Jan ŚLIWA: Rewolucja kulturalna a współczesne Chiny

TSF Jazz Radio

Rewolucja kulturalna a współczesne Chiny

Jan ŚLIWA

Pasjonat języków i kultury. Informatyk. Publikuje na tematy związane z ochroną danych, badaniami medycznymi, etyką i społecznymi aspektami technologii. Mieszka i pracuje w Szwajcarii.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

Chińczycy nie mają poczucia niższości wobec Zachodu, raczej chcą się na nim odegrać. Po (prawdopodobnym) opanowaniu epidemii koronawirusa Chiny przechodzą w ton triumfalny. Chcą dowodzić w ten sposób wyższości swojego systemu – na użytek wewnętrzny i wobec sojuszników, może też dla sympatyków w świecie zachodnim – pisze Jan ŚLIWA

Chińczycy to naród po przejściach. Byli obiektem być może największego eksperymentu społecznego w historii ludzkości. Eksperyment ten wpisuje się w serię prób szybkiego i siłowego zbudowania raju na ziemi – od Wielkiej Rewolucji Francuskiej, poprzez system sowiecki, po Kambodżę. W tych wizjach jednostka była niczym, zerem, jak pisał Majakowski. Każdy z tych systemów wyłaniał szalonego dyktatora i strukturę władzy opartą na strachu. Rozmiar katastrofy zależał od zasięgu geograficznego, czasu trwania i świeżości ideologii. Przy dłuższym trwaniu zapał rewolucyjny słabł – nie da się utrzymać czystego jakobinizmu w nieskończoność. Ale przez trzy dekady jak najbardziej. Narzuca się porównanie z pokrewnym szaleństwem – nazizmem. Ten jednak przy nieprawdopodobnym okrucieństwie wobec obcych raczej dbał o swoich – pod warunkiem lojalności. Okrucieństwo utopii społecznych było skierowane w dużej mierze do wewnątrz.

Centralnym tematem będzie tu chińska Wielka Proletariacka Rewolucja Kulturalna (1966–1976, ze szczytową fazą 1966–1968). Dobrze ją jednak ujrzeć w szerszym kontekście historycznym oraz zapytać, jakie ma konsekwencje dla współczesnych Chin, które – mimo pandemii koronawirusa – zmierzają do tego, aby zostać pierwszą gospodarką świata.

W XIX wieku gasnące Cesarstwo Chińskie stało się obiektem dominacji nowocześnie uzbrojonych europejskich potęg. Szczególnie poniżająca była wojna opiumowa, w której Anglia zmusiła Chiny do importu indyjskiego opium, z wiadomymi skutkami dla zdrowia. Próby oporu – powstania Tajpingów i Bokserów („Chińcyki trzymają się mocno” w Weselu) – kończyły się masakrami. W latach 30. XX w. Chiny próbowali podbić Japończycy. Pamiętna jest szczególnie masakra Nankinu (do 300 000 zamordowanych cywili). Japończycy zostali wyparci w 1945 r. przez dwie armie: Czang Kaj-szeka i Mao Zedonga, między którymi doszło natychmiast do wojny domowej. Była ona brutalna. Przykładowo pięciomiesięczne wzięcie głodem jednego tylko miasta spowodowało 160 000 ofiar. W końcu wygrał Mao, który 1.10.1949 na placu Tiananmen ogłosił powstanie Chińskiej Republiki Ludowej.

Przy całej późniejszej katastrofie wyparci zostali obcokrajowcy, a kraj został zjednoczony. W psychice Chińczyków okres poniżenia przez Zachód – przy wspomnieniu tysięcy lat wspaniałej historii – odgrywa podobną rolę jak dla nas rozbiory. Stąd ambicja powrotu na należne im pierwsze miejsce, z którego chwilowo zostali strąceni. Niedawno pod przywództwem Xi Jinpinga obchodzili hucznie 70-lecie, a w pozostałym do stulecia czasie chcą pokazać światu, na co ich stać.

Wydawać by się mogło, że wyzwolenie w 1949 r. rozpoczęło miodowy miesiąc. Nic bardziej błędnego. Reforma rolna była dokonywana rękami chłopów – ważne było, by wszystkie te ręce były umoczone w krwi „kułaków”, by nikt nie stał z boku. I czystki z normami zabitych 1 na 1000, przekraczanymi przez co gorliwszych wykonawców. Gdy w latach 1956–1957 pod wpływem potępienia stalinizmu przez Chruszczowa oraz wypadków w Polsce i na Węgrzech narastało oddolne napięcie, Mao zachęcił do wyrażania krytyki: Niech zakwitnie sto kwiatów! Początek był oporny, lecz potem poleciała lawina. Nawet Mao był w szoku. Ale wtedy zaciągnął hamulec, zmienił front. Okazało się, że kampania była przynętą dla węży do wyjścia z dziur. Demaskacją prawicowców zajął się Deng Xiaoping. Ponad pół miliona spotkały represje, dochodziło do samobójstw i publicznych egzekucji. Liberalizacja okazała się pułapką.

Czas więc na nowy pomysł: Wielki Skok (1958–1962) – próba wyprzedzenia Wielkiej Brytanii w kilka lat. Podstawowe kryterium: produkcja stali. Przetapiano w dymarkach wszystko, co wpadło w ręce, by otrzymać bryły bezwartościowej surówki. Trudno wyliczyć wszystkie eksperymenty – na ludziach, bez znieczulenia. Jednak nie wszyscy cierpieli. Ludność podzielono na mieszkańców wsi i miast. Ci pierwsi, przywiązani do ziemi, wykonywali pracę niewolniczą, sami musieli próbować przeżyć. O miasta dbano lepiej. Drugi podział to bezpartyjni i partyjne kadry, o kilku kategoriach, wyznaczających przywileje, zaczynając od liczby i jakości papierosów z przydziału. Na szczycie Mao, mieszkający w rezydencji cesarskiej, z sypialnią rozmiaru sali balowej. Korzystano z życia. Statek na Jangcy wiózł 250 działaczy, którym hostessy na wysokich obcasach serwowały przysmaki, a w tle dyskretnie grała orkiestra. Ich poddani szukali wtedy ostatnich kiełków. Łączny bilans to śmierć przynajmniej 45 mln, z przypadkami kanibalizmu. Brutalna walka o przeżycie powodowała olbrzymią demoralizację i zniszczenie resztek solidarności.

* * *

.W 1962 r. gwiazda Mao wydawała się gasnąć. Prezydent Liu Shaoqi określił katastrofę Wielkiego Skoku jako spowodowaną „przez człowieka”, unikając jednak bezpośredniego ataku na Mao. Niemniej zaprezentował się jako potencjalny konkurent, chiński Chruszczow. Tu właśnie leżał problem. Pośmiertne obalenie kultu Stalina było szokiem dla Mao, zdradą światowego komunizmu. Do tego akceptacja pokojowego współistnienia z imperializmem. Widząc, że ojczyzna komunizmu została przejęta przez rewizjonistów, Mao uznał, że teraz jego kolej, by ponieść płomień światowej rewolucji. Miał obsesyjne dążenie do czystości idei, stąd każdy pragmatyzm, mała stabilizacja, wzięcie oddechu wydawały mu się zdradą. Równie obsesyjnie – jak każdy dyktator – obawiał się spisków. Pierwsza (w kolejnej serii) fala czystek nastąpiła w latach 1962–1965. Brali w niej aktywny udział Liu Shaoqi i Deng Xiaoping. Sami, jako zbyt silni, byli na celowniku Mao. Ale po co ostrzegać ich zbyt wcześnie?

I zaraz się zaczyna: 1 czerwca 1966 r. artykuł w „Dzienniku Ludowym” woła naród do zmiecenia wszystkich starych potworów i demonów. Rozpoczyna się Wielka Proletariacka Rewolucja Kulturalna. Nauka w szkołach zostaje zawieszona. Zamiast tego Liu i Deng wysyłają do szkół grupy agitatorów. 16 lipca Mao przepływa Jangcy, akcentując swój wigor i determinację. Chcąc przewietrzyć struktury partyjne, nie może się oprzeć na starych kadrach. Stąd wykorzystanie młodzieży, studentów, a nawet czternastoletnich uczniów. W tym wieku walka z dorosłymi zamiast posłuszeństwa, przyzwolenie na przemoc i przekonanie o własnej ważności, to silny narkotyk. Tak też działały Komsomoł i Hitlerjugend. Agent systemu w domu, bardziej lojalny wobec Wodza niż wobec rodziny.

Zaczynają się ataki na działaczy partyjnych, profesorów. Jest to spontaniczność sterowana. I tak prezydent Liu, niedoszły Chruszczow, jest teraz publicznie poniżany i bity. Można też przy okazji załatwić swoje prywatne porachunki. Polowanie na wrogów ludu – w każdej rewolucji – temu sprzyja. Hunwejbini, Czerwona Gwardia, niszczą, co im tylko wpadnie w ręce. Dewastują świątynie, groby, biblioteki. Przeszukują prywatne domy, szukają starych książek, obrazów, mebli. Biją wrogów ludu, czasem śmiertelnie. Są wypadki grzebania żywcem. Studiują Czerwoną książeczkę myśli Mao. Zawiera ona wszystko, co jest im potrzebne. Na murach pojawiają się dazibao, gazetki wielkich hieroglifów. Zwięźle podają wyznawcom przekaz dnia. Jakie dziś hasło, kto jest wrogiem.

Z czasem pojawiają się ambicje personalne przywódców hunwejbinów. Wielu wchodzi w posiadanie broni, oddziały walczą ze sobą, nawet przy użyciu karabinów maszynowych i artylerii przeciwlotniczej. Są też wykorzystywani przez działaczy partyjnych, zaprawionych w sztuce politycznego survivalu. Z kolei wielu zachęcanych do oczyszczania partii z rewizjonistów zwraca się przeciwko partii jako takiej. Mao napuszcza jednych na drugich: raz zachęca armię do wspomagania hunwejbinów, raz każe rozprawić się z najaktywniejszymi watażkami. W końcu w lecie 1968 r. faktyczną władzę w partii i państwie przejmują komitety rewolucyjne, zdominowane przez wojsko.

* * *

.Po latach czerwonych (1966–1968) rozpoczynają się lata czarne (1968–1971). Zachowana jest rewolucyjna terminologia, lecz naprawdę państwo zostaje skoszarowane. Miliony niepożądanych elementów, w tym ci, którzy zbytnio wzięli sobie do serca słowa Wielkiego Sternika, zostają wysłane na reedukację na wieś. Ciekawe, czy paryscy studenci wieszający portrety przewodniczącego Mao byliby tak zachwyceni maoizmem praktycznym, czyli perspektywą dojenia krów w jakiejś wiosce w Périgord, z noclegiem w ziemiance, bez możliwości powrotu do miasta. Mimo wprowadzenia chaosu samemu Mao udaje się utrzymać kontrolę. Jego słowo ma znaczenie, miliony bojowników ślepo mu wierzą. A słowem tym może zdecydować, kto dziś jest na szczycie, a kto jutro zostanie zdrajcą. Okres ten jest zewnętrznie mniej spektakularny, wtedy jednak dochodzi do największej liczby zbrodni. Zaczyna się polowanie na szpiegów i zdrajców. W samej prowincji Guangdong życie traci 40 tysięcy. W Mongolii Wewnętrznej 800 tysięcy jest aresztowanych i torturowanych – wyrywane paznokcie i gorzej. To pogranicze z Mongolią, ludobójstwo niepewnej mniejszości narodowej. W marcu 1969 r. dochodzi do starć z Armią Radziecką nad rzeką Ussuri, co nawet przy znanej narastającej wrogości jest szokiem. Ze względu na zagrożenie konfliktem fabryki są przenoszone z wybrzeża do wnętrza kraju. Do terroru dokłada się więc katastrofa gospodarcza.

Ale wszystkie te akcje pod kontrolą armii wzmacniają ją. Na co więc kolej? Oczywiście na czystki w armii. I tak marszałek Lin Biao, w kwietniu 1969 r. wyznaczony na następcę Mao, we wrześniu 1971 r. ginie w wypadku samolotowym, uciekając z Chin. Po latach czarnych przychodzą lata szare (1971–1976). Powoli się uspokaja. W sytuacji niepewności, gdy już wiele wysoko wyniesionych głów spadło, ludzie wycofują się i dbają o przetrwanie. Przesadny chaos prowadzi do biernego oporu. Chłopi po prostu chcą przeżyć. Dlatego też de facto w końcowej fazie maoizmu rozpadają się komuny ludowe, oficjalnie rozwiązane w 1982 r. nie dzięki, lecz wbrew woli Deng Xiaopinga. Pojawia się (czarny) rynek. Również ciągłe kampanie przeciw kolejnym wrogom oraz zmiany ideologicznego wiatru uniemożliwiają utrzymywanie kursu i doprowadzają do erozji idei. Nie można z pełnym przekonaniem wierzyć w idee zmieniające się co chwilę. Ironią losu jest to, że w końcu triumfuje mądrość ludu i to ona rozmontowuje maoizm.

Lecz Mao ciągle żyje, jego idee powiewają na sztandarach. Co więc się dzieje w partii? Frakcję umiarkowaną, pragmatyczną reprezentują premier Zhou Enlai i Deng Xiaoping, którego los jest pełen wzlotów i upadków, wymagających taktyki i sprytu. Nigdy się nie przeciwstawia otwarcie Mao, a gdy trzeba wykazać się brutalnością, wykonuje zadania bez dyskusji. On też potem podejmie decyzję wysłania czołgów na studentów 4 czerwca 1989 r. Radykałom przewodzi żona Mao, Jiang Qing, była szanghajska aktorka. Pod koniec życia Mao widać sygnały rozpadu. W styczniu 1976 r., gdy umiera premier Zhou Enlai, tłumy demonstracyjnie okazują mu szacunek, co oznacza mniej szacunku dla Mao. W lipcu w czasie trzęsienia ziemi w Tangshan ginie przynajmniej ćwierć miliona ludzi, co dla przesądnych Chińczyków jest znakiem. Tak niebiosa oznajmiały cesarzowi wycofanie swojej przychylności. Wreszcie 9 września 1976 r. umiera Mao. Publicznie leją się łzy. Ale prywatnie… w Kunming, stolicy prowincji Yunnan, w sklepie zabrakło alkoholu. Już miesiąc po jego śmierci aresztowano Bandę Czworga, która trzęsła Chinami – w tym Jiang Qing, wdowę po Mao. Ich upadek był okazją do petard, obżarstwa i pijaństwa.

Co jednak to wszystko ma wspólnego z kulturą? Celem Mao było usunięcie burżuazyjnych przeżytków ze świadomości. Działacze partyjni rozsiedli się na stołkach, zapragnęli wygodnego życia, jak obaleni przez nich burżuje. To był jeden z problemów. Chiny miały przecież być krajem prawdziwie proletariackim. Ze świadomości należało wybić cztery stare rzeczy: obyczaje, kulturę, przyzwyczajenia i idee. Do akcji weszli hunwejbini, jak widzieliśmy wyżej. U przechodniów tępili burżujskie buty i spodnie, perfumy, biżuterię i pieski. Imię Cenny klejnot dobrze było zmienić na Czerwony bohater. Promocją socjalistycznej sztuki zajęła się żona Mao, Jiang Qing. Jako aktorka stworzyła osiem modelowych przedstawień – pięć oper, dwa balety i suitę symfoniczną. Oczywiście treść i forma były podporządkowane propagandzie. Były grane w całych Chinach. Malarstwo było chińską wersją socrealizmu, z uśmiechniętym Mao wśród jeszcze bardziej uśmiechniętych jego poddanych, zwłaszcza dzieci i młodzieży. Kult jednostki doprowadzony został do granic, a zadrapanie portretu Mao groziło łagrem. Bo tylko z daleka to propagandowe zadęcie wydaje się śmieszne. Po upadku marszałka Lin Biao rozpoczęła się na przykład kampania krytyki Lin Biao i Konfucjusza. Szokujące zestawienie, chyba nie ta sama kategoria. Ale dziwactwo czy nie – była to kolejna okazja, by wpaść między tryby nieludzkiej machiny.

* * *

.Choć liczba bezpośrednich ofiar (1,5 – 2 mln) była mniejsza niż przy innych akcjach, takich jak Wielki Skok, jednak Rewolucja Kulturalna silnie przeorała społeczeństwo duchowo. Kampanie nienawiści, publiczne poniżenia, donosy i złamane życia pozostawiły długotrwałe ślady w psychice. Jakie? Oficjalnie nie było żadnego potępienia, żadnego rozliczenia. Nie zapominajmy też, że w 1989 r. nastąpiła dogrywka, masakra na placu Tiananmen, która wielu wybiła z głowy ochotę na swobodną dyskusję. Gdy byłem w Pekinie w 2010 r. z pobytem u rodziny, zalecano nam, by nie wypytywać, kto, co i kiedy robił. Trauma ofiary, sprawcy, czasem obu tych ról. Gruba kreska, wybieramy przyszłość. Tak pewnie było w Niemczech po wojnie. Cud gospodarczy, rock and roll, Volkswagen, wakacje we Włoszech. Mein Kampf głęboko w bieliźniarce, w szufladzie zdjęcia, które odkryje wnuk. A wnukowi może już można wyjawić choć część tego, co gryzło serce przez całe życie.

Odsłanianie przeszłości przez pokolenie wnuków to temat nowej powieści młodej pisarki Zhang Yueran, o oryginalnym tytule Jian (Kokon), a we francuskim przekładzie Clou (Gwóźdź). Tytułowy gwóźdź w burzliwych czasach znalazł się w głowie pewnego człowieka i zmienił go w warzywo. Dwoje młodych ludzi podąża dziś śladem tej historii, która prowadzi ich do rodzinnych tajemnic i mówi wiele o tym, kim są oni sami i co ich ukształtowało. To najświeższy przykład na to, że trudna przeszłość nie jest absolutnym tabu. Pisarka podróżuje po świecie, udziela wywiadów po angielsku i chińsku, pracuje na dobrym uniwersytecie w Pekinie, gdzie wykłada literaturę.

Są w Chinach pisarze, którzy podejmują te tematy. Już w 1993 r. Yu Hua opublikował powieść Żyć, przedstawiającą losy rodziny od wojny z Japonią po Rewolucję Kulturalną. Książka najpierw była zakazana, potem spotkała się z uznaniem. Podobne przejścia miał nakręcony według niej film. Reżyser Chen Kaige wydał swoje wspomnienia z tych czasów – poruszający jest wstyd, z jakim opisuje, gdy z kolegami jako nastolatek publicznie męczył własnego ojca. Dość krytyczny noblista Mo Yan żyje i publikuje w Chinach. Z kolei Ma Jian, autor ostatnio wydanego Chińskiego marzenia, ironizującego na temat wielkiego planu Xi Jinpinga pod tym hasłem, od lat nie ma wjazdu do Chin.

Widać więc, że nie jest to całkowite tabu. Dopuszczalne jest nawet ostre opisywanie objawów, ale bez krytyki systemowej i bez publicznych wystąpień za granicą. Oficjalna linia nie dopuszcza poważnej krytyki któregokolwiek z okresów historii Chin Ludowych. Może też literatura jest wentylem dla osobników i tak niepewnych. Ale to dotyczy niewielkiej wielkomiejskiej elity. Co myślą inżynierowie w Shenzhen? Co chłopi w Syczuanie? Prawdopodobnie ciężko pracują. Niektórzy biorą udział w wyścigu szczurów, bo nagrody za zwycięstwo są wysokie. Czy mają czas rozmyślać i wspominać? Pamiętajmy też, że dla nich Rewolucja Kulturalna to historia dziadków, a masakra na Tiananmen – rodziców.

* * *

.Spróbujmy przejść do podsumowania. Są różne źródła, zależne od nastawienia i osobistych doświadczeń autorów. Moim podstawowym źródłem było The Cultural Revolution: A People’s History, 1962–1976 Franka Diköttera i jego książki o wyzwoleniu i Wielkim Skoku. Od niego pochodzą też nazwy etapów rewolucji. Szczególnym walorem jego pracy jest to, że opierał się na oryginalnych źródłach chińskich, w tym partyjnych archiwach. Pozwoliły mu one na rekonstrukcję jednostkowych losów, których tragedia działa mocniej niż statystyki: ojciec zmuszony do pogrzebania syna żywcem za kradzież garści zboża; zaszczucia, samobójstwa. Innym źródłem była np. książka Stefana Barona i jego chińskiej żony Die Chinesen: Psychogramm einer Weltmacht. Baron; wżeniony w chińską rodzinę, dobrze zna funkcjonowanie społeczeństwa w życiu codziennym, mentalność jednostek czy rozróżnienie między moralnością wewnątrz rodziny (klanu) i zewnętrznego świata.

Czym więc są, czym mogą być Chiny? Jest kilka możliwych ocen. Jedna to taka, że Chiny to wielka cywilizacja konfucjańska, po przejściach, dla której zwłaszcza obecnie komunizm to tylko dekoracje i koloryt. Inna mówi, że wciąż żelazną ręką rządzi partia komunistyczna, a swobody i nowoczesność to tylko lukier; odnowiona tradycja służy jedynie do wspomagania ducha posłuszeństwa wobec hierarchii. Wreszcie inni mówią, że społeczeństwo się jednak zmienia i nowoczesne technologie i kontakt z Zachodem radykalnie zmienią Chiny. Teorię konfucjańską reprezentuje m.in. Henry Kissinger w swojej książce On China. Również Baron przedstawia społeczeństwo, w którym da się żyć – gdy wie się jak, bo nie wszystko działa tak, jak na papierze. Co do agresywnej władzy, cytuje przysłowie „Góry są wysokie, a cesarz daleko”. Dikötter jest radykalny, uważa Kissingera za naiwnego, a jego i Nixona wsparcie Chin w 1972 r., gdy kumulowały się katastrofalne konsekwencje serii eksperymentów Mao, za karmienie Frankensteina. Uważa, że tak jak Reagan rozumiał Związek Sowiecki, tak Trump jest pierwszym, który naprawdę rozumie, jakim przeciwnikiem są Chiny.

Chiny są dziwnym połączeniem dyktatury jednej partii ze swobodnym systemem gospodarczym. Niektórzy nazywają je konsultatywnym autorytaryzmem, inni cyfrowym leninizmem. Dziś partia, rządząca w organicznej symbiozie z instytucjami państwa, wydaje się pragmatyczna, koncentruje się na rozwiązywaniu konkretnych problemów, działa w nacjonalistycznym interesie Chin. Ma jednak na swoim koncie około 100 mln ofiar i dezorganizację gospodarki. Minęło 40 lat. Czy na tyle zmądrzała? Co zostało z przeszłości, skoro nie dokonano oficjalnie żadnego rozliczenia? Na przykładzie Polski widzimy, jak długo się ciągną zaszłości, nawet poza granice biologiczne.

Widać koncentrację władzy w rękach Xi Jinpinga, ekspansję gospodarczą i handlową, jak również nieskrywaną rozbudowę wojska. W wielu dziedzinach Chiny walczą o światową dominację technologiczną, jak w sztucznej inteligencji czy telefonii 5G. Oraz w budowie systemów totalnego nadzoru. Zagadką jest, w którą stronę system będzie ewoluował. Umowa społeczna polega na tym, że „cesarz” zapewnia dostatnie życie, nadzieję na przyszłość i dostateczny zasób codziennych swobód. Nie wiadomo, na ile jest to trwałe. Co prawda od lat zapowiadają załamanie rozwoju Chin, do którego ciągle nie dochodzi, ale zagrożenia są autentyczne. Jednym jest demografia. Polityka jednego dziecka pozwoliła na szybszy wzrost, ale za jakiś czas liczba ludności się zacznie zmniejszać, odwraca się piramida wieku i nie będzie komu pracować. Brakuje ok. 30 mln kobiet, łatwo domyślić się dlaczego. Płace rosną, eksport drożeje, kompensacją powinien być popyt wewnętrzny.

Czy to zadziała? Jak rozwinie się konflikt handlowy z Ameryką? Czy nie przerodzi się w militarny? A Chiny chcą uczcić stulecie rewolucji w 2049 r. zjednoczeniem kraju z Tajwanem. Dalej: niektóre ambitne projekty niebezpiecznie kojarzą się z Wielkim Skokiem. Powstają puste miasta na wyrost. Globalne plany Nowego Jedwabnego Szlaku mogą być ekonomicznym imperial overstretch. Na razie to się jakoś spina. Z eksportu po części środki spływają do państwa. Stąd Chiny mają wielkie rezerwy i możliwości manewru. Wydaje się, że są o wiele bardziej pragmatyczne i szybciej korygują kurs. Partia co prawda oczekuje lojalności, ale nie tworzy nowego człowieka w oderwaniu od realiów. Grają jednak o wysokie stawki, mogą się przeliczyć. Skądinąd coraz więcej władzy skupia się w rękach jednego człowieka. System uzależnia się od jego kaprysów i zdrowia. Przedtem rozumiano ten problem i ograniczono przywództwo do 10 lat, jednak dla Xi Jinpinga warunek ten usunięto. A jeżeli władza nie dotrzyma umowy społecznej, reakcja może być różna. Dziś partia daje ludziom się rozwijać, w końcu w atmosferze terroru niemożliwa jest gospodarka innowacyjna. Ale partia może w każdej chwili przykręcić śrubę, ma do tego narzędzia.

Życie codzienne wygląda normalnie. Byłem tam, co prawda kilka lat temu, widziałem uśmiechniętych, sytych ludzi. Miałem kontakt ze studentami, nie wyglądali na zastraszonych. Technika ułatwia codzienne życie, smartfon służy do wszystkiego. W internecie żyją we własnym świecie, ale ich świat to 1/5 ludzkości. W telewizji dominuje propaganda pozytywna, seriale o życiu codziennym, wspaniałych cesarskich czasach, walce z Japończykami i Czang Kaj-szekiem. Hitem kinowym jest ostatnio Wolf warrior, chiński Rambo, były żołnierz jednostki specjalnej chińskiej armii, zaprowadzający porządek w świecie. Sukcesy gospodarcze i techniczne (sonda na Księżycu, bezzałogowy lot na Marsa) wzmagają narodową dumę. Chińczycy nie mają poczucia niższości wobec Zachodu, raczej chcą się na nim odegrać. Po (prawdopodobnym) opanowaniu epidemii koronawirusa Chiny przechodzą w ton triumfalny. Chcą dowodzić w ten sposób wyższości swojego systemu – na użytek wewnętrzny i wobec sojuszników, może też dla sympatyków w świecie zachodnim.

Co współczesnym Chińczykom przekazali rodzice i dziadkowie? Może milczeli. Może ta fascynacja techniką, zastępowanie starych centrów miast dzielnicami wieżowców to podświadoma próba odcięcia się od przeszłości. Z drugiej strony nowobogaccy kolekcjonują dawną sztukę. A nowych miliarderów jest wielu, różnice społeczne są gigantyczne. W Szanghaju przyjezdny z prowincji robotnik śpi na pryczy, biznesmen buduje dla psa willę z basenem. Nigdy nie było tam „Solidarności”. Kto wygrał, ten wygrał. Kiedyś jadł miskę ryżu, teraz uczy się smakować francuskich win.

.Co będzie – tego nikt nie wie. Dlatego przytoczyłem różne opinie, od demonicznych po optymistyczne. Sytuacja zmienia się bardzo szybko. To ważne, zwłaszcza gdy Polska inwestuje tak wiele w sojusz z USA, a konflikt amerykańsko-chiński może wywrócić sytuację geopolityczną do góry nogami. Gra wielowektorowa przestaje być możliwa. Amerykanie chcą zastopować chiński postęp techniczny (Huawei, 5G), Chińczycy z kolei mogą zorganizować własną strefę gospodarki, techniki i finansów. Z narastającą obcością i niechęcią. Dwa bieguny świata, mentalnie równie odległe jak imperium dynastii Ming od Anglii Tudorów. Żyjemy w ciekawych czasach, ciekawszych niż byśmy chcieli.

Jan Śliwa

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam