Jan ROKITA: Rok Nawrockiego

Rok Nawrockiego

Photo of Jan ROKITA

Jan ROKITA

Filozof polityki. Absolwent prawa UJ. Działacz opozycji solidarnościowej, poseł na Sejm w latach 1989-2007, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego Platformy Obywatelskiej. Wykładowca akademicki. Autor felietonów "Luksus własnego zdania", które ukazują się w każdą sobotę we "Wszystko co Najważniejsze".

Ryc.: Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Rok po zwycięstwie wyborczym dobrze mogliśmy już poznać prezydenta Nawrockiego – wraz z jego politycznymi zaletami i wadami. Jedna rzecz, jaka po upływie tego roku jest całkiem jasna, to fakt, iż Nawrocki obdarzony jest wrodzonym politycznym talentem – pisze Jan ROKITA

.Te ostatnie dwanaście miesięcy to w polskiej polityce był rok Nawrockiego. Co zresztą jest rzeczą najzupełniej naturalną, zważywszy, że to pierwszy rok prezydentury sprawowanej przez politycznego nowicjusza. Do czasu swej partyjnej nominacji prezydenckiej (PiS udawał wtedy, że to niepartyjna kandydatura) Karol Nawrocki był w gruncie rzeczy figurą, o której szersza opinia publiczna wiedziała niewiele.

Ot, dyrektor historycznego muzeum, który pojawił się na krajowej scenie, kiedy przywrócił na ściany owego muzeum wizerunki Pileckiego, Inki czy Rodziny Ulmów. A potem prezes IPN, zwracający uwagę dość niefortunnym raportem prokuratorskim, próbującym bronić tzw. Akcji „Wisła”, czyli przymusowych wysiedleń Ukraińców z południowo-wschodniej Polski, zarządzonych niegdyś przez stalinowski reżim Bieruta.

Ja sam, przyznaję, do czasu kampanii prezydenckiej 2025 roku, identyfikowałem Nawrockiego niemal wyłącznie na podstawie tych dwóch szerzej znanych przypadków. Pierwszy podobał mi się i budził zaufanie, drugi – wywoływał sprzeciw i kazał uważniej przyglądać się tej kandydaturze.

.Rok po zwycięstwie wyborczym dobrze mogliśmy już poznać prezydenta Nawrockiego – wraz z jego politycznymi zaletami i wadami. Jedna rzecz, jaka po upływie tego roku jest całkiem jasna, to fakt, iż Nawrocki obdarzony jest wrodzonym politycznym talentem. Bez tego talentu, jak również bez widocznej pracowitości, która tak wyraźnie odróżnia go od zmęczonego i znużonego trudnościami rządzenia premiera Donalda Tuska, prezydent nie wybiłby się do dzisiejszej dominującej roli na polskiej scenie publicznej.

W moim przekonaniu tę dominującą rolę Nawrocki zbudował dzięki trzem swoim najważniejszym osiągnięciom. Pierwsze z nich – to społeczna rola „ludowego trybuna”, co tak mocno odróżnia go od całej reszty polskiego świata politycznego. Ten jego ludowy autorytet jest pewnie nieco siermiężny, a przez to irytujący dla zamożnych mieszczan, artystów czy „korpoludków” z wielkich miast, którzy każdego dnia muszą samym sobie i całemu światu udowadniać, iż zarówno oni sami, jak i politycy ich reprezentujący są przecież „ludźmi z towarzystwa”. Karol Nawrocki ewidentnie nie jest „z towarzystwa” i to właśnie pomogło mu zdobyć ową „trybuńską” pozycję, która dziś jest źródłem jego politycznej siły.

Bez tej siły bezsensowne byłyby rozważania nad szansami na przyszłą rekonstrukcję obozu polskiej prawicy pod przywództwem Nawrockiego.

Prezes PiS-u zbliża się powoli do osiemdziesiątki, więc rewolucyjne zmiany przywództwa na prawicy są i tak nieuchronnością. Przez ten rok Nawrocki tak budował swoją prezydenturę, aby praktycznie przez wszystkich obywateli o skłonnościach prawicowych czy centroprawicowych być traktowanym jako akceptowalny przywódca. To wzmacnia dziś jego prezydenturę i pozwala na prowadzenie względnie ostrej gry z Tuskiem. Ale to wcale nie znaczy, że jakąś nieuchronną przyszłością jest jakaś hipotetyczna „partia Nawrockiego” jako dominująca przyszła formacja polskiej prawicy.

.Wbrew pozorom prezydentura ułatwia zdobycie owego „trybuńskiego” autorytetu ludowego, ale zarazem utrudnia późniejsze przełożenie go na partyjne przywództwo i realną władzę. Karol Nawrocki musiałby najpóźniej za parę lat potrafić doprowadzić do czegoś w rodzaju przewrotu ustrojowego w Polsce, tak by egzekutywa państwowa została skoncentrowana w ręku głowy państwa. A na razie ani takiego planu nie widać, ani ludzi, którzy by z taką intencją chcieli iść za Nawrockim. Mało poważna Rada Konstytucyjna, z figurami typu neokomunistyczny były prezydent Krakowa Jacek Majchrowski, jest tego przekonywającym świadectwem.

Drugie kluczowe osiągnięcie roku Nawrockiego to zmuszenie Tuska do wyhamowania niektórych jego planów, mało korzystnych dla kraju.

Nie do przecenienia jest hamulec, jaki Tusk musiał zaciągnąć na większość niecnych żądań rewanżystowskich sędziów, którzy liczyli nawet na złapanie, ze wsparciem premiera, pełni kontroli nad polskim wymiarem sprawiedliwości. Nie nastąpiło to wyłącznie dzięki Nawrockiemu. I choć sądy pogrążone są – niestety – w anarchii, to w każdym razie rewanżystowska koteria Żurka nie przejęła nad nimi pełni władzy.

Ja osobiście przywiązuję wielkie znaczenie do faktu, iż Nawrocki obronił polski internet przed unijnym wymogiem cenzury, co czyni go postacią zasłużoną dla idei wolności słowa. Polska dzięki temu pozostaje poza tzw. dyrektywą DSA. I jak sądzę – tak długo, jak Nawrocki będzie mieć jakiś wpływ na ustawodawstwo, tak długo zagrożenia dla tej fundamentalnej wartości liberalnego porządku konstytucyjnego będą w naszym kraju mniejsze niźli w Irlandii, Wielkiej Brytanii, Belgii czy nawet w Niemczech.

Także przyspieszenie libertyńskich przemian obyczajowych, na które Tusk skłonny by był się godzić z oportunizmu, pod presją różnej maści goszystów i feministek, zostało wyhamowane za sprawą Karola Nawrockiego.

Skutek tych wszystkich zaciągniętych przez Nawrockiego hamulców jest tak naprawdę jeden i w gruncie rzeczy dobroczynny: rewanżyści, cenzorzy, fanatycy, libertyni – czyli generalnie rzecz biorąc, najrozmaitsi ekstremiści nie zyskali na polskie życie takiego wpływu, na jaki liczyli. Trudno nie czerpać z tego patriotycznej satysfakcji.

.Wreszcie trzeci kluczowy aspekt roku Nawrockiego – to przeciwstawienie się niebezpiecznej dla Polski fali antyamerykanizmu, jaka przewala się dziś przez Europę i zaczęła zalewać także Polskę.

Można by kolokwialnie rzec, iż Nawrocki uczepił się mankietu Trumpa i uparcie nie chce go puścić, zwłaszcza gdy sam Trump opędza się od tych, którzy trzymają go za mankiet. Tak właśnie było ostatnio, gdy to tylko owo mocne „trzymanie za mankiet” Trumpa, tak, by się prezydent USA nie mógł czasem zerwać, dało skutek w postaci szybkiego cofnięcia zamiarów Pentagonu zredukowania liczby żołnierzy US Army, stacjonujących w Polsce.

To tylko przykład, ale rzecz ma przecież szerszy wymiar i fundamentalne znaczenie. Premier Tusk uległ wszechpanującemu i sączonemu z mediów nastrojowi wrogości wobec prezydenta USA, także polska opinia publiczna – niestety – coraz bardziej ulega zmasowanej antyamerykańskiej propagandzie. Zasługą Nawrockiego jest to, iż on – trybun ludu, ze sporymi skłonnościami na populistę, w tej kluczowej dla interesu państwa materii trzyma twardy kurs, na przekór wszystkim i wszystkiemu, co dzieje się dookoła, nie tylko w Europie, ale również w Polsce. A wystarczy przypatrzeć się bliżej choćby temu, co dzieje się ostatnimi tygodniami wokół państw bałtyckich, żeby natychmiast pojąć, iż ów „mankiet Trumpa” jest dziś polską polisą ubezpieczeniową, na wypadek, gdyby – co nie daj Boże – miała się zdarzyć w naszej części Europy jakaś kolejna poważna katastrofa.

Jeśli w ciągu tego roku widać było poważniejszą słabość Nawrockiego, to był nią chyba głównie deficyt „siły spokoju”. Karol Nawrocki sprawia takie wrażenie, jakby odczuwał wewnętrzny przymus nieustannego dryblingu na dwóch polach gry: rozgrywki z Tuskiem oraz rozgrywki o trybuńskie przywództwo ludu. Z tego biorą się w większości jego najpoważniejsze błędy.

.Sprzeciw wobec programu SAFE wziął się z planu ogrania Tuska na polu europejskich pieniędzy. Nic się tu nie udało: Tusk nie tylko pieniądze wziął, ale przeznaczył je na polską zbrojeniówkę, czym teraz każdego dnia kłuje Nawrockiego w oczy. Nikt dziś już nie pamięta o ogłaszanych raptem parę miesięcy temu wielkich projektach finansowych Nawrockiego. Miał być „pancerz podatkowy”, a w nim likwidacja PIT-u dla rodzin z dziećmi i obniżka VAT-u, a wszystko to po to, aby lud pamiętał, iż jego prezydent chce rozdawać mu pieniądze, tak jak czynił to PiS. Okazało się to bez sensu. Raz – bo czas kryzysu fiskalnego, w jaki właśnie weszła Polska, pozbawił rozsądku takie przedsięwzięcia. Dwa – bo Nawrockiego mógł ograć tutaj nawet Czarzasty, który w roli marszałka sejmu przypisał sobie, całkiem skutecznie, rolę cenzora inicjatyw prezydenckich. Karol Nawrocki ani nie wyczuł właściwego czasu, ani nie zrozumiał tego, iż nie zaczyna się rzeczy, których skończyć i tak się nie jest w stanie.

Myślę, że także spektakularne gesty antyukraińskie, do jakich w ostatnim czasie wrócił prezydent Nawrocki, biorą się nie z czego innego, jak z intencji „stanięcia na czele” antyukraińskich ludowych nastrojów. Tak jakby każdego dnia prezydent musiał na nowo udowadniać samemu sobie i całemu światu, że nadal jest prawdziwym trybunem ludu. W efekcie nawet jakaś głupia kijowska prowokacja z nazwaniem oddziału armii tytułem „bohaterów UPA” urosła w Polsce za sprawą prezydenta do rangi aktu o wielkiej wadze i doniosłości. Prezydent nie powinien tak łatwo poddawać się prowokacjom, a kiedy w kraju rosną radykalne nastroje, winien je raczej tonować, a nie zaostrzać ad extremum. Nawrocki ma już pozycję ludowego trybuna i nie musi jej każdego dnia na nowo udowadniać. Podobnie zresztą, jak stał się, najzupełniej realnie, hamulcowym Tuska, więc nie musi swojego politycznego przeciwnika ogrywać na nowo każdego dnia. To nieprawda, że dzień bez ogrania na jakimkolwiek polu Tuska albo bez kolejnego dowodu na trybuńskie przewodzenie zmiennym nastrojom ludu musiałby być dla prezydenta dniem straconym.

Karolowi Nawrockiemu ciągle brak „siły spokoju”, bez której nie ma i być nie może rzeczywistego męża stanu.

Jan Rokita

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 5 czerwca 2026