Agata PUŚCIKOWSKA: Lotniczka

Lotniczka

Photo of Agata PUŚCIKOWSKA

Agata PUŚCIKOWSKA

Reportażystka, felietonistka, autorka książek oraz audycji radiowych, scenarzystka filmów dokumentalnych.

Henryk Troszczyński to, czego doświadczył w Lesie Katyńskim, zabrał w pamięci i sercu do Polski. Wrócił do Warszawy jako jedyny z polskich robotników i jako jedyny z nich przeżył wojnę. Jeszcze w czasie okupacji wstąpił do AK i swoim dowódcom, w tajemnicy, opowiedział o Katyniu. Dopiero po kilkudziesięciu latach mógł mówić głośno o tym, co widział w Katyniu wiosną 1943 roku – pisze Agata PUŚCIKOWSKA w książce „Lotniczka. Opowieść o Janinie Lewandowskiej, jedynej kobiecie zamordowanej w Katyniu”.

Warszawa, Smoleńsk, jesień 1942

Heniek Troszczyński, dziewiętnastolatek, Warszawianin z urodzenia, pracował na Okęciu „u Niemca”. Musiał. Skierowano go tu, tak jak wielu młodych Polaków, z Arbeisamtu. Wiedział, że lepiej spokojnie pracować w swoim mieście niż gdzieś daleko w Rzeszy. Codziennie wraz z kolegami kopał baseny przeciwpożarowe i cementował jakieś ścianki. Robota spokojna nawet jak na czas wojny, a już z pewnością wygodna, bo do domu na Woli miał blisko. W dodatku kierownik prac – volksdeutsch – nie był zbyt surowy. Jednak praca na lotnisku skończyła się po paru miesiącach.

– Chłopaki, za kilka dni wyjazd. Jedziemy do pracy na wschód, do Smoleńska – oznajmił któregoś dnia szef. – Nie próbujcie protestować czy uciekać. Nie radzę.

Spojrzał uważnie po „chłopakach”, którzy nie byli zadowoleni. Niektórzy wręcz kryli wściekłość. Ale co było robić? Lepszy ten przymusowy Smoleńsk niż wyjazd na „roboty” do Auschwitz…

– Jeśli komuś wpadnie do głowy ucieczka, wasze rodziny trafią, no… dobrze wiecie gdzie – poinformował głucho.

Może to i szantaż, ale w jakiś diaboliczny sposób uczciwy. Nikt nie próbował kombinować. Spakowali się do wyjazdu. Zjawili się na dworcu kolejowym w umówionym czasie wszyscy pracujący na lotnisku: trzydziestu pięciu Polaków. Podróż była całkiem znośna: mieli zarezerwowane przedziały, a traktowano ich jak Niemców, a więc dobrze.

* * *

Dojechali do Smoleńska. Na miejscu się okazało, że mieli remontować dworzec kolejowy. Samo miasto nie było rozległe: rynek, odrapane kamieniczki, parę uliczek, targ. Polscy robotnicy dość szybko przyzwyczaili się do nowych warunków: praca była żmudna, ale mieli wolne niedziele. Za zarobione pieniądze – płacono im połowę zwykłego wynagrodzenia, a połowę w Warszawie odbierali ich bliscy – w Smoleńsku kupowali od miejscowych chleb czy pierogi.

Kiedy dworzec został jako tako wyremontowany, ich miejsce pracy się zmieniło.

– Zabierajcie rzeczy, jedziemy na nowe miejsce – wydał polecenie komendant. – Ruszamy jutro rano.

O umówionej godzinie podjechał traktor z przyczepą. Polacy umościli się na niej i traktor ruszył. Jechali wolno, ale niezbyt daleko – maksymalnie dwadzieścia kilometrów. A może i mniej?

– Jedziemy pod wieś Katyń – instruował komendant. – Będziecie baraki budować dla naszych niemieckich żołnierzy, wracających z frontu.

Minęli jakąś wioskę. Nie zatrzymali się jednak, ale jechali nieco dalej do czegoś, co przypominało opuszczony ośrodek wczasowy albo osadę. Heniek zauważył drewnianą, wielopiętrową, będącą w niezbyt dobrej kondycji willę. A może było ich więcej? Zauważył też, że prócz niewielkiej liczby starych wysokich drzew wokół, jak okiem sięgnąć, rośnie młodniak: drzewka nieduże, kilkuletnie. Co za dziwne miejsce? Pilnujący ich Niemcy nic nie powiedzieli. Chyba zresztą sami nie bardzo wiedzieli, co tu wcześniej było. Straszna prawda wyszła na jaw jakiś czas później.

Kozielsk, zima 1943

Zakwaterowano ich w drewnianych willach. Były kiepsko ogrzewane, w starych piecach ledwie się paliło, co stało się prawdziwym utrapieniem: na zewnątrz mróz sięgał minus czterdziestu stopni. Noce robiły się jeszcze zimniejsze. Gdy się splunęło – ślina zamarzała, zanim dotknęła podłoża.

Codzienna praca okazała się faktycznie budową baraków, ale – o czym przekonali się ze zdziwieniem – nie była bardzo ciężka. Otrzymali półfabrykaty, coś w rodzaju wielkich klocków, sztabli, które trzeba było odpowiednio ułożyć. Układali więc drzwi na jednej kupie, okna na drugiej, podobnie podłogi i ściany. Na końcu montowali piece grzewcze. Polacy pracowali z Niemcami, więc – chcąc nie chcąc – uczyli się języka niemieckiego i spędzali razem, dość pokojowo, wolny czas.

Ale rosyjskiego też się uczyli. Od miejscowych. Którejś wolnej niedzieli postanowili iść do wsi i kupić coś na rozgrzewkę. Chodzili od chaty do chaty, szukali tutejszych. Jednak ludzie chowali się, gdzie mogli, nie ufali zupełnie przybyszom.

– My Polacy, my Poliaki! – Któryś z polskich robotników zaczął w końcu krzyczeć przez płot. – Patrzcie, my nie jesteśmy Niemcy. Jesteśmy robotnikami przymusowymi – mówił na zmianę i po polsku, i łamanym rosyjskim.

Wyszedł jakiś bardziej odważny wieśniak. Podszedł bliżej grupy dziwnie ubranych przybyszów: mieli na sobie coś w rodzaju niemieckich mundurów.

– Kto wy? – zapytał chłop. – Nie Niemcy?

– Niet! – zaprzeczyli wszyscy jednocześnie.

Pokazali, że to ich ubranie robocze, które z daleka wygląda jak niemiecki mundur, ale nie ma żołnierskich guzików ze swastyką, tylko zwykłe cywilne. Mieli i białe opaski na rękawach, jednak z niemieckim napisem: „Robotnicy na służbie niemieckich sił zbrojnych”.

– My Polacy. Mundury nam tylko stare do pracy dali – tłumaczyli. – Chcieliśmy się z wami poznać i pohandlować. Chleba dobrego kupić i… samogonu. Macie?

Chłop wolno poskrobał się po łysinie, schowanej pod wielką baranicą. Rozejrzał się po bokach, w końcu ruchem ręki wskazał swój dom:

– Zachadi.

Tego wieczoru dobili targu: mieli samogon (dość podły w smaku, niezbyt mocny, do tego bolała po nim głowa) i chleb. Ale najważniejsze, że pierwsze lody zostały przełamane. Niedługo potem cała wieś już wiedziała, że polscy robotnicy krzywdy nie zrobią, a dieńgi mają. Handel to handel. Rosjanie do sprzedawanych towarów dodawali coś znacznie cenniejszego: informacje. Najpierw uświadomili Polakom, gdzie mieszkają: te wille, ten lasek zwany przez miejscowych Kozie Górki to dawna siedziba NKWD. Miejsce przeklęte…

* * *

Prace w lasku pod Katyniem trwały mimo zimy nieprzerwanie. Nieprzerwanie też, po pracy i w niedzielę, Polacy odwiedzali miejscowych wieśniaków. Poznali się wzajemnie na tyle dobrze, że jedni drugim w miarę ufali. A przynajmniej na tyle, żeby się razem napić. Poza tym po kieliszku czy dwóch języki się rozwiązują: wtedy można dowiedzieć się więcej.

I dowiadywali się. Zrazu Rosjanom nie wierzyli. Po prostu nie dało się uwierzyć w to, co słyszeli. Ale powtarzano to samo w jednej, w drugiej, w kolejnych chałupach. Gdy chłopi wspominali o tym, to nawet po samogonce mówili przyciszonym głosem. Niejeden, opowiadając, przeżegnał się trwożnie z prawa do lewa albo spojrzał na święty obraz w rogu chaty.

– To było wiosną 1940 roku, gdy nasi jeszcze byli pogodzeni z Niemcami. I gdy tu rządzili. Kazali nam siedzieć cicho, nie podchodzić blisko. Ale my i tak dużo słyszeli i widzieli. Strzały dochodziły stamtąd. – Pokazywali ręką miejsce zwane Kozimi Górkami. – A przywozili ich ciężarówkami, czarnymi takimi, o stamtąd, od Gniezdowa.

Znów machali rękami w odpowiednim kierunku, chociaż Polakom nazwa miejscowości niewiele mówiła.

– Kogo dokładnie mordowano? Tego to ja nie wiem – opowiadał kolejny chłop. Henryk widział, że było to szczere, bo człowiek niemal się cały trząsł, gdy zdawał relację. – Wiem tyle, że mundury mieli polskie, chyba oficerskie. Dużo ich było, oj, dużo! Krzyki było też słychać. Straszne… Nam nie pozwalali obserwować. Grozili, że zabiją. Nikt nie chciał śmierci ryzykować, więc czas jakiś każdy siedział cicho. Ale gdy nasi pokłócili się z Niemcami i Niemcy zaczęli ofensywę, wszystko się zmieniło. Nasi uciekli. Niemcy tu weszli, to i my mogliśmy sprawdzić, co tam się działo. Wszystko się potwierdziło: mordowali ich tutaj niedaleko, strzelali na miejscu. Zabijali po kolei…

Polacy, choć zaczynało do nich docierać, że może to być prawda, nadal jednak byli sceptyczni. Sowieci zabijali? Polskich oficerów? I to tak wielu? Jakim… prawem ich tu przywieźli?

– Prawem? Bezprawiem, raczej. Czy bolszewicy kiedykolwiek respektowali prawo i szanowali naszą cywilizację? – zaperzył się któryś z Polaków.

– Racja, racja. Ale trzeba to po prostu sprawdzić. Przekonać się – stwierdził inny. – Oni muszą nas tam zaprowadzić.

Chłopi zgodzili się zabrać Polaków na miejsce. „To” miejsce. Czuli, że muszą to z siebie wyrzucić, że muszą ten ciężar powierzyć komuś jeszcze. Może i bolszewizm chciał wyplenić z nich wiarę, ale w duszy i w sercu wielu z nich czuło głęboko, że pomordowani wzywają o pamięć i modlitwę. A może i domagają się poświęcenia tej strasznej ziemi…

* * *

Poszli po pracy. Wzięli łopaty. Prowadził ich jakiś Iwan czy Wania. Szli w milczeniu, kilkaset metrów. Zatrzymali się w młodniaku, na niewielkiej polance. Chłopi dokładnie wiedzieli, gdzie się udać. Rosły tam brzózki i sosenki, sięgające mężczyznom do pasa.

– Kopcie. No, kopcie tutaj.

Rosjanie wskazywali ziemię, pokrytą gdzieniegdzie tylko mchem. Jedno uderzenie łopaty, drugie, trzecie. Po niedługiej chwili na niezbyt dużej głębokości Polacy natrafili na jakąś przeszkodę. Henryk poczuł, że po całym ciele przechodzą mu ciarki. Jeszcze jeden czy dwa sztychy łopatą i poczuli silny zapach, którego nie można pomylić z niczym innym. Niektórzy musieli sięgnąć po chusteczkę. Chwilę potem oczom kilku Polaków i Rosjan ukazały się ręka ludzka oraz mankiet oficerskiego munduru. Zobaczyli guzik z orzełkiem.

– Są… Boże mój, są… To wszystko prawda…

W ciszy zmówili Wieczny odpoczynek.

Tylko co teraz robić?

Kwiecień 1943

W pierwszych dniach kwietnia 1943 roku do Katynia przyjechała niemiecka komisja ekshumacyjna, którą kierował profesor Gerhard Buhtz, dyrektor Instytutu Medycyny Sądowej i Kryminalistyki Uniwersytetu Wrocławskiego, główny lekarz sądowy przy szefie służby medycznej Grupy Armii „Środek”. Postawiono przeniesiony z sąsiedniej wsi drewniany budynek, w którym gromadzono ciała. Przesłuchano okoliczną ludność, by zebrać zeznania dokumentujące zbrodnię.

Henryk i wielu innych polskich robotników chodzili do Lasu Katyńskiego codziennie po pracy. Czuli, że powinni. Obserwowali profesora Buhtza, przyglądali się, jak przeprowadzano prace ekshumacyjne. Widzieli, jak najpierw specjalnymi stalowymi dzidami zakończonymi hakami sondowano ziemię. Była piaszczysta – dzidy wchodziły łatwo. Haczyk otwierał się pod ziemią i zamykał. Jakże często wyciągano go na zewnątrz wraz ze strzępami oficerskich mundurów! Tak odnajdywano doły śmierci. Następnie wykopywano kolejne ciało i kolejne, i kolejne. Wszystkich dołów śmierci było osiem. Ofiar – tysiące… Szybko powtarzano z ust do ust, że do ofiar strzelano z broni krótkiej kalibru 7,65 milimetra. Zginęły od strzału w tył głowy.

Henryk obserwował, jak badacze wraz z wynajętymi radzieckimi robotnikami wyjmowali z kieszeni ofiar papierośnice, zdjęcia, czasem okulary, bywało, że dokumenty albo medaliki. Pieniądze, przesiąknięte trupim jadem, sklejone potworną mazią, walały się między ciałami. Fetor panował taki, że nie każdy wytrzymywał. Henryk był silny. Czuł, wiedział, że musi tam być, musi zapamiętać każdy szczegół, musi analizować wszystko bardzo dokładnie. Rozumiał, że dzieje się coś być może najważniejszego w jego życiu, a kiedyś będzie musiał o tym świadczyć. Bo jak można wymordować tysiące bezbronnych ludzi? Jak można żołnierzy zabijać nie w walce, lecz strzałem w tył głowy? Wielu było też skrępowanych, maltretowanych, bitych. Badacze mówili między sobą, że w jednym z dołów znaleźli księdza kapelana. W dokumentach miał chyba Jan Leon Ziółkowski.

Można to w ogóle zrozumieć i wybaczyć? Las Katyński, wielkie cmentarzysko, podzielony został na sektory, w których prace trwały od rana do zmierzchu. Nie wolno było deptać po miejscach, które mogły okazać się kolejnymi dołami śmierci. Wbijano paliki, a na nich układano deski, co tworzyło prowizoryczne alejki, po których można się było poruszać. Jeździły też taczki do transportu zwłok. Ofiary przewożono do badań, kładziono na prowizoryczne stoły. Wówczas do pracy przystępowali naukowcy, którzy opisywali stan zwłok, wyjmowali z kieszeni płaszczy ofiar wszystko, co służyło do ich identyfikacji lub stanowiło pamiątki po zamordowanych. Wkładali odnalezione rzeczy w odpowiednio ponumerowane koperty. Miało to w przyszłości służyć nie tylko identyfikacji ciała, ale i przekazaniu pamiątek rodzinie zamordowanego.

Henryk obserwował wszystko uważnie. Wychował się na warszawskiej Woli, gdzie nie tolerowano słabości i słabych. Był więc twardy. Jednak do czasu. Do chwili gdy któregoś dnia spostrzegł przy jednym z dołów śmierci niezwykłe poruszenie: zarówno Niemcy, jak i obecni już wówczas obserwatorzy międzynarodowi na coś wskazywali wyraźnie poruszeni.

Henryk podszedł bliżej. Spojrzał i przez dłuższą chwilę musiał zapanować nad własnym ciałem. Zadrżał mocno. Poczuł ucisk w gardle i zakręciło mu się w głowie. Na ziemi leżała… kobieta. Spojrzał raz jeszcze, nie dowierzając. Tak, to kobieta! Chyba młoda. Opuchniętą w rozkładzie twarz, której rysy nie były już możliwe do rozpoznania, okalały ciemne włosy. Miała na sobie mundur pilota, była w rozpiętym płaszczu. Obok kobiety, co zupełnie wytrąciło Henryka z równowagi, leżało dziecko. Chłopiec w granatowym szkolnym mundurku, krótkich spodenkach, podkolanówkach. Henryk z trudem starał się zachować kamienną twarz…

.Wydobytych z dołu śmierci kobietę i dziecko widziało prócz niemieckich badaczy i polskich robotników wielu świadków. Komisja niemiecka szybko ciała zabrała, a sprawę wyciszyła. Podobno nawet nie odnotowano odkrycia. Tajemnicę przekazywano jednak z ust do ust, przez wiele, wiele lat…

Henryk to, czego doświadczył w Lesie Katyńskim, zabrał w pamięci i sercu do Polski. Wrócił do Warszawy jako jedyny z polskich robotników i jako jedyny z nich przeżył wojnę. Jeszcze w czasie okupacji wstąpił do AK i swoim dowódcom, w tajemnicy, opowiedział o Katyniu.

Dopiero po kilkudziesięciu latach mógł mówić głośno o tym, co widział w Katyniu wiosną 1943 roku.

Agata Puścikowska
Fragment książki „Lotniczka. Opowieść o Janinie Lewandowskiej, jedynej kobiecie zamordowanej w Katyniu”. Wyd. Znak, 2026. Polecamy: [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 24 lutego 2026