
Szkoła bez wymagań odbiera uczniom przyszłość
Szkoła bez wymagań nie wyrównuje szans, lecz odbiera uczniom wiedzę, język i zdolność samodzielnego myślenia, przekonuje prof. Chantal DELSOL. Porównując licealistów Maja ’68 z dzisiejszą francuską młodzieżą, wskazuje, że dawnym buntownikom szkoła republikańska dawała kulturę, która pozwalała wyjść z ideologicznych złudzeń. Dziś, w jej ocenie, obietnica sukcesu bez wysiłku zastępuje kształcenie, a cenę tej obietnicy zapłacą sami uczniowie.
.Licealiści Maja ’68, nasiąknięci niedorzecznościami Mao czy Trockiego, żyli w przeświadczeniu, że budują samo szczęście czy też, jak chciała uświęcona formuła, „świetlane jutro” – a jednak byli również wytworem szkolnictwa republikańskiego. Z tego tytułu posiadali bogaty zasób słów (zbyt bogaty?), recytowali z pamięci Aragona i Lenina (Materializm a empiriokrytycyzm, a jakże!). Jak tylko osłabły ich majaki, wyrośli na elity kraju. Wystarczyło jedynie zrzucić szaty chwilowego zapomnienia. Zmienić dostawcę – w pewnym sensie. Niemniej pod powierzchnią kryła się pewna kultura, pewne wykształcone nawyki intelektualne. Przemiana zatem dokonała się bez wielkiego rozgłosu, ale z łatwością.
Szkoła bez wymagań i odrzucenie zasług
Dzisiejsi licealiści mają do czynienia z zupełnie innym kłamstwem – kłamstwem Bourdieu, nowszym, lecz wywodzącym się z tego samego ducha, które nie dąży już do doskonałej równości poprzez obalanie instytucji, ale poprzez niszczenie kultury. Poziom kultury wywołuje nierówności. Wymagania, jakie szkolnictwo republikańskie stawiało uczniom, odzwierciedlały wiarę w wartość zasług – to dzięki żmudnemu i rygorystycznemu nauczaniu kultury wytworzyło kogoś takiego jak Camus. W szkolnictwie pod wezwaniem Bourdieu zasługi, jako wciąż rodzące nierówności, zostały odrzucone. I dlatego szerzy się ignorancja. Pierwszego dnia obecnych wydarzeń licealiści chcący przepędzić dziennikarza, który nie przypadł im do gustu, nie byli w stanie wykrzyczeć nic poza: „Pieprzyć twoją matkę” czy „Ty sukinsynu”. To słownictwo homeryckiego Cyklopa. Szkoła w duchu Bourdieu nie produkuje już Camusów (matka Camusa była analfabetką), lecz w imię równości po prostu masowo produkuje analfabetów. A licealiści w imię równości dzierżą dziarsko ten sztandar.
Drugie kłamstwo – spadkobierca pierwszego – jest jednak znacznie poważniejsze, ponieważ dotyka tych młodych ludzi już na początku edukacji, w szkole podstawowej, wyrządzając nieodwracalne szkody. Gdy bowiem ignorancja jest od samego początku wynoszona na piedestał (a aby tak się działo, wystarczy – z pobudek ideologicznych – nie wymagać od dzieci żadnego wysiłku), naprawa sytuacji staje się niemal niemożliwa – szkody powstają w takim wieku dzieci, w którym rozgrywa się wszystko.
W okresie Maja ‘68 rząd dusz sprawowały elity socjalistyczne i komunistyczne. To one zakazywały publikacji książek, które mogły zaszkodzić ich nurtom ideologicznym. Jean-Paul Sartre, najsłynniejszy francuski intelektualista epoki, mógł natomiast do woli twierdzić, że „każdy antykomunista to pies”. W rezultacie młodzi ludzie naturalnie brali za swój emblemat Czerwoną książeczkę Mao lub przyjmowali teorie Trockiego czy Lenina. Dziś pałeczkę przejęli aktywiści Francji Nieujarzmionej i szerzą ideologię egalitarną, która obiecuje to samo marzenie co kiedyś, a raczej – to samo złudzenie.
Kłamstwo ideologii Bourdieu polega na wmawianiu dziecku, że zdobywanie pozycji społecznej dzięki własnym zasługom jest niesprawiedliwością. Prawdziwa sprawiedliwość to taka, gdy każdy należy do elity (co nam szkodzi odwrócić porządek rzeczy, robi się tak przyjemnie, a życie przecież smutne jest…). Będziecie odtąd dostawali zaliczenia wszystkich egzaminów, od matury aż po studia. To właśnie jest sprawiedliwość i to właśnie jest przyszłość, bo w przeciwnym razie będzie dochodziło do „uprawnionej przemocy”. Powyższe kłamstwo jest tak wszechobecne, że przenicowało nawet świat reklamy: „Wszyscy mamy prawo do tego, co najlepsze, w najlepszej cenie”. Ludzie nie mają świadomości, że jeśli to „najlepsze” ma być wszędzie, to przestaje istnieć; że jeśli wszyscy są elitą, to elita przestaje istnieć. A może ludzie raczej mają tę świadomość i zdają sobie sprawę z tego, co oznacza społeczeństwo całkowicie egalitarne – takie, o jakim marzą socjaliści kończący swą długą ideologiczną podróż na Kubie, w Korei Północnej czy w Wenezueli (której reżim, nawiasem mówiąc, ubóstwiany jest przez Jeana-Luca Mélenchona).
Obietnica sukcesu bez wysiłku
Licealiści 2026 roku zamiast być zachęcani czy też przymuszani do nauki, są nieustannie wiktymizowani. Są wiktymizowani, ponieważ doświadczają katastrof klimatycznych, przeżyli lockdowny, ich szkołom brakuje środków… Tak jakby poprzednie pokolenia nie musiały mierzyć się z własnymi problemami i dramatami, z których większość miała znacznie bardziej tragiczny charakter. Są wiktymizowani jako „urasowieni”, tak jakby Francja nie była państwem zapewniającym najwięcej zasiłków i darmowości usług publicznych (opieka zdrowotna, edukacja) na każdym szczeblu i wszystkim swoim obywatelom, a nawet osobom przebywającym na jej terytorium nielegalnie. Są też ofiarami platformy Parcoursup, która (co haniebne!) stosuje pewną formę selekcji.
Licealiści Maja ‘68 byli pożytecznymi idiotami, lecz nie ofiarami (dysponowali wszelką kulturą, aby nie wpaść w zwodnicze pułapki ideologii – choć właśnie to im się przydarzyło). Dzisiejsi uczniowie nie mają szczególnych powodów, by być pożytecznymi idiotami; wpadają w ideologiczne pułapki, ponieważ brakuje im słów, a umysł pozbawiony słów pozwala się pożreć pierwszemu rekinowi, który się nawinie. Oni są ofiarami, gdyż zabrakło zarówno woli (u ideologów), jak i odwagi (u reszty, onieśmielonej przez ideologów), by stawiać wysokie wymagania w procesie nauki i wychowania.
Jeśli mamy im współczuć, to nie tylko z powodu nieprzyjaznych planów lekcji, niedostatków kadrowych w szkolnych gabinetach pielęgniarskich czy braku papieru toaletowego. Współczuć powinniśmy głównie dlatego, że wmówiono im, iż wszyscy odniosą sukces bez konieczności sprostania jakimkolwiek wymaganiom – i dlatego, że to oni bez wątpienia zapłacą wysoką cenę za to kłamstwo. Podczas jednego z ostatnich dni protestu widziałam transparent z napisem: „Nie chcemy tracić życia na zarabianiu na nie”. W tym zdaniu zawiera się skala złudzeń, jakimi byli karmieni przez kaznodziejów od pustych obietnic.
Od egalitarnej utopii do przemocy
Dziś instytucjonalni obrońcy tego ruchu – Francja Nieujarzmiona i jej poplecznicy – budzą bardziej skojarzenia z Mao niż jakąkolwiek inną postacią. Mao podsycał ogień rewolucji kulturalnej, wzywając do „wielkiego chaosu pod niebem”, by z tego chaosu „wywieść najwyższy porządek” (podziwiajmy inwencję i oddajmy szacunek Yang Jishengowi za jego monumentalną historię rewolucji kulturalnej The World Turned Upside Down: A History of the Chinese Cultural Revolution). Wszystko, co w starym świecie było źródłem nierówności, musiało zostać rozbite. Tam, gdzie rzeczywistość stawia opór woli egalitaryzmu, musi zostać zniszczona.
Podpalane są licea, atakowani są sami nauczyciele. W mojej okolicy w ciągu ostatniego tygodnia ponad sześćdziesięciu nauczycieli, dyrektorów i osób pilnujących porządku na szkolnych korytarzach padło ofiarą brutalnej napaści ze strony uczniów. To sceny przypominające najbardziej odrażające relacje spisane przez Jishenga. Grupy zradykalizowanych licealistów zaczynają od podpalania koszy na śmieci, po czym zbliżają się do nauczycieli i zamiast z nimi rozmawiać (ci uczniowie nie znają słów, proszę o tym pamiętać!), biją ich lub oblewają benzyną. „Macie rację; to, co robicie, ma wielką siłę” – oznajmia Jean-Luc Mélenchon. Piętnowane jest wszystko, co sprzeciwia się równościowemu kłamstwu.
Nigdy nie słyszałam tylu głosów domagających się zakazu istnienia szkół prywatnych – miejsc, gdzie wciąż udaje się pielęgnować zapomnianą cnotę niegdysiejszych wychowawców, czyli wysokie wymagania. Likwidowanie tego, co funkcjonuje dobrze, tak aby w porównaniu z tym nie rzucał się w oczy katastrofalny stan obecnego systemu, to jedyne rozwiązanie, jakie pozostało szarlatanowi zapędzonemu w kozi róg.
Chantal Delsol



