Jakub RUDNICKI: Elity Zachodu w obliczu koronawirusa

TSF Jazz Radio

Elity Zachodu w obliczu koronawirusa

Jakub RUDNICKI

Doktorant w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Z wykształcenia filozof i politolog. Badawczo zajmuje się problemami typowymi dla filozofii języka oraz, szerzej, tradycji analitycznej.

Naukowcy nie ustrzegli się błędu nieuwzględnienia ryzyka jako wskaźnika, który powinien kierować naszymi reakcjami na zagrożenie. To każe zadać pytanie o stan uczelni zachodnich oraz kondycję intelektualną ich elit – pisze Jakub RUDNICKI

Gdy piszę te słowa, w USA zostało już zdiagnozowanych 1 milion przypadków zakażeń szalejącym koronawirusem, dziennie umiera tam z tego powodu kilka tysięcy osób, a dodatkowo jest raczej pewne, że Amerykanie znajdują się wciąż w początkowej fazie przetaczania się tego wirusa przez kraj, która charakteryzuje się wykładniczym wzrostem liczby zachorowań. Innymi słowy, najgorsze jeszcze zapewne przed nimi. Jest już również więcej niż jasne, że inne istotne w świecie zachodnim państwa, takie jak Włochy, Hiszpania, Francja, Niemcy czy Wielka Brytania, również nie potrafiły zapobiec lawinowym wzrostom liczby chorych, prowadzącym do przeciążenia systemów opieki zdrowotnej oraz, co z perspektywy politycznej równie istotne, do radykalnego wstrzymania znaczącej części życia gospodarczego nie tylko we własnych granicach, ale również w całym regionie.

Powyższe wydarzenia, poza ich oczywistą tragicznością dla wszystkich poszkodowanych, niosą jednocześnie ze sobą coraz pilniejszą konieczność zadania istotnych pytań dotyczących kondycji cywilizacyjnej Zachodu. Owe pytania do tej pory przebijały się nieśmiało gdzieś na obrzeżach debaty publicznej, a osoby udzielające na nie niepopularnych, idących pod prąd odpowiedzi były szybko zaliczane do grupy defetystów, których opinii nie należy brać poważnie pod uwagę. Pytania te, przynajmniej z perspektywy celów przyświecających niniejszemu artykułowi, można sprowadzić do dwóch zasadniczych.

Po pierwsze, jaki jest stan dzisiejszych elit intelektualnych Zachodu. Przez elity intelektualne mam tu na myśli głównie przedstawicieli środowiska akademickiego, ze szczególnym uwzględnieniem wykładowców elitarnych uczelni anglosaskich (choć nie tylko, oczywiście), którzy w zasadniczym stopniu odpowiedzialni są za to, w jakiej kondycji znajduje się obecnie nauka oraz w jaki sposób podejmowane są decyzje polityczne i regulacyjne, które powinny być na ustaleniach tejże nauki oparte.

Po drugie zaś, czy rozpowszechniony w świecie zachodnim negatywny stosunek do nowych technologii, opartych na masowym zbieraniu danych, nie powinien ulec przynajmniej częściowej rewizji. Zaznaczę od razu, że nie mam w tym artykule ambicji, by próbować udzielić jednoznacznych odpowiedzi na powyższe pytanie, którym jednocześnie towarzyszyłyby sugestie rozwiązania problemów, które poniżej spróbuję zidentyfikować. Moim naczelnym celem będzie raczej zwrócenie tu uwagi na to, czego dłużej nie można już zamiatać pod dywan, pod który zamiatani byli defetyści, o których wspomniałem wcześniej, i liczyć, że przyczynię się w jakimś minimalnym stopniu do rozpoczęcia powszechnej debaty na tematy, które tu poruszam.

Trzeba by prawdopodobnie całej oddzielnej monografii, by opisać wszystkie przypadki błędnych sugestii, opinii i analiz poświęconych koronawirusowi, które zostały w ostatnich tygodniach i miesiącach popełnione przez przedstawicieli owej intelektualnej elity, o której wspomniałem wcześniej. Z braku miejsca opiszę tu tylko dwa, w tym jeden szerzej i jeden pobieżnie, które są charakterystyczne dla całej szerszej ich klasy, jak również pochodzą od profesorów o niezwykle mocno ugruntowanych pozycjach w społeczności akademickiej i posiadających rzeczywiste, wartościowe osiągnięcia naukowe (lub przynajmniej uchodzą za posiadających takowe).

28 lutego ukazał się na stronie internetowej Bloomberga artykuł Cassa Sunsteina, którego naczelną tezą jest, że „panika” wokół koronawirusa ma swoje źródło w jednym z tzw. błędów poznawczych, nazywanym „ignorowaniem prawdopodobieństwa”. Innymi słowy, zdaniem Sunsteina fakt, że dla każdego pojedynczego człowieka prawdopodobieństwo zachorowania lub doznania poważnego uszczerbku na zdrowiu w związku z koronawirusem jest relatywnie małe (sama ta teza jest już dyskusyjna, ale pomijam tę kwestię) oznacza, że „panika”, która opanowywała ludzi w związku z nadchodzącą pandemią była nieracjonalna. Dodatkowo źródłem owej paniki (która notabene nie zostaje przez Sunsteina zdefiniowana, natomiast można się domyślać, że sprowadza się ona m.in. do ograniczenia wyjazdów za granicę itp., o których Sunstein wspomina w artykule, które w konsekwencji wraz z innymi przejawami tejże paniki mogłyby doprowadzić do spadków cen na giełdach i innych perturbacji gospodarczych) jest reakcja emocjonalna, związana z samym zagrożeniem zdrowia i życia przez wirusa, która nie bierze pod uwagę „rzeczywistego” prawdopodobieństwa, z jakim owe straszne, niepożądane konsekwencje mogą u danego „panikującego” człowieka wystąpić.

Sunstein rozpoczyna swój artykuł od dwóch zdań, które niczym w soczewce skupiają w sobie wszystko to, co jest w jego tezie niepoprawne. Pisze on mianowicie tak: „Na tym etapie nikt nie potrafi konkretnie opisać rozmiaru zagrożenia, które niesie ze sobą koronawirus. Ale jedno jest jasne: wielu ludzi obawia się bardziej, niż mają ku temu powody” (tłum. własne).

Oczywistym problemem z takim rozumowaniem jest to, że w sytuacji istnienia zagrożenia, co do którego nie możemy z wystarczającą dozą pewności wykluczyć, że nie jest ono bardzo duże, racjonalną reakcją nie jest właśnie, wbrew temu, co sugeruje Sunstein, brak jakiejkolwiek reakcji, lecz podjęcie kroków, które miałyby na celu minimalizowanie prawdopodobieństwa rozprzestrzeniania się owego zagrożenia o nieznanej, a więc przecież potencjalnie ogromnej sile. Innymi słowy, w tego typu sytuacjach, niewiedza co do rozmiaru zagrożenia jest przesłanką do podjęcia działań ochronnych, a nie ich zaniechania. Gdy chce mi się pić i znajduje płyn, co do którego mam słabe przeświadczenie, że może jednak być trujący, to po prostu go nie piję, a nie konkluduję, że w obliczu braku dokładnych danych powinienem upewnić się, że nie popełniam jakiegoś „błędu poznawczego”, rezygnując z zaspokojenia pragnienia.

Gdy weźmie się pod uwagę, że Sunstein od paru dekad jest profesorem na elitarnych amerykańskich uczelniach, przez trzy lata był ważną osobą w administracji prezydenta Obamy w zakresie wdrażania nowych regulacji prawnych oraz jest bliskim współpracownikiem laureata tzw. Nagrody Nobla w dziedzinie Ekonomii Richarda Thalera, to aż włos jeży się na głowie, że ktoś tak wpływowy, zarówno w zakresie wdrażanych regulacji, jak i szerzej intelektualnie, może nie odróżniać prawdopodobieństwa od ryzyka.

Owszem, być może rzeczywiście 28 lutego prawdopodobieństwo rozprzestrzenienia się koronawirusa na kontynent amerykański mogło niektórym wydawać się małe. Nie zmienia to jednak faktu, że w zasadzie od samego początku, gdy zaczęły do nas docierać niepokojące wieści z Chin, w oczywisty sposób, nawet w świetle braku precyzyjnych danych (a może właśnie ze względu na ich brak!) ryzyko związane z koronawirusem było od razu bardzo duże. Co więcej, nawet gdyby po publikacji artykułu Sunsteina nie było już z jakiegoś powodu żadnych nowych zachorowań i wirus wygasłby całkowicie, to i tak jego teza o konieczności kierowania się w ówczesnej sytuacji prawdopodobieństwem, a nie ryzykiem byłaby błędna.

W nieco podobnym tonie 17 marca (sic!) (taka jest przynajmniej data publikacji artykułu) pisał inny znany naukowiec John Ioannidis, który narzekał, że w kontekście koronawirusa podejmowane są radykalne decyzje, mimo że brak nam wiarygodnych danych, które by takowe decyzje uzasadniały. Jednocześnie sugerował on, że w takiej sytuacji owe wprowadzane obostrzenia mogą przynieść więcej szkody niż pożytku, a całe wydarzenie może zamienić się w „ewidencyjne fiasko stulecia”. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że Ioannidis wywodzi się akademicko z dyscyplin medycznych i wniósł wkład naukowy m.in. w dziedzinę epidemiologii. Co więcej, ma on niezaprzeczalne zasługi w badaniu, diagnozowaniu oraz nagłaśnianiu tzw. kryzysu replikacyjnego, który do szpiku kości trawi niektóre dyscypliny akademickie. Jak widać, nawet pomimo tego wszystkiego nie ustrzegł się on błędu nieuwzględnienia ryzyka jako wskaźnika, który powinien kierować naszymi reakcjami na zagrożenie. 

Przykłady takie jak powyższe można mnożyć. Trudno wręcz nie odnieść wrażenia, że w zachodnim środowisku akademickim głosy te były przez długi czas dominujące. A dodajmy tylko, że właśnie wtedy, kiedy owe głosy się pojawiały, państwa Zachodu bezpowrotnie trwoniły czas, który można było spożytkować na odpowiednie przygotowanie się na przybycie epidemii. Zmarnowaniem tego czasu i reagowaniem dopiero po pojawieniu się wirusa na ich terytorium państwa zachodnie skazały się na bycie ciągle krok za wirusem, co jest niestety naturalną koleją rzeczy, biorąc pod uwagę multiplikatywną naturę jego rozprzestrzeniania się.

Powyższe obserwacje każą zadać pytanie o stan uczelni zachodnich oraz kondycję intelektualną ich elit. Jak pokazuje przykład Ioannidisa, problemy współczesnej akademii zdają się wykraczać zdecydowanie poza i tak przecież bardzo poważny kryzys replikacyjny, o którym już wcześniej wspomniałem. Pierwsza poważna okazja, przy której rzeczywistość powiedziała „sprawdzam” naszym współczesnym specjalistom od nauk behawioralnych (do których zalicza się Sunstein; z powodu braku miejsca pomijam też tu wyczyny naukowców behawioralnych z tzw. Nudge Unit w Wielkiej Brytanii), jak również wielu statystykom, modelerom itp.; ta próba wydaje się od razu oblana przez nich na „dwóję”. 

Gdy przyjrzeć się reakcjom różnych państw na świecie na rozprzestrzenianie się koronawirusa, wyróżnić można trzy główne ich rodzaje. Po pierwsze, mamy model przyjęty między innymi w Polsce, który polega na relatywnie radykalnym ograniczeniu swobody przemieszczania i gromadzenia się ludności. Drugie zastosowane gdzieniegdzie podejście polegało na połączeniu wykonywania bardzo wielu testów z wykorzystaniem nowych technologii służących do namierzania historii kontaktów osób zweryfikowanych jako nosiciele i (lub) informowaniu osób zdrowych o istnieniu zagrożenia zakażeniem w rejonach, w których odnotowano obecność osób zakażonych. Wreszcie podejście trzecie, które nie będzie pełnić żadnej roli w dalszej części artykułu, polegało na puszczeniu wszystkiego na żywioł, z uzupełnieniem o ewentualne sugestie ze strony władz, np. by obywatele unikali większych zgromadzeń i ponadnormatywnie dbali o higienę. Tą drogą poszła m.in. Szwecja. Do pewnego momentu wydawało się również, że rząd Borisa Johnsona wybierze tę ścieżkę.

Co ciekawe, pomimo zamożności i obecności wielu technologicznych korporacyjnych gigantów, jeśli zignorować w tym omówieniu system trzeci, wszystkie kraje Zachodu zdecydowały się na model pierwszy, który w gruncie rzeczy jest modelem archaicznym w tym sensie, że nie różni się on niczym istotnym od reakcji na epidemie, które znamy w zasadzie z całej ludzkiej historii. Z drugiej strony kilka państw azjatyckich, w tym Korea Południowa i Singapur, wybrało model drugi, zbierając na temat swoich obywateli za pomocą nowych technologii ogromne ilości danych, często wrażliwych, które umożliwiały zminimalizowanie mieszania się ludzi zdrowych z zakażonymi.

I tak na przykład w Korei władze zbierały dane z kart kredytowych oraz telefonów komórkowych, by namierzać miejsca, w których przebywały osoby z pozytywnym wynikiem testów. Te informacje przekazywane były do wszystkich, których dane wskazywały na to, że w ostatnim czasie znajdowali się w wyselekcjonowanych w ten sposób miejscach. Z kolei w Singapurze powstała specjalna aplikacja, która za pomocą Bluetooth odnotowywała historię fizycznych kontaktów posiadaczy telefonów. Dzięki temu użytkownicy mogli dowiedzieć się, czy mieli kontakt z osobą zdiagnozowaną jako nosiciel, po tym jak odpowiednie dane zostały przez samych nosicieli wprowadzone anonimowo do systemu.

Pomimo pewnych przesłanek wskazujących na skuteczność modelu drugiego (jak np. dwukrotna pochwała metod stosowanych w Singapurze przez WHO), na razie jest oczywiście zbyt wcześnie, by wyrokować, który model okaże się skuteczniejszy. Niemniej sam fakt, że rozwiązania bazujące na zastosowaniu nowych technologii zostały wykorzystane tylko w krajach azjatyckich (poza Koreą i Singapurem również Chiny w drugiej części swoich zmagań z koronawirusem zdecydowały się pójść tą drogą), natomiast Zachód zdecydował się na tradycyjne, „analogowe” metody, daje do myślenia.

Trudno nie odnieść wrażenia, że ten fakt ma swoją głębszą przyczynę w ogólnym stosunku społeczeństw zachodnich do technologii opartych na zbieraniu dużych ilości danych. W Europie trudno znaleźć kogokolwiek, kto nie byłby mocno zaniepokojony z powodu tego, że Google czy Facebook prowadzą swoją działalność w dużym stopniu w oparciu o dane zebrane od swoich użytkowników, wykorzystując je bez ich zgody i wiedzy. O ile troska o prywatność jest czymś jak najbardziej słusznym i zrozumiałym, o tyle sytuacja, w której w zasadzie wszystkie osoby, które na co dzień lamentują z powodu gwałcenia owej prywatności przez wspomniane korporacje, mimo to korzystają bezustannie z oferowanych przez nie produktów, jest przynajmniej dziwna. Dodatkowo pokazuje ona niezbicie, że według nich samych korzyści związane z dostępnością (często darmową) owych produktów przewyższają koszty związane z utratą części prywatności. O ile ten prosty rachunek zysków i strat nie oznacza, że nie powinniśmy zastanawiać się nad odpowiednimi regulacjami dotyczącymi prywatności w internecie, o tyle wskazuje, że mamy na Zachodzie (szczególnie w Europie) do czynienia z rozpowszechnieniem mocnych antytechnologicznych nastrojów, które w praktyce egzemplifikowane są przez odmienianie nazwiska (pseudonimu) Orwella przez wszystkie przypadki, gdy tylko na tapecie pojawią się temat big data.

Nie chcę przez to powiedzieć, że powinniśmy bezrefleksyjnie zezwalać firmom technologicznym lub rządom na gromadzenie dowolnej ilości danych na nasz temat, natomiast wydaje się, że świat Zachodu powinien jak najszybciej przystąpić do próby rewizji owego antytechnologicznego nastroju, gdyż rewolucja związana z big data i tak najpewniej nadejdzie. To od nas będzie zależało, czy się na nią załapiemy, ze wszystkimi tego korzyściami, np. gospodarczymi, czy skażemy się na sukcesywne przenoszenie światowego centrum technologiczno-gospodarczego do południowo-wschodniej części Azji. Tylko w pierwszym przypadku będziemy mieć cokolwiek do powiedzenia w kwestii dokładnego kształtu tych technologii oraz ewentualnych regulacji prawnych wokół nich. Drugi scenariusz w oczywisty sposób prowadzi do sytuacji, w której ten kształt wykuwał się będzie w miejscach kulturowo nam obcych, w których tak przez nas cenione liberalne wartości niekoniecznie muszą zostać uszanowane.

Kluczową sprawą, do której zmierzałem przez całą drugą część tego artykułu, jest teza, którą chciałbym niniejszym wskazać do wzięcia pod rozwagę. Uważam mianowicie, że pokutująca na Zachodzie dychotomia „albo technologia, albo wolność” jest po prostu fałszywa. To, że sprawa jest bardziej skomplikowana, dobitnie pokazuje właśnie przykład walki z koronawirusem. To prawda, że w Korei i Singapurze aplikacje przeznaczone do tego celu zbierają wiele wrażliwych danych o użytkownikach. Ale po pierwsze, np. w Singapurze jej używanie jest dobrowolne, a zebrane dane nie trafiają w ogóle do władz. A po drugie, i co jeszcze moim zdaniem ważniejsze, dzięki zastosowaniu owych technologii zarówno w Korei, jak i Singapurze, przynajmniej kiedy piszę te słowa, udało się na razie uniknąć zamykania całych miast i nakładania znaczących ograniczeń na przemieszczanie się, jak chociażby te, które od paru dni obowiązują w Polsce, nie mówiąc już o tych, które znamy z Włoch. Innymi słowy, obecna sytuacja pokazuje, że to właśnie będące potencjalnym zagrożeniem prywatności i wolności obywatelskich zbieranie danych wrażliwych może w praktyce umożliwiać zachowanie pewnych wolności, które bez owych danych zachowane być by nie mogły. Najwyższy czas, byśmy zaczęli się nad tym na Zachodzie zastanawiać, póki jeszcze nie zostaliśmy zbyt daleko w tyle. Lepszej okazji niż trwająca tragiczna pandemia, paradoksalnie, możemy już nie dostać.

Jakub Rudnicki

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam