Maciej ZIĘBA OP: "Mój Wrocław. I wzrastanie w tyglu idei"

TSF Jazz Radio

Mój Wrocław. I wzrastanie w tyglu idei

Maciej ZIĘBA OP

Dominikanin, teolog, filozof i publicysta, autor kilkunastu książek, w latach 1998–2006 prowincjał Polskiej Prowincji Dominikanów, w latach 2007–2010 dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Założyciel i prezes Instytutu Tertio Millennio. Absolwent fizyki na Uniwersytecie Wrocławskim, doktor filozofii na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Były członek Komisji Trójstronnej i Rady Programowej Polsko-Rosyjskiego Forum Dialogu Obywatelskiego. Członek rady programowej Studium Generale Europa przy UKSW w Warszawie oraz kwartalnika myśli politycznej Civitas.

O rodzinnych korzeniach, dojrzewaniu, intelektualnych pasjach, politycznej inicjacji i wyborze studiów o. Macieja Zięby OP, jednego najbardziej znanych współczesnych polskich zakonników, teologa, filozofa i publicysty. Swoje wrocławskie lata wspomina w rozmowie z Tomaszem Wiścickim.*

Dzieciństwo

TOMASZ WIŚCICKI: – W życiorysie Ojca zamieszczonym w internecie na temat dzieciństwa można przeczytać niewiele: urodzony we Wrocławiu w 1954 roku. O rodzicach są zaledwie krótkie wzmianki…

MACIEJ ZIĘBA OP: – Moja mama pochodzi z Warszawy. Do Wrocławia przybyła po wojnie razem z siostrą i swoją mamą, a moją babcią. Dziadek był dziennikarzem-ekonomistą, a potem prezesem Izby Rzemieślniczej. Jako polski inteligent trafił w 1941 roku do Auschiwitz i tam został zamordowany. Jego brat był dyrektorem w banku i w 1939 roku wraz z rezerwami polskiego złota popłynął do Londynu. Tam poślubił Szkotkę, właścicielkę paru sklepów jubilerskich, zmienił nazwisko z Niedźwiedzkiego na Nied i przez kilkadziesiąt lat bezskutecznie usiłował zapomnieć o Polsce. U schyłku swego życia stryjeczny dziadek, kiedy zdałem na studia, zaprosił mnie i brata do Londynu – to było dla niego jakby pojednanie z Polską. Babcię Niedźwiecką wraz z córkami Niemcy wygnali z Warszawy po Powstaniu – zdołały zabrać ze sobą trochę ubrań, parę przedwojennych zdjęć, list dziadka z obozu w Auschiwitz i oficjalne zawiadomienie o jego śmierci, oraz krzyżyk, który wisiał na ścianie warszawskiego mieszkania. Mama dała mi go, gdy jechałem do nowicjatu. Noszę go dziś wraz z różańcem, przyczepionym do pasa.

Z kolei mój drugi dziadek, ojciec mojego taty, był dyrektorem szkoły, a więc również inteligentem, choć była to jedynie wiejska podstawówka w Sporyszu pod Żywcem, dziś dzielnicy tego miasta. Także i jego Niemcy aresztowali nap oczątku okupacji i zesłali do obozu. Zginął w Mauthausen pod sam koniec wojny, w marszu śmierci. Babcia, matka mojego ojca, też była nauczycielką – uczyła historii. Tata, niezwykle zdolny szesnastolatek, zaraz po wojnie wybrał się do Warszawy z zamiarem studiowania matematyki. Tam jednak się dowiedział, że naprawdę wielka matematyka jest we Wrocławiu, dokąd przeniósł cały Lwów, w tym słynna szkoła lwowska. Spakował więc plecak i pojechał do Wrocławia.

Moi rodzice spotkali się właśnie we Wrocławiu. To była powojenna studencka miłość w straszliwie zrujnowanym mieście. W 1952 roku rodzice kończą studia i pobierają się. W 1954 przyszedłem na świat ja, w 1956 – mój młodszy brat Wojtek, w 1958 – siostra Hanka, w 1960 – druga siostra, Kaśka.

– Czym się zajmowali rodzice?

– Mama ukończyła polonistykę i niemal przez całe życie pracowała w Instytucie Badań Literackich. Zajmowała się szesnastowiecznym językiem polskim. Powstało tam kilkadziesiąt ogromnych tomisk – o rozmiarach chyba półtora metra na metr, a może nawet i większych – zawierających zapis oraz dokładny opis dawnej polszczyzny. Mama była specjalistką od przyimków. Ponieważ nie było jeszcze komputerów, wszędzie w domu stały pudła z kartkami – było ich tysiące, ze wszystkimi cytatami, w których ktokolwiek kiedykolwiek w XVI wieku użył przyimków: „do”, „dla”, albo „ku”. Mama siedziała nad tym po także nocach, gdy zbliżały się edytorskie terminy.

Ojciec – jak mówiłem – był matematykiem, szalenie zdolnym: habilitację zrobił, mając trzydziestkę. Słynny matematyk, a także wybitny humanista, Hugo Steinhaus uważał go za swojego najlepszego ucznia. Szybko został profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego, który nosił wówczas – jak i później w trakcie mych studiów – imię agenta NKWD Bolesława Bieruta. Potem był dyrektorem Obserwatorium Astronomicznego w Krakowie, a w latach siedemdziesiątych prorektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jednak oprócz talentu trzeba mieć charakter, i z tym – jak sądzę po latach – był problem. Obawiam się, że przerosła go, chłopaka z podżywieckiej wioski, samodzielnie osiągnięta błyskawiczna kariera. Wielu ludzi gubi się w takich sytuacjach. W dodatku Polska Ludowa wymuszała serwilizm u ludzi, którzy awansowali. Na to był mój ojciec zbyt uczciwy. Na szczęście w środowisku matematyków czy fizyków naciski władz były znacznie słabsze niż w kręgu historyków czy prawników. Tu do robienia kariery naukowej wystarczał zwykły oportunizm.

W „Biało-czarnych zapiskach”, mojej książce z czasów nowicjatu, w dedykacji dziękuję Mamie, a za Tatę obiecuję się modlić… Dla mojej mamy to, że idę do zakonu, było radością – i to podwójną. Po pierwsze uważała to za dobry wybór drogi życiowej, a po drugie, sądziła, że w zakonie będę bezpieczniejszy, bo w tamtym czasie – był rok 1981 –  stale się lękała, nie całkiem bezpodstawnie, że SB dobierze mi się do skóry. Dla Ojca natomiast moja decyzja była dramatem – także podwójnym. Raz, uważał, że marnuję życie, a przynajmniej szansę na zrobienie kariery, dwa, że taka decyzja – tak to odczuwał – podważała jego wybory i całą drogę życiową.

Mama była człowiekiem dojrzałej, mądrej, myślącej wiary. Ojciec miał optykę liberalno-agnostyczną, co – jak sądzę – brało się z jego błyskotliwej, krytycznej inteligencji, połączonej z usiłowaniem moralnego usprawiedliwienia wszelkich, niekiedy oportunistycznych wyborów, jakich w życiu dokonywał. W domu między rodzicami toczyła się w pewien sposób walka o rząd dusz. Ja przez długi czas stałem po stronie taty.

– Wspomniał gdzieś Ojciec, że w dzieciństwie i wczesnej młodości Pan Bóg nie był mu specjalnie potrzebny…

– To prawda. Kiedy wspominam tatę, przypominam sobie jedno bardzo ważne dla mnie wydarzenie. Miałem wtedy cztery latka i ta moja dziecinna religijność już wtedy nie była zbyt gorliwa. Pacierz był dla mnie ciężkim obowiązkiem, nie chciało mi się go odmawiać. Zapytałem kiedyś tatę, czy muszę się wieczorem pomodlić. Tata powiedział – czterolatkowi! – „Jesteś już dorosły, nie musisz”. Mama zrobiła mu wtedy awanturę. Takie zachowania były w domu rzadkością. Rodzice odeszli gdzieś na bok, ale ja zauważyłem i dobrze zapamiętałem tę awanturę między nimi.

Świat mego ojca był twórczy, ciekawy, naukowy, a świat mamy – szary, codzienny, zwykły. Ojciec kochał motoryzację. Najpierw jeździłem z nim rowerem z motorkiem, w przyczepionym koszyku. Potem kupił motocykl – starego, ryczącego basem zündappa z koszem, jakiego używał Wehrmacht w czasie wojny. Mój młodszy brat Wojtek siadał z tyłu, a ja w przyczepie – co to była za frajda! Ojciec pracował na paru etatach, lubił zmieniać miejsce pobytu, a utrzymanie czwórki dzieci z dwóch inteligenckich pensji nie było łatwe. Ciągle więc wyjeżdżał w świat i wracał ze świata. Każdy jego przyjazd do domu był dla mnie świętem, jego opowieści były atrakcyjne.  Tymczasem mama codziennie tyrała, myła, gotowała i tak dalej. Mama pilnowała, by w domu był chleb i ziemniaki, a ojciec w 1957 roku kupił telewizor. Pamiętam jak mieszkańcy naszej ulicy – mieszkaliśmy na obrzeżach Wrocławia – przychodzili z krzesłami, by oglądać transmisję z Wyścigu Pokoju, czy – nieco później – Kabaret Starszych Panów.

W 1961 roku tato kupił Trabanta 600 – tę słynną plastikową mydelniczkę produkowaną w NRD. Samochód w prywatnym posiadaniu był wówczas rzadkością. Wsiadaliśmy – z przodu tata z mamą, z tyłu cała nasza czwórka – i jechaliśmy w niedzielę na wycieczkę, na przykład na Targi Poznańskie. Byliśmy, jako dzieci, dumni i szczęśliwi. Tak żyliśmy: z długami, w pocerowanych ubrankach, w ciasnym mieszkaniu z rozłażącymi się poniemieckimi meblami, ale jako pierwsi w okolicy mieliśmy telewizor, samochód czy ogromny jak duża waliza magnetofon „Melodia”, albo, też wielkie, tranzystorowe radio „Szarotka”.

Jak łatwo z tego widać, ojciec, który – co dostrzegam dopiero po latach – subtelnie, ale konsekwentnie wprowadzał rywalizację pomiędzy nim a mamą, stale wygrywał na punkty – był dla mnie znacznie barwniejszy i ciekawszy. Jego zasługą było to, że w dzieciństwie zainteresowałem się historią, najpierw drugą wojną światową. Stało się tak dzięki jego opowieściom wojennym – dziś myślę, że nieco podkoloryzowanym, ale wtedy tego nie dostrzegałem. Jako dziecko nigdy nie czułem się szczególnie zdolny, ale kiedy – z pomocą taty – mając cztery lata, nauczyłem się czytać, od razu zacząłem czytać zachłannie. Zaczytywałem się zwłaszcza w książkach o wojnie. Czytałem wszystko na ten temat – nawet Barwy walki Moczara i tym podobną literaturę, podlaną ostrą propagandą komunistyczną. Wszystko, co dotyczyło drugiej wojny światowej, było dla mnie niesłychanie ciekawe. Jeszcze na Oporowie, gdzie wynajmowaliśmy mieszkanie w latach pięćdziesiątych – było to właściwie na wsi, chociaż formalnie we Wrocławiu, ale droga była nieutwardzona i kończyła się w szczerym polu, a do pętli tramwajowej było około trzech kilometrów – odbywaliśmy z ojcem pojedynki na wymienianie generałów Wehrmachtu. Jako pięcio-, sześciolatek potrafiłem wymienić do siedemdziesięciu nazwisk, mimo to z ojcem przegrywałem.

Czytałem mnóstwo – przez wiele lat w zasadzie jedną książkę dziennie. Zaczynałem rano i tylko to mnie interesowało. Pamiętam, jak w 1962 roku spędzaliśmy wakacje w Murzasichlu, w tej jego części, gdzie jeszcze nie było elektryczności, i wieczorami musiałem czytać przy lampie naftowej. Była tam też rodzina Jacka Woźniakowskiego. Pani Maja Woźniakowska dała mi do przeczytania Lato leśnych ludzi. Poszedłem z tą książką gdzieś do lasu, siadłem nad strumykiem i nie ruszyłem się z miejsca, dopóki nie przeczytałem jej do końca. Wróciłem późnym popołudniem. Oddaję książkę, a pani Woźniakowska mówi, że mi ją może pożyczyć na dłużej, żebym przeczytał całą.  Ja na to, że już przeczytałem. Nie uwierzyła mi. Powiedziała, że nie powinienem kłamać. Dopiero przepytawszy mnie z znajomości tekstu, uznała, że przeczytałem książkę od początku do końca.

Na bakier z wiarą

– Jakie były pierwsze Ojca doświadczenia religijne?

– W dzieciństwie moja wiara nie była zbyt żywa. Taka sobie, dziecinna. Jednocześnie już od maleńkości pod wpływem ojca kiełkowała we mnie realna propozycja niewiary. Nigdy jej nie ugruntowywałem, żyłem więc w świecie, w którym chodziło się na mszę i na lekcje religii, ale jak mogłem to uciekałem.  Spełniałem wszystkie praktyki w dużej mierze po to, żeby nie robić przykrości mamie. Byłem, rzecz jasna, u pierwszej komunii świętej. Może to śmieszne, ale żywiłem – i żywię do dzisiaj – taki prywatny, szalenie ciepły kult Jana XXIII. Nie bardzo wiem skąd to się wzięło – byłem wtedy zupełnym dzieckiem. On umarł w 1963 roku, akurat w dniu mojej pierwszej komunii – pamiętam to dokładnie. Kiedy wieczorem podano wiadomość o śmierci papieża, bardzo płakałem. Ten uroczysty dzień zrobił się nagle tragiczny.

Pamiętam też, jak na Ostrowie Tumskim odsłaniano pomnik Jana XXIII, chyba w 1965 roku – wielką betonową ohydę z twarzą Papieża i podpisem „Pacem in terris”. To był ten dziwaczny Wrocław. Na uroczystości zjechali się różni sekretarze, czołówka partyjno-państwowa PRL, a na całym Ostrowie nie było w tym czasie żadnego księdza, z wyjątkiem paru ściągniętych dyżurnych księży-patriotów. Kościół zbojkotował tę uroczystość, słusznie uznając ją za komunistyczną celebrację i prowokację. Oczywiście to była demonstracja przeciwko Episkopatowi, szczególnie przeciwko księdzu prymasowi Wyszyńskiemu. Postępowy, dobry papież, dobry papież Jan – zwłaszcza gdy już zamknął oczy, można go było bezpiecznie chwalić – przeciwstawiany był strasznemu, konserwatywnemu hierarsze, autokracie i zdrajcy interesów narodowych. W podobny sposób w latach sześćdziesiątych, „ciasnemu” Prymasowi przeciwstawiano „otwartego” kardynała Wojtyłę. Paradoksalne, w drugiej połowie lat siedemdziesiątych role się odwróciły i przywódcy PRL zaczęli wychwalać Księdza Prymasa za patriotyzm oraz realizm, a kardynał Wojtyła stał się „niebezpiecznym antykomunistą”.

– To w ogóle był ciekawy pomysł z tym pomnikiem. Jan XXIII doczekał się go, i to właśnie we Wrocławiu, najprawdopodobniej dlatego, że podczas prywatnej audiencji dla polskich biskupów, którzy przybyli z Rzymu na Sobór, w zaimprowizowanym przemówieniu użył sformułowania „Ziemie Zachodnie po wiekach odzyskane”. Biskupi ten tekst upublicznili, nadając mu większe zapewne znaczenie, niż papież sobie tego życzył, ponieważ opublikowali jego słowa na oficjalnym papierze z nadrukiem biura prasowego Soboru. Komuniści to z wielką satysfakcją podchwycili, ku wielkiej irytacji Niemców – w tym czasie, wobec braku uregulowanych stosunków między PRL a RFN, na Ziemiach Zachodnich istniała tylko tymczasowa administracja kościelna. Wspomina całą tę historię w „Więzi” arcybiskup Szczepan Wesoły, przyznając się do „winy” – według arcybiskupa Kominka, „błogosławionej winy” – polegającej na wykorzystaniu papieru firmowego.  Według wszelkiego prawdopodobieństwa, to właśnie stąd wziął się pomnik  Jana XXIII akurat wtedy i akurat w Wrocławiu – największym mieście „Ziem Zachodnich po wiekach odzyskanych”.

– To była chyba jakaś międzynarodowa kalkulacja, tak niby w duchu dialogu marksizmu z „postępową”  częścią Kościoła, z jednoczesnym pokazaniem rzekomego otwarcia PRL na Zachód, a zdemaskowaniem prawdziwego oblicza Prymasa Wyszyńskiego.

– I Ojciec tam był, mimo kościelnego bojkotu?

– Stałem dość daleko, patrzyłem zza mostu. Nikt zresztą w Kościele oficjalnie nie ogłaszał bojkotu tej uroczystości. Miałem jedenaście lat. Kochałem tego papieża. Były tłumy, orkiestry – to mnie wabiło. Lubiłem takie momenty, kiedy poczucie, że na moich oczach tworzy się historia. Tak samo pamiętam dzień, gdy wystrzelono w kosmos pierwszego sputnika – tato mi go pokazywał na niebie. Wydarzenie to miało miejsce w listopadzie 1957 roku, a więc jest to jedno z moich najdawniejszych wspomnień.

– Naprawdę było widać tego sputnika?

– Tak, był jak migająca poruszająca się gwiazda, dosyć wysoko na niebie. Miałem wtedy trzy lata, ale wiedziałem, że to jest sputnik. Dobrze pamiętam, że potem myślałem sobie: jak będę stary, to będę jednym z najstarszych ludzi, którzy pamiętają lot pierwszego sputnika, więc będę mógł o tym opowiadać w telewizji. Potem bardzo płakałem, gdy w kosmos poleciał pies Łajka. Jak się dzisiaj okazuje, zginął już przy samym starcie, ale wtedy bardzo przeżywałem jego losy, bo zdawałem sobie sprawę, że on nie wróci na ziemię. […]

Innym historycznym wydarzeniem z dzieciństwa – już nie tak dramatycznym – to był Wyścig Pokoju w 1956 roku, kiedy Stanisław Królak – jak głosi legenda – pobił pompką Rosjanina. To było właśnie we Wrocławiu i cały Wrocław był z tego naprawdę dumny. Dlatego z wielkim tłumem wrocławian zaliczyłem następny Wyścig Pokoju, choć zupełnie nie rozumiałem, co się dzieje. Najpierw bardzo długo szliśmy, następnie bardzo długo czekaliśmy, a wreszcie w ciągu paru sekund przemknęło trochę kolorowo ubranych rowerzystów, ludzie coś krzyczeli i znów trzeba było iść na piechotę blisko trzy kilometry. Dla mnie, trzylatka, było to wówczas wyjątkowo bezsensowne wydarzenie. Należałem jednak do nielicznych wyjątków. Dziś już mało kto pamięta, że majowy Wyścig Pokoju przez dziesiątki lat był narodowym wydarzeniem. Żyła nim cała Polska, o niczym innym się nie rozmawiało – czy to był komitet wojewódzki partii, szkoła, plebania, czy zakład fryzjerski.

Czasem zresztą mimo woli „współtworzyłem historię”. Raz czy dwa razy do roku wyganiano  nas ze szkoły na ulice i kazano machać chorągiewkami na powitanie Cyrankiewicza albo Ulbrichta, który lubili do nas przyjeżdżać.

– Powróćmy do dziecięcych przeżyć religijnych…

– W rocznicę pierwszej komunii moja gorliwość religijna na chwilę wzrosła, ale potem wszystko wróciło do normy. Mama widziała jedynie, że punktualnie wychodziłem do kościoła. Należeliśmy wtedy do parafii salezjańskiej, przy moście Grunwaldzkim. Szło się do tego kościoła wzdłuż pustego wówczas ogromnego placu Grunwaldzkiego. Stały pryz nim tylko dwa gmachy Politechniki, bo Niemcy w ostatniej fazie wojny wyburzyli wszystkie domy w promieniu paru kilometrów, by na tak oczyszczonej przestrzeni zbudować ostatnie lotnisko Festung Breslau. Rzadko się o tym pamięta, że Wrocław był broniony niesłychanie zażarcie i poddał się dopiero 4 dni po kapitulacji Berlina.

Przed mostem trzeba było do kościoła skręcić w lewo, tymczasem ja szedłem prosto przez most i na tym moście za każdym razem odmawiałem modlitwę-niemodlitwę następującej treści: „Panie Boże, ja jestem niewierzący, ale obiecuję, że moje dzieci wychowam na wierzących”. Nie wiem dziś jak by to nazwać: deklarowałem się wobec Boga jako niewierzący, ale jednocześnie jako dziesięciolatek modliłem się, dając pod zastaw swoje dzieci. Następnie wstępowałem do restauracji „Złota kaczka”, która była za Odrą, kupowałem tam sobie za 2,20 zł oranżadę i przez godzinę czytałem jakąś książkę, najczęściej z wojennej serii „z tygrysem”, bo były to niewielkie książeczki, łatwe do schowania w kieszeni, a przy tym ciekawe, i po godzinie spędzonej w ten sposób wracałem do domu.

Do kościoła udawałem się tylko wtedy, kiedy szliśmy razem z mamą albo gdy mama jakoś mnie mogła skontrolować. Na mszę nie lubiłem chodzić – była dla mnie strasznie nudna. To była jeszcze przedsoborowa msza, łacińska, z księdzem stojącym tyłem do wiernych. Człowiek chodził do kościoła i wychodził, niczego z tej łaciny nie rozumiejąc. Ewangelia była czytana po polsku, ale z biblii Wujka. Taka msza miała pewnie swój urok, ale dla mnie normalne życie było w telewizorze, na stadionie, na boisku, w szkole, w sklepie, natomiast  wchodząc do kościoła, miałem wrażenie, że to, co się tam dzieje, jest zupełnie oderwane od rzeczywistości: inny język, inne zachowania, ksiądz, który stoi z dala od ludzi, tyłem do nich, i coś niezrozumiale mamrocze, co pewien czas agresywnie dzwonią dzwonki, których dźwięku nigdy nie lubiłem. Człowiek nie bardzo wie, o co chodzi, ale swoje musi odsiedzieć.

Z lekcji religii dość regularnie uciekałem – kiedyś katecheta przysłał do domu list, że opuściłem jakieś czterdzieści katechez. Dla poprawy swego samopoczucia wyszukiwałem moralne argumenty, by usprawiedliwić swoje absencje. Pamiętam, że uczący nas wikary raz się wściekł w trakcie lekcji – dziś wiem, jak potrafiliśmy być wredni – i popchnął jednego z kolegów. Wyszedłem wtedy z katechezy. Znalazłem pretekst, by nie chodzić na religię –ksiądz używa tam przemocy.

Propagandą komunistyczną, chcąc nie chcąc, byłem nasączany od dziecka – telewizja, książki, potem szkoła. Stale słyszałem, że wiara i Kościół to ciemnota i prześladowanie nauki. Ojca oświecona wersja racjonalizmu również głosiła, że ludzie wykształceni nie potrzebują religii. Z czasem ojciec zaczął mi podsuwać książki Bertranda Russella i tym podobne lektury.

– Czytałem kiedyś taką broszurkę Dlaczego nie jestem chrześcijaninem? – były tam teksty Leopolda Infelda, Tadeusza Kotarbińskiego i właśnie Russella, które wydały mi się nieprawdopodobnie płytkie i prymitywne. Może w innych dziełach Russell pisał lepiej – ten tekst był kompletnie nieprzekonujący.

– Tak, inna jego publicystyka była nieco lepsza. Jego dzieł z logiki, rzecz jasna, nie znałem. Pamiętajmy, że ja to wszystko czytałem mając dwanaście- trzynaście lat. Był też Kosidowski i paru innych autorów, którzy w sposób inteligentny i polany naukowym sosem dowodzili fałszywości Pisma Świętego. Dochodził do tego agresywny ateizm dostępny w dobrej literaturze, typu Wiktora Hugo czy Anatola France’a. W dodatku w 1965 roku biskupi okazali się „antypolscy”, kiedy skierowali słynny list do biskupów niemieckich. Propaganda władz twierdziła wręcz, że biskupi kolaborują z Niemcami.

– To trafiło do Ojca?

– W jakimś stopniu tak – miałem wtedy jedenaście lat – ale trafiło to wtedy także do wielu dorosłych i mądrzejszych ode mnie. To był chyba jedyny przypadek, gdy większość spóełeczeństwa dała się wziąć na lep peerelowskiej propagandzie. Ojciec, gdy go zapytałem o zdanie na ten temat, powiedział, że list jest dobrze napisany, ale ma parę bardzo niefortunnych sformułowań.

– „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”?

– Zapewne tak, choć nie czytałem wtedy tego listu, a ojciec nie sprecyzował, co konkretnie jest w nim takie niezręczne. Rzeczywiście ten cytat wywołałby pewnie moje oburzenie. Historię wojny znałem naprawdę nieźle. Dwóch dziadków straciłem w obozach, mama każdy sierpień przepłakała wieczorami – przypominało się jej Powstanie Warszawskie. Gdy kładziono fundamenty pod nasz dom na Placu Grunwaldzkim, murarze wydobywali i układali w wysokie sterty kości więźniów zamordowanych podczas budowy polowego lotniska. Na gruzach, pośród tych piramid z ludzkich kości, bawiliśmy się najczęściej w wojnę – „dobrzy” Polacy i „źli” Niemcy. Dlaczego więc właściwie mielibyśmy im przebaczać? Po pierwsze, w porównaniu z nimi bardzo mało uczyniliśmy im złego, a po drugie – nawet to niewiele było efektem tego, co najpierw zrobili oni nam. Dopiero z czasem człowiek zaczął sobie uświadamiać, jak wielka i ewangeliczna była ta wizja Episkopatu, która potem przerodziła się także w wielką wizję społeczno-polityczną – wtedy nie miałem o tym pojęcia.

To wszystko wywierało na mnie wpływ. Pan Bóg wydawał mi się jakiś anachroniczny, Kościół też – nie oferował nic atrakcyjnego, a w historii, wbrew zasadom, jakie głosił, uczynił mnóstwo zła. Tak myślałem, począwszy od wczesnych klas podstawówki. Mama długo tego nie dostrzegała – ucieczki z katechez odbierała jako incydenty. Stan mojej świadomości długo  przed nią ukrywałem, nie chcąc jej zranić. Być może zresztą widziała więcej, niż mi się wydawało.

Pierwsze kroki w stronę Kościoła

– Potem, kiedy byłem już w szkole średniej, mama dostrzegła tę moją postawę i starała się pokazywać mi inną, atrakcyjną twarz Kościoła. Mama była członkiem Klubu Inteligencji Katolickiej  – to były jej kręgi. Zabrała mnie do wspólnoty św. Marcina, którą tworzyli ludzie z okolic KIK. Zbierali się oni w malutkim romańskim kościele św. Marcina. Działało w niej wielu świeckich, ideowych inteligentów. Byli tam też ksiądz Michał Czajkowski i jego przyjaciel ksiądz Zdzisław Seremak, wówczas bardzo młodzi, świeżo po powrocie z zagranicznych wojaży, z doktoratami, kulturalni, ciepli, dowcipni. Te spotkania naruszały moje wyobrażenie o anachroniczności Kościoła. Michał Czajkowski mówił o Biblii zupełnie inaczej niż Kosidowski, a też umiał powołać się na naukowe argumenty. Msza także zrobiła się inna –dużo bardziej czytelna, zrozumiała i dialogiczna. Dlatego bardzo cenię dzieło soborowe w dziedzinie liturgii, choć – od razu pragnę zastrzec – nie wolno przeciwstawiać Soboru wcześniejszemu Kościołowi i jego liturgii w sposób prostacko-progresistowski, co niekiedy miało miejsce na Zachodzie.

Gdy dorastałem, mama podsuwała mi też różne rzeczy do poczytania, na przykład książki Zofii Kossak, Bruce’a Marshalla, C.S. Lewisa, Gilberta Chestertona czy Hanny Malewskiej, potem kardynała Wojtyłę. „Tygodnik Powszechny” był w naszym domu od zawsze, człowiek co tydzień tam zaglądał – kochałem zwłaszcza Żychiewicza. Mama pokazywała mi, że Kościół może wyglądać inaczej, niż mi się dotychczas wydawało. Niczego nam – dzieciom – nie narzucała, nie robiła scen, nie groziła, ale w sposób dyskretny podsuwała różne propozycje. Za to właśnie jej dziękuję w mojej pierwszej książce, bo bez świadectwa i tego pokazywania mi mądrych, ciekawych rzeczy w Kościele nie miałbym pewnie szans, znaleźć się tu, gdzie jestem.

– W jaki sposób i kiedy ten Ojca stosunek do wiary się zmienił? Nie zrzuciło Ojca z konia, jak Szawła?

– Nie, żadną miarą. Cały czas gdzieś tam tkwiły we mnie pytania o sens życia, o jego cel, o ludzką samotność, o istnienie Boga. W starszych klasach liceum wraz z paroma przyjaciółmi bardzo chcieliśmy o tym rozmawiać, bo czuliśmy się zupełnie pogubieni w życiu – utraciwszy wiarę w komunizm, nie mieliśmy nic w zamian, z Panem Bogiem i Kościołem mieliśmy spore kłopoty, a do tego jeszcze dochodziła, powlekana nadrabianiem miną niepewność swojej męskości, niejasność, co będziemy robić po maturze i ogólnie poczucie beznadziei. Zarazem bardzo baliśmy się odsłonić przed sobą, przyznać się, że takie życie w niepewności i bezsensie po prostu nas całkowicie przeraża. Rozwiązaniem były wina „patykiem pisane”, inaczej „jabcok”, czyli J-23” – przypomnę, że to był kryptonim kapitana Klossa – tak je wówczas nazywano, bo kosztowało 23 zł. Siedzieliśmy wieczorami w piwnicy albo na strychu czy w pralni, sącząc to ohydne, lepkie od cukru jabłkowe wino z dodatkiem ananasowego aromatu, konserwowane dwutlenkiem siarki, i dyskutowaliśmy o rozumowym dowodzeniu istnienia Boga, albo – sporo fantazjując – opowiadaliśmy o swoich sukcesach w uwodzeniu dziewczyn.

Jak już  wspomniałem, w tym czasie mama wprowadziła mnie w środowisko KIK – ludzi wykształconych, otwartych, niekolaborujących z systemem.  Kiedy byłem na pierwszym roku studiów, założyliśmy tam Sekcję Wychowania Społecznego – SWS. Stworzyliśmy z Sekcją Kultury warszawskiego KIK, poprzez nią z niezależnymi grupami młodzieży z NRD skupionymi w Aktion Sühnezeichen, czyli Akcja Znaki Pokuty. To było dla mnie bardzo ważne doświadczenie. Po pierwsze, międzynarodowe, co w dobie murów, pól minowych i drutów kolczastych było wówczas rzadkością. Po drugie, była to młodzież bardzo ideowa – młodzi ludzie, głównie protestanci, dla których wina „pokolenia ojców” domagała się zadośćuczynienia. Dlatego ci – urodzeni już sporo po wojnie – Niemcy w ramach ekspiacji pomagali budować w Polsce kościoły. W paru miejscach Polski po kilkunastu młodych ludzi z Niemiec wraz z młodzieżą z Polski budowało katolickie świątynie.

Robiliśmy tak w każde wakacje w czasie studiów – z jednym wyjątkiem, który dobrze zapamiętałem z dwóch powodów. Primo, bo latem 1976 nie budowaliśmy kościoła w Polsce, ale pracowaliśmy w NRD, w Berlinie. Było to dla mnie ogromne poświęcenie, gdyż był to czas olimpiady w Montrealu, tymczasem transmisje oglądane w Berlinie – w środku nocy – zajmowały się głównie trumfami NRD-owców, pomijając resztę, w tym Polaków. Secundo, bo pracowaliśmy tym razem na starym, żydowskim cmentarzu w centrum Berlina. Po ogromnej, bogatej żydowskiej wspólnocie pozostało w tym mieście zaledwie kilkanaście osób. Władze komunistyczne zupełnie nie dbały o żydowską spuściznę, toteż na terenie cmentarza wyrosła dżungla, pełna drzew, krzewów, pnączy oraz chaszczy. Praca na cmentarzu z piłami, łopatami i siekierami łączyła w sobie doświadczenie karczowania amazońskiej puszczy ze wzruszeniami archeologów, odkrywających szczątki zaginionego świata. Najpierw trzeba było wyrąbać maczetami i siekierami ścieżkę, potem zidentyfikować grób, a niekiedy bywały to obszerne cmentarne kaplice z wielobarwnymi mozaikami wewnątrz, potem oczyścić go z łodyg, mchów i chwastów. To była pasjonująca praca pionierów odkrywających nieznane. Po godzinie ciężkiej pracy odsłaniał się na przykład grobowiec Familie Leibnitz lub Hertz, albo też grób Icchaka Sochaczewera lub Abrahama Bielskobialera. Pamiętam, że na jednym z nagrobków – choć do dziś nie wiem, o co chodzi – napisano: „umarł śmiercią kantora”.

To był piękny czas i bardzo budujące nas wszystkich doświadczenia. Pamiętam, jak już pod koniec naszego obozu, gdy wychodziliśmy z cmentarza, podeszła do nas starsza pani i zapytała, kim jesteśmy. Gdy usłyszała, że jesteśmy katolikami z Polski, rozpłakała się. Wyznała, że jest Żydówką, ale sama nie jest w stanie dbać o przodków na tak bardzo zarośniętym terenie, a następnie – pomimo naszych oporów – ofiarowała nam sto marek, całkiem spore jak na owe czasy pieniądze. Potem skontaktowała nas z mikroskopijną żydowską wspólnotą w Berlinie Wschodnim, która zaprosiła nas na celebrację szabasu. Ta wspólna modlitwa enerdowskich żydów i polskich katolików pozostanie mi zawsze w pamięci.

Jak przejrzałem na oczy

– Jaki stosunek do polityki wyniósł Ojciec z rodzinnego domu?

– Moi rodzice nie byli w żaden sposób związani z komunizmem. Mama unikała mówienia o polityce, bo się obawiała, że jak się będzie na te tematy mówiło w domu, to dzieci powtórzą na zewnątrz, a poza tym później przez tę schizofrenię, inne opinie w domu niż w szkole – staną później przed trudnymi wyborami. Babcia, jej mama, od rana do nocy słuchała „Wolnej Europy” nastawionej na cały regulator. Ojciec o polityce mówił więcej. Krytykował PRL, ale uważał, że z systemem trzeba się jakoś ułożyć. Ciągle miał ukrytą nadzieję, że mnie namówi do zapisania się do Związku Młodzieży Wiejskiej, choć wieśniak ze mnie był żaden… Nie naciskał, żebym wstąpił do ZMS czy do SZSP, bo to byłoby niemoralne, tylko tak chytrze-kompromisowo proponował, bym został członkiem ZMW. Tego rodzaju „kolaboracja” to był właśnie jego pomysł na życie w PRL. Już po wyjeździe ojca z Polski, porządkując jego papiery odkryłem, że był członkiem Stronnictwa Demokratycznego. Nikt z nas nie miał o tym bladego pojęcia. Partyjnym nie chciał być, ale jednak jakieś serwituty płacił…

Mimo że w domu o polityce wiele się nie mówiło, marzec 1968 we Wrocławiu był dla mnie mocnym szokiem: milicja z psami na ulicach, złowrogie wielkie „suki” ZOMO, demonstracje, które widziałem z okien mieszkania z okrzykami „prasa kłamie”, kuzyn student Politechniki, który przyszedł po koce dla strajkujących. Miałem wtedy prawie czternaście lat. W kręgach ojca, wśród matematyków, było sporo Polaków żydowskiego pochodzenia, z których dziećmi bardzo się wówczas przyjaźniłem. Pamiętam zwłaszcza jednego, profesora G., który przyszedł się pożegnać przed wyjazdem do Izraela i płakał. Widok płaczącego dorosłego mężczyzny, zaprzyjaźnionego z całym domem, z którego synem Jurkiem byliśmy dobrymi kumplami – to było doświadczenie grozy. Świat się zawalił, coś umarło. Od tego czasu czułem agresywną niechęć do tego reżimu. Ciemnota gomułkowszczyzny, te wielogodzinne bełkotliwe przemówienia w TV, jej antyinteligenckość, antysemityzm władzy, wszechobecna cenzura i stagnacja gospodarcza – to wszystko nauczyło mnie, że ten ustrój jest bankrutem moralnym, intelektualnym i ekonomicznym.

Wcześniej niekiedy ulegałem propagandzie. Teraz się trochę naśmiewam z Michaela Novaka, Richarda Neuhausa i George’a Weigela, którzy w latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych w swoim kraju byli radykalnymi lewicowcami, ale sam też przeżyłem etap „ukąszenia heglowskiego”, z tym że był to krótki epizod i byłem od nich wtedy sporo młodszy. W czwartej klasie szkoły podstawowej, w 1965 roku, wydawałem na maszynie do pisania czasopismo „Wolny Wietnam”, w którym opowiedziałem się po właściwej stronie – czyli „postępowej” – stronie ludzkości i atakowałem amerykański imperializm. Nie potrafię dziś powiedzieć dlaczego. To nie bardzo miało sens.

– Jak to wyglądało?

– Rozdawałem trzy odbitki kilku najbliższym kolegom w klasie. Informacje czerpałem głównie ze zwykłej prasy – nie z radiowego nasłuchu.

– Rodzice nie mieli nic przeciwko temu?

– To chyba nawet do nich nie dotarło – wydałem trzy albo cztery numery. Ale to już był koniec lewicowości w moim życiu. Od razu jednak dodam – nigdy nie zostałem prawicowcem.

– W środowisku, z którego wywodzi się Ojciec, pójście na studia było zapewne oczywistością?

– Tak, w inteligenckiej rodzinie, takiej jak moja, to było oczywiste. Nawet dla mnie, choć byłem w oczach ojca nieudacznikiem. Mój młodszy brat Wojtek i jeszcze młodsza siostra Hanka mieli piątki od góry do dołu. Ja byłem zakałą rodziny – w piątej klasie na świadectwie miałem dwie tróje i kilka czwórek. Oni przychodzili ze szkoły, zdejmowali tornistry i sumiennie odrabiali lekcje, a dopiero potem szli się bawić. Ja ciskałem rzeczy w kąt i natychmiast gnałem do kumpli albo na boisko. Wstyd się przyznać, ale zadania domowe bardzo często ściągałem od kolegów tuż przed lekcjami.

Potem znacznie poprawiłem technikę zdobywania dobrych stopni i odtąd byłem już zawsze bardzo dobrym uczniem. Starałem się pilnować średniej w okolicy cztery i pół, a wtedy na „piękne oczy” zmiękczałem serce nauczycielki, by zaokrągliła stopień końcową ocenę we właściwą stronę. Podciągnąłem się tak jednak nie z gorliwości w zdobywaniu wiedzy, tylko, żeby w domu nie uchodzić za zakałę. Studia skończyłem także dlatego, żeby m pokazać, że nie jestem nieudacznikiem.

Pamiętam, że w tym najtrudniejszym okresie, po piątej klasie, wymyśliłem sobie, że w najgorszym razie będę pracował w miejskich wodociągach. Niedaleko, nad Odrą, stała monumentalna neogotycko-modernistyczna, poniemiecka, stacja pomp.  Ten wielki budynek z czerwonej cegły robi jeszcze dziś, jako rudera, duże wrażenie – stacji pomp dawno już nie ma, bo się przed laty spaliła. Do moich obowiązków jako najstarszego syna należało pomaganie mamie w pralni, w każdą sobotą po południu. Mieliśmy pralkę, ale urządzenia te były wtedy jeszcze nader prymitywne, małe  i nieefektywne, a prania, samej pościeli wielodzietna rodzina miała co tydzień bez liku. Na strychu były „komunalne” pralnie, które rezerwowało się zawczasu i tam co sobotę parę godzin spędzałem na napuszczaniu, a następnie spuszczaniu wody z wanien. Zadanie nie było łatwe, bo spuszczając wodę z wszystkich wanien blokowało się odpływ, z kolei gdy się je jednocześnie napełniało, spadało ciśnienie w rurach i proces również się wydłużał. W moim dobrze pojętym interesie należało opracowanie optymalnego systemu napełniania i opróżniania wanien w cyklu moczenie, pranie, pierwsze płukanie, drugie płukanie. Ta część optymalizacji procesu bardzo mnie angażowała i uprzyjemniała długie „pralnicze” godziny. Dlatego mając poczucie, że nauka idzie mi średnio, wymyśliłem sobie, że będę pracował w stacji pomp. Wyobrażałem ją sobie trochę tak jak pracę latarnika morskiego. Samotny człowiek pracujący w wielkiej budowli, tyle tylko, że zamiast kontrolować obracający się strumień światła, optymalizuje przepływy wodne. […]

Między historią a fizyką

– A studia na fizyce – czy był to dalszy ciąg światopoglądu naukowego?

– Szalenie interesowała mnie historia – to była od lat moja wielka miłość. W podstawówce przeczytałem mnóstwo powieści Kraszewskiego, całą Malewską, Gołubiewa, Bunscha, Jasienicę. Już od najmłodszych lat babcia, mama ojca, która, jak już wspominałem, dawniej historii w szkole podstawowej, dużo mi opowiadała. Pamiętam jej opowieści o uczonych historykach – Kadłubku, Długoszu, Naruszewiczu. Słyszałem też od niej często, że dzisiejsza historia w szkole to wielkie łgarstwo. Mówiła: „Jak się uczyłam na pensji w Krakowie za Franciszka Józefa, to tam była prawdziwa historia Polski, nie było kłamstw, można było wszystko powiedzieć, a teraz to wszystko zostało poprzekręcane”. Sam zre sztą później coraz lepiej widziałem, że historia jest skłamana – doświadczenie Marca 68 było pod tym względem niezwykle wymowne.

Drugą moją miłością była jednak fizyka, zwłaszcza astronomia z kosmologią. Jeszcze jako dzieciak polowałem z ojcem na planetoidy. W połowie sierpnia i ewentualnie w początku stycznia, choć wtedy raczej bywało chmurno oraz zimno, w nocy przez parę godzin wpatrywaliśmy się w niebo polując na meteory, które wówczas, gdy Ziemia znajduje się w pasie planetoid, pojawiają się szczególnie częste. Potem odwiedzając ojca w obserwatorium astronomicznym, polowałem na gwiazdy. Robiłem im zdjęcia za pomocą teleskopu, co wymagało kilkugodzinnego cierpliwego zaczerniania kliszy delikatnym bladym światłem gwiazdy. W liceum czytaliśmy w „Uranii” o okazyjnej ofercie sprzedaży amatorskiego teleskopu w Szczecinie. Zgromadziliśmy nasze oszczędności, wsparł nas nauczyciel fizyki, pojechaliśmy do Szczecina i wróciliśmy z teleskopem. Czytałem też wszystko o kosmologii, a ojciec dbał, bym czytał to, co najlepsze: Jeanas, Hoyle’a, Bonnora, Gamova. To były pasjonujące lektury.

Zdecydowałem się w końcu na fizykę, ale w dużej mierze dlatego, że było to bardziej roztropne. Gdybym miał wolny wybór, to sądzę, że wybrałbym raczej historię. Ale skoro byłem przekonany, że historia w PRL jest zakłamana, to uznałem, że nie chcę w tym kłamstwie uczestniczyć.

– Aż tak to Ojciec widział? Kiedy ja zastanawiałem się – a było to kilka lat później – czy pójść na studia historyczne, zupełnie nie myślałem o tym, że tam się kłamie. W szkole to co innego, ale na uniwersytecie nie obawiałem się zakłamania.

– Kiedy później poznałem wielu historyków, zobaczyłem, że jest nieco inaczej. Istniały enklawy prawdziwej historii, ale też – nie oszukujmy się – były one niewielkie i osaczone przez cenzurę Wtedy jeszcze nie wiedziałem o ich istnieniu. Środowisko, w którym się obracałem, było głównie  matematyczno-fizyczne. Poza tym te kilka lat, o których Pan mówi,  ma swoje istotne znaczenie. Historia była strasznie zakłamana w latach pięćdziesiątych, wciąż bardzo kłamliwa w latach sześćdziesiątych, już tylko wyraźnie fałszowana w siedemdziesiątych, i relatywnie mało w latach osiemdziesiątych.

Biel z domieszką

Poza tym – mimo wszystko – trochę inaczej wyglądało to w Warszawie niż w innych ośrodkach. Teraz widzę, że gdybym pewnych ludzi umiał dostrzec i trafił do takiej niszy uczciwej historii, to pewnie bym poszedł w tę stronę, ale wtedy miałem poczucie, że idąc na studia historyczne, będę strukturalnie uwikłany w kłamstwo, a na fizyce jednak nie będzie to konieczne. Stąd wynikła ostatecznie decyzja o pójściu na fizykę. Ale to nie był negatywny wybór, tylko rozwiązanie problemu rozdartego serca.

Fragment książki „BIEL Z DODATKIEM CZERNI” Z Maciejem Ziębą OP rozmawia Tomasz Wiścicki, Wydawnictwo WIĘŹ, Warszawa 2005
* Tytuł i zapowiedź wrocławskiej części wywiadu-rzeki – redakcja Wszystko Co Najważniejsze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam