Konrad WERNER: (De)kolonizacja wiedzy a sprawa polska. Spór o praworządność w Unii Europejskiej na szerszym tle filozoficznym

(De)kolonizacja wiedzy a sprawa polska. Spór o praworządność w Unii Europejskiej na szerszym tle filozoficznym

Photo of Konrad WERNER

Konrad WERNER

Wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim; Autor: The Embodied Philosopher. Living in Pursuit of Boundary Questions

Mogliśmy podawać fakty: o komunistycznych prześladowaniach, o polskich doświadczeniach okupacji niemieckiej, dalej o zaborach i systematycznym niszczeniu polskiego dziedzictwa przez Kulturkampf i – w delikatniejszej postaci – ideę Mitteleuropy. Fakty jednak mają to do siebie, że szybko nudzą, jeśli nie są strawnie podane, w odpowiedniej oprawie. Sądzę więc, że słownik postkolonialny może być w tej materii naprawdę użyteczny – pisze Konrad WERNER

.Sercem europejskiej kultury, wokół którego skupia się cały jej dorobek, jest conradowskie jądro ciemności – tak można by ująć pierwszy aksjomat propagowanej dziś samowiedzy Zachodu. Projekt kolonialny na zewnątrz, a więc w stosunku do niezachodniej reszty świata, oraz struktury systemowej przemocy wewnątrz, skierowanej przeciw kobietom, mniejszościom seksualnym i etnicznym – to wszystko rzekomo stanowiło i wciąż stanowi zasadnicze spełnienie aksjologii Zachodu, zbudowanej na antycznym fundamencie wedle chrześcijańskiego projektu i w ramach instytucji oświeceniowych. Wiedza o kolonializmie i systemowej przemocy w ich różnorodnych postaciach jest więc, powiada się, niezbędnym narzędziem umożliwiającym zrozumienie świata, w którym wzrastamy.

Zgodnie z tym poglądem wszystkie wymienione komponenty konstrukcyjne Zachodu jako projektu kolonialnego i „przemocowego” są tak samo winne i powinny zostać pociągnięte do historycznej odpowiedzialności. To uzasadnia daleko idącą ingerencję w struktury wiedzy kształtujące zachodni obraz świata – w tym uniwersyteckie curricula, przestrzeń publiczną na czele z różnorodnymi monumentami i miejscami pamięci, a nawet politykę kadrową instytucji publicznych i przedsiębiorstw prywatnych.

Łatwo znęcać się nad absurdalnością powyższego poglądu; łatwo wypomnieć dramatyczne uproszczenia i daleko idącą niesprawiedliwość – bo oto naukową wiedzę, chrześcijańskie miłosierdzie i oświeceniowy ład zrównuje się z czymś wprost przeciwnym – z najciemniejszym miejscem ludzkiej psychiki, dokąd żadne światło, niesione przez tę czy inną kulturę, nie dochodzi. Łatwo też – przyznajmy – ulec urokowi metafor. Jądro ciemności i dantejski obraz schodzenia ku coraz bardziej piekielnym warstwom duszy i cywilizacji; ale także nadzieja wydobycia się ku światłu – to musi poruszać wyobraźnię. Spróbujmy jednak pomyśleć o tym przez moment bardziej pragmatycznie; w szczególności – zastanówmy się, czy ten specyficzny dyskurs „przemocowy”, w szerokim tego słowa rozumieniu, nie przydałby się Polsce i Polakom, gdy mniej lub bardziej skutecznie staramy się przekazać światu naszą wersję zdarzeń ostatnich kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu i kilkuset lat.

A może jest coś w tym „przemocowym” dyskursie? Można by tak pomyśleć, śledząc październikową dyskusję w Parlamencie Europejskim na temat reformy polskiego wymiaru sprawiedliwości. Jaki to ma związek? Otóż zasadniczy. Zarysowanie tego związku wymaga jednak chwili, dlatego „sprawa polska” powróci dopiero kilka akapitów niżej.

W zdecydowanie lewicującej literaturze z nurtu postkolonialno-antyprzemocowego, jeśli wolno mi użyć takiego zbiorczego nowotworu językowego, pojawiło się ciekawe pojęcie epistemicznej niesprawiedliwości (epistemic injustice). Mówimy o niej wówczas, gdy jakaś grupa ludzi jest z uwagi na taką, a nie inną tożsamość pozbawiana narzędzi pojęciowych, dzięki którym jej członkowie mogliby wyartykułować swoją perspektywę, doświadczanie i widzenie świata; bądź wówczas, gdy grupa ta jest instytucjonalnie uznana za niewiarygodną. W literaturze feministycznej podaje się dwa ciekawe przykłady. Oto pierwszy z nich. Zanim ukuto pojęcie przemocy seksualnej, osoby doświadczające tego rodzaju przemocy, przeważnie kobiety, nie miały środków pojęciowych dla wyrażenia tego, co im się przytrafia, ich otoczenie często zaś bagatelizowało realną traumę jako wyraz niezrównoważenia i przesadną reakcję na rzekomo niewinne flirty. Tutaj akurat nie chodzi o to, że ktoś te środki pojęciowe świadomie blokuje – one po prostu jeszcze nie zostały utworzone. Niemniej przykład dobrze ilustruje pozornie banalny fakt, że wieloaspektowe widzenie rzeczywistości zależy od narzędzi pojęciowych. Aby pewne aspekty świata wyrazić, trzeba mieć do tego stosowne narzędzia poznawcze – od subiektywnego doświadczenia i rozpoznania własnych stanów psychicznych aż do abstrakcyjnych narzędzi nauk matematyczno-przyrodniczych.

Mając ten przykład, możemy jednak pójść dalej i wyobrazić sobie sytuację, w której stosowne środki pojęciowe istnieją, lecz pewna grupa ludzi jest od nich intencjonalnie odcinana. Wówczas można mówić o epistemicznej niesprawiedliwości. Przykładem takiej epistemicznej niesprawiedliwości na masową skalę, jak twierdzi się w literaturze, była polityka kolonialna, która przez stosowne rozwiązania prawno-infrastrukturalne odcinała ludność miejscową od jej własnych kulturowo ugruntowanych narzędzi poznawczych, aktywnie zwalczając lokalne tradycje i wierzenia, nie dając wiele w zamian.

Faktem bowiem jest, że w znacznej większości przypadków nie było dla podbitych ludów ścieżki awansu, dzięki której mogliby oni osiągnąć pełną kompetencję w zakresie „europejskich” narzędzi pojęciowych, na czele z nauką. Krytyk religii doda, że dostali oni co najwyżej pewien wyselekcjonowany ersatz „europejskiego” widzenia świata w postaci misyjnego chrześcijaństwa. Można więc mówić o epistemicznej kolonizacji. Dzisiejszą odpowiedzią na to jest ruch zmierzający do, jak się powiada, „dekolonizacji wiedzy”, na czele z dekolonizacją uniwersyteckich programów nauczania – aby obalić albo przynajmniej osłabić eurocentryczny czy – ogólniej – zachodniocentryczny paradygmat.

Może nas razić mowa o „europejskiej” nauce, sugerująca jakoby istniała jakaś inna; a w zasadzie – jakoby jej „europejskość” miała jakiekolwiek znaczenie. Zasadniczy błąd kategorialny czyniony niekiedy przez teoretyków epistemicznej dekolonizacji polega tu na pomieszaniu dwóch różnych poziomów: poziomu czynności i aktów oraz poziomu ich wytworów. Przykładowo, czym innym jest malowanie, a czym innym gotowy obraz. A już w szczególności czym innym jest tworzenie nauki przez konkretnych ludzi w konkretnych warunkach społecznych, a czym innym nauka jako wytwór – jako struktura abstrakcyjnych treści. Z drugiej strony, gotowy wytwór ma cechy, których nie można, pod groźbą zasadniczego logicznego nieporozumienia, przypisywać czynnościom wytwarzania.

Wiersz Mickiewicza czy Tuwima ma pewien niepowtarzalny rytm, nie ma zaś tego rytmu proces pisania, nie wspominając o treści podlegającej interpretacji – interpretujemy treść wiersza, nie zaś czynność pisania. Jeśli więc w naszym wołaniu o zmianę paradygmatu „europejskość” nauki ma sprowadzać się do tego, że tworzyli ją Europejczycy, to grzeszymy tu zasadniczym nieporozumieniem.

Tak przedstawiony błąd kategorialny jest dość oczywisty w odniesieniu do twardych nauk formalnych, takich jak matematyka, oraz twardych nauk empirycznych na czele z ich „królową” – fizyką. Nie ma więc o czym pisać. Stosuje się też do nauk bardziej wrażliwych na kontekst i zależnych od subiektywnego oszacowania zjawisk, na przykład do nauk społecznych i historycznych, formujących szerszą świadomość wykształconej elity. Jednakże w odniesieniu do tych ostatnich są w ujęciu postkolonialnym elementy warte rozważenia. Jeden w szczególności: napięcie między ogólnością a konkretnością.

Otóż kosztem oderwania od tego, co namacalne, przeżywane, konkretne, modele naukowe zyskują uniwersalną ważność, aczkolwiek zawsze z określoną (skończoną) rozdzielczością. Jako uniwersalne stanowią – jakkolwiek banalnie to zabrzmi – wspólny skarb ludzkości. Jak powiedzieliśmy, są produktem określonych ludzi, lecz gdy wziąć je właśnie jako produkt, jest w zasadzie bez znaczenia, kto je wytworzył. Z drugiej strony kosztem uniwersalności przeżywane uczestnictwo i gromadzone w ten sposób doświadczenie świata niejako gwarantują to, co w przypadku modeli naukowych stanowi największy problem, o którym filozofowie nauk przyrodniczych nie przestają spekulować – bezpośredni związek z tym, co realne. W doświadczeniu związek ten jest niejako zagwarantowany. Mamy więc napięcie i zarazem tajemniczą bliskość, co znakomicie widać w przytoczonym wyżej przykładzie – bo oto pewne abstrakcyjne pojęcie usankcjonowane prawnie, tj. kategoria prześladowania seksualnego, staje się narzędziem wyrazu czegoś najbardziej prywatnego, boleśnie konkretnego.

Napięcie, o którym mowa, jest rzeczywiste i nieusuwalne. Zaryzykowałbym nawet tezę, że jest koniecznym rysem naszej sytuacji poznawczej. Jako takie stanowi naturalny przedmiot filozofii. Może jednak stać się również narzędziem w rękach różnorodnych ideologów – tych obserwujemy dziś cały legion, zwłaszcza po tzw. „progresywnej” stronie sceny politycznej. Cokolwiek przesadna reakcja strony „konserwatywnej” może jednak doprowadzić do tego, że owo napięcie zniknie z pola widzenia.

Owo napięcie jest też naturalnym polem walki o władzę – w stosunku do czego znów strona „progresywna” ma cokolwiek histeryczne nastawienie, sprowadzając niekiedy całe bogactwo świata do kwestii władzy, a władzę do przemocy; zaś strona „konserwatywna” niekiedy zachowuje się tak, jakbyśmy żyli w świecie abstrakcji i zarazem w idealnym Państwie Bożym, gdzie każde osiągnięcie poznawcze jest właściwie nagradzane, władza jest wyłącznie funkcją kompetencji i żadne akty przemocy tej wbudowanej w świat sprawiedliwości nie zakłócają.

„Pracuj ciężko, a osiągniesz sukces” – powiada amerykańska prawica i choć co do zasady to świetne hasło, to nie można zapominać, że realizuje się ono zawsze w jakichś dalece niedoskonałych warunkach społeczno-instytucjonalnych.

Życzliwa interpretacja literatury z zakresu epistemicznej dekolonizacji, a zarazem zachęta skierowana do jej twórców, aby zechcieli rozwikłać sprawę swego uwikłania w rzeczony błąd kategorialny, pozwalają w niej dostrzec pewnego rodzaju wezwanie: aby mianowicie faktycznie zdać sobie sprawę z bogactwa różnorodnych narzędzi poznawczych będących w posiadaniu ludzkości i pozwolić niektórym historiom wybrzmieć. To banalne i przesadnie pompatyczne, ale stoi za tym, jak starałem się pokazać, coś autentycznego.

Drugi przykład z zakresu epistemologii feministycznej ilustrujący zjawisko epistemicznej nierówności dotyczy tzw. niesprawiedliwości sprawozdawczej (testimonial injustice; nie jestem pewien, jak to przełożyć na język polski), kiedy to osoby przynależące do pewnej grupy nie są traktowane jako wiarygodne źródło informacji z uwagi na to, kim są. Faktem jest więc, że przykładowo zeznania kobiet w dowolnej sprawie były kiedyś traktowane jako mało wiarygodne bądź nawet zupełnie pozbawione wiarygodności. Podobnie rzecz się ma z postrzeganą wiarygodnością mniejszości etnicznych i ludów skolonizowanych, gdy tylko ich przedstawiciele chcą zdać sprawę z czegoś przed stosownymi instytucjami kolonialnymi.

Kobiety i ludzie stojący „niżej” na drabinie rozwoju cywilizacyjnego, twierdziło się lub nieświadomie zakładało, są z natury swej niewiarygodni.

Wracając do panującego dziś klimatu intelektualnego i chaotycznej debaty publicznej, jeśli chcemy bronić się przed tym chaosem, łatwo przyjąć upraszczającą heurystykę, zgodnie z którą cała gadanina o epistemicznej niesprawiedliwości jest jedynie ideologicznym tworem radykalnej lewicy. Tutaj jednak powoli wracam do wystąpienia premiera Mateusza Morawieckiego w PE. Otóż chciałbym zwrócić uwagę, że w tym słowniku postkolonialnej krytyki jest pewna szansa dla Polski – konkretnie dla „opowiadania” Polski światu, jak to ujmuje trafnie redakcja „Wszystko co Najważniejsze”. Wydaje się bowiem, że dotąd brakowało nam takiego słownika, który rezonowałby w szerszym świecie, w tym w szczególności wśród zachodnich elit.

Mogliśmy podawać fakty – o komunistycznych prześladowaniach, o polskich doświadczeniach okupacji niemieckiej (jakże odmiennych w swej rozpaczliwości od doświadczeń francuskich na przykład!), dalej o zaborach i systematycznym niszczeniu polskiego dziedzictwa przez Kulturkampf i – w delikatniejszej postaci – ideę Mitteleuropy. Fakty jednak mają to do siebie, że szybko nudzą, jeśli nie są strawnie podane – w odpowiedniej oprawie. Sądzę więc, że słownik postkolonialny może być w tej materii naprawdę użyteczny.

Nie jest oczywiście nową ideą w polskiej debacie to, aby naszą sytuację – dawną i współczesną – opowiadać z wykorzystaniem idei kolonizacji. W swej głośnej książce Patologia transformacji uczynił to zmarły niedawno profesor Witold Kieżun. Wiele lat temu głosiła to Naomi Klein. Temat pojawia się także w naukowych publikacjach z zakresu historii gospodarczej. Ja jednak chciałbym tu zwrócić uwagę na ten szczególny aspekt – odmienny od spraw stricte gospodarczych, gospodarczej zależności, a także od kwestii terroru i przemocy – mianowicie aspekt poznawczy: ową epistemiczną niesprawiedliwość, o której dziś sporo się mówi. Otóż stawiam hipotezę, że pojęcie to może być dla opowiadania o Polsce niezwykle użyteczne.

Pierwszym krokiem na tej drodze powinno być uświadomienie naszym partnerom zagranicznym, w szczególności elitom zachodnim, że kolonializm oraz imperializm to nie były tylko projekty „Europy” skierowane na zewnątrz.

O ile rywalizacja wielkich imperiów wewnątrz Europy jest rzeczą dobrze rozpoznaną, o tyle sprawą zupełnie zapomnianą w świadomości europejskiej zdaje się wewnątrzeuropejski kolonializm, na czele z kolonizacją wiedzy i kultury: przykładów można szukać w Polsce, ale także w Hiszpanii czy w Irlandii.

Jeśli chodzi o polskie doświadczenie, zyskujemy dzięki temu narzędzie pojęciowe do tego, aby wyrazić fakt, że Polska, przed XVIII wiekiem przecież niezbywalny element równowagi politycznej i tożsamości kulturowej Europy, w ogóle w zasadzie nie istnieje dziś na mapie mentalnej człowieka dobrze wykształconego na najlepszych zachodnich uniwersytetach – mapie mentalnej, która wciąż sięga XIX wieku, choć mamy już drugą dekadę wieku XXI! Pojawiamy się na tej mapie mentalnej nie wiadomo skąd po I wojnie światowej, aby następnie stać się cieniem zza żelaznej kurtyny i objawić się ponownie jako „nowa demokracja” w latach 90. Tymczasem, mając przykładowo w pamięci konstytucję Nihil novi z 1505 roku, czy można sobie wyobrazić równie krzywdzące określenie w odniesieniu do polskiego parlamentaryzmu jak „nowa demokracja”? Pozwoliliśmy jednak na to, aby to się utrwaliło, nie mając stosownego słownika, aby… ciśnie się na usta: „aby z tym walczyć”, ale może lepiej właśnie powiedzieć – aby wyjść z czytelną i atrakcyjną alternatywą.

Drugim krokiem powinna więc być próba uświadomienia naszym rozmówcom, że to dziedzictwo wewnątrzeuropejskiego kolonializmu wciąż rzutuje na ocenę wydarzeń bieżących. I tu wreszcie wracam do wystąpienia premiera. To, co powiem, nie pozwala – chciałbym to mocno podkreślić – nic wnioskować o moim poglądzie na temat sporu polskiego rządu z instytucjami UE.

Sądzę jednak, co następuje: niezależnie od tego, jak się sprawy mają z reformą sądownictwa w Polsce, a także niezależnie od tego, kto pełni funkcję premiera polskiego rządu, cokolwiek polski premier by powiedział w PE, nie zostanie uznane to za wiarygodne. Na podobnej zasadzie zeznania kobiet nie były traktowane jako wiarygodne, cokolwiek by mówiły. Twierdzę więc, że zupełnie niezależnie od materii sporu o praworządność, Polska pada ofiarą niesprawiedliwości epistemicznej; mianowicie niesprawiedliwości sprawozdawczej.

.Nie chodzi więc tym razem o wewnątrzeuropejskie mechanizmy kolonizacji przez przemoc i ekonomiczny wyzysk. Chodzi o tę subtelność, którą starałem się wyżej wyartykułować, o charakterze poznawczym. Ale oto – co być może jest zaskakujące! – słownik tworzony dziś w wielkiej mierze przez lewicowych radykałów daje nam do ręki narzędzia, aby naszą wersję zdarzeń i polskie doświadczenie wyrazić w formie, która będzie współgrać z aparatem pojęciowym i wrażliwością zachodniego inteligenta. Jest w tym pewna ironia, ale spróbujmy uczynić zeń użytek.

Konrad Werner

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 11 stycznia 2022