Marcin PIANKA: "25 lat. I wystarczy?"

Marcin PIANKA: "25 lat. I wystarczy?"

Photo of Marcin PIANKA

Marcin PIANKA

Specjalista od systemów informatycznych z duszą humanisty. Pasażer na współczesnym "Titanicu" zwanym III RP.

zobacz inne teksty Autora

.Mojżesz prowadził Izraelitów przez pustynię 40 lat. Oczywiście nie dlatego, że pobłądził. Powód był bardziej prozaiczny — chodziło o osiągnięcie podstawowego celu, tj. zbudowanie państwa przez zupełnie nowych ludzi, niepamiętających już „starych, dobrych czasów”. Przypominam jedynie, że wówczas średnia długość życia była dużo niższa niż obecnie.

Czy Polacy w 1989 r. zamiast brać się do budowy „społecznej gospodarki rynkowej”, nie powinni wędrować przez ten czas po pustyni (choćby i Błędowskiej)? To nie byłoby wcale takie niemądre, bo jeśli porównamy nasze osiągnięcia z ostatniego ćwierćwiecza, to w stosunku do naszych możliwości i potencjału wyszło nam kiepsko.

Czy pamiętają Państwo, że w zeszłym roku obchodziliśmy 25. rocznicę powstania „wolnej Polski”? To dość symboliczna granica. W tym czasie wyrosło nowe pokolenie Polaków.

Czy przez 25 lat dokonaliśmy czegoś jako naród? Jako Polacy? Czegoś, co pozwoliłoby nam porównać dorobek dzisiejszej Polski z dorobkiem Polski Kazimierza Wielkiego czy Stefana Batorego? Albo czegoś, co dorównywałoby najlepszym osiągnięciom innych państw? Oczywiście nie mam na myśli przełomowych przedsięwzięć na miarę kolonizacji nowo odkrytych lądów czy też wyprawy na Księżyc, ale choćby uzyskanie realnej siły w Europie Środkowo-Wschodniej czy też zbudowanie silnej gospodarki z markami rozpoznawanymi na całym świecie, odgrywającymi rolę ambasadorów naszego przemysłu. Każdy może sam sobie odpowiedzieć na to pytanie. Przypomnę tylko historię firmy Young Digital Poland, która musiała zmienić swoją nazwę na YDP, bo nazwa oryginalna brzmiała dla zagranicznych kontrahentów niczym „Cyfrowa Albania”.

.Skoro nie gospodarka, to może polska kultura i sztuka, wyzwolone spod presji cenzury, rozwinęły swoje skrzydła i zadziwiły świat? Albo chociaż rozgrzały nasze serca jak swego czasu książki Sienkiewicza i muzyka Chopina? Odpowiedzią są produkowane masowo polskojęzyczne „komedie romantyczne” z wszędobylskim artystą Karolakiem i jego najmądrzejszą sentencją „jesteś w czarnej d…” oraz obrazy, w których to rodzina jest źródłem wszelkich nieszczęść i patologii, czy też nurt chłostania Polaków za „wyssany z mlekiem matki” antysemityzm.

A muzyka? Nie mówię tu o nowym Pendereckim, ale o gwieździe pop światowego lub choćby europejskiego formatu, o kimś na miarę Céline Dion lub w ostateczności szwedzkiego zespołu „Ace of base”. I jak nam idzie? Tu chyba ostatnim sukcesem jest pani Danuta Lato i jej hit „Touch my heart”. Ponadto mamy panią Dorotę „Dodę” Rabczewską, grożącą od kilku lat rodakom, że wyjedzie z Polski, bo tu „za dużo buraków”.

Skoro w tych dziedzinach nie bardzo wyszło, to może chociaż udało się zapewnić Polakom dobrobyt dzięki mądrej polityce gospodarczej i podatkowej? Rozwinąć kraj cywilizacyjnie i militarnie, by nie powtórzyły się wydarzenia z 1939 r.? Może udało się uchronić Polskę przed długami? Chyba nie muszę wyjaśniać, co mamy zamiast realizacji tych zadań.

.Dlaczego Polacy się nie buntują? Czy nie widzą problemu? Ależ widzą doskonale. Z tym że niektórzy dobrze się czują w takiej właśnie sytuacji i czerpią z niej spore profity. Inni z kolei ignorują ten problem, twierdząc, że ich to nie dotyczy. Większość zajmuje się głównie przetrwaniem kolejnego dnia, tygodnia, miesiąca i nie zaprząta sobie głowy takimi sprawami; każdy uważa, że sam i tak niczego nie zmieni.

Jednak bunt trwa. Trwa od dłuższego czasu. Jego przejawem jest to, że ludzie przenoszą się do szarej strefy, bo państwo utrudnia im życie, jak tylko może. Ich bunt polega też na tym, że opuszczają polską ziemię w poszukiwaniu normalnych warunków życia. Zbuntowała się tak już jedna dziesiąta narodu. Wyjeżdżają kolejni — i kolejni będą wyjeżdżać. Deklaruje to duża część młodzieży — że po ukończeniu edukacji spakuje manatki i wyjedzie za granicę.

Demografia pokazuje, co nas czeka w przyszłości. Co się może stać z narodem, w którym na kobietę przypada 1,3 dziecka (w 1989 r. było to 2,08) przy jednoczesnej dużej emigracji? Czy trzeba być prorokiem, aby przewidywać dalszy rozwój wypadków. Czy w związku z tym władze, widząc alarmujące wskaźniki, starają się ułatwić życie rodzicom i zachęcić ich do większej dzietności? Czy starają się ułatwić im życie, gwarantując dostęp do przedszkoli i żłobków bądź zmniejszając obłożenie podatkowe artykułów dziecięcych? Albo chociażby czy wsłuchują się w głos rodziców, którzy nie chcą posyłać 6-latków do szkoły?

.Czy jest szansa na zmianę tego zgubnego trendu? Na razie nic tego nie zapowiada. Może zatem wyruszmy na pustynię i pobłąkajmy się przez 40 lat, aby móc w końcu zbudować kraj na miarę naszych ambicji i możliwości.

Marcin Pianka

OD REDAKCJI: A my zapraszamy do rozmowy, dyskusji, debaty. Co zrobić, jakimi sposobami, z kim, w jaki sposób, w oparciu o jakie instytucje, aby jednak – mimo wszystko – trend tak opisany zmienić? Zapraszamy do dyskusji pod tekstem lub: redakcja@wszystkoconajwazniejsze.pl
Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 15 kwietnia 2015
Fot.Shutterstock