Marek TRELA: Moje konie, moje życie

Moje konie, moje życie

Photo of Marek TRELA

Marek TRELA

Polski lekarz weterynarii, hodowca koni arabskich. W latach 2000–2016 prezes Stadniny Koni Janów Podlaski, z którą był związany od 1978 roku. Wiceprzewodniczący Światowej Federacji Konia Arabskiego (WAHO).

Z Bliskiego Wschodu na Kresy Wschodnie. Jak mały, słowiański kraj wyrósł na światowego lidera w hodowli koni arabskich?

.Możemy o tym nie pamiętać albo nawet nie wiedzieć, ale jesteśmy narodem koniarzy. Szacunek i wdzięczność dla tego gatunku od wieków płynie w naszej krwi. Pisano o nas “Polak rodzi się i umiera na koniu”, „Lach bez konia jest jak ciało bez duszy”. Gabriel Rzączyński w swojej książce Historia naturalis curiosa Regni Poloniae, Magni Ducatus Lithuaniae XX divisa (1721) zauważa: „Całe Królestwo Polskie karmi niezliczone prawie stada rączych koni, które w lotności i strojności ledwie hiszpańskim i tureckim ustępują, w sile zaś daleko je przewyższają. Zdaje się, że nie masz ziemi bardziej obfitującej w konie, które naród polski z takim utrzymuje staraniem”.

W przeszłości uchodziliśmy za najdzielniejszych kawalerzystów Europy. Mieliśmy owianych sławą sarmackich husarzy, napoleońskich szwoleżerów, ułanów Józefa Piłsudskiego. Legenda polskiej jazdy, dosiadającej lotnych wierzchowców z przewagą arabskiej krwi – przed którą nie było ani jak uciec, ani jak się obronić – poprzedzała pojawienie się konnych oddziałów na polu bitwy. Na wstępie zyskiwały one przewagę psychiczną, która pomagała przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę. Historia zna wiele przypadków, kiedy polska kawaleria, odniósłszy zwycięstwo w jednym miejscu, za chwilę zjawiała się tam, gdzie nikt się jej nie spodziewał wcześniej, niż za kilka dni. Po czym przypuszczała atak na przeciwnika, który nawet jeszcze nie zaczął szykować się do starcia.

.W czasach, gdy konie stanowiły wyposażenie wojsk, wszystkie kraje ościenne chciały je od nas kupować. Na sejmach Rzeczypospolitej, dbając, aby sąsiednie armie zbytnio się nie wzmocniły, zakazywano eksportu wierzchowców.

O tym, skąd u Polaków ręka do koni rozprawiał z humorem sienkiewiczowski pan Zagłoba:

foto1-pianissima– Jeżeli tedy waćpan nie pojmujesz, dlaczego w Polsce najlepsza jazda, a u Niemców piechota, to ja ci to wytłumaczę.
– No, dlaczego? dlaczego? – spytało kilka głosów.
– Oto, gdy Pan Bóg konia stworzył, przyprowadził go przed ludzi, żeby zaś jego dzieło chwalili. A na brzegu stał Niemiec, jako to się oni wszędy wcisną. Pokazuje tedy Pan Bóg konia i pyta się Niemca: co to jest? A Niemiec na to: Pferd! – Co? – powiada Stwórca – to ty na moje dzieło “pfe” mówisz? A nie będziesz ty za to, plucho, na tym stworzeniu jeździł – a jeśli będziesz, to kiepsko. To rzekłszy, Polakowi konia darował. Oto dlaczego polska jazda najlepsza, a zaś Niemcy, jak poczęli piechotą za Panem Bogiem drałować a przepraszać, tak się na najlepszą piechotę wyrobili.

(Henryk Sienkiewicz, „Ogniem i mieczem”, tom I, rozdział XXX) [pferd – niem. koń]

Dlaczego właśnie araby są dla nas takie ważne i czy zawsze tak było?

.Związki Polaków z końmi czystej krwi arabskiej przez dobrych kilka wieków wyglądały tak, że albo to one ratowały nam życie, albo my je ratowaliśmy z narażeniem życia. Między tymi dramatycznymi epizodami nastawały okresy spokoju, kiedy praca hodowlana umacniała tę niezwykłą więź.

Nie wiemy dokładnie, kiedy i w jaki sposób te szlachetne wierzchowce znalazły się po raz pierwszy na ziemiach polskich. Aż do połowy XIX wieku nie nazywano ich nawet arabskimi i nie wyróżniano jako osobnej rasy. Mówiło się ogólnie o koniach orientalnych, co obejmowało również podobne rasy o wschodnim pochodzeniu, na ogół spokrewnione z arabami. Określano je także perskimi, tureckimi lub „bedewiami” („beduinami”).

Najdawniejsze wzmianki o obecności tego typu koni sięgają czasów pogańskich.

.Pojedyncze sztuki przybywały do nas głównie z terenów obecnego Iranu, z Persji, gdzie najbardziej rozwinęła się ich hodowla. Jedna ze słowiańskich legend mówi o białym koniu wróżbicie, z zachowania którego nasi przodkowie przepowiadali sobie losy bitew. Takie zwierzę nie mogło urodzić się nad Wisłą. W tamtym czasie hodowano na tych ziemiach nieduże koniki w typie prymitywnym, kosmate i krótkonożne, maści myszatej z ciemną pręgą wzdłuż grzbietu, przypominające pierwotnie tarpana, a z dzisiejszych ras – konika polskiego. Siwy koń był unikatem. Musiał więc dotrzeć ze Wschodu.

Polska, ze względu na swoje położenie geopolityczne na krańcu kultury zachodniej, od zawsze wystawiona była na wpływy tak Zachodu, jak i Wschodu. Będąc nieustannym polem bitwy, przez które przetaczały się batalie w obie strony, zdobywaliśmy konie orientalne jako łupy wojenne lub jako dary, które miały pieczętować zawarcie (krótkotrwałego zazwyczaj) pokoju. Drugie źródło stanowiły karawany kupieckie, ciągnące głównie od Wschodu ku krajom zachodnim.

Potrzebowaliśmy dużo koni. Ze względu na liczne wojny, zwłaszcza w XVI – XVII wieku, dziesiątkujące ludzi i wierzchowce, oraz nieustanne zagrożenie kolejnymi potyczkami, najczęściej ze strony Kozaków i Tatarów. Trzeba było też utrzymywać kontakty handlowe, w szczególności z Turkami w Imperium Osmańskim. Konie musiały być wytrzymałe i lekkie, aby mogły szybko pokonywać długie dystanse. A przy tym posłuszne człowiekowi, zdrowe, odporne na trudne warunki żywieniowe i klimatyczne. Bo gdy pierwsze szrony zastały wojska w środku wyprawy, jak Kmicicową kompanię w „Potopie” Henryka Sienkiewicza, to „paszy nie było w polach, konie cierpiały głód srogi”.

Ale też, co nas zawsze wyróżniało, podobnie jak Arabowie, lubiliśmy konie urodziwe. Od początku poszukiwaliśmy więc takich, które łączyły odporność i dzielność z harmonijnym ruchem oraz piękną budową.

.Ciągłe utarczki z Tatarami, Kozakami a zwłaszcza z Turkami oznaczały regularny dopływ do Polski koni orientalnych, co wkrótce dało początek własnej hodowli tych zwierząt. Konie hodowali prawie wszyscy, którzy mogli sobie na to pozwolić. Ale tylko majętne rody magnackie zakładały duże stadniny czystej krwi, które, dzięki udostępnianym przez nich ogierom, uszlachetniały pogłowie ras wierzchowych w kraju. Te ośrodki prowadziły w miarę zorganizowaną, systematyczną pracę w kierunku kształtowania wytrzymałości, typu, selekcji, żeby  dostarczać wojsku coraz lepszych wierzchowców.

Pierwszym takim miłośnikiem i hodowcą arabów został król Zygmunt August, który założył stajnię w Knyszynie na Podlasiu. Był wtedy chyba jedynym władcą w Europie, który posiadał stadninę koni arabskich (choć wątpliwe, by utrzymywał je w czystości rasy).

Pod koniec XVIII wieku w upadającej Rzeczypospolitej powstały zaczątki prywatnych arystokratycznych hodowli, które miały rozkwitnąć dopiero w okresie zaborów. Od kiedy regularną armię zastąpiono tzw. pospolitym ruszeniem, znacznie osłabiła się konnica, co uważano za jedną z przyczyn, które doprowadziły do utraty wolności. Polacy zapragnęli wtedy odbudować kawalerię, która wyzwoliłaby naród spod zaborców. Niezbędna była duża liczba dobrych wierzchowych koni, gotowych na sygnał do powstania. Ich hodowlę prowadzono więc z misją. Ale też z zamiłowania do jeździectwa, polowań i zbytku.

Najlepszym regionem dla tej działalności okazały się Kresy Wschodnie, zajmujące duży obszar na wschodzie i południu kraju. Przede wszystkim żyzne i urodzajne Podole oraz Wołyń, gdzie rozległe stepy stwarzały najdogodniejsze warunki do odchowu źrebiąt. To tam rozlokowały się największe i najbardziej znaczące polskie stadniny.

Niemal każdy z rodów magnackich dopisał swoją kartę do dziejów hodowli koni arabskich, lub innych orientalnych ras. O palmę pierwszeństwa w dziedzinie „arabskiej” ubiegały się jednak cztery rodziny – Sanguszków, Branickich, Dzieduszyckich i Wacław „Emir” Rzewuski.

Najstarsze zachowane dokumenty, które badacze uznają za wiarygodne, mówią o utworzeniu stadniny (najpierw koni orientalnych, a potem arabskich) w 1778 roku przez hetmana wielkiego koronnego Ksawerego Branickiego w chutorze Szamrajówka, wchodzącym w skład dóbr Biała Cerkiew na Ukrainie. Przełomowy w dziejach Szamrajówki okazał się rok 1803, kiedy zaczęto prowadzić księgę stadną, do której wpisywano liczbę inwentarza, i pochodzenie koni. Fakt ten oznaczał rozpoczęcie profesjonalnej hodowli, księga stadna, obok rodowodów, jest jej najważniejszym dokumentem. Z czasem rodzinna hodowla rozdzieliła się na dwa dodatkowe stada, w Uzinie i Janiszówce.

Drugą chronologicznie stadninę arabską, i pierwszą znaczącą, założył na Wołyniu w Chrestówce, z siedzibą w pobliskiej Sławucie, książę Hieronim Sanguszko. Kolejny z ośrodków należał do hrabiów Dzieduszyckich; ulokowany był w Jarczowcach i Jezupolu w Małopolsce.

Dzięki tej konsekwentnej pracy zbudowano podstawę rodowodowej hodowli koni arabskich w Polsce. Wszystkie znane później prywatne i państwowe stadniny czerpały swój materiał wyjściowy, bezpośrednio lub pośrednio, z tych miejsc. Ich nazwy przewijają się w rodowodach współczesnych koni.

W efekcie jako jeden z nielicznych krajów mamy bardzo duże, bo już ponad dwustuletnie doświadczenie w systematycznej pracy hodowlanej, udokumentowanej w księgach stadnych.

.Kres walk z Turkami u schyłku XVII wieku oznaczał dla naszych stadnin wstrzymanie dopływu świeżej krwi w postaci zdobycznych czy też ofiarowanych wierzchowców. Jednak aby hodowla mogła dalej się rozwijać w odpowiednim kierunku, nie nie powinno się pozwolić na zamknięcie puli genów i krzyżowanie ze sobą spokrewnionych osobników. W poszukiwaniu nowego materiału genetycznego zaczęto organizować wyprawy na Bliski Wschód.

Wiek XVIII i XIX upłynął pod znakiem tych pionierskich podróży. Ich celem było zakupienie koni u źródła, które z najwyższą niechęcią godziło się pozbywać swoich skarbów. Wyprawy zapoczątkował książę Hieronim Sanguszko, organizując ekspedycję w latach 1803-1804. Wydelegowany przez niego koniuszy, Kajetan Burski, sprowadził do Polski pięć ogierów i jedną klacz.

W ślad za nim, w 1818 roku podążył słynny podróżnik, Wacław Seweryn Rzewuski.  Reprezentował on typ odważnego, malowniczego magnata z Kresów, był żołnierzem, żarliwym patriotą, i orientalistą. Rozmiłowany w hodowli tak samo jak w jeździe konnej, nie lubił ograniczać się w jednym ani w drugim. Został uwieczniony w poemacie Adama Mickiewicza i obrazach Juliusza Kossaka jako „Farys”.

Pomieszkiwał na Bliskim Wschodzie, z przerwami przez kilka lat. Zafascynowany życiem Beduinów, dołączał do koczowniczych plemion. Spał w namiocie i dzielił ich życie. Obserwował zasady hodowli i użytkowania oryginalnych pustynnych wierzchowców i polował. Udzielał się nawet w zbrojnych potyczkach z ich wrogami, za co otrzymał tytuł emira.

Swoje wrażenia zawarł w pamiętniku, pisanym po francusku i wzbogaconym setkami własnoręcznie wykonanych kolorowych ilustracji. Tworzył go przez dziesięć lat po powrocie z wyprawy, między 1821 a 1831 rokiem. Trzy tomy rękopisu zajęły łącznie prawie 800 stron. Miało powstać z tego dzieło poświęcone koniom Beduinów, któremu nadał tytuł Sur les Chevaux Orientaux provenants des Races Orientales (O koniach wschodnich pochodzących od ras arabskich). A powstało o wiele więcej: jedyne na świecie tak bogate kompendium wiedzy o geografii, kulturze i historii Bliskiego Wschodu, napisane w czasie, który przypadał na okres polskiego romantyzmu. Dzieło tak cenne dla współczesnego Kataru, że przy współpracy z Polską, państwo to sfinansowało kosztowne naukowe opracowanie i publikację manuskryptu, z przekładem na kilka języków (angielski, polski a w edycji katarskiej – arabski). Zabiegała o to Biblioteka Narodowa w Warszawie, która posiada oryginał pamiętnika w swoich zbiorach.

Rzewuski przywiózł do Europy nieprawdopodobną liczbę koni. W sumie 137 klaczy i 6 ogierów, z których większość zasiliła jego hodowlę w Sawraniu na Podolu.

.Dla konia w ogrodzie budował altany / I żłoby pozłacał — z kryształu dał ściany”, wspominał Juliusz Słowacki w „Dumie o Wacławie Rzewuskim” zbytki, jakich magnat nie szczędził ulubieńcom Ale gdy w czasie Powstania Listopadowego w 1831 roku „Emir” Rzewuski wystawił oddział jazdy, przeznaczył dla żołnierzy swoje ukochane araby. Sam, dosiadając jednego z nich jako dowódca, zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach po przegranej bitwie pod Daszowem. Bezcenne stado przejęli inni hodowcy.

Kilka lat później młody hrabia Juliusz Dzieduszycki z Jarczowiec, mający z czasem zasłynąć jako właściciel jednej z najokazalszych stadnin koni czystej krwi arabskiej na świecie, dokonał we Lwowie transakcji, która okazała się krokiem milowym polskiej hodowli. Jego ojciec Kajetan nie mógł wynegocjować u handlarza ceny na upatrzonego, dopiero co sprowadzonego z Orientu siwego ogiera. W końcu wysłał z misją syna.

Juliusz dostał od ojca na kupno pełny trzos dukatów w złocie, zabrał wszystkie swoje pieniądze i pojechał powozem czterema cugowymi końmi do Lwowa. Zobaczywszy Bagdada tak się zapalił, że dał za niego wszystkie dukaty, które od ojca otrzymał, i te, które ze swojej zabrał szkatuły, a było ich podobno dość sporo, sprzedał cztery konie, powóz, dery i bat bogato srebrem okuty, ażeby żądaną za konia uzupełnić sumę i sam na Bagdadzie do Jarczowiec wierzchem przyjechał, a furman pieszo do domu powrócił.

(Stefan Bojanowski, Sylwetki koni orientalnych i ich hodowców, s. 40).

.Historia nie mówi, co furman sądził na ten temat, ale nowy właściciel z pewnością był uszczęśliwiony takim obrotem sprawy. Bo gdy tylko zobaczył tego konia, zakochał się w nim i z miejsca przewidział, że to będzie epokowy reproduktor – nie tylko w jego własnej stajni, ale też w całej polskiej hodowli.

A kiedy dorosło pierwsze pokolenie córek Bagdada or.ar. [or.ar. = oryginalny arab; skrót występujący w rodowodach, przy imionach koni, które zostały sprowadzone bezpośrednio z pustyni], Juliusz Dzieduszycki sam wyprawił się na Bliski Wschód. Wyruszył w 1845 roku,  aby po wielu niebezpieczeństwach sprowadzić siedem wybitnych ogierów. Kosztowało go to niemal utratę życia, bo Beduini po transakcji się rozmyślili i zaczęli ścigać wyprawę z zamiarem odebrania koni w zbrojnej potyczce.  Choć Dzieduszycki oddał za nie ponoć kilka majątków zamienionych w złoto. Przywiózł wtedy również trzy klacze „kuhailanki” – przedstawicielki najsilniejszego, bojowego typu, który Beduini najdłużej trzymali z dala od oczu niewiernych, i to ich sprzedaży najbardziej nie mogli przeboleć. Gniade klacze tego rodu otaczano nabożną wręcz czcią i absolutnie nie pozwalano ich oglądać. Co dopiero kupować. Może to anomalia w umaszczeniu pomogła Dzieduszyckiemu, który potrzebował powołać się na pokrewieństwo z emirem Rzewuskim, zdobyć te trzy klacze. Gazella, Mlecha i Sahara były siwe.

Imiona legendarnych dzisiaj matek hodowlanych, założycielek trzech linii, spotyka się w rodowodach koni arabskich na całym świecie. W szczególności tych urodzonych w Polsce, bowiem są to linie nadal czynne w państwowych stadninach. W Janowie Podlaskim, Michałowie oraz Stadzie Ogierów Białka wciąż rodzą się kolejne pokolenia ich praprawnuków. To unikatowe zjawisko. marek-trela-okladka-zlotaNawet w ojczyźnie tych koni trudno spotkać taką  kontynuację linii, w pełni udokumentowaną w księgach stadnych, którą by realizowano z powodzeniem pod względem jakości kolejnych pokoleń, od połowy XIX wieku aż do dziś. A udało się to w Polsce.

Marek Trela

Fragment najnowszej książki Ewy Bagłaj “Marek Trela. Moje konie, moje życie”, wyd. Instytut Wydawniczy Erica 2016. Polecamy [LINK]

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 3 grudnia 2016