Katarzyna UCZKIEWICZ: Wrocław. Miasto naszych marzeń

TSF Jazz Radio

Wrocław. Miasto naszych marzeń

Katarzyna UCZKIEWICZ

Slawistka, tłumaczka literatury czeskiej. Redaktor naczelna kwartalnika „Pamięć i Przyszłość” i rocznika „Miasto. Pamięć i Przyszłość”. Kierownik Ośrodka Współpracy Polsko-Czesko-Słowackiej na Uniwersytecie Wrocławskim.

zobacz inne teksty autora

W środkowoeuropejskich miastach spod świeżej farby przezierają pozostałości epoki „demoludów”. Problem tkwi nie w fasadach, nie w infrastrukturze, komunikacji czy organizacji przestrzeni miejskiej, ale przede wszystkim w mentalności, w rozumieniu relacji mieszkańców z władzą, między wspólnotą a jednostką, ich praw, obowiązków, zasad współistnienia różnorodnych grup interesów, stylów życia i systemów wartości.

Urodziłam się we Wrocławiu, smutnym, zawiedzionym w swoich aspiracjach, zmęczonym codziennością mieście schyłku epoki Gierka. Moja podstawówka, wielki gmach z czerwonej cegły, nosiła imię Marii Dąbrowskiej, a ja byłam przekonana, że to właśnie ją przedstawia popiersie na frontowej ścianie szkoły. Dopiero wiele lat później dowiedziałam się, że jest to podobizna szwajcarskiego pioniera nowoczesnej pedagogiki Johanna Pestalozziego, patrona niemieckiej wzorcowej Pestalozzischule, która znajdowała się w budynku przed wojną.

W latach osiemdziesiątych pamięć miasta, której ślady mijałam codziennie chodząc ulicami Śródmieścia, była pamięcią dla mnie niedostępną, właściwie nieuświadomioną, pamięcią wypartą lub przynajmniej okaleczoną w wyniku dziwnego splotu propagandowych zabiegów władz i autocenzury powojennego społeczeństwa. Wrocław (podobnie jak inne miasta tzw. Ziem Odzyskanych) znajdował pod tym względem w sytuacji szczególnej: przeszłość miasta (niezależnie od tego, jakim manipulacjom poddawali ją peerelowscy inżynierowie dusz) nie była przeszłością żyjących w nim ludzi. Całkowita wymiana ludności w efekcie powojennych zmian granic skutkowała – poza wszystkimi innymi konsekwencjami – także zerwaniem ciągłości pamięci.

Przyszłość jawiła mi się wówczas jako odległa i abstrakcyjna. Ten stan, naturalny dla dziecka żyjącego w wiecznej teraźniejszości, dotyczyć musiał, jak sądzę, wielu wrocławian niezależnie od wieku. Trudy kryzysowej teraźniejszości i brak nadziei na znaczącą zmianę warunków polityczno-ekonomicznych zawężały tę wyobrażoną przyszłość do wizji doczekania się na mieszkanie, talon na samochód czy choćby parę wiosennych butów dla dziecka. Chociaż schyłek Peerelu to oczywiście rozwój – z jednej strony – opozycji, z drugiej zaś – tzw. prywatnej inicjatywy, przeważającą postawą pozostawała, szczególnie po doświadczeniu stanu wojennego, bierność, „emigracja wewnętrzna” lub koncentracja na życiu codziennym.

Całkowita wymiana ludności w efekcie powojennych zmian granic skutkowała – poza wszystkimi innymi konsekwencjami – także zerwaniem ciągłości pamięci.

W późno- peerelowskim bezczasie mało było miejsca na refleksję nad zagadnieniami związanymi z szeroko pojętą kategorią „miejskości”, która przetoczyła się przez zachodnie miasta w drugiej połowie XX w. Podczas gdy po drugiej stronie żelaznej kurtyny wznosiła się fala ruchów miejskich, nastawionych na polepszenie jakości życia w metropoliach, a wielkie miasta emancypowały się jako samodzielne, zsieciowane ze sobą centra polityczne, ekonomiczne i naukowe, tworząc zmediatyzowaną, heterogeniczną kulturę miejską „późnej nowoczesności”, w Polskich miastach na ulicach mieszkańcy ryzykowali wolność, a niekiedy i życie w starciach z milicją podczas demonstracji Solidarności walcząc o podstawowe prawa obywatelskie. Był to świat binarny, zbudowany na jednoznacznych podziałach my-oni, partia-opozycja, władza-społeczeństwo, podczas gdy ponowoczesne metropolie Zachodu przypominały raczej wielowarstwowy palimpsest współistniejących, płynnych, niewykluczających się narracji.

Ta nierównomierność rozwoju miast po obu stronach żelaznej kurtyny, a także zmarginalizowanie (naturalne w ówczesnych warunkach politycznych i ekonomicznych) refleksji teoretycznej nad różnymi aspektami i konsekwencjami miejskości w Polsce sprawiły, że po 1989 r. miasta wyłaniające się z dotychczasowej urawniłowki, weszły na drogę częściowo spontanicznego, częściowo instrumentalnie traktowanego „rozwoju”. Jego kierunek motywowany był często wręcz dziewiętnastowiecznym rozumieniem tak długo oczekiwanego „kapitalizmu” i „wolnego rynku” z jednej, a „demokratyzacji” i „pluralizmu” z drugiej strony. Używany przeze mnie cudzysłów nie jest przy tym przypadkowy. Nie chodzi mi jednak o kwestionowanie wartości tych, tak popularnych w Polsce przełomu lat 80. I 90 XX w. pojęć. Raczej o wskazanie, że w postkomunistycznej części Europy były one od początku baudrillairowskimi symulakrami, znakami pustymi – tym bardziej, że pozbawionymi znaczenia, jeszcze zanim – w tej części świata przynajmniej – znaczenie to zrozumiano i zaczęto realizować.

Między innymi dlatego dziś, po ponad dwudziestu pięciu latach, miasta środkowoeuropejskie są nadal czym innym niż miasta (umownie mówiąc) „zachodnie”, chociaż wizualnie bardzo się do nich upodobniły. Właśnie to upodabnianie się (zmierzające niekiedy w kierunku imitacji), „nadganianie” straconych w PRL lat (skądinąd potrzebne i wówczas uzasadnione) niesie za sobą ryzyko powierzchowności. W środkowoeuropejskich miastach spod świeżej farby przezierają nadal pozostałości epoki „demoludów”. Najważniejsza różnica tkwi nie w fasadach, nie w infrastrukturze, komunikacji czy organizacji przestrzeni miejskiej, ale przede wszystkim w mentalności, w rozumieniu relacji mieszkańców z władzą i między sobą, relacji między wspólnotą a jednostką, roli różnych aktorów miejskiej rzeczywistości, ich praw, obowiązków, zasad współistnienia różnorodnych grup interesów, stylów życia i systemów wartości.

Jakie więc są środkowoeuropejskie miasta ponad ćwierć wieku po „upadku komuny”? Jaki jest Wrocław? Jaką drogę przeszedł od czasu pierwszych demokratycznych wyborów samorządowych 26 maja 1990 r.? Jaki chcielibyśmy, by był dziś i za dwadzieścia, trzydzieści, pięćdziesiąt lat? Zadaliśmy sobie to pytanie, tworząc pierwszy numer rocznika „Miasto. Pamięć i Przyszłość”.

W klasycznej już dziś książce „Śmierć i życie wielkich miast Ameryki” Jane Jacobs napisała: „Bycie człowiekiem jest samo w sobie trudne i dlatego też wszelkie ludzkie skupiska (oprócz miast marzeń) trapione są problemami. Wielkich miastach trudności jest pod dostatkiem, ponieważ pod dostatkiem jest w nich ludzi. Jednak żywotne miasta nie są bezbronne w obliczu nawet najtrudniejszych problemów. (…) Żywotne miasta są obdarzone cudowną, naturalną umiejętnością rozumienia, wyrażania, obmyślania i wynajdywania tego, co jest im potrzebne do zwalczania stojących przed nimi trudności”.

.Wierzymy, że Wrocław, nasze miasto, jest miastem żywotnym. O współtworzeniu takiego miasta chcemy myśleć, pisać i rozmawiać. „Nowe pomysły wymagają starych budynków”, powiedział o Wrocławiu Richard Florida podczas wizyty w stolicy Dolnego Śląska na Kongresie Regionów. A więc po raz kolejny: pamięć i przyszłość. Nie tylko kapitał ekonomiczny i społeczny, ale także dorobek kulturowy i cywilizacyjny miasta stanowi o jego potencjale – tak samo jak kompetencje, marzenia, aspiracje i oczekiwania jego mieszkańców. W wielkomiejskich narracjach, jak w żadnych innych przeszłość i przyszłość, pamięć i marzenia przenikają się i uzupełniają, tworząc DNA miejskiej codzienności.

Katarzyna Uczkiewicz
Tekst jest skróconą wersją artykułu wstępnego do rocznika „Miasto. Pamięć i Przyszłość” 1 (2016)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam