Czym byłoby „członkostwo odwrócone” Ukrainy w UE?

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski chce, by w porozumieniu pokojowym zapisano 2027 rok jako datę wejścia jego państwa do UE. Zwolenniczką przyspieszonego, tzw. odwróconego członkostwa Ukrainy jest przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, która we wtorek 24 lutego 2026 roku w czwartą rocznicę wybuchu wojny odwiedzi Kijów.

Proces akcesyjny Ukrainy

.O to, by w negocjowanym z Rosją pod auspicjami Stanów Zjednoczonych porozumieniu pokojowym zapisać konkretną datę wejścia Ukrainy do UE, zabiega sam Kijów. Zełenski przed ostatnią rundą rozmów w Genewie oświadczył, że Ukraina zrobi wszystko, by być gotowa do przystąpienia do Wspólnoty w 2027 r. „Chcę konkretnej daty” – napisał 11 lutego na platformie X ukraiński prezydent. „Jeśli w umowie, którą podpisze Ameryka, Rosja – a konkretnie Putin – ja jako prezydent Ukrainy oraz Europa, nie będzie daty, to Rosja zrobi wszystko, aby zablokować ten proces. I to nie własnymi rękami, ale za pośrednictwem przedstawicieli europejskich” – podkreślił. Proces akcesyjny Ukrainy blokują obecnie Węgry, które nie godzą się na otwarcie tzw. pierwszego klastra negocjacyjnego. KE potwierdziła w zeszłym tygodniu, że członkostwo Ukrainy jest dyskutowane jako jeden z warunków porozumienia pokojowego. – Akcesja Ukrainy jest rzeczywiście przedmiotem rozmów, ale na tym etapie nie można niczego przesądzić – powiedział w czwartek rzecznik KE Guillaume Mercier.

Według źródła unijnego zwolenniczką zapisania w porozumieniu pokojowym konkretnej daty przystąpienia Ukrainy do UE jest von der Leyen. W tak krótkim czasie członkostwo Ukrainy musiałoby jednak zgodnie z tym założeniem być niepełne lub – jak nazywa to szefowa KE – „odwrócone”.

„Członkostwo odwrócone” miałoby polegać na tym, że najpierw Ukraina zostałaby państwem członkowskim UE, a potem w miarę postępów reform dołączałaby do kolejnych obszarów unijnej współpracy takich jak polityka spójności czy wspólna polityka rolna.

– Ukraina jest już de facto zintegrowana z UE w kilku kwestiach, dołączyła np. do wspólnego obszaru roamingu i do sieci elektroenergetycznej. Zgodnie z tym założeniem do reszty obszarów mogłaby przystąpić, gdy reszta UE uzna, że jest na to gotowa – zwróciło uwagę w rozmowie z dziennikarzami źródło unijne.

W ten sposób UE pozostałaby wierna zasadzie, zgodnie z którą proces akcesyjny opiera się na merytorycznych podstawach – nie jest jedynie decyzją polityczną, ale zależy od spełnienia przez państwo kandydujące konkretnych warunków. Dyplomata jednego z unijnych krajów uznał, że 2027 rok jest mało prawdopodobny. – Nawet gdyby Ukraina miała wejść do Unii jako członek drugiej kategorii, czego oni sami chyba by nie chcieli, to do ustalenia pozostawałoby to, co to w zasadzie oznacza – podkreślił.

UE musiałaby w zaledwie kilka miesięcy np. rozstrzygnąć, jakie prawa miałby taki nowy kraj członkowski i w jakich kwestiach mógłby decydować wspólnie z pozostałymi. Należałoby się również spodziewać, że stolice wspierające akcesję państw Bałkanów Zachodnich zaczną tradycyjnie domagać się, by z takiej przyspieszonej ścieżki akcesyjne mogły też skorzystać inne kraje ubiegające się o członkostwo.

Problemem będzie też uzyskanie zgody państw członkowskich na takie „odwrócone członkostwo”. Nawet jeśli torpedujący dzisiaj proces akcesyjny Ukrainy węgierski premier Viktor Orban straci władzę po wyborach parlamentarnych w kwietniu, to nadal na „nie” może być Słowacja i inne państwa widzące w członkostwie Ukrainy potencjalne wyzwanie. Rozwiązaniem mogłoby być forsowane przez von der Leyen podjęcie decyzji większością kwalifikowaną, a nie jednomyślnie. Wówczas zamiast wszystkich krajów członkowskich konieczne byłoby uzyskanie zgody 15 z nich stanowiących razem 65 proc. ludności UE.

Wszystko idzie ku gorszemu…

.Jeśli „kwestia ukraińska” ostatecznie nabierze kształtu nierozwiązywalnej politycznej kwadratury koła, musi to drastycznie uderzyć rykoszetem w polskie interesy narodowe. Może więc zamiast z Warszawy dolewać po kropelce oliwy do ognia w kotle ukraińskim, Polska mogłaby w tej kryzysowej sytuacji jeszcze raz odegrać dobrą – to znaczy pomagającą Ukrainie – rolę? – analizuje Jan ROKITA.

Od czasu do czasu warto – moim zdaniem – przypominać o tym, jak kiepsko ma się całość spraw związanych z wojną na wschodzie, choćby dlatego, by nie być potem zaskoczonym, gdyby (nie daj Boże) nagle ów kiepski obrót zdarzeń przybrał pewnego dnia wymiar katastrofy.

Przede wszystkim sam bieg wojny. Bo choć od pewnego czasu Ukraina nabrała niezłych umiejętności w przysparzaniu Putinowi kłopotów wewnątrz Rosji, wywołując a to pożar rafinerii położonej gdzieś het, niemal pod Uralem, a to znów niszcząc samoloty na jakimś odległym lotnisku – to na samej linii frontu dzieją się rzeczy coraz bardziej niepokojące. I w kręgu znawców wojny coraz częstsze są przewidywania, że za nie tak znów odległy czas nie tylko cały Donbas znajdzie się pod kontrolą Moskali, ale także na Zaporożu możliwe staje się powtórne przekroczenie przez nich dolnego Dniepru i przedarcie się do centrum Ukrainy.

Na prognozach wyników wielkich bitew się nie znam, więc nie mam własnego zdania, czy tak się istotnie stanie. Ale fakt faktem, że choć od czasu do czasu dochodzą do nas zupełnie niesamowite wieści o brawurowych akcjach ukraińskich komandosów (jak choćby lądowanie w de facto okupowanym już Pokrowsku, na tyłach wroga), to publikowane na bieżąco mapy stanu wojny nie zostawiają wielkiego pola dla jakichś nadziei. Nawet laik czyta z nich jasno, iż wojenna sytuacja Ukrainy pogarsza się i nie widać żadnych znamion, aby taki trend mógł się odmienić. To tyle w tej wojennej militarnej materii.

Niestety, równie złe rzeczy dzieją się w materii politycznej. Podwójny nelson założony przez Belgię i Węgry na stosunki Unii Europejskiej z Ukrainą w zasadzie sparaliżował europejską politykę wschodnią. Belgia wetuje plan wielkiej unijnej pożyczki dla Kijowa, dla której pokryciem miałyby być olbrzymie aktywa finansowe Federacji Rosyjskiej, w tym jej banku centralnego, zamrożone w Europie po rozpoczęciu inwazji, a Węgry wetują wszelki, nawet czysto symboliczny postęp formalnie otwartych negocjacji o przystąpieniu Ukrainy do Unii.

W tej ostatniej materii nie chodzi o realną ukraińską akcesję do UE, której oczywiście nie będzie, gdyż jest po temu sto i jeden wystarczających powodów. Chodzi raczej o to, że kolejne pola negocjacyjne są jedynym wypracowanym sposobem na stałej płaszczyźnie kontaktów dyplomatycznych i eksperckich pomiędzy Unią i Kijowem, a zarazem narzędziem dostosowywania się Ukrainy do tysięcy najrozmaitszych norm i reguł obowiązujących na Zachodzie. Węgierska blokada tych negocjacji nie jest więc w praktyce blokadą akcesji Kijowa (to niemal niedorzeczność), ale ma na celu zerwanie licznych więzi, jakie Zachód zbudował z Ukrainą w ciągu ostatnich lat. Mówiąc wprost: węgierskie weto, o ile nie zostanie wycofane albo ominięte (z oczywistym złamaniem traktatów europejskich), prowadzić będzie do dyplomatycznej izolacji Kijowa. I taka też – jak sądzę – jest prawdziwa intencja węgierskiego rządu.

Gdy zaś idzie o pierwszą sprawę, można zrozumieć stanowisko rządu belgijskiego, który trzyma w swym ręku gros zdeponowanych w Europie aktywów rosyjskich i boi się tego, że na końcu zostanie wystrychnięty na dudka przez egoistycznych i oszukańczych unijnych partnerów. Trudno bowiem sobie wyobrazić, iżby możliwy był w przyszłości jakikolwiek rozejm w wojnie na wschodzie, którego skutkiem nie byłoby „odmrożenie” pieniędzy, które są np. własnością rosyjskiego banku centralnego, ale tak samo trudno uwierzyć w to, że Niemcy, Francja, Włochy, Polska czy Holandia z radością same zaczną spłacać astronomiczny dług, który na rzecz Ukrainy miałby teraz zostać zaciągnięty.

Gdybym więc był dziś premierem belgijskim, też bym wetował ów projekt, w obawie, iż mój kraj wpadnie w ten sposób w perfidną pułapkę. No dobrze, tylko że odkąd Trump zgodził się wysyłać na Ukrainę broń, o ile Europa będzie za nią płacić, nikt nie ma żadnego innego pomysłu na długofalowe finansowanie tej operacji, jak tylko unijny dług zaciągnięty pod moskiewskie aktywa. Więc jeśli do tej operacji miałoby nie dojść, to powstaje rozpaczliwe pytanie, kto dalej sfinansuje zdolności obronne Ukrainy, jeśli wojna miałaby trwać choćby tylko przez następny rok? A po załamaniu się planu pokojowego Trumpa i odwołaniu spotkania na szczycie, które miało się odbyć w Budapeszcie, nadzieje na to, że Ameryka jest w stanie szybko doprowadzić do rozejmu, prysły jak bezwartościowa bańka mydlana.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejszehttps://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-rokita-wszystko-idzie-ku-gorszemu/

PAP/ Magdalena Cedro/ LW

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 23 lutego 2026