Tomasz ALEKSANDROWICZ: "Taka polityka wcale nie prowadzi donikąd. Prowadzi w konkretne miejsce – do klęski."

TSF Jazz Radio

Taka polityka wcale nie prowadzi donikąd. Prowadzi w konkretne miejsce – do klęski

Prof. Tomasz ALEKSANDROWICZ

Profesor nadzw. Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie. Ekspert zarządzania informacją z Centrum Badań nad Terroryzmem. Współtworzy Instytut Analizy Informacji Collegium Civitas.

Ryc.: Fabien Clairefond

zobacz inne teksty autora

Dyskusja

Trudno się z tekstem Eryka Mistewicza “Ta polityka prowadzi donikąd” nie zgodzić. To dość brutalny i bezpardonowy opis polskiej rzeczywistości. Pozostawiam poza sporem kwestię – czy tylko polskiej, choć sądzę, że problem ma szerszy wymiar. Warto jednak zadać sobie pytanie dlaczego tak się stało? Popełniliśmy błędy? Jakie? A może to zbliżający się nieubłaganie koniec naszej cywilizacji? I wreszcie najtrudniejsze – czy da się to zmienić? I jak? Od razu – by nie rozczarować Czytelnika – przyznam się, że na to ostatnie pytanie jasnej, konkretnej odpowiedzi nie znam i nie sądzę, by dziś ktoś taką odpowiedzią dysponował. Rzecz jasna nie oznacza to, że nie należy próbować. Oto moja próba.

.Wychodząc z realnego socjalizmu uwierzyliśmy w trzy mity: demokracji, rządów prawa i liberalnej gospodarki, co gorsza – dalece uproszczone, by nie powiedzieć zwulgaryzowane. To nie zarzut, to stwierdzenie faktu. Dość przypomnieć sobie ilu ludzi zdawało sobie w pełni sprawę co w praktyce oznacza wolność prasy i jakie są tajniki funkcjonowania giełdy.

W euforii powrotu do Rzeczypospolitej Polskiej z PRLu bez Orła w koronie zapomnieliśmy o podstawowej rzeczy: demokracja nie jest ani wspaniałym, ani sprawnym sposobem na urządzanie państwa. Ma tylko jedną cechę różniącą ją od wszystkich innych ustrojów – jest od nich lepsza, co nie znaczy, że jest doskonała. Demokracja daje głos i możliwość działania wszystkim: mądrym i głupim, ludziom przyzwoitym i kanaliom, ideowcom i kombinatorom. Jest narzędziem, które można w różny sposób wykorzystać. W demokracji rozumianej jako rządy większości można przegłosować wszystko, zarówno rzeczy mądre i służące dobru wspólnemu, jak i głupie, złe i służące tylko nielicznym. Sama demokracja zatem jest koniecznym, choć niewystarczającym warunkiem rozwoju takiego, jaki sobie wymarzyliśmy.

Co więcej, chyba tej nowoczesnej demokracji nie zrozumieliśmy i żyliśmy marzeniem. Decyzje mieli podejmować wybrańcy ludu zgodnie z ich najlepszą wiedzą i wolą. W międzyczasie świat stał się tak złożony, że nie ma dziś człowieka, który obejmowałby swoim umysłem wszystkie jego aspekty. Decyzje tylko formalnie podejmowane są przez polityków, tak naprawdę w wielu przypadkach podejmują je eksperci pospołu ze specjalistami PR. Politycy najlepiej znają się na grach gabinetowych. Państwo zaś przestało być jedynym źródłem władzy: decyzje są wymuszane przez rozmaite lobbies walczące o swoje interesy kosztem innych. Kto silniejszy – ten wygrywa.

.Pojedynczy obywatel ma coraz słabiej słyszalny głos. Aby zyskać wpływ na politykę musi wtopić się w istniejące struktury (partyjne, związkowe etc, gdzie też będzie musiał zmieścić się w odpowiednich ramach) albo – co trudniejsze – założyć własne. Tak powstają obrzeża polityki i złudzenie posiadania wpływu, co prowadzi do rozczarowań. Cechą szczególną współczesnej demokracji jest wolność słowa: można prezentować swoje propozycje i przemyślenia dowolnie długo. Kto wysłucha, kto weźmie pod uwagę?

W demokracji nikt nikomu nie knebluje ust – co się nie mieści w tzw. mainstreamie po prostu przechodzi bez echa. 

Uwierzyliśmy także w mit państwa prawnego, wyobrażając sobie, ze jest to remedium na niesprawiedliwość i złą – despotyczną albo nieudolną władzę.

.Państwo prawne to takie, w którym organy państwa mogą działać wyłącznie na podstawie prawa i w jego granicach, natomiast obywatel może czynić wszystko to, czego prawo nie zabrania. Brzmi fantastycznie tyle tylko, że brak w tym wywodzie niezwykle istotnej rzeczy: jakości prawa. Prawo może być bowiem dobre i złe, może być sprawiedliwe i niesprawiedliwe, może być mądre i głupie, mieć na uwadze dobro wspólne i tylko partykularne interesy jakiejś grupy nacisku. Nie mówiąc już od tym, że demokratyczna władza łatwo wpada w pułapkę prawa: wszystko musi być uregulowane i to szybko. Dość przypomnieć sobie ilość nowelizacji kodeksu pracy, by pojąć znaczenie określenia: „inflacja prawa”.

Trzeci mit, w który bezkrytycznie uwierzyliśmy to gospodarka liberalna. Mówiąc bardziej precyzyjnie: uwierzyliśmy w nasze wyobrażenie gospodarki liberalnej, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, iż przedsiębiorcy wzdychają do czasów ustawy Wilczka – Rakowskiego z samej końcówki PRLu? Liberalizm i wolny rynek miał rozwiązać wszystkie problemy i prowadzić do dobrobytu powszechnego. Tymczasem liberalizm w wersji szkoły chicagowskiej to świetny system dla młodych, zdolnych, zdrowych i bogatych. Dla reszty – raczej słaby bez wsparcia państwa. Tymczasem państwo uznało, ze też chce być liberalne i prowadzona przezeń działalność też musi się opłacać. Pisaliśmy o tym na Wszystko Co Najważniejsze.

Ciągle zatem czegoś brakuje. Fundamentu, swoistego szkieletu, punktu oparcia, podstawowych zasad, których prawo musi przestrzegać. Brakuje etyki. I tu zaczyna się spór, i to prowadzony na kilku płaszczyznach.

Skąd się wziął brak etyki w życiu publicznym? Pod koniec PRLu stare zasady etyczne już nie działały (o ile działały kiedykolwiek – to temat na odrębny spór, który w tym miejscu pozwolę sobie pominąć), nowych nie było. Zaczynały się z mozołem kształtować ale… niewiele z tego wyszło, skoro z czasem okazywało się, że anything goes.

Niezależnie od Waszych opcji politycznych i ideowych: wyobrażacie sobie, Drodzy Czytelnicy, posłów Tadeusza Mazowieckiego i Wiesława Chrzanowskiego w roli negatywnych bohaterów afery o tzw. kilometrówki?

.Gdzie się podziała stara przecież i dobrze ugruntowana w systemach demokratycznych etyka odpowiedzialności, różna przecież od etyki przekonań? Gdzie świadomość prostego faktu, że władza oznacza przede wszystkim odpowiedzialność? I gdzie się podziało dobro wspólne? Patrząc dziś na życie publiczne trudno się powstrzymać od stwierdzenia, że pozostało wyłącznie w charakterze zapisu w Konstytucji RP.

To też jest przyczynkiem do oceny polityki jako sposobu na życie, życie ograniczone magicznym trójkątem Sejm – Pałac Prezydencki – Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, zwanym czasem trójkątem bermudzkim. Poza nim – życie nie istnieje, a polityczny upadek związany z koniecznością opuszczenia tego trójkąta oznacza tragedię życiową. Stąd dyktat popularności i poparcia, zwany „dyktatem słupków”, stąd siła i potęga PR.

Chciałbym być dobrze zrozumiany: PR nie jest niczym złym; trzeba umieć przekonać wyborców do proponowanych rozwiązań. Tylko te rozwiązania nie mogą się ograniczać do „wybierzcie mnie, jestem najlepszy!”. Przypomina się stare powiedzenie „wybierzcie mnie, a ja Was urządzę”. Nie ma się co pocieszać tym, że rządzą „oni”. To – my. Politycy, biurokraci nie biorą się znikąd, są emanacją społeczeństwa, którym kierują. Każdy naród ma takich przywódców jakich sobie wybierze, zatem takich, na jakich zasługuje.

Nie sposób nie zauważyć, że idea liberalna została po prostu wypaczona, zwulgaryzowana. Sprowadzono ją do walki o swoje – ja, mój, mnie! – a dobro wspólne zostało wyłącznie pojęciem spotykanym w uczonych księgach, bo przecież nie w praktyce. Liczy się tylko zysk, słupki poparcia, oglądalność, klikalność, popularność, rozpoznawalność – reszta stała się nieistotna.

Nałożył się na to spór o źródła etyki toczony pomiędzy – upraszczając – między wierzącymi a niewierzącymi. Spór gorszący, żałosny, szkodliwy i niepotrzebny. Jedna strona usiłuje narzucić drugiej swoje przekonania światopoglądowe, druga czyni to samo. A przecież Dekalog jest uniwersalny i można nań spojrzeć zarówno z religijnego, jak i świeckiego punktu widzenia. Cóż to bowiem znaczy „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”? W języku „świeckim” oznacza przecież „miej system aksjologiczny i przestrzegaj jego zasad”. Czyż zamiast powtarzać powiedzenie o drogowskazie, który wskazuje drogę ale nią nie podąża, nie lepiej przypomnieć sobie Zegarmistrza z Królewca i jego słowa: „Postępuj tylko wedle takiej maksymy, co do której mógłbyś jednocześnie chcieć, aby stała się ona prawem powszechnym“?

W tym miejscu jednak kłania się powierzchowność (by nie powiedzieć wprost: nieuctwo) i grzech pychy (to ja mam rację!). To już Wolter powiadał, że umysłowi ludzkiemu trzeba ołowiu, a nie skrzydeł.

Z dziedzictwa ludzkiej myśli wykorzystujemy jedynie te fragmenty, które są nam akurat przydatne – kontekstu i całości albo nie znamy, albo znać nie chcemy. Co to znaczy business of business is business? Jeśli wyjąć tą zasadę z kontekstu to okaże się, że należy uprawiać biznes nie zwracając uwagi na nic: na prawo, etykę, dobro wspólne, innych ludzi, środowisko naturalne… Byle tylko zarobić. Z drugiej strony wielokrotnie słyszymy wezwania do nieposłuszeństwa obywatelskiego. Wzywający wszelako zapominają (albo po prostu nie wiedzą), że nieposłuszeństwo obywatelskie oznacza odmowę wykonania nakazu prawa w interesie społecznym (nie własnym) i poddanie się karze.

.Czyżby po raz kolejny kłaniał się poziom wykształcenia, jakość uniwersytetów? Czy jest to efekt przekształcenia nauki w pogoń za punktami i grantami, która stała się ważniejsza niż dążenie do prawdy?

Zapomnieliśmy też o podstawowej prawdzie: ludzie nie są sobie równi. Wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi wobec prawa – a to nie to samo. Znajdźcie dowolne kryterium i sprawdźcie. Co gorsza, idea równości stała się nie tylko iluzoryczna (wystarczy przywołać dane o rozwarstwieniu społecznym i porównać zarobki prezesów, jakie otrzymują… za doprowadzenie firm do upadku), ale i (to określenie wraca po raz kolejny) zwulgaryzowana (przecież wszyscy mamy jednakowe żołądki! Nie, nieprawda, mamy różne). To jest źródło potencjalnego wybuchu społecznego, którego przedsmak mieliśmy już w postaci ruchu Oburzonych. Zacytujmy – po raz kolejny na Wszystko Co Najważniejsze – słowa Martina Malii: „Mimo bowiem krachu podjętej przez komunistów próby prześcignięcia klasycznego dziedzictwa demokracji, pozostaje problem, który ich do tej próby skłonił: nierówność. Dopóki ten problem istnieje – a nie znosi się na to, by miał zniknąć w dającej się przewidzieć przyszłości – nadal będzie stanowił pożywkę dla utopijnych teorii politycznych. Kto wie, jaka godna pochwały egalitarna intencja następnym razem posłuży za pretekst milenarystycznych mrzonek i zwyczajnej przemocy? Wiecznie się odradzający mit rewolucyjny może nas zaskoczyć w każdej chwili, przybrawszy nową, nieznaną jeszcze postać.” Warto sobie uświadomić, że wzrost dochodu narodowego to dość mylące kryterium dobrobytu – liczy się jeszcze to, jak wygląda jego dystrybucja.

Ten przygnębiający obraz potęgowany jest przez realia społeczeństwa informacyjnego. Informacja jest nie tylko zasobem strategicznym; jest też towarem, wartością.

Wszystko wskazuje na to, że i w przypadku informacji obowiązuje znane z ekonomii prawo Kopernika – Greshama: informacja gorsza wypiera lepszą.

Dotarcie do wartościowej informacji wymaga wiedzy i wysiłku, bzdury zalewają nas na każdym kroku. Aż się prosi o przywołanie roli mediów, których znaczna część zdaje się zapominać, że uproszczony obraz świata nie jest równoznaczny z obrazem prostackim.

.W pogoni za klikalnością/oglądalnością/nakładem media zaczynają spadać na dno. „Pies połknął młotek!”. „Zatruty widelec w łokciu kochanki!”. O wielorybie pod Warszawą nie wspominając… Kogo obchodzi Aleppo? Ważniejszy jest news o nowym tatuażu modnej akurat celebrytki czy romansie znanego aktora, a najlepiej – o przewróconym tirze blokującym drogę gminną (news godny crawlera, żółtego paska w telewizji informacyjnej). No cóż, aby wyjechać samochodem na drogę publiczną trzeba przejść badania lekarskie i pozdawać egzaminy; bzdury i błahostki można głosić publicznie bez żadnych ograniczeń.

Stworzyliśmy sobie złudny obraz świata. Kpiliśmy głośno z proroctwa Francisa Fukuyamy o końcu historii. (A propos – kto z szyderców przeczytał „Koniec historii” i „Ostatniego człowieka”, a kto zatrzymał się na marketingowym tytule?). Podświadomie jednak uwierzyliśmy mu – koniec komunizmu udowodnił, że demokracja i wolny rynek to rozwiązania dobre dla całego świata. Aż przyszedł 11 września 2001 r. i Charles Krauthammer zawyrokował, że historia wróciła z dziesięcioletnich wakacji. Wpisując się w poetykę Krauthammera zaryzykuję, że wówczas historia wróciła do pracy na pół etatu, bowiem energicznie dała o sobie znać dopiero w 2014 r. Miała wówczas oblicze Władimira Władimirowicza Putina. Ten drugi powrót historii wywołał osłupienie i bezradność.

.Dlaczego zatem nie zgadzam się z tezą Eryka Mistewicza głoszącego, że taka polityka prowadzi donikąd? Dlatego, że jej konsekwencje są dość precyzyjnie określone. Taka polityka prowadzi do sytuacji, w której młodzi naukowcy po wyjeździe z Polski odnoszą sukcesy, których nie mogli osiągnąć nad Wisłą; w której giną ludzie przy nieudolnej próbie ich zatrzymania przez funkcjonariuszy państwowych i nie ma winnych; w której znany polityk toczy w kontekście narodowej tragedii rozważania o sztucznych mgłach i bombach helowych, zaś rząd nie potrafi od lat odzyskać dowodu rzeczowego; w której ministrami „właściwymi do spraw” zostają ludzie nie mający pojęcia o tychże „sprawach”; w której głównym kryterium zamówienia publicznego jest cena, zatem za publiczny grosz kupuje się rzeczy i usługi niskiej jakości; w której chory może zamiast pomocy lekarskiej uzyskać informację, że rozmowy z rządem trwają; w której cieszymy się, że Amazon otworzył w Polsce swój magazyn i będą miejsca pracy, w której…

Można wymieniać dalej – lista byłaby bardzo długa. Jak nazwać taką sytuację? To przecież klęska, nawet nie porażka.

Co zatem robić? Powtórzę: nie mam gotowej odpowiedzi i nie sądzę, aby ktokolwiek ją dzisiaj miał – poza sloganami o tym, że rządzi kościół, Bruksela czy komuna w następstwie Okrągłego Stołu. I to „ich” wina, bo to zrobili „oni” – jakkolwiek owych „onych” zdefiniujemy.

Musimy spojrzeć na rozważaną kwestię systemowo. To nie jest kwestia jednego czynnika. Konieczną zmianę kierunku można zacząć od czterech rzeczy.

Po pierwsze:

Doczytać do końca, jak powiada Eryk Mistewicz, przemyśleć, polemizować, zacząć poważną, spokojną debatę. Jej celem powinno być znalezienie sposobu na zmianę, a nie pogłębienie adwersarza, udowodnienie swojej racji za wszelką cenę. Rozmowa na poważny temat w poważnym tonie. Jest gdzie taką rozmowę prowadzić. Od tego trzeba zacząć. Czy będziemy potrafić?

Po drugie:

Zbudować silne instytucje państwa. Państwo już od dawna nie jest w stanie regulować i kontrolować wszystkiego. Tam jednak, gdzie władzę sprawować powinno, musi to czynić skutecznie, efektywnie, sprawnie. W jakich sferach państwo powinno dysponować taką władzą? Jakimi narzędziami ją sprawować? Co powinno być miernikiem efektywności władzy? Spróbujmy sobie na te pytania odpowiedzieć – pamiętając o tym, jak zmienił się świat w ciągu ostatniego ćwierćwiecza.

Po trzecie:

Kadra. Państwo musi mieć profesjonalną, dobrze wykształconą i opłacaną kadrę urzędniczą, ze ściśle określonymi prawami i obowiązkami, wykluczoną z bieżącej debaty politycznej i niepoddaną politycznym zmianom. Po zmianie rządu w ministerstwie powinien zmieniać się tylko skład ścisłego kierownictwa i gabinetu politycznego. Pozostali urzędnicy winni być nieusuwalni w oparciu o kryteria polityczne, jedynym kryterium ich oceny winna być fachowość i uczciwość – wedle siedmiu zasad Lorda Nolana. To zadanie na lata – ale trzeba je zacząć realizować. Dotychczasowe próby – zawiodły.

Po czwarte:

Wykształcenie, nauka i inwestycje w te obszary. Pisaliśmy o tym we Wszystko Co Najważniejsze, nie chcę zatem rozwijać tego punktu; podtrzymuję swoją ocenę wyrażoną w tekście „Uniwersytet czy szkoła zawodowa” [LINK]. Dodam tylko: wychowanie i wpajanie zasad etycznych to kwestia olbrzymiej wagi.

.Spróbujmy zacząć od tego. Czy to trudne zadanie? Trudne. Czy obliczone na lata? Co najmniej na pokolenie; efekty nie przyjdą po roku ani dwóch – to nie jest „program na jedną kadencję”. Rozumiem zniechęcenie, złość, rozczarowanie, gorycz, chęć emigracji. Czy zatem warto spróbować? Moim zdaniem – trzeba, bo inaczej rzeczywiście nie będziemy mogli bez wstydu spojrzeć w oczy naszym wnukom, chyba że na ich ostre pytania odpowiemy sprawdzonym: „to nie my. To oni”.

Tomasz Aleksandrowicz

5

Pierwszy raz na Wszystko Co Najważniejsze?

Aby nie ominąć istotnych tekstów, raz w tygodniu w niedzielę rano wysyłamy newsletter. Zapraszamy do zapisania się:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kinga S. pisze:

Sprzymierzenie z Europą, i otwarcie tym samym na świat, spowodowało, że w naszym kraju rozpoczęte zostały zmiany światopoglądowe. Polacy zaczęli “otwierać oczy” i dowiedzieli się, że można inaczej myśleć i żyć, niż nam to dotąd wpajano. Religia przestała być ostoją wszelkiego dobra i gwarancją spokojnego życia. Otworzyliśmy się na inne kultury i zaczęliśmy pytać, dlaczego akurat jesteśmy katolikami a nie np. buddystami? Albo dlaczego są miejsca na ziemi, które nigdy nie słyszały o katolicyzmie? Religia jest potrzebna. Dodaje ona wewnętrznej harmonii, poczucia nieosamotnienia czy w pewnym sensie zorganizowania. Jednak otwarcie na świat spowodowało, że wielu Polakom jest ona zupełnie niepotrzebna, że potrafią i chcą żyć bez niej. Nie możemy przecież ich za to gorzej traktować?

Dzisiaj państwo nie może już uprzywilejowywać żadnej wybranej religii, ponieważ nie ma to racjonalnego uzasadnienia, a idąc dalej wystawia się na śmieszność, bo każdy myślący człowiek rozumie i zna pojęcie wielokulturowości i różnorodności w kontekście naszego otwarcia na Europę.
Poseł ma obowiązek myśleć i pracować na rzecz wszystkich obywateli, niezależnie od tego jaką partię reprezentuje. Zastanawia mnie w kontekście moich powyższych rozważań, czy poseł działający zgodnie z wytycznymi wybranego Kościoła, to ciągle poseł, czy lobbysta?

A gdyby tak pozwolić rozwijać się Kościołowi samodzielnie, bez ingerencji w sprawy państwowe? Czy to zahamowałoby coraz gorsze nastawienie Polaków do Kościoła? A może to wręcz przyciągnęłoby ludzi do Kościoła? I gdyby tak państwo zajęło się służbą zdrowia, edukacją i gospodarką, zamiast wchodzić w spory światopoglądowe i całkowicie odcięło się od spraw sumienia, to czy to nie spowodowałoby, że ludziom zaczęłoby żyć się lepiej? Wtedy Pana pomysły miałyby sens i mogłyby być realnie wdrażane. Teraz państwo nie ma na to czasu, a ludzie zamiast zmuszać posłów do bardziej wytężonej pracy, dzielą się i kłócą o sprawy światopoglądowe. A może właśnie o to chodzi?

Rafal Kubara pisze:

W ostatnim czasie pojawiło się na Wszystko co Najważniejsze kilka ciekawych tekstów tyczących kondycji i perspektyw demokracji w Polsce i szerzej – w całej UE. Wymienię tu: http://wszystkoconajwazniejsze.pl/eryk-mistewicz-ta-polityka-prowadzi-donikad/ http://wszystkoconajwazniejsze.pl/tomasz-aleksandrowicz-taka-polityka-wcale-nie-prowadzi-donikad-prowadzi-w-konkretne-miejsce-do-kleski/

http://wszystkoconajwazniejsze.pl/rafal-gorski-pseudopolityka-buksuje-w-miejscu-czas-na-polityke-po-stronie-obywateli/ http://wszystkoconajwazniejsze.pl/jaroslaw-obremski-ruchy-miejskie-albo-co-nas-odstrasza-od-uczestnictwa-w-zyciu-publicznym/ http://wszystkoconajwazniejsze.pl/marek-kacprzak-ta-polityka-nie-prowadzi-donikad-prowadzi-do-wybuchu-o-skutkach-ktorych-nie-jestesmy-w-stanie-przewidziec/ Chciałbym zbiorczo ustosunkować się do nich i przedstawić moje widzenie tych spraw z perspektywy tzw. prowincji.
To co najbardziej zauważalne to powszechny brak zaufania do państwa, jego instytucji, mediów oraz absolutna niewiara w uczciwość klasy politycznej, urzędniczej i menadżerskiej. Ujawniona ostatnio afera Swiss Leak mało kogo może szokować, bo przeświadczenie o tym że bogaci płacą co najwyżej symboliczne podatki jest równie ugruntowane jak opinia o szwajcarskich bankach.
Bardziej niebezpieczny jest brak zaufania do wymiaru sprawiedliwości. Znane z prasy czy programów typu “Ekspres reporterów” dziesiątki absurdalnych, niesprawiedliwych i szkodliwych orzeczeń ugruntowuje opinię, że “prawo jest jak pajęczyna”, że w starciu z kimś kto ma tzw. plecy i pieniądze trudno liczyć na sprawiedliwość. To nic, że w większości wypadków wymiar sprawiedliwości działa poprawnie – rysa jest zbyt gruba.

Władze czasem muszą podejmować decyzje godzące w interesy i obawy grup obywateli. Przykład: elektrownie jądrowe – generalnie jestem zwolennikiem, gdyby jednak miała powstać gdzieś niedaleko, to wnikliwie analizowałbym wszystkie argumenty przeciw. Co ważne – gdybym podejrzewał, że władze zatajają lub przeinaczają jakieś informacje to bym protestował. W demokratycznym państwie rządy chcące przeprowadzić śmiałe reformy lub projekty muszą mieć zaufanie większości społeczeństwa. U nas jest dziwna sytuacja, że ludzie widzą patologie, lecz są bierni, uważają, że tego nie da się zmienić.
Wiele możemy się nauczyć z historii l Rzeczpospolitej. Nigdy nie wiadomo jakie wydarzenie może stać się punktem zwrotnym w dziejach. W 1461 r. doszło w Krakowie do kłótni między Andrzejem Tęczyńskim a płatnerzem Klemensem o zapłatę za wykonaną zbroję. Porywczy szlachcic skatował rzemieślnika. Rozjuszeni mieszczanie zabili Tęczyńskiego w kościele. Prowadzący wojnę z Krzyżakami król Kazimierz Jagiellończyk, aby uspokoić zagniewane rycerstwo nadał szlachcie przywilej sądzenia mieszczan. Złamał tym samym autonomię stanu mieszczańskiego. Konsekwencją tego była postępująca marginalizacja polityczna i gospodarcza miast. Przez długie stulecia polska gospodarka opierała się na zbożu produkowanym w folwarkach i magnackich latyfundiach. Jak podkreśla Paweł Jasienica częściową winę za to ponoszą sami mieszczanie, którzy pozostali bierni – inne miasta nie wsparły Krakowa w obronie praw mieszczan.
Polityka to gra interesów. Jeśli jakaś grupa lub państwo zrezygnuje z obrony swoich praw, to szybko może dojść do tego, że faktycznie straci takie możliwości!

l Rzeczpospolita rozwijała się, gdy silny był w niej nurt patriotycznie nastawionej szlachty. Takie postaci jak Jan Łaski, Andrzej Frycz Modrzewski czy Jan Kochanowski także dziś mogą być wzorami rozsądnego patriotyzmu. Później, gdy najpierw zwyczajem a potem prawem stało się dziedziczenie stanowisk, demokracja szlachecka, sejmy, elekcje stały się fasadą, za którą rozgrywano interesy i chore zwykle ambicie magnatów i królów. W końcu za tą fasadą zaczęły się rozgrywać interesy mocarstw sąsiednich.
Nie podoba mi się obecna praktyka rządzenia: kolesiostwo, wykorzystywanie stanowisk, windowanie apanaży, układy władz z biznesem i mediami. Nie mam też pełnego przekonania do żadnej z partii opozycyjnych. Uważam jednak, że suweren, czyli my wszyscy obywatele musimy patrzeć politykom na ręce i wyciągać konsekwencje przy wyborach, bo inaczej rozzuchwalą się zupełnie. Za błędy i draństwa rządzących płacić będziemy wszyscy, a co gorsza nasze dzieci, a być może wnuki.
Są ludzie, którzy z natury nie interesują się sprawami społecznymi, ale wielu po prostu nie widzi sensu działania, możliwości wpływu. Partyjnym liderom odpowiada fasadowa demokracja , w której trudno ich rozliczyć, bo mają jedynki na listach. Z zainteresowaniem przeczytałem tekst Rafała Górskiego. Inicjatywy takie jak kratka “żaden z powyższych” na karcie wyborczej są godne rozważenia. Proponuje iść dalej i umożliwić wyborcom wpisanie nazwiska z poza listy. Dało by to np. możliwość zaistnienia polityków, którzy są cenieni w społeczeństwie, a przez zabetonowane struktury partyjne spychani są w tylne szeregi. W Szwajcarii większość ważnych spraw rozstrzygane jest w referendach. Żeby jednak powielić taką praktykę musi być jednakowa dla wszystkich stron sporu możliwość prezentowania swoich racji i merytoryczna dyskusja.
Jest dużo racji w uwagach Jarosława Obremskiego. Demokracja na szczeblu gminnym działa zwykle lepiej niż na szczeblu państwowym. Tu też bywa wiele patologii, ale istotny jest bezpośredni wybór wójta lub burmistrza, z którym, zwłaszcza w małych gminach, mają bezpośredni kontakt wszyscy mieszkańcy.
Panowie Tomasz Aleksandrowicz, Marek Kacprzak I Eryk Mistewicz analizują kondycję demokracji również w kontekscie całej UE. Wnioski ich są bardzo pesymistyczne i ja je podzielam. Najdalej w tym idzie Marek Kacprzak sugerując, o ile dobrze rozumiem, że formuła UE wyczerpała się zupełnie, nie da się nic zrobić i czeka nas wybuch o niemożliwych do przewidzenia skutkach. Pociesza nas jednak, że to co powstanie na gruzach tego systemu wcale nie musi być złe. Spytam czy mamy budować schrony, gromadzić konserwy i czekać w nich na te lepsze czasy? Ironizuję ale przemiany systemów społecznych i politycznych wiążą się z dekadami a nawet wiekami zamętu, wojen i regresu.
Zgadzam się całkowicie z Tomaszem Aleksandrowiczem, że demokracja, prawo i wolny rynek ulegają wypaczeniu, gdy nie ma etyki odpowiedzialności. Dodam: i gdy społeczeństwo pozwala, by go oszukiwano. Jan Paweł ll zachęcał nas do wstąpienia do UE bo wierzył, że powstrzymywać będziemy politykę negowania chrześcijańskich korzeni i wartości. No niestety ten proces przybiera na sile.
Często pisałem na Twitterze taką myśl: ktoś kto ma dzieci nie ma tego “komfortu” by mówić ” po mnie choćby potop”. Dlatego za kluczową uznaję uwagę Eryka Mistewicza, że w polityce najważniejsze jest pytanie: jaki będzie świat, w którym przyjdzie żyć naszym dzieciom. Nie wiem co można zrobi, by powstrzymać wszystkie negatywne trendy, ale myślę, że możemy, a nawet musimy apelować do decydentów wszelkich szczebli: jeśli macie jakiś wpływ, a macie, to myślcie jak Wasze działania mogą wpłynąć na świat, w którym żyć będą Wasze dzieci!
Gratuluję prowadzącym portal Wszystko co Najważniejsze tego, że stał się on wyjątkowym na obecne czasy miejscem merytorycznej dyskusji.

Małgorzata Wanke-Jakubowska pisze:

Podzielam Pańską opinię: brak zaufania do władzy, ale także brak zaufania ludzi do siebie nawzajem, także niżej, w samorządach, miejscach pracy itp., uniemożliwia naprawę państwa.
Potrzebna jest praca u podstaw, wychowanie młodego pokolenia w systemie wartości i zasad, że polityka to wprawdzie gra interesów i walka o władzę, ale po to, by była ona służbą dla dobra wspólnego. Bez odrodzenia moralnego będziemy się tylko pogrążać. Nie mam pomysłu JAK to zrobić, ale wiem, że bez tego wszystko może się obrócić w swoje przeciwieństwo.
Co można zrobić samemu? Starać się żyć wg zasad i wpajać to swoim dzieciom. Uczyć je ODWAGI CYWILNEJ, bo zło rodzi się z tchórzostwa. Uczyć je, że muszą być gotowe zapłacić cenę za godną postawę, bo to zawsze kosztuje. Teraz mniej niż kiedyś.
To oczywiście dużo za mało, żeby naprawić otaczający nas świat, ale… zŕóbmy przynajmniej tyle.

Jacek Gancarson pisze:

Ciekawy, stwarzajacy przestrzeń dla merytorycznej debaty, artykuł. W każdej konstruktywnej debacie bowiem, nawet jeśli u jej początku nie dysponujemy pełnymi kompetencjami, możemy poprzez dzielenie się obserwacjami przyczynić się do opracowania konstruktywnych programów. Pomiędzy dzieleniem się obserwacjami a wdrażaniem zoptymalizowanych rozwiązań jest jednak etap miejscami idiotycznej walki bloków politycznych o głosy wyborców. Otóż bardzo pomogłoby Polsce gdyby ta bezwzględna polityczna walka mogła kończyć się sukcesem tylko w przypadku znalezienia przekonywującej kompetnecji i rozwiązań praktycznych. Tzn. gdyby w tej walce wszelkie zciemnianie i demoagogiczne zakrzykiwanie problemu w przestrzeni medialnej było karane ostracyzmem i było skazane na przegraną wobec publicznej opinii.

A teraz przykład problemu: z obserwacji wydolności polskich ministerstw oraz z doswiadczeń z kontakow z nimi wynika. że gabinety polityczne w ministerstwach zajmuja się głównie kolesiostwem i obsadzaniem kolesiami stanowisk w sferze działalności danego ministerstwa. Członkowie gabinetów politycznych nie posiadaja bowiem żadnej odpowiedzialności operacyjnej i w zwiazku z tym mogą dowolnie intensywnie przeszkadzac odpowiedzialnym za zarządzanie ministrom. Jednocześnie znana jest powszechnie niewydolność administracji spowodowana totalną wymianą urzędników przy zwycięstwie wyborczym konkurencyjnej opcji politycznej. tymczasem linię polityczną dla całego rządu można i należy ustalać w gremiach partyjnych rządzącej koalicji ale nie w organie wykonawczym jakim sa ministerstwa. Gabinety polityczne są wg mnie raczej hamulcem i przeżytkiem w organach administracji państwowej.

Kamil Go pisze:

W pierwszej kolejności chciałbym odnieść się do samego końca tekstu. To wszystko co się dzieje wokół, nie jest wynikiem działania “onych” tylko nas samych. Brak jest w społeczeństwie “cnót”, opisywanych już przez Arystotelesa, a nasza demokracja coraz bardziej odpowiada tej, która została zdefiniowana w “Polityce”. Społeczeństwo, polityka, urzędnicy, to wszystko jest ze sobą powiązane i wzajemnie na siebie wpływa. Partykularne interesy dominują, a dobro wspólne spychane jest na dalszy plan pod hasłami “wolności” i “liberalizmu”. W takiej sytuacji niestety nie ma prostego, a przede wszystkim szybko działającego rozwiązania. Moim zdaniem, jedynie praca u podstaw i wychowanie obywatelskie mogą skutkować pozytywnymi zmianami. Niezależnie od tego jak patetycznie by to nie brzmiało, bez solidnych fundamentów nie będzie szans na zbudowanie czegokolwiek trwałego.

W pewnym sensie dogania nas nasza historia, bo cała sytuacja zaczyna trochę przypominać schyłkowy okres demokracji szlacheckiej. Wszyscy pamiętają o prawach i przywilejach, ale obowiązki praktycznie zniknęły z pola widzenia. Przez to liczy się tu i teraz, a nie bliżej nieokreślona przyszłość. “Kombinatoryka stosowana” ceniona jest bardziej niż wiedza i kompetencje. Wystarczy przyjrzeć się w tym zakresie działalności organizacji pozarządowych, które w założeniu mają stanowić przejaw budzenia się/funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego. Mają wskazywać na świadomość wspólnoty interesów i przynależności do szerszej struktury społecznej. W praktyce często są to jednak “wytrychy” umożliwiające dobranie się do wspólnej kasy. Zamiast dbania o dobro wspólne, dba się o dobro członków danej organizacji, którzy mają z tego tytułu określone korzyści.

Patrząc na to szerzej, nasza kultura stawia dobro jednostki, ponad wspólnotą. Generalnie nie ma w tym nic złego, pod warunkiem jednak, że jednostki uświadomią sobie, że bez wspólnoty nie mają szansy zrealizowania swoich aspiracji. Po prostu zapominamy, że swoje indywidualne aspiracje realizować możemy tylko w ramach szerszej grupy ludzi, którzy tak samo jak my mają swoje indywidualne, często rozbieżne z naszymi, cele. W swoim pędzie za indywidualnym sukcesem zapominamy, że nie żyjemy w próżni.

Magazyn idei "Wszystko Co Najważniejsze" oczekuje na Państwa w EMPIKach w całym kraju, w Księgarni Polskiej w Paryżu na Saint-Germain, naprawdę dobrych księgarniach w Polsce i ośrodkach polonijnych, a także w miejscach najważniejszych debat, dyskusji, kongresów i miejscach wykuwania idei.

Aktualne oraz wcześniejsze wydania dostępne są także wysyłkowo.

zamawiam