Agaton KOZIŃSKI: Michel Houellebecq - prorok czy mistrz autokreacji?

Michel Houellebecq - prorok czy mistrz autokreacji?

Photo of Agaton KOZIŃSKI

Agaton KOZIŃSKI

Zastępca red. naczelnego "Wszystko Co Najważniejsze". Red. naczelny "Piękno historii". Wcześniej pracował w "Polska The Times", redakcji zagranicznej PAP oraz tygodniku "Wprost". Absolwent dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Płocczanin.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Michel Houellebecq opisuje przyszłość Europy. Wizjoner czy hochsztapler żerujący na naszych lękach? – pyta Agaton KOZIŃSKI

.„Każdy pisarz wie, że jest nieautentyczny. Każdy wymyślony pisarz jest bardziej wiarygodny niż prawdziwy” – pisał John le Carré. Pewnie wniosek z autopsji, bo ten dylemat ćwiczy na sobie od dawna. Autor wybitnych powieści szpiegowskich przez pięć lat pracował w brytyjskim MI6 – a później w recenzjach swoich kolejnych książek ciągle natrafiał na analizy, ile w jego opowieści jest prawdy, a ile fikcji. Szybko musiał się zorientować, że różnica między fikcją i rzeczywistością w jego przypadku jest do odróżnienia właściwie tylko przez niego. W przypadku le Carrégo zatarcie różnicy między prawdą i fikcją jest konsekwencją jego biografii – choć nie oszukujmy się, jest ona także jedną z głównych przyczyn jego światowego sukcesu. Brytyjski pisarz nie jest jednak na literackim rynku najlepszym specjalistą od „personal brandingu”. W tej dziedzinie palmę pierwszeństwa bezapelacyjnie dzierży Michel Houellebecq.

Obserwując jego karierę, przyglądając się, jak ewoluuje jego pisarstwo, trudno ocenić, co tak naprawdę jest prawdą, a co fikcją, co zdarzeniem autentycznym, a co czystą kreacją. Widzimy tylko Houellebecqa, który z papierosem w kąciku ust, z lekko ironicznym uśmiechem obserwuje miotających się czytelników i specjalistów od literatury, którzy próbują jego zachowanie, jego pisanie jakoś ubrać w słowa. Bo im bardziej się miotają, tym bardziej nakręca się moda na niego.

A w tym wszystkim Michel Houellebecq zachowuje się niczym sadysta-gawędziarz. Sam nogi pająkowi nie oderwie – ale z dużą przyjemnością będzie obserwował, jak zrobi to starszy brat. Sam o sobie nic nie mówi, swoje życie prywatne ukrywa – ale w ogóle mu nie przeszkadza, gdy inni spekulują na ten temat. Więcej, sam chętnie je będzie podsycać zręcznie przemycanymi sugestiami w (rzadkich) wywiadach. Albo wręcz tworzyć plotki o sobie. Jak o swoim trzecim ślubie, który wziął we wrześniu ubiegłego roku. Wydarzenie było z kategorii „tajne przez poufne” – właściwie nikt o nim nie wiedział, właściwie nikt nie otrzymał zaproszenia, nikt nawet nie snuł przypuszczeń, że takie zdarzenie może mieć miejsce. Pełna prywatność i dyskrecja – gdyby nie to, że wśród bardzo nielicznych gości znalazła się królowa mediów społecznościowych (410 tys. obserwujących na Instagramie, 180 tys. na Facebooku), gwiazda plotkarskich portali Carla Bruni.

Wystarczyło, że upubliczniła kilka zdjęć z ceremonii – i na całym świecie zaroiło się od artykułów o nowym związku naczelnego cynika XXI wieku. Ale oczywiście w tych tekstach nie było ani słowa komentarza Houellebecqa. Jak mogłyby się tam znaleźć, skoro ten człowiek strzeże swej prywatności jak niepodległości?

Marketing de soi-même

.„Nie jest moją rolą być odpowiedzialnym. Nie czuję się odpowiedzialny” – tłumaczył Houellebecq w jednym z wywiadów. „Rolą powieści jest dostarczyć rozrywki czytelnikom” – podkreślał w czasie rozmowy przy okazji publikacji „Uległości”, jego przedostatniej książki.

Czy to właśnie przesądza o popularności jego książek? Generalnie jako twórca literatury popularnej nieustannie odwołuje się do emocji czytelników – i robi to skutecznie, o czym świadczy liczba sprzedanych egzemplarzy jego powieści, a także kolekcja nagród, które zebrał. Oczywiście, Michel Houellebecq te emocje generuje przede wszystkim seksem. W jego opisach potrafi być wyuzdany aż do przesady (w „Serotoninie”, która w maju będzie w polskich księgarniach, zdecydowanie przekracza granice akceptowane w literaturze pięknej), ale swój efekt osiąga, bo uwagę od książki trudno uwolnić.

Ale nie z samego seksu składają się jego opowieści. Houellebecq chętnie też sięga po strach. Nie buduje klimatów jak z horrorów – nie ma żadnych skrzypiących desek na schodach, głuchych telefonów czy zmarłych dzieci wychodzących z telewizora. Są za to lęki egzystencjalne, które zalęgają się w nas od najmłodszych lat, ale również takie, które wywołuje zmieniający się dookoła nas świat.

Właśnie sposób, w jaki nimi gra, przesądził o sukcesie jego książek. Houellebecq ma intuicję, by trafiać w punkt. Uderza w czułe struny początku XXI wieku. Stąd się biorą te wszystkie zarzuty wobec niego, że jest cynikiem, wręcz nihilistą. Bardziej łaskawi recenzenci jego książek piszą o nim jako o neoegzystencjaliście. Natomiast entuzjaści jego stylu widzą w nim proroka przewidującego przyszłość Europy, tego, który jako jedyny umie prawidłowo odczytać znaki czasu.

Houellebecq nigdy nie zaprzecza. Bez względu na to, czy zarzuca mu się cynizm, czy przydaje mu się zdolności profetyczne, jego niezwykły instynkt do autokreacji, ten intuicyjny talent do marketingu de soi-même zabrania mu zaprzeczać. Dlatego tylko się uśmiecha. Delikatnie, samymi kącikami ust. I bierze, co mu dają: pieniądze, zaszczyty, kobiety, prestiż. Bierze, ale nigdy nie kwituje.

Tyrania przyjemności

.Francuski autor wcale nie ukrywa, że w swoim pisarstwie opiera się na intuicji. Podkreśla także, że uważa świat za miejsce złe, pełne cierpienia – a jego tendencja do pisania wzięła się z radykalnego odrzucenia świata takiego, jakim jest. Z drugiej strony każdy, kto choć powierzchownie zna jego książki, wie, że bohaterowie jego powieści w żaden sposób niczego nie odrzucają. Odwrotnie, oni wręcz pławią się w możliwościach, które stwarza im współczesna cywilizacja zachodnia, pełnymi garściami czerpią z tego, co oferuje im świat na początku XXI wieku.

Jak więc to rozumieć? Na pewno nie da się obronić tezy, że Michel Houellebecq lubi swoich bohaterów. Jest to jakaś forma odrzucenia świata. Choć z drugiej strony nie zieje wobec nich nienawiścią. On raczej współczuje im – że są ludźmi, którzy mają tak nieskończone możliwości wyboru, czy to w sferze seksu, czy pracy, czy wyjazdów turystycznych (kwintesencję tego ukazał w „Platformie”, gdzie główny bohater korzysta z uroków seksturystyki w Tajlandii), ale w tych wyborach są totalnie zagubieni. Im więcej opcji mają, tym bardziej pogrążają się w niekończącym się łańcuchu złych wyborów życiowych.

Prof. Douglas Morrey, romanista z University of Warwick, w swojej książce poświęconej francuskiemu pisarzowi („Michel Houellebecq: Humanity and its Aftermath”) widzi podobieństwo w jego wizji świata do tej, którą Jean-Claude Guillebaud opisał w swoim klasycznym dziele „La tyrannie du plaisir”. Guillebaud, znany francuski publicysta, w 1998 r. wydał książkę, w której opisał świat rządzony według reguły „tout, tout de suite” (wszystko natychmiast). Najbardziej widoczne stało się to we współczesnym życiu seksualnym, które przestało już być fundamentem typowej rodziny i stało się sztuką nieustannego uwodzenia. Stały związek został zastąpiony przelotnym romansem. Od przewidywalności małżeństwa wyżej ceni się atrakcyjność nowości, którą niesie ze sobą nowy partner.

Tylko że każda nowość ma to do siebie, że po jakimś czasie się starzeje – wymaga więc wymiany, inaczej przyjemność (najważniejsza kategoria; jej podporządkowuje się wszystkie działania) przestaje być przyjemna. I tu pojawia się owa tyrania.

Potrzeba ciągłej pogoni za nowościami staje się głównym motywem współczesnego życia. „Ten, kto w chwili śmierci ma najwięcej gadżetów, wygrywa” – mówi naklejka na tylnym zderzaku samochodu, która swego czasu zdobyła sporą popularność w USA. W punkt. Oto istota współczesnej tyranii przyjemności. I to trzeba Houellebecqowi oddać – świetnie to współczesne zapętlenie na pogoni za przyjemnością oddał. Z jednej strony pozwoliło mu ono wpleść seksualne opisy do swoich książek – skoro ciągle nowi partnerzy, to ciągle jest okazja do namiętnych nocy, do bicia kolejnych łóżkowych rekordów.

Ale to zapętlenie okazuje się niewyczerpaną kopalnią nowych lęków, którymi autor karmi swoich czytelników. Bo co będzie, jeśli z tego współczesnego systemu wypadniemy? „W systemie ekonomicznym, gdzie zwalnianie z pracy jest zabronione, każdemu udaje się lepiej lub gorzej znaleźć swoje miejsce. W systemie seksualnym, gdzie cudzołóstwo jest zabronione, każdemu udaje się lepiej lub gorzej znaleźć swojego łóżkowego partnera” – mówi jego bohater w „Platformie”. A Houellebecq dodaje, że dziś w tej dziedzinie mamy darwinizm w stanie czystym. Szanse mają tylko najpiękniejsi. To oni w erze rozbijania tradycyjnych wartości znajdują się na górze hierarchii. Im gorzej się wygląda, tym więcej porażek ponosi się w tej sferze.

Według tego motywu zbudowane są „Cząstki elementarne”. Bruno, jeden z głównych bohaterów, miota się w poszukiwaniu nowych doznań seksualnych – ale jego mało atrakcyjna fizjonomia sprawia, że jego kolejne próby uwiedzenia kończą się porażką. Ciągle biegnie do przodu, ale za każdym razem, gdy mu się wydaje, że dobiega do otwartych drzwi, uderza tylko głową w ścianę. Grecka tragedia epoki tyranii przyjemności.

Najgłupsza religia świata

.Dobra literatura to taka, która trafnie definiuje współczesność, ale jednocześnie opisuje przyszłość – a przynajmniej trafia w aspiracje czytelników. Taka definicja pasuje do książek Żeromskiego, Balzaca, Kafki czy Orwella. Oczywiście, wizjonerami z niezwykłym wyczuciem definiującymi nadchodzące zmiany byli Lem i Dick. Ale także Sienkiewicz, choć pisał książki historyczne, myślał o przyszłości, o tym, by krzepiąc serca, budować dumę z mającej dopiero nastąpić niepodległości Polski.

Houellebecq na pewno nie krzepi. Trudno się tego spodziewać po pisarzu, który się żywi naszymi podskórnymi lękami – jak ten, który symbolizuje Bruno, że skończymy na końcu łańcucha seksualnego pożądania. Ale faktem jest, że w dekodowaniu współczesności jest bezbłędny. Lista strachów, które opisał w swoich książkach, na tyle wiernie oddała (czy wręcz przewidziała) rzeczywistość, że to wywołało serię spekulacji o jego zdolnościach profetycznych.

Rzeczywiście, w swoich książkach opisywał choćby zamachy terrorystyczne radykałów islamskich, zanim stały się one plagą w Europie. Ze szczegółami opisał, jak będzie wyglądało partnerstwo w epoce postchrześcijańskiej – żadnych trwałych związków, żadnych ślubów, tylko seks i pożądanie. Najdalej w prognozach posunął się w „Uległości”, w której postawił tezę, że w 2022 r. Francuzi będą wybierali między zwolennikiem wprowadzenia w kraju szariatu a nacjonalistką Marine Le Pen. Nie zapowiada się, żeby ten scenariusz się spełnił (choć w tych wyborach Le Pen liczyć się będzie na pewno), ale Francuzi realnie się go przestraszyli – i dlatego odsądzali Houellebecqa od czci i wiary, także za to, że autor, wbrew regułom politycznej poprawności, nie miał oporów przed nazwaniem islamu „najgłupszą religią świata”. Z kolei w jego najnowszej „Serotoninie” dopatrzono się zapowiedzi protestów żółtych kamizelek. Zdecydowanie na wyrost – ale Michel Houellebecq na wszelki wypadek niczego nie prostuje. Po co? Nieważne, jak mówią, ważne, żeby nazwiska nie przekręcali.

Ale też nie o autora w tym wszystkim chodzi, tylko o czytelników. Pisarz może prowadzić swoją grę z nimi, ale na koniec dnia liczy się jedno: czy jego książki coś wniosły do ich życia, czy po prostu okazały się fajną rozrywką, czy zwykłą stratą czasu.

Specjaliści na pewno traktują je poważnie – do tego stopnia, że zaczęto jego pisanie uważać za nowy styl literacki, który zyskał nazwę „déprimisme” (w wolnym tłumaczeniu: depresjonizm). Co ciekawe, do tej pory właściwie ten styl literacki nie doczekał się innych autorów, w tej konwencji tworzy tylko Houellebecq. Mamy więc kolejny argument na rzecz tego, że on właściwie jest szarlatanem literackim, a nie prawdziwym twórcą.

Houellebecqa skrytykować jest szalenie łatwo. Jego twórczość ma mnóstwo luk, płycizn, autor często idzie na skróty w walce o uwagę czytelnika. W dodatku wiadomo, że on sam nie będzie się bronił – taki jego styl. Można więc go krytykować, atakować, uderzać słowem, ile tylko sił w palcach te słowa piszących.

Ale zanim wpadniemy w krytyczne uniesienie, warto zadać sobie inne pytanie: dlaczego go krytykujemy? Czy dlatego, że w jego książkach jest wiele płycizn i naciągniętych tez? Czy może dlatego, że Houellebecq brutalnie obnaża nędzę współczesnego człowieka, który tak bardzo zatracił się w pogoni za błyskotkami codzienności, że już zapomniał, po co właściwie za nimi goni?

.Wiadomo, że kiedyś ścinano głowę posłańcowi przynoszącemu złe wiadomości – a nim właśnie jest francuski autor ze swoją diagnozą stanu naszej cywilizacji. Tyle że ścinanie mu głowy jest tyle samo warte co rozbijanie termometru pokazującego, że mamy gorączkę. W swoich książkach Houellebecq stawia diagnozę współczesności zarówno depresyjną, jak i brutalnie precyzyjną. Co oznacza, że ci, którzy go krytykują, krytykują samych siebie.

Agaton Koziński
Tekst opublikowany zostal w nr 14 miesięcznika opinii “Wszystko co Najważniejsze” [LINK].

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 8 stycznia 2022
Image Capital Pictures / Film Stills / Forum