
Kubrick, maski i zwyczajny świat. Dlaczego dziś inaczej oglądamy „Eyes Wide Shut”
Ponowne obejrzenie dziś filmu Eyes Wide Shut / Oczy szeroko zamknięte wywołuje osobliwe wrażenie. Film Stanleya Kubricka się nie zmienił: te same ciche korytarze, te same bożonarodzeniowe światła, ta sama nocna wędrówka człowieka konfrontowanego z własnymi złudzeniami. A jednak świat wokół niego jakby się przesunął. Po kolejnych ujawnieniach dotyczących sprawy Epsteina i fragmentach świata władzy, które dzięki nim na chwilę stały się widoczne, ostatnie dzieło Kubricka przestaje wyglądać jak dziwny sen. Coraz bardziej przypomina chłodną medytację nad kruchą granicą między ludzką słabością a światem, w którym moralność po prostu znika – pisze Margot ROUSSEAU
.Ponowne obejrzenie dziś Eyes Wide Shut, ponad dwadzieścia pięć lat po premierze, przynosi więc dziwne uczucie: oglądamy film, który się nie zmienił, lecz którego otoczenie powoli przesunęło się w czasie. W 1999 roku ostatnie dzieło Kubricka odbierano jako zmysłową zagadkę – chłodny, lekko perwersyjny sen o pragnieniu i małżeństwie. Dziś, w świetle kolejnych ujawnień związanych z aferą Epsteina i sieciami wpływu, które ona na moment odsłoniła, film zaczyna należeć do innej kategorii: do tych dzieł, które nie tyle przewidują historię, ile przeczuwać potrafią jej moralną strukturę.
Bo Eyes Wide Shut nie jest filmem o seksie. To film o dystansie między dwoma światami.
Historia jest dobrze znana. Doktor Bill Harford, zamożny nowojorski lekarz, widzi jak jego spokojne życie zaczyna się chwiać po nocnej rozmowie z żoną Alice. Podczas wakacyjnego pobytu w hotelu miała kiedyś fantazję: porzucić wszystko – męża, dziecko, całe dotychczasowe życie – by spędzić jedną noc z nieznajomym, którego zobaczyła w hotelowym korytarzu. Nic się nie wydarzyło. A jednak samo wyznanie wystarcza, by pękł obraz, jaki Bill miał o sobie i o swoim małżeństwie.
Od tego momentu Kubrick prowadzi bohatera w nocną wędrówkę przez Nowy Jork. Kolejne spotkania następują po sobie jak w śnie: córka zmarłego pacjenta, która nagle wyznaje mu miłość; prostytutka, której niespodziewana czułość kontrastuje z chłodem świata; pianista wspominający o tajemniczym rytuale przeznaczonym dla bardzo bogatych. Miasto stopniowo odsłania swoją ukrytą stronę, aż Bill otrzymuje zaproszenie, które zaprowadzi go do Somerton.
I tam film zmienia swój ton.
W ogromnej, odosobnionej rezydencji zamaskowani mężczyźni uczestniczą w osobliwej seksualnej liturgii, w której ciała stają się anonimowe, a gesty mają czysto rytualny charakter. Wszystko jest ciche, uporządkowane, hierarchiczne. Bill natychmiast rozumie, że nie należy do tego świata. Myślał, że zbliża się do władzy; odkrywa, że znał jedynie jej fasadę. Kubrick buduje tu fundamentalne przeciwstawienie dwóch porządków świata.
Pierwszy to świat zwyczajnego ludzkiego życia: małżeństwo Billa i Alice, ich zazdrość, fantazje i wzajemne rany. W tym świecie zło istnieje. Ludzie kłamią, pragną, zdradzają. Ale ich działania pozostają wpisane w moralny horyzont, w którym możliwe są wstyd, poczucie winy i przebaczenie. Ludzka słabość nigdy nie jest całkowicie oddzielona od świadomości moralnej.
Drugi świat – świat Somerton – zdaje się działać poza tymi kategoriami. Twarze znikają pod maskami, tożsamości rozpuszczają się w ceremonii, ciała stają się wymiennymi przedmiotami. Uderza nie tyle sama seksualność, ile całkowity brak skrupułów. Nikt nie okazuje wahania. Zło nie jest tu osobistą winą; staje się systemem.
Być może właśnie dlatego film brzmi dziś inaczej.
Przez lata opowieści o sieciach seksualnego wykorzystywania powiązanych z elitami politycznymi czy finansowymi należały do świata teorii spiskowych. Afera Epsteina – z jej zeznaniami, dokumentami i fragmentami prawdy, które nagle stały się widoczne – brutalnie przesunęła tę granicę. Nie odsłoniła całkowicie tajnego świata, ale zasugerowała istnienie przestrzeni społecznych, w których bogactwo i wpływy pozwalają na chwilę zawiesić zwykłe reguły moralne. Kubrick nie musiał znać tych skandali, by zrozumieć ten mechanizm. Wystarczyło mu uważnie obserwować logikę władzy. Prawdziwą grozą Somerton nie jest rozwiązłość. Jest nią brak poczucia winy. I to właśnie nadaje sens ostatniej scenie filmu.
.Po swojej nocnej wędrówce Bill wyznaje Alice wszystko. Ich rozmowa odbywa się w niemal banalnym miejscu: w sklepie z zabawkami pełnym świątecznych świateł i dziecięcego śmiechu. Ten zwyczajny krajobraz przypomina uparcie świat, do którego wciąż należą. Alice słucha, a potem formułuje wniosek jednocześnie prosty i zaskakujący: wciąż żyją, wciąż są razem, a ich zadaniem jest po prostu dalej żyć.
Ostatnie zdanie filmu – „We should fuck” – wielu widzów uznało za prowokację. W rzeczywistości jest ono gestem oporu. Bill i Alice nie mogą zniszczyć systemu, którego istnienie Bill tylko na chwilę zobaczył. Mogą jednak zrobić coś innego: odmówić opuszczenia świata, w którym ludzie pozostają zdolni do pragnienia, winy i przebaczenia.
Innymi słowy, wybierają pozostanie ludźmi.
Kubrick adaptował Traumnovelle Arthura Schnitzlera, ale nadał tej historii zupełnie inną tonację. Tam, gdzie wiedeńska nowela zachowywała jeszcze psychologiczną ironię, film przybiera chłód niemal metafizyczny. Eyes Wide Shut staje się mniej historią o zazdrości małżeńskiej, a bardziej medytacją o władzy, alienacji i cienkiej granicy oddzielającej ludzką słabość od świata, w którym odpowiedzialność moralna całkowicie zanika.
Być może dlatego powrót do tego filmu dziś wywołuje lekki zawrót głowy.
To, co kiedyś wyglądało jak dziwny sen, coraz bardziej przypomina trzeźwą intuicję dotyczącą moralnej architektury współczesnej władzy.
A wobec tej architektury Kubrick proponuje tylko jedną formę oporu: uparte postanowienie, by pozostać po stronie żywych.
Margot Rousseau



