Michał KŁOSOWSKI: Mądra Polska to silne instytucje ograniczające wolę jednostek

Mądra Polska to silne instytucje ograniczające wolę jednostek

Photo of Michał KŁOSOWSKI

Michał KŁOSOWSKI

Zastępca Redaktora Naczelnego „Wszystko co Najważniejsze”, szef działu projektów międzynarodowych Instytutu Nowych Mediów, dziennikarz i publicysta. Autor programów radiowych i telewizyjnych. Z wykształcenia archeolog, filozof i historyk, studiował między innymi na Uniwersytecie Jagiellońskim, Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie i London University of Arts.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

Jako społeczeństwo nie rozumiemy, że stabilność, rozwój państwa, jego przyszłość muszą opierać się na instytucjach. One bowiem są nośnikami państwowości, a nie jednostki, których władza trwa krótko. Instytucje powinny być budowane tak, by przetrwać próbę czasu – pisze Michał KŁOSOWSKI

.W polskim systemie społeczno-politycznym to osobowości zdominowały ostatnie ćwierćwiecze – będąc w stanie podporządkować sobie działanie państwa, realizując interesy określonych grup czy własną wizję. Stąd biorą się liczne problemy niepozwalające urzeczywistniać czegoś, co nazwać można racją stanu – nie wiadomo bowiem, czym ona właściwie jest. Nie było konieczności, by ją zdefiniować. Niewielu zastanawia się, co ona oznacza ani jak można wprowadzać ją w czyn.

Prościej niż rację stanu jest określić własne interesy liderów.

Objawy tego dostrzegalne są zarówno na poziomie samorządowym, w postaci nieśmiertelnych i niezatapialnych prezydentów miast czy burmistrzów, jak i na poziomie systemu państwa, w którym z powodu braku jasno określonych zadań i wyraźnego podziału obowiązków dochodzi do konfliktów. System ten jest bodajże najbardziej znaczącym przeniesieniem mentalności PRL-owskiej do nowoczesności. Dopiero jego przezwyciężenie będzie można nazwać dobrą zmianą.

Oczywiście, znany jest argument, że polskie instytucje nie miały kiedy się rozwinąć, jesteśmy w końcu „młodą demokracją”. Instytucje państwa, tworzone po to, by wykonywać agendę danej osobistości, a nie długofalowy plan rozwojowy, zwłaszcza w latach 90., były kalką tego, co pozostało po latach 70. i 80.

W miejsce pozostawione po państwie, w miejsce likwidowanych instytucji często postkomunistycznych, zaczęły wchodzić podmioty prywatne, kapitał zagraniczny, dla których jakakolwiek współpraca z instytucjami państwa była nie na rękę: wszystko, co państwowe, miało być nierentowne i niesterowalne. Nie budowano instytucji, redukowano – wszędzie gdzie było to tylko możliwe – państwo. Podejście takie ułatwiało przejmowanie kapitału i rozszerzanie stref wpływu przez to, co prywatne, niekontrolowalne i często nieuchwytne.

Zwieńczeniem tego myślenia były słynne słowa Bartłomieja Sienkiewicza o państwie istniejącym teoretycznie. Wycofanie się państwa z wielu dziedzin spowodowało naturalne osłabienie możliwości wykonywania zadań społecznych i gospodarczych, zarówno w wymiarze polityki wewnętrznej, jak i zagranicznej. Umowy zawierano na zasadzie „dogadywania się”, czego najlepszym przykładem są działania związane z warszawską reprywatyzacją. Gdyby istniały silne instytucje kontrolne, administracja publiczna i służby, nie doszłoby do takich działań na masową skalę. Przyczyną są zaniedbania, ale i chęć załatwiania partykularnych interesów.

W sytuacji gry wielu sprzecznych sił, gdzie instytucja państwa uznawana jest za wroga, przewagę ma ten, kto wywalczy najwięcej, zgarnie pełnię władzy, a przynajmniej będzie w stanie podporządkować sobie innych. W sprawnym systemie państwowym i w zdrowych instytucjach nie powinno do takich sytuacji dochodzić: regulamin wewnętrzny i elastyczne procedury powinny tworzyć ramy, w obrębie których jednostka może działać. Obecny model można odnieść do dwudziestolecia międzywojennego, kiedy to postać Marszałka wyznaczała ramy działania, a akty prawne takie jak konstytucja nie miały znaczenia.

W polskiej tradycji rządzenia duch zawsze stał nad literą prawa. PRL był przeniesieniem tego modelu na poziomie wszechwładnego sekretarza partii czy lokalnych kacyków rządzących losami mieszkańców.

Historycznie rzecz ujmując, bierze się to stąd, że państwo przez ostatnie dwieście lat było dla Polaków opresyjne. Albo nie było nasze – zaborcy, narzucając swoją wizję modernizacji społecznej, odbierali wolność i poczucie podmiotowości polskiemu społeczeństwu – albo jak w PRL-u silnie ingerowało w prywatność i regulowało życie, przez co było uznawane za wrogie.

Niestety, próby budowania państwa na bazie postaci, osobistości, a nie instytucji nie są tylko przeszłością. Bo komu i po co potrzebne są instytucje, skoro wygraliśmy wybory? Po co instytucje, jeśli mamy rację? Po co instytucje, skoro „teraz my”?

Można wręcz z wielkim niepokojem uznać, że w polskim społecznym DNA nie ma miejsca na instytucje. Mentalność lat 90. i pierwszych lat XXI w. została utrzymana i ciągle w ten sam sposób postrzegamy instytucje: z natury rzeczy mają być opresyjne, nie nasze, okupacyjne, komunistyczne, pełne złogów, w najlżejszej formie – biurokratyczne. W świadomości wielu Polaków każda instytucja jest formą „zewnętrzną”. Z czego to wynika? Z braku szacunku dla instytucji, z opisywanej już historycznej konieczności ucieczki przed opresyjnym państwem. Nie budujemy instytucji, bo nie rozumiemy instytucji. Jako społeczeństwo nie rozumiemy, że stabilność, rozwój państwa, jego przyszłość muszą opierać się na instytucjach. One bowiem są nośnikami państwowości, a nie jednostki, których władza trwa krótko. Instytucje powinny być budowane tak, by przetrwać próbę czasu.

W myśl polskiej tradycji historycznej instytucje stają w poprzek wolności, która na przestrzeni lat była wykoślawiana i przybierała postać samowoli. Instytucje w końcu istnieją po to, by moderować to, co chcemy zrobić, wtłaczać to w ramy prawne. W efekcie braku takiego uporządkowania i państwo, i polityka kierowane są emocjami liderów – humorem, sympatiami i antypatiami. Instytucje w założeniu są odporne na zmienne emocje.

Po to łamie się kręgosłup instytucji, które według wielu są „zawalidrogami” postępu i zmiany, by móc spełniać wolę jednostek. A od spełniania woli jednostek, niekontrolowanych przez nikogo, już tylko krok do samowoli i oligarchii.

Oligarchia, ustrój wykluczający, nie służy budowaniu wspólnoty, czyli tego, czego Polska teraz potrzebuje najbardziej.

Jak przezwyciężyć ten stan rzeczy? Budowa silnych instytucji, dających ramy działania i zapewniających wolność jednostkom, wymaga dwóch elementów: czasu i planu. Te dwa aspekty są dziś chyba najbardziej niedocenianymi elementami konstruowania rzeczywistości społecznej.

Setna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości wydaje się doskonałym momentem na merytoryczną dyskusję nad kształtem Polski za następne 30-50 lat. Brak strategicznego myślenia widać także w kulturze, gdzie prace na temat polskiej przyszłości stanowią niewielki procent. Brak planu i coraz silniejsze poczucie upływu czasu umożliwiają działanie silnym jednostkom, chcącym realizować konkretne interesy: pozbywają się ram, które mogłyby być przeszkodą. Ratunkiem w tej sytuacji jest cierpliwość i budowanie poczucia odpowiedzialności za otaczający świat.

.Nowe pokolenie czuje się coraz bardziej zobowiązane do tego, by nadać przyszłości jakiś kształt, wykuć go w dyskusji. By nie powtórzyła się smutna prawidłowość dziejowa, w której kolejny raz rzeczywistość zaskoczy Polaków, bo plan na Polskę konstruowali w ostatniej chwili albo wcale.

Michał Kłosowski

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 25 listopada 2017
Fot.Shutterstock