Agaton KOZIŃSKI: Polski nie zaatakowały Niemcy, tylko Wehrmacht

Polski nie zaatakowały Niemcy, tylko Wehrmacht

Photo of Agaton KOZIŃSKI

Agaton KOZIŃSKI

Publicysta. Wcześniej pracował we "Wszystko co Najważniejsze", "Polska The Times", redakcji zagranicznej PAP oraz tygodniku "Wprost". Absolwent dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Płocczanin.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Gdy patrzy się na porządek flag przed Mémorial de Caen, różnicy między ofiarą i oprawcą, między tym, kto napadł i tym, kto się broni, wskazać się nie da – pisze Agaton KOZIŃSKI

.Ponad milion turystów zwiedza każdego roku siedzibę główną Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku. 39-piętrowy budynek na Manhattanie został zaprojektowany w 1947 r. przez zespół architektów z całego globu, w jego składzie znajdowały się takie gwiazdy jak Le Corbusier, Wallace Harrison czy Oscar Niemeyer. Stworzona przez nich prosta modernistyczna konstrukcja celowo abstrahowała od jakichkolwiek nawiązań stylistycznych lub historycznych – miała być prosta, lekka, uniwersalna. Odwiedzający mają w niej dostrzec symbol pokoju i lepszego świata. Taki był plan.

Jakby dopełnieniem tego przesłania stał się charakterystyczny pomnik „Non-Violence” autorstwa Carla Frederka Reuterswarda. Na pewno go Państwo kojarzycie: kolt kalibru 45 z lufą zawiązaną na supeł. Rzeźbiarz stworzył go w 1980 r. pod wpływem zabójstwa jego przyjaciela Johna Lennona, wtedy (po nagraniu utworu „Imagine”) postrzeganego jako najważniejszego orędownika pokoju na świecie. Przesłanie pop-artowego dzieła Reuterswarda tak przypadło do gustu władzom ONZ, że w lipcu 1988 r. zdecydowały się umieścić je obok swojej siedziby głównej. W ogóle ten pomnik zrobił oszałamiającą światową karierę. Jego kopie stoją dziś w ponad 30 miejscach na Ziemi, wszędzie dając nadzieję, że świat może być lepszy. A przynajmniej mniej brutalny.

Jednym z takich miejsc jest Caen. Miasto na północy Francji, które liczy niewiele ponad 100 tys. mieszkańców, zostało wyzwolone jako pierwszej po lądowaniu aliantów w Normandii w 1944 r. Dziś w tym mieście znajduje się największe w pobliżu plaży Omaha muzeum upamiętniające D-Day. Placówka (formalnie znana jako Mémorial de Caen) jest ultranowoczesna; wprawdzie otwarto ją w 1991 r., ale w 2006 r. przeszła gruntowną metamorfozę, a od tamtej pory co roku jest poprawiana, uwspółcześniana pod względem zastosowanych multimediów, rozwiązań technicznych. W ramach tych zmian w przylegającym do muzeum parku pojawił się m.in. zawiązany rewolwer Reuterswarda.

Mémorial de Caen odwiedzić na pewno warto – choćby po to, by zobaczyć, jak należy opowiadać o zdarzeniach sprzed ośmiu dekad w sposób dostosowany do reguł komunikacji społecznej w czasach rewolucji cyfrowej. To nie jest muzeum, w którym w filcowych kapciach szura się między szklanymi gablotkami i próbuje rozczytać wyblakłe podpisy. To nie jest muzeum, które próbuje zaskoczyć widzów jakimś gadżetem w postaci szuflady z multimedialną prezentacją lub telefonu pozwalającego wysłuchać dramatycznego przemówienia z epoki. Nie było ani jednej tabliczki w stylu „Nie dotykać eksponatów”. Pod względem opowieści to absolutnie muzeum 2.0.

Od samego początku za rękę prowadzi nas niewidzialny narrator opowiadający – obrazami, słowem, dźwiękiem, animacją – historię II wojny światowej, lądowania w Normandii, a także zimnej wojny. Tylko proszę nie traktować określenia „niewidzialny narrator” dosłownie. Oczywiście, nikt nikogo w tym muzeum nie prowadzi za rękę, niczego nie pokazuje palcem. Widzowie sami idą od sali do sali, od jednej ekspozycji do kolejnej Całość jest bardzo spójna; ciągle zaskakując starannymi, pieczołowitymi aranżacjami kolejnych epizodów historycznych, konsekwentnie opowiada sekwencję zdarzeń w Europie od zakończenia I wojny światowej. Tak podaną historią trudno się znudzić.

Choć od czasów Arystotelesa wiemy, że nie sama forma ma znaczenie, ale też materia, którą ta forma kształtuje. W tym przypadku formą jest muzeum, natomiast materią dzieje najnowsze Europy. Na poziomie największego wspólnego mianownika wszystko jest spójne z tym, co mówią podręczniki do historii w polskich szkołach – a więc mamy traumę II wojny, straszliwy dramat Holokaustu i wcielenie zła absolutnego w postaci Hitlera. Jednak, gdy spojrzy się na ekspozycję w większym zbliżeniu, to rzeczywistość zaczyna wyglądać jak w gabinecie luster. Niby fakty się zgadzają, niby zdarzenia powszechnie znane, ale ich wydźwięk zgoła inny.

Przykłady najbliższe, czyli rola Polski w II wojnie. Bardzo mocno podkreślone jest, że to polscy matematycy odegrali kluczową rolę przy złamaniu Enigmy. Ale inne epizody brzmią co najmniej zastanawiająco. Choćby sam wybuch konfliktu – według opisu 1 września 1939 r. Polski nie zaatakowały Niemcy, tylko Wehrmacht. Podobny wydźwięk ma plansza poświęcona Holokaustowi. Wynika z niej, że eksterminacją Żydów zajmowali się naziści – najpierw w Niemczech i Austrii, potem w kolejnych krajach Europy. Dowiadujemy się, „naziści i kolaboranci” wymordowali w latach 1939-1945 6 mln Żydów. Największy obóz koncentracyjny znajdował się na terenie okupowanej Polski (bez adnotacji przez kogo okupowanej), czytamy też o zbrodni na Żydach w Babim Jarze koło Kijowa – też popełnionej przez nazistów. Obok mapka. Tak się składa, że większość obozów koncentracyjnych na niej zaznaczona znajdowała się na terenie przedwojennej Polski. Generalnie autorzy tej planszy gęsto i obficie szermowali terminami geograficznymi. Z jednym wyjątkiem: ani razu nie napisali, skąd owi „naziści” pochodzili.

.Podobnych przykładów – choć już nie bezpośrednio zahaczających o Polskę – jest więcej. Choćby opis samego procesu dochodzenia Hitlera do władzy. Został on mocno powiązany z reparacjami, jakie Niemcy musiały płacić w wyniku Traktatu Wersalskiego. Brzmiało to niemal jak próba rysowania rzeczywistości alternatywnej pod hasłem: „co by było, gdyby tych reparacji nie było”. Także prezentacja polityki Appeasementu daleko odbiega od polskiej wrażliwości. Układ Monachijski z września 1938 r. został przedstawiony po prostu jako kolejny element politycznej układanki tamtych czasów, wielkiej gry prowadzonej wtedy przez największe kraje na europejskiej szachownicy. Trudno było dopatrzeć się jakiejś historycznej refleksji, że oddanie części Czechosłowacji za kilka miesięcy ułudy pokoju nie było tego warte. Myśli na poziomie Churchilla o wyborze między hańbą i wojną w żaden sposób dopatrzeć się tam nie można było.

Fot. Chris Helgren / Reuters / Forum

.Jednak najbardziej zdumiewająca sytuacja ma miejsce od razu przy wejściu do Mémorial. Przed drzwiami wejściowymi jest spory dziedziniec prowadzący też do parku (widać stamtąd zawiązany rewolwer Reuterswarda), na którym ustawiono flagi państw biorących udział. Tyle że sposób ich ustawienia – delikatnie rzecz ujmując – odbiega od kanonicznych przyzwyczajeń w tym zakresie. Wszystko dlatego, że całkowicie zatarto rozróżnienie między stronami konfliktu. Państwa, które wygrały II wojnę, wymieszano z tymi, które poniosły porażkę. Flagi agresorów są wymieszane z proporcami ich ofiar. O ile jeszcze flaga Rosji – następczyni prawnej Związku Radzieckiego – jest zrozumiała, w końcu to sowiecka armia zdobyła Berlin, a Józef Stalin brał udział w konferencji jałtańskiej, a o latach 1939-1941 w tej konfiguracji zwykło się nie pamiętać. Ale znalazło się tam też miejsce dla flagi Niemiec, stoi ona dokładnie na takim samym maszcie jak flagi państw alianckich. Przypomnijmy, mówimy o muzeum upamiętniającym D-Day, atak armii sprzymierzonych przez kanał La Manche, który siły niemieckie próbowały zatrzymać na plażach Normandii. Dziś, gdy patrzy się na porządek flag przed tą placówką, w żaden sposób nie da się powiedzieć, kto w 1944 r. był dobry, a kto zły. Z tego układu wygląda to tak, jakby wszyscy byli dobrzy – albo wszyscy źli. Na pewno wszyscy są tacy sami, mają dokładnie ten sam status. Różnicy między ofiarą i oprawcą, między tym, kto napadł i tym, kto się broni, wskazać się nie da.

Wróćmy do rzeźby Reuterswarda – a dokładniej do przesłania, które za nią stoi. Szwedzki artysta wykonał ją pod wpływem zabójstwa Johna Lennona, ikony pacyfizmu dzięki zaangażowaniu (wspólnie z Yoko Ono) w protesty przeciwko wojnie w Wietnamie, a przede wszystkim dzięki utworowi „Imagine”. Piękna to piosenka. Nie przypadkiem branżowy magazyn „Rolling Stone” umieścił ją na trzecim miejscu najpiękniejszych utworów wszechczasów. Warto jednak pamiętać, że ta ballada ma nie tylko wybitną melodię, ale też tekst. Ten protest song to wezwanie do pokoju na świecie. Ale to nie jest ogólna refleksja o tym, że pokój jest lepszy niż wojna. To raczej szczegółowy instruktaż, jakie warunki świat musi spełnić, żeby móc zanurzyć się w pełni w erze post-konfliktowej. Tekst „Imagine” (jego autorami są wspólnie Lennon i Yoko Ono) jasno mówi, że uda się to osiągnąć, jeśli zostaną spełnione trzy warunki: znikną wszelkie religie, granice państw i własność prywatna. Gdy tak się stanie, wszyscy ludzie będą wspólnie dzielić się światem. Ale dopiero wtedy. Wcześniej o światowym pokoju można będzie tylko pomarzyć. Zresztą Lennon szczerze śpiewa, że jest tylko „marzycielem”. Miał chyba w 1971 r. (rok premiery „Imagine”) świadomość, że warunki globalnego pokoju, jakie stawia, są zaporowe.

Ale nawet jeśli eks-Beatles rozumiał nierealności własnej wizji, to po jego tragicznej śmierci nagle uznano, że świat z jego piosenki naprawdę jest możliwy. To przekonanie wzmocnił upadek muru berlińskiego i wiara, że fukuyamowski „koniec historii” dzieje się naprawdę. To dlatego kopie rzeźby Reuterswarda zaczęły się nagle mnożyć jak grzyby po deszczu. Zawiązany rewolwer stał się tak silnym brandem, że popularne sieciówki odzieżowe zaczęły go umieszczać na sprzedawanych przez siebie T-shirtach. Wszyscy marzyciele z piosenki Lennona za kilka dolarów mogli się jasno i precyzyjnie oznaczyć. Uniwersalny przekaz nowej fali globalizacji był gotowy.

Monetyzacja wizji globalnego pokoju to jedno – ludzie dla pieniędzy są gotowi robić dużo gorsze rzeczy. Gorzej, że uwierzyli w to też politycy. Przywódcy o ambicjach zarządzania globalnym porządkiem, nowym wspaniałym światem uznali, że relacje międzynarodowe da się zamknąć w ramach określanych przez Światową Organizacji Handlu, a takie anachronizmy jak przywiązanie do własnej ojczyzny czy wyznawanej religii skanalizuje się poprzez rywalizację sportową i prywatne akty wiary. Z trzech warunków globalnego pokoju wymienionej przez Johna Lennona (brak granic, religii, własności) dwa pierwsze były na zaawansowanym etapie realizacji. Tylko prawa własności nikt nie podważał – choć też rozwój tzw. ekonomii współdzielenia wygląda jak poważny krok w tym kierunku.

Być może ktoś kiedyś napisze książkę o tym czasie globalnej wiary w światowy pokój. Jeśli tak, to na okładce świetnie będzie pasować zdjęcie z obchodów 70. rocznicy D-Day. Na trybunie honorowej ustawionej na jednej z normandzkich plaż stanęli obok siebie przywódcy wszystkich armii alianckich. Razem z nimi Władimir Putin – choć był to rok 2014, a on zaledwie trzy miesiące wcześniej dokonał aneksji Krymu, a sześć lat wcześniej zaatakował Gruzję. W gronie tych przywódców znalazła się także Angela Merkel. Trzeba jej przyznać, że trzymała się skromnie z boku, na wszystkich fotografiach widać ją na drugim planie. Nie chciała być z przodu – ale była tam ze wszystkimi. Przywódczyni Niemiec razem z przywódcami USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Rosji, Polski, Kanady fetowała udaną ofensywę przeciwko nazistom w 1944 r. Jedność doskonała.

.Do czasu. 24 lutego 2022 r. dokładnie pokazał fałsz, na jakiej zbudowano tamtą wizję pokoju. Bo jakie wnioski Putin mógł wyciągnąć przyglądając się z pierwszego rzędu obchodom 70. rocznicy D-Day? Że nie ma takiej zbrodni, która nie poszłaby w zapomnienie. Holokaust miał być dramatem absolutnym. Globalną traumą – w tym sensie, że świat miał o niej nigdy nie zapomnieć, miała ona na nowo zdefiniować ludzkość, zapoczątkować nową erę. Tymczasem wystarczyło 70 lat, by ta granica oddzielająca dwie epoki się zatarła. Agresorzy i ich ofiary stanęli w jednym szeregu na trybunie honorowej. W muzeach upamiętniających dramat tamtych lat flagi prześladowców i prześladowanych stoją w jednym szeregu. Czyli można zrobić wszystko – bo nawet największa zbrodnia ulega zatarciu, jeśli połączy się funkcję czasu z odpowiednimi działaniami politycznymi. Dlatego rosyjskie czołgi w ubiegłym roku przekroczyły granicę Ukrainy, a desant specnazu próbował przejąć kontrolę nad lotniskiem obok Kijowa. Pewnie Putin miał świadomość ryzyka, jakie podejmuje. Ale to było ryzyko taktyczne. Na poziomie strategicznym rozumiał, że cokolwiek się stanie na Ukrainie, w pewnym momencie świat o tym zapomni, a jego odpowiedzialność się gdzieś rozmyje między prawdą i fałszem, między dobrem i złem. Skoro się rozmyła odpowiedzialność za holokaust, to dlaczego nagle Bucza i Irpień mają stać się globalnym kompasem moralności dla kolejnych pokoleń?

Niezwykłej urody piosenkę nagrał John Lennon. Ale też trafnie napisał John Scruton (w eseju „Beauty: A Very Short Introduction”), że ludzie często piękno błędnie utożsamiają z prawdą. Na tym polega przewrotna natura piękna. „Zakładamy, że dobro i piękno nie konkurują ze sobą, a poszukiwanie jednego daje się pogodzić z respektem dla tego drugiego” – pisał Scruton. Tyle że to pułapka. Tak jak pułapką jest definicja globalnego pokoju ukryta w tekście piosenki Lennona. Współczesny dramat Ukrainy brutalnie przypomniał, że brzydka prawda zawsze jest lepsza od pięknych kłamstw.

Agaton Koziński
Tekst ukazał się w nr 58 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 8 lutego 2024