Prof. Piotr BIŁOS: Dzieje propagandy, dzieje wolności.
O tym, jak inni opowiadają o Polsce i naszej historii

TSF Jazz Radio

Dzieje propagandy, dzieje wolności.
O tym, jak inni opowiadają o Polsce i naszej historii

Prof. Piotr BIŁOS

Profesor literatury, wykładowca teorii literatury, szef polskiej sekcji i współodpowiedzialny za katedrę studiów translatologicznych w INALCO w Paryżu. W latach 2006-2012 stworzył sekcję polską na uniwersytecie Lyon III Jean Moulin. Autor książek promujących uniwersalizm polskiej literatury, które ukazały się w prestiżowej serii „Classiques Garnier”: Exil et modernité: vers une littérature conçue à l’échelle du monde, Les jeux du „je”, construction et déconstruction du récit romanesque chez Wiesław Myśliwski. W 2017 r. w krakowskim Znaku ukazały się jego Powieściowe Światy Wiesława Myśliwskiego.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

Konieczne jest wypracowanie odpowiednich sposobów formalnych tak, by polskie „racje” innym „sprzedać”, ale również, by Polska stała się partnerem w dyskusji, podmiotem, który uczestniczy w procesie narracyjnej budowy wspólnego świata – pisze prof. Piotr BIŁOS

.Jest 8 września 2009 r. Godzina 20.35. Na pierwszym kanale francuskiej telewizji państwowej (France 2) zaczyna się pokaz szumnie zapowiadanego „wielkiego” dokumentu o drugiej wojnie światowej[1]. Zbierała do niego materiały przez dwa lata dziesięcioosobowa ekipa – w 30% są to filmy kolorowe, reszta została poddana koloryzacji. Tego pierwszego wieczoru ponad 6,5 miliona widzów w samej Francji zasiada przed telewizorem, by obejrzeć pierwszy z sześciu pięćdziesięciodwuminutowych odcinków (do kolejnych przysiądą się dodatkowe półtora miliona). Mniej więcej w tym samym czasie dokument zostanie pokazany w Belgii, następnie w Szwajcarii i Danii. W końcu emisja obejmie 165 krajów, a według opinii jego twórców w ciągu pięciu lat film zyska ponad miliard widzów na całym świecie (m. in. w krajach arabskich). Skupmy się jednak na tej francuskiej premierze. Każdy widz rozpoznaje głos opowiadacza-spikera, mimo że go nie widzi (i nie zobaczy), bo to Mathieu Kassowitz – taki francuski Marcin Dorociński. Głos ma przejmujący. Taki głos – ciepły, głęboki, lekko chropawy – chce się darzyć zaufaniem, bo to głos, który zaufanie wzbudza.

Dochodzi piętnasta minuta filmu. Pojawia się pierwsza wzmianka o Polsce. Stanowczym tonem Kassowitz stwierdza „Niemieckie terytorium w 1919 r. zostało podzielone na pół po to, by zapewnić Polsce dostęp do morza”[2]. Polska w tym kontekście to tylko cel wojenny Hitlera – ani teraz, ani później nie doczeka się przyznania jej statusu podmiotu. Co gorsza, w takim zdaniu najazd na Polskę zyskuje uzasadnienie, gdyż przedstawiony jest jako konsekwencja tego, że 20 lat wstecz ktoś podjął decyzję o rozdzieleniu „niemieckiego” terytorium gdańskim korytarzem – oczywiście w wersji francuskiej użyta jest forma „de Dantzig”.

Widz nie dowie się nic ani o Rzeczpospolitej obojga narodów, ani o jej rozbiorach, ani o (złożonej) historii Prus królewskich czy o Krzyżakach – słowem, nie dowie się nic o Polsce i o Polakach. Jedyny przekaz to to, że Hitler Polskę zaatakował, gdyż ta była odpowiedzialna za podział terytorium „niemieckiego”.

Co do Polski, jej miejsca w globalnej partyturze, to tylko pierwszy akord. Ale ów gwóźdź – by sięgnąć po inną przenośnię –, który dokument z 2009 roku tylko wyjął z worka, ostatecznie do trumny Polski międzywojennej wbije jego kontynuacja z 2014 roku, zrealizowana przez tę samą ekipę z okazji stulecia zakończenia pierwszej wojny światowej. Nie wyprzedzajmy jednak wypadków. Skupmy się już nie tylko na – powiedzmy – przemilczeniach, lecz na globalnym przekłamaniu dotyczącym Polski oraz kampanii wrześniowej, jaki cechuje film z 2009 roku.

Film zaczyna się od ukazania epilogu wojny i zburzonego w 1945 roku Berlina. Widz na wstępie dowiaduje się o „dramacie niemieckich kobiet” znajdującym wyraz w dobrze znanej we Francji książce Kobieta w Berlinie, z której opowiadacz wydobył takie zdanie „Lepiej mieć Niemca na brzuchu aniżeli Amerykanina na głowie.”[3]Berlin (jedyne miasto wspomniane w tej części filmu) to według spikera „jedna z głównych europejskich stolic kultury”, „miasto cieszące się wolnością w stopniu jednym z najwyższych na świecie”. Było tak, aż do chwili objęcia władzy przez Hitlera. Ten zaś przy pomocy swoich band „zawłaszczył” sobie kraj, mimo iż „naród wcale mu tak bez reszty nie ufał”, lecz dyktator posiadł „dar hipnotyzowania mas”.

Przez pierwszy kwadrans Polski nie ma – mowa jest wprawdzie o głównych „zadaniach” w agendzie Hitlera, ale pierwsze na liście to „zniszczenie Francji” oraz „wymazanie upokorzenia spowodowanego traktatem wersalskim, gdyż ten pozbawił Niemcy własnej armii oraz części terytorium”. Kwestia terytorium powróci – jednak i zarazem całkiem logicznie – po sześciu minutach – Hitler postanowił zlikwidować to, co nazywał „najgorszą potwornością Traktatu wersalskiego”, chodzi o gdański korytarz, i wyznaczył na „odzyskanie” Dantzigu oraz inwazję Polski datę 1 września 1939 r. Kwestia polska to w dokumencie zaledwie tło, mało znaczący epizod i całość narracji mu poświęconej sprowadza się do trzech podstawowych punktów – tworzą one układ hierarchiczny pod względem przekłamań i bezkrytycznego powielania propagandy – zarówno hitlerowskiej (przede wszystkim) jak i brytyjsko-francuskiej. Pierwsze nieścisłości są – powiedzmy – mniej szokujące, choć zarazem także przyczyniają się do osiągnięcia efektu końcowego – atak miał nastąpić o godzinie „5.35” i „pierwszy wystrzał armatni (na ekranie ukazuje się okręt wojenny, pancernik) drugiej wojny światowej skierowany został przeciwko Dantzigowi”. Jak widać, ani godzina się nie zgadza, ani nie są wymienione czy to Wieluń (oraz Tczew) czy Westerplatte. Wbrew pozorom nie jest to kwestia mało istotna, gdyż cały dokument cechuje jawne pominięcie polskich nazw i nazwisk. Następnie mowa jest o reakcji Francuzów i Anglików, ale znowu Polska i Polacy stanowią tylko tło, bo nie chodzi o ich obronę (i namysł nad miejscem Polski w porządku europejskim, gdzież tam…), lecz o grymas na twarzy „Führera”, gdy ten dowiedział się, że Francja i Wielka Brytania postawiły mu ultimatum i wypowiedziały wojnę.

W całym tym odcinku film skupia się na Hitlerze, ukazując go w różnych sytuacjach i pozach – a to na pokładzie samolotu, a to w samochodzie, przy kuchni polowej, w otoczeniu wiwatujących tłumów, trwa to całą minutę i piętnaście sekund (to bardzo dużo, biorąc pod uwagę rytm przepływu obrazów w całym filmie). I w ten sposób wprowadzony zostaje ostatni epizod – sam najazd. Cytat mówi sam za siebie – „Polscy lansjerzy poprowadzą bitwę należącą do innej epoki, szarżując na niemieckie czołgi. Zostaną całkowicie zmiażdżeni”. I to wszystko – ani słowa o realnych potyczkach i dramatyzmie całej kampanii. Czy można sobie wyobrazić większe szkody z punktu widzenia wizerunku historii Polski? Otóż można i film ten dokona ich! Gdyż – w tym miejscu – głos spikera zawiesza się całkowicie, ustępując miejsca obrazom i ciężkiej, dramatycznej muzyce. Potrwa to aż 40 sekund, podczas których widz zobaczy nurzące się w błocie martwe konie, dla pogrzebania których jacyś ludzie starają się łopatami wykopać doły. Pod koniec sekwencji jeszcze zobaczymy poprzewracane końskie furmanki. Na szczęście szybko opuszczamy ten teren, by przenieść się do Paryża na dworzec Wschodni (Gare de l’Est). Oczywiście konie zostały użyte po to, by pokazać (w rzeczywistości jakże względne…) zacofanie Polski, ale stanowią także podpowiedź – w rzeczy samej nie było sensu podać Polsce pomocnej dłoni (choć z samego filmu nie dowiemy się raczej o braku pomocy ze strony mocarstw zachodnich dla Polski, z opowieści płynie odwrotny wniosek – owszem Francja i Wielka Brytania, przeciwstawiając się Hitlerowi, pospieszyły Polsce z pomocą…). No i jeszcze jedno, zwrócił mi uwagę ktoś – skoro pokazuje się martwe konie, to znaczy, że nie ma (zabitych) ludzi.

Wiele obecnie się robi w Polsce w celu upowszechnienia wiedzy historycznej oraz wyczulenia społeczeństwa – jakiego w tym miejscu użyć słowa? – zwykłych obywateli – może po prostu każdego z nas na historyczność leżącą u podstaw tego, co współczesne.

Rzecz jasna jedna z głównych kwestii zaprzątających polskie głowy to rozciągnięta na długie lata, dziesięciolecia, a nawet całe wieki walka Polaków o niepodległość. Dobrze, że wiele tematów, dławionych niegdyś kneblem cenzury, stało się w końcu przedmiotem zarówno swobodnych procesów badawczych jak i otwartej debaty publicznej. Ten wysiłek, skierowany głównie do polskich odbiorców, jest w toku. Ale warto zadać sobie pytanie – jak wiele z tych tak gorliwie w kraju roztrząsanych spraw przenika do świadomości obywateli innych państw, na przykład europejskich? Czy da się w tej materii wyciągnąć wnioski natury ogólnej czy należy raczej uznać, że sytuacja rysuje się inaczej w zależności od kraju i państwa branych pod uwagę? Druga odpowiedź wydaje się trafniejsza, choć nie sposób jednocześnie zaprzeczać istnienia ogólnych trendów.

Cywilny koordynator obrony Warszawy Stefan Starzyński nie doczekał się szerszego upowszechnienia swojego nazwiska w Zachodniej opinii publicznej. Tymczasem zarówno przeciętny jak i dobrze wyedukowany odbiorca na Zachodzie doskonale kojarzy pierwszy i drugi garnitur nazistowskich oprawców i potrafi podać ich nazwiska. Z drugiej strony znajomość Hansa Franka, przywódcy Generalnego Gubernatorstwa, cechuje wyłącznie specjalistów od tematu i także nie przedarła się do opinii publicznej. Fot.: Stefan Starzyński, prezydent Warszawy, wrzesień 1939 r.

.Nawet jeśli wiele zostało do zrobienia, w anglojęzycznej strefie językowej da się zauważyć pewne krzepiące zjawiska (m. in. publikacje Halik Kochanski, Normana Daviesa, Adama Zamoyskiego, Alexandry Richie, Kenneta K. Koskodana, Lynne Olson, Iana Valentine’a, Madeleine Masson, Timothy’ego Snydera lub Marcie Shore czy Eilidh Mc Giness). Zupełnie inne oblicze ukazuje strefa francuskojęzyczna, i właśnie ten temat chciałbym podjąć, choć jednocześnie pragnę zwrócić uwagę, że Francja bynajmniej nie stanowi terytorium wyjątkowego – traktować ją należy jako istotny nadal punkt odniesienia, i wiele poczynionych na jej gruncie uwag daje się odnieść do innych stref klimatyczno-geograficznych. Tak czy inaczej to, co tam widać dziś, należy potraktować jak poważną przestrogę.Warto także pamiętać, że nie wystarczy mieć racji pod względem treści. Konieczne jest wypracowanie odpowiednich sposobów formalnych tak, by te „racje” innym „sprzedać”, ale również tak, by Polska stała się partnerem w dyskusji, podmiotem, który uczestniczy w procesie narracyjnej budowy wspólnego świata.

Nie chodzi zatem tylko o Polskę (jak w tradycyjnym patriotyzmie, skupionym wyłącznie na sobie, introwertycznym), lecz o Polskę jako nieodzowny element porządku Europy i świata. Jako podmiot uznawany przez innych, bo mający im coś do zaproponowania, do zaoferowania. Coś, co przedstawia w ich oczach wartość i co będą chcieli nabyć.

Czekam zatem na dokument, w którym zadano by pytanie – czy aby nie jest tak, że solidna Polska stanowi tamę przeciwko cyklicznemu rozpętywaniu się niemieckiego oraz rosyjskiego imperializmu? Bo póki Polsce starcza sił, ryzyko globalnej wojny w Europie znacząco obniża swój poziom. Taki wniosek wydaje się płynąć z przeglądu historii Europy w jej kilku minionych wiekach.

Zanim to jednak nastąpi, warto się pochylić nad wymową dotychczas powstałych wielkich „sag dokumentalnych”. Wiadomo, że trafiają one do wielkich rzesz społeczeństw, także do tych odbiorców, dla których głównym układem odniesienia jest kultura popularna. Ale stanowią one także ważny bodziec dla tych, którzy z historią mają do czynienia w wymiarze naukowym czy popularyzatorskim. Przez to owe sagi zyskują status wielkiej, świeckiej mszy. Z historii czynią temat atrakcyjny, podany w formie łatwo przyswajalnej. Bardzo istotny jest dobór materiałów, ale także opowieść spikera, w którego wciela się – o czym była mowa – ktoś o charakterystycznym, przejmującym głosie. Fenomen spikera w Polsce oczywiście jest znany i wielu z nas kojarzy głos Krystyny Czubówny czy Bogusława Wołoszańskiego (choć Wołoszański operuje nie tylko głosem, lecz inscenizuje także siebie samego, w całej postaci), a ostatnio do szerszej widowni trafił film animowany wyprodukowany z inicjatywy IPN, któremu głosu użyczał znany aktor Sean Bean (jak dotąd to jedna z niewielu, a może jedyna?, próba nawiązania dyskusji na poziomie światowych trendów narracyjno-formalnych). W takich filmach nie ma mowy o pogłębionej refleksji nad samą historią albo inaczej – autorzy wszystko już przemyśleli za nas – celem przekazu nie jest stawianie pytań, tylko „uświadamianie” pewnych „prawd”. W wypadku serii Apokalipsa wydaje się, że chodzi przede wszystkim o bezmiar okropności, jakie niesie ze sobą wojna. Ale produkcje tego typu oddziałują także na poziomie podprogowym i – być może – stanowią element pewnej globalnej strategii, która ani przez chwilę w nich samych wprost się nie ujawnia. Różne treści rodzą się mimochodem, między wierszami, i dotyczą szczegółowych obszarów takich jak np. status poszczególnych państw, sił lub ideologii. Celem może być zgodne z założeniem wywołanie odpowiedniego nastroju w danym społeczeństwie, odpowiedniego nastawienia – w ten sposób główny rozgrywający zyskuje dodatkowe atuty w jego próbach rozgrywania tychże społeczeństw oraz państw czy konglomeratów państw.

Warto jeszcze podjąć temat kampanii wrześniowej, gdyż stała się ona obiektem zainteresowania innej sagi dokumentalnej o drugiej wojnie światowej, powstałej w tym samym 2009 roku – chodzi tym razem o brytyjski dokument „WW2 in colour” zrealizowany wspólnie przez Nicka Davidsona i Jonathana Martina. W tym wypadku opowieść nie jest aż tak drastycznie wzgardliwa dla Polski i Polaków, choć ze względu na bardziej rozbudowany kształt powiela nawet większą ilość ujemnych przekłamań dotyczących polskiego wkładu zbrojnego na tym etapie wojny. Na początku uderza bezkrytyczny zachwyt komentarza nad niemiecką potęgą militarną, choć wiadomo, że różni historycy zwracali uwagę na słabsze strony niemieckiej machiny wojennej.

Przykład: na 3000 czołgów, jakimi we wrześniu 1939 roku dysponowali Niemcy, 2700 były to pojazdy już przestarzałe o zbyt cienkim pancerzu i uzbrojonych zaledwie w jeden mały karabin maszynowy (Panzer I) lub armatę o kalibrze zaledwie 20 mm (Panzer II). Owe, tworzące rdzeń niemieckich dywizji pancernych, pojazdy cechowały się także dużą awaryjnością i stanowiły łatwy cel dla polskiej obrony stosującej armaty Bofors czy karabiny przeciwpancerne. We wrześniu 1939 roku Wermacht posiadał zaledwie 300 maszyn nowej generacji o odpowiednio grubym pancerzu i większych armatach – były to Panzery III i IV. Żeby choć jednym zdaniem lub aluzją spiker odniósł się do tych słabości, wykorzystanych zresztą dość udanie przez polskie czołgi, tankietki czy broń przeciwpancerną, ależ nie – cały wywód to pean na cześć sprawności taktycznej i technologicznej Niemców („Blitzkrieg”) oraz stwierdzenie, że Polacy zostali całkowicie i stosunkowo łatwo rozbici. W porównaniu z Apokalipsą opis losów starcia niemieckich i polskich sił jest bardziej szczegółowy, ale z drugiej strony spiker powtórzy dwa kłamstwa typowe dla propagandy Hitlera. Aż dziw bierze, że działo się to 70 lat po zdarzeniach, w warunkach swobodnego – zdawać by się mogło – przepływu informacji. „Już drugiego dnia walk polskie lotnictwo zostało zniszczone na ziemi” – oto pierwsze kłamstwo. W rzeczywistości Polacy przenieśli 393 sprawne samoloty na zastępcze i zakamuflowane lotniska, zostawiając za sobą tylko te, które były stare i niepotrzebne. To one, podczas gdy stacjonowały na regularnych lotniskach, zostały zniszczone przez Niemców w pierwszy dzień wojny. A w świat poszła informacja, że polskie lotnictwo zostało unieszkodliwione…

Jakim cudem dziś powiela się tego typu kłamstwa? W istocie podczas kampanii wrześniowej polscy lotnicy zestrzelili łącznie 126 niemieckich samolotów, co więcej – polska artyleria przeciwlotnicza lub inny ogień z ziemi albo ewentualnie polskie bombowce były odpowiedzialne za zestrzelenie lub uszkodzenie dodatkowych przeszło 400 niemieckich samolotów. W żadnym wypadku bilans strat nie był taki beznadziejny ani opór Polaków nic nie znaczący, całkowicie bierny i nieporadny, jak wskazuje komentarz. Wreszcie warto podkreślić inny znamienny rys dotychczasowych dokumentów tego typu – w relacji padają różne niemieckie nazwy i nazwiska, np. generałów Fedora Von Bocka orazGerda von Rundstedta, pieczołowicie wymienione są nazwy niemieckich samolotów bojowych i pojazdów pancernych. Po drugiej stronie nie pojawi się ani jedno nazwisko polskie, ani – rzecz jasna – nazwa jakiejkolwiek polskiej maszyny bojowej. Znowu chodzi o to samo, Polska i Polacy są traktowani wyłącznie przedmiotowo i pretekstowo – gdyby nie agresja Hitlera, nie byłoby powodu, by o nich napomknąć.

Drugie kłamstwo to dobrze znany kawałek o „polskiej kawalerii dokonującej szarzy na niemieckie czołgi.” Jeśli początkowo słowo „legenda”, wprowadza jakąś niepewność co do faktyczności tego zdarzenia, szybko zostanie ona rozwiana takim oto stwierdzeniem: „Był to akt bezużytecznego heroizmu.”

Nie ulega kwestii, że kontynuacji dokumentu Apokalipsa poświęconego drugiej wojnie światowej z 2009 roku, to jest serii noszącej tę samą nazwę, wyemitowanej w 2014 roku i opisującej tym razem dzieje pierwszej wojny, udało się pokazać straszliwe skutki konfliktu rozgrywającego się w globalnej skali – ogrom zniszczeń, cierpień i ofiar śmiertelnych. Można jednak żałować, że efekt ten został osiągnięty kosztem wielu uproszczeń i wątpliwych ujęć. I szkoda, że tym razem również polskie sprawy to jedna z głównych ofiar podobnych zabiegów…

Zacznijmy od prostej obserwacji – cały film charakteryzuje się totalnym pominięciem Polski i Polaków. Polski pierwiastek został wyrugowany – spiker ani słowem nie zająknie się o tym, że w toczących boje armiach byli wcieleni polscy żołnierze, choć drobiazgowo wymienia różne narodowości żołnierzy armii imperiów francuskiego i brytyjskiego – pochodzących z Nowej Fundlandii, Australii, Nowej Zelandii, Kanady, Indii, Południowej Afryki, Senegalu, Tunezji, Algierii, Maroka… Polskich ofiar nie ma, a polscy żołnierze „występują” wyłącznie jako żołnierze rosyjscy, austrowęgierscy, niemieccy, francuscy i amerykańscy itd. Na ukazujących się regularnie mapach Europy próżno by szukać śladu nie tylko (dawnej) Polski ale także ludności polskiej. Mimo że to kwestia narodowości stała za zamachem w Sarajewie, nie jest ona poruszana wprost – zdecydowanie, nachalnie dominuje perspektywa wielkich mocarstw i imperiów oraz „pierwszoplanowych” narodów. Pojawi się ona za to w części piątej, w swego rodzaju epilogu, przy czym głos spikera informuje, że kwestię tę wywołał amerykański prezydent, czyniąc z niej jeden ze swoich postulatów. Wszystko to zgodne z prawdą historyczną, co jednak nie znaczy, że komentarz wolny jest od ujemnego zabarwienia, gdyż amerykański prezydent pokazany został bardzo ambiwalentnie. Udzielił wprawdzie pomocy Francji i Wielkiej Brytanii (nie bez oporu, jak nam przy okazji uświadomiono), ale starał się przede wszystkim wykorzystać fakt słabnącej Europy.

To jeszcze pestka, najciekawsze przed nami. Widz dowiaduje się, że w latach 1919-1922 rodzą się w Europie nowe „kraje” (użyto bowiem słowa „pays”, a nie „Etat” czyli „Państwo”) kosztem Niemiec.

Spiker już zdążył oznajmić, że Traktat Wersalski był wysoce niesprawiedliwy, gdyż oznaczał „upokorzenie” Niemiec. W końcu pojawia się słowo Polska, ale jest ono tylko okolicznością (w żadnym wypadku podmiotem) w ramach stwierdzenia, iż „Niemcy zostały podzielone na pół przez gdański korytarz (znany nam już „corridor de Dantzig”),sztuczniewykoncypowany, po to, by zapewnić Polsce dostęp do morza”. Zwracam uwagę na to sformułowanie:sztuczniewykoncypowany. W tej końcówce pojawia się także Rosja – „po tym jak wykluczono ją z udziału w konferencji wersalskiej i na skutek okropnej wojny domowej Rosja przekształci się w Związek Radziecki”. Przemilczane są całkowicie wojna polsko-bolszewicka oraz ryzyko zajęcia Europy kontynentalnej przez armię czerwoną. Opowieść skonstruowana została tak, by stworzyć wrażenie, że wskutek Traktatu Wersalskiego to Niemcy przede wszystkim ale również Rosja urosły do rangi największych ofiar tamtejszych zdarzeń.

Kultura paryska spełniła swoją rolę w stosunku do krajowych odbiorców, niestety (zdaje się planowo) jej zadaniem nie było docieranie do niepolskojęzycznych odbiorców we Francji i na świecie. W ten sposób nie przyczyniła się do wprowadzenia tam polskiego punktu widzenia, który w dużej mierze pozostaje do dziś nieznany acz często atakowany. Fot.: Maisons-Laffitte k/Paryza, Francja, 1996. Jerzy Giedroyc, redaktor, publicysta, wydawca, zalozyciel i wieloletni szef polskiego Instytutu Literackiego oraz redaktor naczelny paryskiej “Kultury”. Zdjecie wykonane w siedzibie Instytutu Literackiego. 

.Zmierzając do konkluzji tego szkicu, pragnę nawiązać do pewnej publikacji wysoko notowanej na giełdzie naukowych osiągnięć ostatnich lat w Zachodniej Europie i na podstawie „wypaczeń” dotyczących Europy Środkowo-Wschodniej, zwłaszcza zaś Polski, jakich się ona dopuszcza, zaproponować listę takich czułych punktów, strategicznie kluczowych z punktu widzenia lepszego rozumienia spraw polskich na świecie. Realizacja warunku owego lepszego zrozumienia w skali globalnej, o czym rzadko się mówi wprost, to także warunek integracji Polski ze strukturami zglobalizowanego świata.

Mówiąc bardziej dobitnie, nie tylko Polska i Polacy mają do nadrobienia pewne zaległości. Pamiętajmy jednak: to od nas w decydującej mierze będzie zależeć, czy wynajdziemy sposoby na to, by zarówno pod względem treści jak i samej formy (drugi ten człon jest niezwykle istotny), pomóc światu zrozumieć, czym była Polska i jaką rolę może ona spełniać w ogólnym porządku europejskim i światowym. Punkty te będące aspektami historii, symbolami, wokół których wypada rozwinąć szczególnie czujną i wzmożoną aktywność, nazwałbym strategiczno-narracyjnymi twierdzami Modlin europejskiej (nie tylko polskiej) historii, takimi centralnymi portami komunikacyjno-narracyjnymi, gdyż to od ich funkcjonowania w dużej mierze zależy to, jak polska kultura, naród, zbiorowość rozpracowywana jest przez ogólną sieć przepływów informacji na świecie.

.Podaję po kolei w porządku chronologicznym- logicznym.

Po pierwsze: należy przypominać, że w 1918 roku Polska powstała/odrodziła się ponownie nie tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności i nie tylko dlatego, że akurat taki pomysł mieli wtedy Francuzi na zabezpieczenie się od Niemiec na Wschodzie (gdyż rewolucja bolszewicka zamroziła skuteczność zasłużonej „alliance franco-russe”). Inaczej niż stwierdzono to we wspomnianej przeze mnie sadze historycznej (ale także naukowej publikacji…), Polska odradza się również dzięki staraniom samych Polaków – Legionów i Józefa Piłsudskiego, Komitetu Narodowego Polski, którym steruje Roman Dmowski, aktywności Ignacego Jana Paderewskiego za oceanem. Ja wiem, że my Polacy o tym doskonale wiemy – chodzi o to, byśmy spowodowali, by poza nami inni też o tym wiedzieli i rozumieli, że przemilczanie takich faktów to „obciach”.

Po drugie: we wspominanej naukowej publikacji czytelnikowi proponuje się (narzuca…) listę najbardziej ważkich zdarzeń/przełomów historii XX wieku w Europie („major milestones of the XX century”), są to – rewolucja w Rosji, trzecia rzesza, holokaust oraz zimna wojna. Otóż zabrakło na tej liście pojęcia zagarnięcia przez sowietów Europy Środkowo-Wschodniej (dokonanego za zgodą aliantów). Przypominajmy o tym, grzecznie ale stanowczo. Tym bardziej, że można się odwołać do eseju Milana Kundera „Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej.”

Po trzecie: coraz częściej historia Europy w XX wieku pisana jest z podwójnej perspektywy – niemieckiej i rosyjskiej (mimo iż autorzy takich syntez sami najczęściej wywodzą z innych krajów). We wspomnianej publikacji naukowej autorzy nawet się z tym nie kryją i stwierdzają to wprost. Obu tym krajom te, ale także kulturom, narodom, ustrojom politycznym, działaczom… powierza się rolę bycia środkami ciężkości europejskiej historii dwudziestego wieku – istnieje bowiem szersze pozwolenie, aby tak było i tworzy się pewien rodzaj konsensu wokół tego. Aby nie posądzano mnie o gołosłowność czy idealizm (bo wcale nie jest tak, że takie podejście wynika z „chłodnej i rzeczowej” analizy faktów), posłużę się jednym przykładem. Jak twierdzą autorzy wspomnianej publikacji naukowej, wszelkie badania opinii publicznej, ale także kwerenda przeprowadzona na podstawie wyszukiwarki „google” dowodzą, że do statusu symbolu numer 1 zimnej wojny urósł mur berliński i jego zniszczenie. Tymczasem warto w tej materii odwołać się do wypowiedzi dwóch spośród najbardziej zasłużonych (również dla dialogu i pojednania polsko-niemieckiego) wschodnio-niemieckich dysydentów-opozycjonistów, Wolfganga Templina i Ludwiga Mehlhorna – obaj stwierdzają zgodnie, że w Niemczech Wschodnich po tym, jak protesty z 1953 roku zostały zdławione i niektóre zgłaszane wówczas postulaty częściowo spełnione, ruch oporu był nieliczny i slaby, mało skuteczny i przede wszystkim pozbawiony wiary we własne siły. To powodowało, że wschodnioniemieccy opozycjoniści wzorowali się na KOR-ze i Solidarności, a z biegiem czasu nabierali coraz większego dystansu do tego polskiego ruchu społecznego, bo obawiali się, że może on doprowadzić w końcu do interwencji sowieckiej i wojsk układu warszawskiego, co by oznaczało najazd niemieckich jednostek na Polskę…, który źle im się kojarzył i którego chcieli uniknąć.

Obalenie komunizmu to proces o wielonurtowym i wieloramiennym rodowodzie, którego nie sposób zrozumieć bez odwołania się do różnych sił obejmujących cały region Europy Środkowo-Wschodniej w różnych momentach „okupacji” (w tym kontekście termin wydaje się właściwy) pomiędzy 1945 rokiem i początkiem lat ‘90. Fakt, że złożoność i bogactwo tego obrazu przyćmiona została jednym, nieważne jak wymownym w swojej plastyce, symbolem, to porażka. Już na paradoks zakrawa fakt, że mur Berliński przyćmiewa pamięć o berlińskich protestach z czerwca 1953 roku, które były niezwykle dramatyczne i krwawe. Przypominam, że rewoltę stłumiły wówczas czołgi sowieckie, powodując śmierć 24 obywateli NRD, 8 dodatkowych osób zginęło od pocisków Policji Ludowej NRD. Bilans był dużo bardziej tragiczny z uwagi na późniejsze represje zakończone egzekucjami (18 powstańców, którzy stanęli przed sowieckimi sądami wojskowymi, padło od radzieckich pocisków) lub aresztami z zastosowaniem wysokich kar pozbawienia wolności. Powstanie czerwcowe słusznie uważa się za pierwsze tych rozmiarów wystąpienie klasy robotniczej i ludu przeciwko władzy komunistycznej w bloku Wschodnim. Stało się ono źródłem inspiracji dla Polaków i Węgrów trzy lata później. W ten sposób powstawały poszczególne ogniwa łańcucha wydarzeń w Polsce i na Węgrzech w 1956 roku, w 1968 roku w Czechosłowacji i Polsce, w latach 1970, 1976, 1980-81 itd. w Polsce. To wyliczenie nie jest wyczerpujące – zdarzeń i krajów wypadałoby przytoczyć więcej.

Po czwarte: coraz częściej na obwolucie różnych książek można dziś przeczytać w różnych światowych językach: „W Polsce w roku 1943…”, tak jakby polski organizm państwowy był wówczas aktywny i odpowiedzialny za to, co się na polskich ziemiach działo. Podobnie wszyscy dziś na świecie piszą „został deportowany do obozu Auschwitz w Polsce”. Otóż Auschwitz nie tylko był obozem niemieckim (dyskusja ta jest dobrze znana wszystkim), ale przypominam, że Oświęcim i okolice zostały bezpośrednio wcielone do trzeciej rzeszy, co oznacza, że w 1943 roku, były to po prostu Niemcy – stąd zresztą do dziś w tym wypadku używa się niemieckiej nazwy „Auschwitz”, podczas gdy na określenie obozów pozostających w granicach Generalnego Gubernatorstwa posługujemy się polskimi nazwami takimi jak „Majdanek”. No właśnie – Generalne Gubernatorstwo… Polska historiografia i tradycja zwykły uważać, że w latach 1939-1945 występuje zjawisko okupacji – wszyscy tak mówimy i myślimy, ale czy słusznie? I czy nie przyczyniamy się przez to mimowolnie do utrwalania pewnych uprzedzeń względem Polski? Znam oczywiście argumenty przemawiające za terminem „okupacja” (włącznie z unikalnym zjawiskiem państwa podziemnego). Nie chcę się upierać i nie jestem specjalistą od prawa wojennego, natomiast wiem, że okupacja w Polsce i we Francji to zupełnie dwie różne rzeczy i przeczytałem, że aby można było mówić o „okupacji” spełnione muszą być co najmniej dwa warunki – podpisanie rozejmu oraz uszanowanie przez okupanta struktur państwowo-administracyjnych okupowanego państwa, gdyż pojęcie „okupacji” niejako z góry zakłada własną tymczasowość. W świetle takich stwierdzeń, rychło może się okazać, że mówienie o okupacji niemieckiej w Polsce w latach 1939-1945 to dość swobodna przenośnia, a nie rzetelne stwierdzenie faktów.

Po piąte: co i rusz w rozważaniach nad historią daje o sobie znać pewien trend stwierdzający wprost lub między wierszami, że to Niemcy były główną ofiarą XX wieku w Europie (ewentualnie przy jednoczesnym stwierdzeniu, że były one głównym katem, ale jedno nie wyklucza drugiego), gdyż w dwóch kluczowych tejże historii momentach, mianowicie w roku 1919 i 1945, ich terytorium zostało drastycznie pomniejszone. I jakimś dziwnym trafem w obu wypadkach (i tak to stoi w naukowych publikacjach, o których wspomniałem), stwierdza się bezkrytycznie, że owe terytorialne straty odbyły się na korzyść Polski czy – mówiąc inaczej – to Polska raz po raz poszerzała swoje terytorium kosztemNiemiec. Zwracam uwagę na określeniekosztem, gdyż używa się go wprost.

Po szóste: kiedy w zachodnich dyskusjach pojawia się już temat Polski, bardzo często i z reguły z ust historyków mających taki czy inny polski rodowód pada argument, jakoby polską historiografię dałoby się łatwo podzielić na dwa nurty: patriotyczny i krytyczny, przy czym rzeczony „nurt patriotyczny” zostaje przedstawiony w sposób karykaturalny i tendencyjny – jako dążący za wszelką cenę, również zatem za cenę kłamstwa, przeinaczeń i przemilczeń, do utwierdzenia idei Polski i Polaków jako zawsze tylko padających ofiarą potężnych sąsiadów i jako uosobienie tego, co nigdy się nie skalało, co na przestrzeni wieków pozostało niepokalane. Po drugiej stronie za to mieliby się znaleźć rycerze prawdy, orędownicy sprawiedliwego traktowania wszystkich niuansów historii oraz – jednak w przeważającej mierze – dzielnego stawiania czoła tejże historii „mrocznym kartom”.

Otóż taki podział w żaden sposób nie wydaje mi się per se prawomocny – po pierwsze dlatego, że popycha nas w objęcia niezwykle kontrowersyjnego założenia, że historia w nieunikniony sposób splata się z moralizatorstwem, po drugie dlatego, że inspiracji szukałbym jednak po stronie historiografii, która przy okazywaniu przywiązania do idei Polski, będzie umiała zachowywać krytycyzm w stosunku do wszelkich aspektów nie tylko dziejów Polski, ale także dziejów w ogóle, i będzie starała się owe dzieje Polski rozpatrywać w komparatystycznym świetle dziejów w ogóle. Zawsze udzielam tej samej rady – proste binarne podziały są szkodliwe i trzeba starać się je przezwyciężać. Zresztą pragnę zwrócić uwagę, że wielu najwybitniejszych umysłów, dla których krytyczna analiza polskich dziejów i kultury stanowiła niejako hasło, przezwyciężało takie schematyczne podziały, przez co nie dają się oni prosto zaszufladkować ani po jednej ani po drugiej stronie rzeczonej „barykady” – wspomnieć można Adolfa Rudnickiego, Zofię Nałkowską, Jerzego Andrzejewskiego (jeśli chodzi o spojrzenie na dzieje „drugiej wojny”), Witolda Gombrowicza oraz Stanisława Dygata, jeśli chodzi o literaturę „rozrachunków inteligenckich”.

Po siódme: wreszcie nigdy dość nie będzie przypominać światu (i sobie) o wolnościowych aspiracjach tak żywych w dziejach Polski, swoistym wolnościowym paradygmacie, na którym opiera się ustrojowa tradycja Polski – dotyczy to zarówno dawnej Rzeczpospolitej, jak i dwudziestowiecznej Solidarności. Przy wszystkich mankamentach i na szerokim europejsko-porównawczym tle owe tradycje i aspiracje stanowią potężne źródło inspiracji. Bo nigdy dość poszerzania własnej wolności za pomocą pracy organicznej.

Piotr Biłos

[1]https://playtv.fr/programmes-tv/ce-soir/08-09-2009/ [2]Le territoire allemand avait été coupé en deux en 1919 pour donner à Pologne accès la mer [3]Il vaut mieux avoir un Russe sur le ventre qu’un Américain sur la tête.

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam