, spotkają się z reakcją oporu. Może ona nadejść prędzej lub później, ale będzie nieuchronna.

Warto wrócić więc do podstawowego pytania: Czym są europejskie wartości? A co ważniejsze: Czym jest Europa? Jej historia nie zaczęła się kilkadziesiąt lat temu. Europa to ponad dwa tysiąclecia. Europa wyrasta z dziedzictwa starożytnych Greków, Rzymian oraz z chrześcijaństwa. To są nasze korzenie, z nich wyrastamy, nie możemy się od nich odcinać. Nie ma Europy bez strzelistych gotyckich katedr, nie ma też Europy bez gmachów uniwersyteckich. Europa od zawsze wznosiła się na skrzydłach wiary i rozumu. A uniwersytecki model edukacji, jaki powstał w Europie, upowszechnił się na całym świecie. Stało się tak, ponieważ europejski uniwersytet jest przestrzenią dyskusji i ścierania się przeciwstawnych racji – najlepszym środowiskiem odkrywania prawdy. W Europie nie może być miejsca na cenzurę czy ideologiczną indoktrynację. My już to przerabialiśmy w przeszłości, gdy władze komunistyczne mówiły nam, co mamy myśleć. Przeżywali to również Niemcy w czasach Hitlera, gdy palono książki nieprawomyślnych autorów. Europa powinna być katedrą dobra i uniwersytetem prawdy!

Także w tym miejscu warto zaznaczyć, że różne zakazy, arbitralne decyzje, co może, a co nie może być prezentowane w murach uniwersytetów, i polityczna poprawność godzą w odwieczną misję akademii – poszukiwanie prawdy. I tak jak strzeżemy dziedzictwa materialnego, tak samo powinniśmy strzec dziedzictwa duchowego, które stworzone jest przez członków kilkudziesięciu różnych kultur i tradycji językowych. Siłą Europy była przez wieki jej różnorodność. Mamy wspólne wartości, ale każdy naród ma własną tożsamość. Glajszachtowanie, urawniłowka – to droga donikąd.

Niemcy i Francja to dwa kluczowe państwa Europy. W ciągu 75 lat, między 1870 a 1945 rokiem, stoczyły trzy krwawe wojny, do pojednania udało się doprowadzić dopiero po ostatniej. To pojednanie owocuje dziś w specjalnych relacjach politycznych Berlina i Paryża. To szczególne wzajemne uwrażliwienie na racje obu stolic wyrosło na gruncie tragicznej przeszłości. Dla europejskiej równowagi, ale jeszcze bardziej z powodu tragicznej przeszłości potrzebny jest ten sam model wzajemnego uwrażliwienia na racje i interesy Warszawy. Dziś nie mamy w Warszawie poczucia tej wrażliwości.

Fundament pod tamto pojednanie położyli dwaj wielcy Europejczycy – Charles de Gaulle i Konrad Adenauer. Obaj chcieli zbudować trwały pokój w Europie. Obaj rozumieli, że warunkiem współpracy jest wzajemny szacunek i świadomość swoich korzeni. Kanclerz Adenauer mówił: „Jeżeli teraz odwrócimy się od źródeł naszej europejskiej cywilizacji, narodzonej z chrześcijaństwa, to nie jest możliwe, żebyśmy nie ponieśli porażki, próbując odbudować jedność europejskiego życia. To jedyny skuteczny środek utrzymania pokoju”. Generał de Gaulle miał także głęboką świadomość zarówno wielkiego dziedzictwa kultury Europy, jak i „wojny wewnętrznej”. De Gaulle powiedział: „Dante, Goethe, Chateaubriand należą do całej Europy o tyle, o ile byli odpowiednio Włochami, Niemcami i Francuzami. Nie służyliby Europie zbytnio, gdyby byli bezpaństwowcami i gdyby myśleli lub pisali w jakimś esperanto lub wolapiku”.

Naszą podstawową tożsamością jest tożsamość narodowa. Jestem Europejczykiem, bo jestem Polakiem, Francuzem, Niemcem, a nie dlatego, że zaprzeczam swojej polskości czy niemieckości. Podejmowana dziś w Europie próba likwidacji tej różnorodności, próba stworzenia nowego człowieka, wykorzenionego ze swojej narodowej tożsamości, jest podcinaniem korzeni i piłowaniem konaru, na którym wszyscy siedzimy. Uwaga! Możemy łatwo spaść, otaczające nas silne kultury i twarde dyktatury z innych części świata tylko na to czekają. Na pewno się z tego ucieszą, że Europa będzie spadała w znikomość.

Czy chcielibyśmy, żeby wszyscy Europejczycy zapomnieli o swoich językach i mówili wyłącznie w wolapiku? Ja nie chciałbym. Niektórzy próbują zanegować europejski wkład w rozwój świata, ponieważ dostrzegają tylko mroczne strony historii. I rzeczywiście, państwa odpowiedzialne za wyzysk i kolonializm, imperializm i straszne zbrodnie, jak niemiecki nazizm i rosyjski komunizm, jak zbrodnie w koloniach, powinny rozliczyć się z własną przeszłością. To część naszego europejskiego DNA: dążenie do prawdy i sprawiedliwości. Ale historyczna Europa nie jest dla nas jedynie powodem do wstydu. Cały współczesny fenomenalny rozwój nauki i dobrobyt jest, można rzec, dzieckiem Europy.

Drogą rozwoju Europy nie jest „polityczna mcdonaldyzacja”, ale czerpanie z jej własnej różnorodności. Próba sztucznego ujednolicenia Europy w imię zniesienia różnic narodowych i politycznych, doprowadzi w praktyce do chaosu i konfliktów między Europejczykami. Współpraca złączona z konkurowaniem jest najlepszą drogą do sukcesu Europy w globalnym świecie. Miliony ludzi z całego świata co roku odwiedzają Paryż, Rzym, Kolonię, Madryt, Wiedeń, Kraków czy Pragę. Bogactwo tych pięknych miast i ich siła przyciągania bierze się właśnie z tego, że każde z nich ma swoją wyjątkową, niepowtarzalną tożsamość. Nie chcemy Europy, która stawia ultimatum: albo dobrowolnie będziesz leczył swoją narodową przynależność, albo my zastosujemy wobec ciebie wszelką presję polityczną i gospodarczą.

Polska przyjęła w ciągu ostatnich miesięcy miliony uchodźców. Ukraińcy znaleźli schronienie w naszych domach. W naszym rozumieniu europejskich wartości z pewnością zawiera się pomoc sąsiadowi, który jest w potrzebie. Otrzymaliśmy jednak minimalną pomoc Unii Europejskiej. I w tym kontekście widzimy odmienne traktowanie państw w takich samych sytuacjach, a to jest przecież definicja dyskryminacji. Polska doświadcza tej dyskryminacji także ze względu na kompletny brak zrozumienia przez Zachód reform, które musiało przeprowadzić państwo wychodzące z postkomunizmu. Ze względu na wplątanie instytucji europejskich w wewnętrzne spory w państwie członkowskim pod hasłem „obrony praworządności”.

Chcę w tym miejscu wyraźnie podkreślić: mamy w Polsce to samo rozumienie słowa „praworządność” co w Niemczech. I niewielu spraw jestem tak pewien jak tej, że w dużo większym stopniu mój obóz polityczny broni realnej praworządności, niż miało to miejsce w pierwszych 25 latach po 1989 r. Broni przed oligarchizacją życia, przed dominacją zamkniętych korporacji zawodowych, przed ubóstwem i przed korupcją. Broni przed tymi patologiami. Nie jest to przedmiotem mojego zasadniczego wywodu, więc na tych uwagach w tym miejscu poprzestanę.

Jednak w głębszym sensie spór dziś rozgrywa się między suwerennością państw a suwerennością instytucji. Między pochodzącą z dołu demokratyczną władzą ludu oraz pochodzącą z góry władzą wąskich elit. Przez dwa tysiące lat istnienia Europy nigdy nikomu nie udało się podporządkować sobie politycznie całego kontynentu. Teraz też to się nie uda. Wizja scentralizowanej Europy skończy w tym samym miejscu, co obwieszczana 30 lat temu koncepcja końca historii. Im szybciej od tej wizji odejdziemy, akceptując demokrację jako źródło władzy w Europie, tym lepsza będzie nasza przyszłość.

Warto dodać, że nie ma końca historii. Historia przyspiesza i rodzi wyzwania bezkresnych rozmiarów! Niestety, duża część dzisiejszych unijnych elit funkcjonuje w alternatywnej rzeczywistości. Jeśli unijne elity będą zawzięcie upierały się przy wizji scentralizowanego superpaństwa, czeka je bunt kolejnych europejskich narodów. Im bardziej te elity będą się upierały, tym ostrzejszy będzie to bunt. Ja nie chcę polaryzacji, podziałów, walk i chaosu. Chcę Europy silnej i konkurencyjnej.

Jak Europa może wygrać wyścig o pozycję globalnego lidera?

.Przede wszystkim polityka Unii musi się zmienić. Nie w stronę większej centralizacji, oddania władzy w ręce kilku kluczowych instytucji i najsilniejszych państw, lecz w kierunku wzmocnienia równowagi między narodami z Północnej, Zachodniej, Środkowej, Wschodniej i Południowej Europy. A także w kierunku dokończenia integracji unijnej z Bałkanami Zachodnimi, Ukrainą i Mołdawią, zgodnie z granicami geograficznymi Europy.

Należy postawić pytanie, na ile poważnie traktujemy wszyscy sprawę zbudowania silnej, wpływowej Unii Europejskiej. Dziś proeuropejskość wyraża się w naszym stosunku do polityki rozszerzenia, nie w skupianiu się na samym sobie i centralizowaniu UE. Dziwnym trafem często te państwa, które lubią przedstawiać się jako proeuropejskie i proponują turbointegrację, są jednocześnie tymi najbardziej sceptycznymi wobec polityki rozszerzenia, grającymi w politycznego pokera. Nie można odwoływać się do wartości jednoczących UE i jednocześnie dzielić Europę na tych, którzy zasługują na to, by w niej być, oraz tych, dla których dostęp do niej jest zamknięty. Większy wspólny rynek, zróżnicowanie jego atutów gospodarczych uczyniłoby nas silniejszym graczem na arenie globalnej.

Często słyszę, że aby UE mogła się poszerzyć, powinna się zreformować. Pod tą tezą kryje się najczęściej zakamuflowana propozycja federalizacyjna, czyli propozycja w istocie centralizacyjna. Pod hasłem „federalizacji” kryje się bowiem narzucona odgórnie koncentracja podejmowania decyzji. W założeniach autorów tej centralizacji, nazywanej „federalizacją”, proces decyzyjny musi ulec zmianie poprzez odejście od zasady jednomyślności na rzecz głosowania większością kwalifikowaną w szeregu nowych obszarów. Argumentem za tym rozwiązaniem jest to, że uzyskanie jednomyślności w gronie ponad 30 państw będzie trudne. To prawda, że uzyskanie jednolitej opinii w większym gronie państw jest trudniejsze. Pytanie jednak, czy powinno nas to skłaniać do wniosku, że decyzje powinny być forsowane przez większość wbrew interesom mniejszości w kolejnych obszarach.

Mam inną propozycję: powstrzymajmy się od ingerencji w sprawy, w których interes narodowy pozostaje podzielony; zróbmy jeden krok do tyłu, aby zrobić dwa kroki do przodu; skupmy się na obszarach, w których traktat rzymski przyznał Unii kompetencje, a w pozostałych przypadkach kierujmy się zasadą pomocniczości.

Proces „rozlewania się” kompetencji unijnych na kolejne obszary obserwujemy od kilkudziesięciu lat. Jest on oceniany krytycznie w wielu państwach członkowskich. Mimo to w ostatnim czasie uległ przyspieszeniu. Pytanie, na ile państwa pozostają jeszcze „władcami traktatów”, jak określił to kiedyś Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe, jest dziś więc jeszcze bardziej aktualne. Jeżeli UE ma wprowadzać w swoim procesie decyzyjnym zmiany, które będą miały demokratyczną legitymację i pozwolą na działanie w duchu wzajemnego zaufania, państwa członkowskie muszą odzyskać pełne władztwo nad traktatami. Nie mogą utracić decyzyjności na rzecz „centrali w Brukseli” i „koalicji władzy”. Innymi słowy: dokonajmy przeglądu obszarów podległych Brukseli i w duchu zasady subsydiarności, przywróćmy właściwe proporcje. Więcej demokracji, więcej konsensusu, więcej równowagi między państwami a instytucjami UE. Zmniejszmy liczbę obszarów podległych kompetencjom unijnym, a wtedy Unia nawet z 35 państwami będzie bardziej sterowna i demokratyczna.

Większa centralizacja to więcej tych samych błędów. To brak słuchania głosów tych państw, które miały rację co do Putina. To oddanie władzy ludziom takim jak Gerhard Schroeder, którzy wpędzili Europę w uzależnienie od Rosji i wystawili cały kontynent na egzystencjalne zagrożenie. Przykład: ledwie kilkanaście miesięcy temu, w czerwcu 2021 r., próbowano zorganizować spotkanie Rady Europejskiej z Władimirem Putinem. Jak gdyby żadne agresywne działania Rosji do tego czasu się nie zdarzyły. Gdzie byśmy byli, gdyby nie sprzeciw Polski, Finlandii i państw bałtyckich? Gdyby odrzucono zasadę jednomyślności? O polskiej polityce zagranicznej w tym kontekście decydują w demokratycznych wyborach polscy obywatele – ludzie, dla których agresywny sąsiad jest realnym problemem. Nie są to ludzie, którzy żyją tysiące kilometrów dalej i postrzegają Rosję tylko przez pryzmat twórczości Puszkina, Tołstoja lub Czajkowskiego.

Dziś nie wystarczy mówić o odbudowie Europy. Musimy rozmawiać o nowej wizji dla Europy. Aby pokój i bezpieczeństwo stały się trwałymi fundamentami rozwoju na nadchodzące dziesięciolecia. Jeśli ostatnie miesiące można uznać za udane pod jakimś względem, to jest nim z pewnością współpraca w dziedzinie bezpieczeństwa. Współpraca transatlantycka, a w szczególności NATO, okazała się najsprawniejszym sojuszem obronnym w historii. Bez zaangażowania USA i być może Polski – nie byłoby dziś Ukrainy. NATO, umocnione przez rychłe przystąpienie Finlandii i Szwecji, jest kluczowe dla bezpieczeństwa Europy. Trzeba je wzmacniać i rozwijać. Jednocześnie musimy też budować własne zdolności obronne. Polska teraz to właśnie robi. Budujemy nowoczesną armię nie tylko po to, by bronić siebie, ale także po to, by pomagać naszym sojusznikom. Wydajemy na obronę do 4 proc. PKB, co jest możliwe tylko dzięki naprawie finansów publicznych po lukach pozostawionych w nich przez naszych poprzedników. I proponujemy, aby wydatki na obronność nie były objęte kryterium traktatu z Maastricht, czyli limitem 3 procent.

Europa rozbroiła się sama, patrząc na rosyjską agresję niczym królik w reflektory samochodu. Dziś wszędzie brakuje amunicji i podstawowych rodzajów uzbrojenia, aby odpowiedzieć na inwazję Rosji. Nie mówiąc o kolejnych zagrożeniach, które mogą wystąpić w innych częściach świata. Moim pragnieniem jest, żeby państwa Europy były militarnie tak silne, aby w razie ataku nie potrzebowały pomocy z zewnątrz, ale by same takiego wsparcia mogły udzielać. Dziś tak nie jest. Bez amerykańskiego zaangażowania nie byłoby już Ukrainy. A Kreml wyciągałby ręce po kolejne ofiary. W dobie „détente” lat 70. popełniono liczne błędy. Tamta epoka zakończyła się atakiem ZSRR na Afganistan. Zachód odpowiedział we właściwy sposób. Tym razem agresja rosyjska ostatnich 20 lat nie wzbudzała takiego zaniepokojenia. Otrzeźwienie przyszło późno – 24 lutego 2022 r.

Wszyscy pamiętamy hasło wyborcze Billa Clintona: gospodarka, głupcze! W tamtych czasach panowało powszechne przekonanie, że pieniądze są lekarstwem na wszystkie bolączki, że nawet w krajach takich jak Rosja i Chiny pieniądze budują klasę średnią i demokratyzują życie publiczne. Sprawy potoczyły się inaczej. Dziś już wiemy, że gospodarka musi iść ręka w rękę z aspiracjami społecznymi i wymogami bezpieczeństwa. Wiele problemów współczesnej Europy wynika z frustracji młodych ludzi, których perspektywy są często gorsze niż ich rodziców. Erozja klasy średniej postępuje praktycznie w całej Europie. Świat, w którym 1 proc. najbogatszych akumuluje więcej majątku niż pozostałe 99 proc., to coś oburzającego. A tak się właśnie dzieje w ostatnich czasach. Raje podatkowe, do których bardziej pasuje określenie „piekła podatkowe”, ograbiają klasę średnią i budżety Niemiec, Francji, Hiszpanii i Polski.

Siła Europy wynika przede wszystkim z najmocniejszego fundamentu, jakim jest silna klasa średnia. Poczucie, że rozwój i dobrobyt mogą być udziałem nie tylko wąskiej grupy najbogatszych, ale i całego społeczeństwa, od lat 50. było głównym motorem rozwoju świata Zachodu. Niestety, to przekonanie jest dziś coraz słabsze, a nierówności są coraz większe. To bardzo niebezpieczne, bo z jednej strony wzmacnia radykalne ruchy domagające się zniszczenia obecnej struktury gospodarczej i politycznej, a z drugiej zniechęca do pracy i rozwoju.

Musimy ten proces odwrócić. Grozi nam bowiem porażka w wyścigu z rywalami – twardymi, zahartowanymi i bezwzględnymi cywilizacjami, które inaczej układają relacje społeczne i gospodarcze. Naszym zadaniem jako liderów politycznych jest zapewnienie takich warunków do życia, żeby każdy był w stanie utrzymać się z uczciwej pracy. Europejski rynek pracy powinien zapewniać godne zarobki, ułatwiać młodym wejście na ścieżkę kariery zawodowej i dawać im poczucie stabilności. Musimy ponadto stworzyć najlepsze możliwe warunki do zakładania rodzin. Wtedy Europę czeka świetlana przyszłość. Dobrze funkcjonujące rodziny są podstawową zdrowego, szczęśliwego i stabilnego życia.

Musimy również zapobiec uzależnianiu się Europy od innych. Wielkim wyzwaniem jest współpraca z Chinami. To ogromny kraj, z wielkimi ambicjami. Jako Europa musimy być dla Chin co najmniej równoważnym partnerem. Zależność od Chin to droga donikąd. I nad tym Europa musi pilnie pracować. Obok wygrania wojny przez Ukrainę to kolejne wielkie wyzwanie na nadchodzące lata.

Nie ma błędów, których nie można naprawić. Przynajmniej częściowo. Kiedy słyszę, że nasz rząd miał rację w sprawie Rosji i Ukrainy, czuję satysfakcję. Ale zrezygnowałbym nawet z największego poczucia satysfakcji na rzecz europejskiej woli walki. Na rzecz jeszcze silniejszej niż dotąd woli politycznej, by kontynuować wsparcie dla Ukrainy. A przede wszystkim, by skonfiskować rosyjskie aktywa opiewające na 400 mld euro. Samo ich zamrożenie jest niewystarczające. Rosja musi odpowiedzieć za swoje zbrodnie i zniszczenia materialne. Brutalni agresorzy muszą wiedzieć, że prędzej czy później ich kraj zapłaci za straty spowodowane przemocą. Wzywam dziś ponownie wszystkich przywódców Unii Europejskiej – czas na pełną i trwałą konfiskatę rosyjskich aktywów i przeznaczenie ich na odbudowę Ukrainy i zmniejszenie kosztów energii dla obywateli Europy.

Europa jest znacznie silniejsza niż Rosja. Ale oprócz naszego potencjału musimy także mieć wolę do tego, aby go wykorzystać. Jeśli pozwolimy Rosji wygrać tę wojnę, ryzykujemy więcej niż tylko utratę Ukrainy. Ryzykujemy marginalizację całego naszego kontynentu. Podstawowy wniosek jest bowiem prosty. W świecie liczą się tylko silne, sprawne, pewne siebie państwa. Putin zaatakował Ukrainę, bo uważał Europejczyków za schodzących ze sceny, słabych i gnuśnych. Po roku widzimy, że był w błędzie. Przynajmniej po części. Jeszcze Europa nie zginęła, kiedy my żyjemy. Ale też jeszcze nie wygrała.

Jeszcze Europa nie zginęła, kiedy my żyjemy

.Uniwersytet w Heidelbergu kończyło również wielu Polaków – lekarzy, prawników, filozofów. Jednym z nich był nasz znakomity poeta Adam Asnyk. Na wiosnę 1871 r., gdy rodziły się zjednoczone Niemcy, Asnyk marzył także o odrodzeniu niepodległej Polski. Rozumiał, że wielkie zadania mogą być osiągane tylko poprzez cierpliwą, systematyczną pracę, przez zbiorowy wysiłek całej wspólnoty. Pisał:

Miejmy pogardę dla pychy zwycięskiej

I przyklaskiwać przemocy nie idźmy!

Ale nie wielbmy poniesionej klęski

I ze słabości swojej się nie szczyćmy.

Europa musi udowodnić swoją siłę i wartość. To nasza chwila „być albo nie być”. W przeciwieństwie jednak do Szekspirowskiego Hamleta my nie możemy się wahać. Niemiecki poeta Ferdinand Freiligrath w 1844 r., gdy Niemcy wciąż były jak ruiny zamku w Heidelbergu – imponujące, ale niepełne – przestrzegał: „Deutschland ist Hamlet!”. Niemcy zbytnio się wahają, zamiast jasno stanąć po stronie dobra.

Jan Paweł II jako jeden z czołowych orędowników zjednoczenia Europy odegrał kluczową rolę w wyzwoleniu narodów Europy. I razem ze swoim wielkim niemieckim następcą Benedyktem XVI, w tym wyjątkowym duecie polsko-niemieckim, był ważnym głosem w sprawie przyszłości Europy, jej kultury i cywilizacji.

Nie możemy zbudować przyszłości bez wyciągnięcia wniosków z przeszłości. Historia pokazuje, że polityka nieszanująca suwerenności i woli narodu prędzej czy później będzie prowadzić do utopii lub dyktatury. Europę czeka świetlana przyszłość, o ile będzie szanowała różnorodność własnych narodów.

Przyszłość Europy wykuwa się w walce o wolność, jaką toczy w naszym imieniu Ukraina. Naszym obowiązkiem jest udzielić Ukrainie wsparcia. Hart ducha Ukraińców winien być dla nas inspiracją i drogowskazem do działania.

Demokratyczna wspólnota państw, oparta na dziedzictwie Greków, Rzymian i chrześcijaństwa, pielęgnująca pokój, wolność i solidarność, jest fundamentem europejskich wartości. Na bazie tych wartości formowała się europejska integracja, i to one mogą być duchem umacniającym kontynent.

Zagrożeniem, które może osłabić te siły, jest centralizacja – rządy najsilniejszych i arbitralne powierzenie przyszłości Europy bezdusznej biurokracji, próbującej dokonać „resetu wartości”. Taki „reset”, czyli centralizacja biurokratyczna pod płaszczykiem „federalizacji”, to ziarno pod przyszłe wielkie konflikty i bunty społeczne.

By Europa wygrała wyścig o pozycję globalnego lidera, musi się zmienić. Musi być gotowa na przyjęcie nowych państw, ale też, wobec liczniejszej wspólnoty, na częściowe ograniczenie swoich kompetencji. Wobec zagrożeń zewnętrznych musi wzmacniać swój potencjał obronny. Wobec wyzwań gospodarczych i społecznych musi budować system egalitarny i ordoliberalny. I musi też walczyć z piekłami podatkowymi przebranymi za raje podatkowe. Europa musi utrzymywać racjonalne sojusze, ale też budować niezależność, unikając padania ofiarą szantażu energetycznego czy ekonomicznego.

.Europa była kiedyś centrum świata, budzącym szacunek na każdym kontynencie. Czy obchodzi nas jeszcze, czy Europa i nasza cywilizacja przetrwają? I nie tylko czy przetrwają, ale w jakiej formie? Czy mamy ambicje być liderem? Czy może pogodziliśmy się już z rolą drugoplanową? Czy mamy odwagę sprawić, aby Europa była znów wielka? Aby Europa zwyciężyła? Wierzę, że tak jest. Europa ma wielki potencjał. Wynika on z jej historii i dziedzictwa, ale też z jej obecnych niezliczonych zalet i atutów. Europie jest jednak dziś potrzebna wola i odwaga. I jestem głęboko przekonany, że jeśli będziemy ciężko pracować, w imieniu naszych Ojczyzn i całego kontynentu, jako całość, to Europa będzie dominować. Europa zwycięży!

Mateusz Morawiecki
Tekst wystąpienia w Heidelbergu został opublikowany w nr 52 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 29 kwietnia 2023