Unia potrzebuje dziś powrotu do korzeni. Refleksje na sześćdziesięciolecie Unii Europejskiej

Jacek SARYUSZ-WOLSKI

Pierwszy polski minister ds. europejskich, architekt i negocjator stowarzyszenia i członkostwa Polski w UE. Pierwszy polski wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego oraz szef jego Komisji Spraw Zagranicznych, wieloletni wiceprzewodniczący Europejskiej Partii Ludowej — Chrześcijańscy Demokraci. Założyciel Urzędu Integracji Europejskiej, Kolegium Europejskiego w Warszawie-Natolinie, Instytutu Europejskiego w Łodzi oraz Zgromadzenia Parlamentarnego Partnerstwa Wschodniego Euronest, pomysłodawca alei Solidarności przy PE w Brukseli. Członek Komisji Spraw Zagranicznych oraz Spraw Konstytucyjnych w Parlamencie Europejskim.

zobacz inne teksty autora

Gdybyśmy rozumieli solidarność w sposób holistyczny, a nie wybiórczy, nie pozwolilibyśmy sobie na inne traktowanie imigrantów ze wschodu i południa, na twarde stanowisko względem Google’a i miękkie wobec Gazpromu, na wysyłanie misji wojskowych do Afryki, ale już nie do Gruzji czy na Ukrainę — na podwójne standardy w traktowaniu Europy Zachodniej i Środkowo-Wschodniej, jej godności oraz interesów bezpieczeństwa militarnego i energetycznego – pisze Jacek SARYUSZ-WOLSKI

.Dziś, kiedy Europa świętuje sześćdziesiątą rocznicę podpisania Traktatów Rzymskich, należy powrócić do korzeni integracji europejskiej i przesłania, jakie pozostawili nam Ojcowie Założyciele. Niestety, analiza obecnej sytuacji wskazuje, że oddaliliśmy się od ich politycznego testamentu bardzo daleko. Projekt, który przyniósł dużej części naszego kontynentu trwały pokój, jest w poważnym niebezpieczeństwie. Odeszliśmy bowiem od wskazań twórców integracji w dwóch wymiarach: w wymiarze duchowym — poprzez odrzucenie chrześcijańskiego dziedzictwa — a w konsekwencji także w wymiarze politycznym — Unia staje się dla lewicowej części europejskich elit nową religią polityczną, która ma zastąpić państwa narodowe, a nie je uszlachetnić, co było zamysłem Roberta Schumana, Jeana Monneta, Alcide de Gasperiego i Konrada Adenauera.

Europa ma podwójnie chrześcijańskie korzenie: po pierwsze, fragment Eurazji nigdy nie stałby się całością polityczną i kulturową, gdyby nie chrześcijaństwo, przyznawał to nawet luminarz myśli oświeceniowej — Wolter. Po drugie, obecna forma polityczna Europy, której podstawą jest Unia Europejska, ma także chrześcijańskie korzenie — jej twórcy byli bowiem w większości chrześcijańskimi demokratami, co było widoczne w konstrukcji projektu, który zdecydowali się tworzyć. Nie w sensie sojuszu tronu i ołtarza, ale w sensie logiki konstrukcji, która opierała się na solidarności będącej podstawą porządku europejskiego i jej polisą bezpieczeństwa. Warto też zwrócić uwagę na szlachetną skromność ich zamysłu, która miała odróżniać projekt integracji od pełnych pychy nacjonalizmów i imperializmów.

Duchowość Ojców Założycieli jest po zaledwie sześćdziesięciu latach od podpisania Traktatów Rzymskich słabo rozumiana w dużej części Europy. Nietrudno obronić tezę, że Robert Schuman i Alcide de Gasperi, kandydaci na ołtarze, mieliby kłopot z uzyskaniem votum zaufania w Parlamencie Europejskim na stanowisko np. komisarza UE. Podobnie odczytywać należy brak odwołania do chrześcijaństwa w preambule europejskiej konstytucji — trudno o bardziej wymowne odcięcie się od własnych korzeni i tożsamości. A bez tożsamości projekt europejski jest skazany na niepowodzenie.

Odcięcie się od korzeni ma także bardzo praktyczne znaczenie dla konstrukcji europejskiej. Wbrew pozorom łączy się ono także ze zmianą metody integracji: od stopniowej, inkrementalnej metody Monneta do integracji skokowej. Integracja europejska stała się bowiem zastępczą religią dla lewicowej części europejskiej elity — religią, która zastąpiła będące w odwrocie chrześcijaństwo i która ma zastąpić skompromitowane podczas wielu wojen nacjonalizmy, uniemożliwiając przy okazji wyznawanie zdrowego przywiązania do własnego kraju, czyli patriotyzm. Obecna fala powrotu do państw narodowych (choć niejednokrotnie przyjmująca złowrogie oblicze) jest też w pewnej mierze reakcją na ten zideologizowany wymiar integracji europejskiej. Integracja europejska stała się dla lewicowej części elity europejskiej projektem, który miał być europejską wersją końca historii. Tymczasem historia wcale się nie kończy, co widzimy na przykład na wschodnich i południowych rubieżach Europy.

Potrzebujemy powrotu do oryginalnej, a nie zniekształconej wizji integracji, w której Unia nie zastępuje państw narodowych, ale jest ich uszlachetnieniem, nie wykazuje braku szacunku dla nich, ale czerpie z nich żywotne siły.

Odcięcie od korzeni ma też inne znaczenie praktyczne: pozwala na instrumentalizację europejskich wartości. Jan Paweł II mówił w Gdańsku: „Solidarność to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu”. Gdybyśmy rozumieli solidarność w sposób holistyczny, a nie wybiórczy, nie pozwolilibyśmy sobie na inne traktowanie imigrantów ze wschodu i południa, na twarde stanowisko względem Google’a i miękkie wobec Gazpromu, na wysyłanie misji wojskowych do Afryki, ale już nie do Gruzji czy na Ukrainę — na podwójne standardy w traktowaniu Europy Zachodniej i Środkowo-Wschodniej, jej godności oraz interesów bezpieczeństwa militarnego i energetycznego.

Mam nadzieję, że sześćdziesięciolecie Traktatów Rzymskich będzie okazją do namysłu nad dziedzictwem twórców integracji i jej obecnym kształtem. Potrzebujemy bowiem powrotu do oryginalnej, a nie zniekształconej wizji integracji, w której Unia nie zastępuje państw narodowych, ale jest ich uszlachetnieniem, nie wykazuje braku szacunku dla nich, ale czerpie z nich żywotne siły. Unia harmonii i równowagi między państwami członkowskimi, gdzie jedne nie starają się dominować i narzucać swej woli innym. Unia zjednoczona, a nie podzielona na dwie prędkości. Dokładnie taki był zamysł Ojców Założycieli: nie tracąc przywiązania do swojego narodu, otworzyć go na trwałą współpracę z innymi narodami w duchu solidarności, uniemożliwiając w ten sposób powrót do horroru wojny oraz tworząc ramy dla budowy tego dobra wspólnego, jakim jest zjednoczona Europa. Nie da się bowiem tego osiągnąć, przeciwstawiając szerszą wspólnotę europejską — wspólnotom i państwom narodowym. Dziś ten oryginalny sposób myślenia jest w odwrocie, co może mieć fatalne skutki.

.Zjednoczeni w różnorodności i wzajemnym szacunku — to dobra maksyma na dzisiejszy trudny czas.

Jacek Saryusz-Wolski

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.

Chcę otrzymywać powiadomienia o najnowszych tekstach.

  • Beata Orzażewska

    Zgadzam się z Panem Saryusz-Wolskim, niestety nie widzę na to szansy dopóki decydentami będą ludzie, dla których wszelkie wartości poza własnym, krótkoterminowym interesem są pustymi słowami. Niezależnie od tego nie bardzo mogę pojąć, że podcinają oni gałęzie własnej progeniturze, bo w to iż nie rozumieją dalekosiężnych konsekwencji swoich decyzji trudno mi uwierzyć. A może sądzą, że ich obecna pozycja zapewni też szczególną ochronę ich dzieciom i wnukom? Może ktoś ma jakąś wiedzę na ten temat i zechce się nią podzielić.

Autorzy wszyscy autorzy

A B C D E F G H I J K L M N O P R S T U W Y Z