Dlaczego we Francji kończy się epoka „końca historii”?

Francuska debata strategiczna przechodzi jedną z największych zmian od zakończenia zimnej wojny. Coraz więcej intelektualistów, polityków i ekspertów odrzuca przekonanie, że Europa może opierać swoje bezpieczeństwo wyłącznie na integracji gospodarczej i współpracy międzynarodowej. Esej Paula Meluna opublikowany na łamach „Journal du Dimanche” nie jest jedynie polemiką z Francisem Fukuyamą. Jest symbolem znacznie głębszej zmiany – powrotu pytań o suwerenność, państwo i rolę siły w polityce międzynarodowej.
Czy Francis Fukuyama naprawdę ogłosił „koniec historii”?
Gdy w 1992 roku Francis Fukuyama opublikował książkę Koniec historii i ostatni człowiek, jego nazwisko niemal natychmiast stało się symbolem nowej epoki. Upadek muru berlińskiego, rozpad Związku Radzieckiego oraz zwycięstwo Zachodu w zimnej wojnie sprawiły, że wielu komentatorów uznało liberalną demokrację za ostateczny model organizacji państwa. To właśnie z tym momentem najczęściej kojarzona jest teoria „końca historii”.
Sama koncepcja Fukuyamy była jednak znacznie bardziej złożona, niż sugeruje jej popularny skrót. Amerykański politolog nie twierdził, że wojny ustaną, konflikty znikną, a świat stanie się miejscem trwałego pokoju. Pisał raczej, że zakończyła się wielka rywalizacja ideologiczna, która przez ponad dwa stulecia kształtowała politykę światową. Liberalna demokracja, jego zdaniem, nie miała już poważnego konkurenta zdolnego zaproponować bardziej atrakcyjny i uniwersalny model ustrojowy.
Przez wiele lat wydawało się, że rzeczywistość potwierdza tę diagnozę. Europa rozszerzała Unię Europejską, kolejne państwa przystępowały do NATO, rozwijała się globalizacja, a współzależność gospodarcza była postrzegana jako najlepsza gwarancja pokoju. Coraz częściej zakładano, że handel, inwestycje i instytucje międzynarodowe będą skuteczniej ograniczać konflikty niż tradycyjna polityka siły.
Dopiero wydarzenia XXI wieku – zamachy z 11 września 2001 roku, powrót rywalizacji mocarstw, rosnąca pozycja Chin, agresywna polityka Rosji oraz pełnoskalowa wojna przeciwko Ukrainie – sprawiły, że coraz więcej autorów zaczęło zadawać pytanie, czy świat rzeczywiście rozwija się zgodnie z logiką opisaną przez Fukuyamę. Dzisiejsza debata nie dotyczy jednak wyłącznie tego, czy amerykański politolog miał rację. Dotyczy przede wszystkim tego, czy Europa nie zbudowała swojej strategii bezpieczeństwa na zbyt optymistycznych założeniach dotyczących natury współczesnej polityki międzynarodowej.
Właśnie w tym miejscu swoją diagnozę rozpoczyna Paul Melun. Jego tekst w „Journal du Dimanche” nie jest prostym odrzuceniem myśli Fukuyamy, lecz próbą pokazania, że po trzech dekadach od zakończenia zimnej wojny Europa ponownie musi nauczyć się myśleć kategoriami suwerenności, odstraszania i równowagi sił.
Od Fukuyamy do wojny na Ukrainie
Kiedy w 1992 roku Francis Fukuyama opublikował Koniec historii i ostatni człowiek, jego teza wydawała się dobrze opisywać świat Zachodu. Demokracja liberalna zwyciężyła nad komunizmem, a konkurencja między wielkimi ideologiami miała ustąpić miejsca gospodarce rynkowej oraz stopniowej globalizacji.
Przez wiele lat Europa rzeczywiście prowadziła politykę zgodną z tym założeniem. Zmniejszano armie, ograniczano przemysł zbrojeniowy, rozwijano wspólny rynek i zakładano, że współzależność gospodarcza będzie skuteczniejszym gwarantem pokoju niż odstraszanie militarne.
Według Paula Meluna seria wydarzeń początku XXI wieku – od zamachów z 11 września 2001 roku, przez odradzającą się politykę mocarstw, aż po pełnoskalową agresję Rosji przeciwko Ukrainie – pokazała jednak, że świat nie wszedł w epokę trwałego pokoju. Wręcz przeciwnie, rywalizacja geopolityczna ponownie stała się głównym mechanizmem stosunków międzynarodowych.
Powrót państwa
Najciekawszym elementem francuskiej debaty nie jest sam postulat zwiększania wydatków wojskowych. Takie postulaty pojawiają się dziś w większości państw europejskich. Znacznie ważniejsze jest odrodzenie samego pojęcia państwa.
Jeszcze kilkanaście lat temu francuskie debaty koncentrowały się przede wszystkim wokół globalizacji, integracji europejskiej czy otwartości gospodarek. Dzisiaj coraz częściej powracają pojęcia, które przez lata wydawały się należeć do przeszłości: suwerenność, autonomia strategiczna, przemysł obronny, granice czy bezpieczeństwo narodowe.
W tym sensie tekst Paula Meluna wpisuje się w szerszy nurt francuskiej refleksji strategicznej. To nie tyle wezwanie do militaryzacji Europy, ile przekonanie, że demokracja liberalna nie utrzyma się bez zdolności państw do ochrony własnego terytorium, obywateli oraz interesów.
Francja nigdy całkowicie nie uwierzyła w koniec polityki siły
Francuska debata o suwerenności ma jednak znacznie głębsze korzenie niż obecne kryzysy. Przekonanie, że państwo powinno zachować zdolność do samodzielnego działania, pozostaje jednym z najtrwalszych elementów francuskiej kultury strategicznej. W czasach generała Charles’a de Gaulle’a oznaczało ono rozwój własnego potencjału nuklearnego, dystans wobec zintegrowanych struktur wojskowych NATO oraz próbę prowadzenia polityki zagranicznej, która nie byłaby prostym przedłużeniem strategii Stanów Zjednoczonych.
Francja uczestniczyła później w pogłębianiu integracji europejskiej, lecz nigdy całkowicie nie porzuciła przekonania, że Europa bez zdolności politycznej i wojskowej pozostanie jedynie przestrzenią gospodarczą. Właśnie dlatego pojęcia takie jak autonomia strategiczna, suwerenność europejska czy niezależność przemysłowa znajdują we francuskiej debacie podatny grunt. Paul Melun nie tyle wprowadza więc nowy język, ile nadaje większą ostrość tradycji, która przez lata pozostawała obecna pod powierzchnią francuskiej polityki.
Różnica polega na tym, że dawniej francuska autonomia była przede wszystkim projektem narodowym. Dzisiaj coraz częściej przedstawia się ją jako warunek przetrwania całej Europy. Francuskie pytanie brzmi już nie tylko: czy Paryż może prowadzić samodzielną politykę? Coraz częściej brzmi ono: czy Europa może pozostać politycznym podmiotem, jeśli nie jest zdolna samodzielnie zapewnić sobie bezpieczeństwa?
Emmanuel Macron i europejska autonomia
Co ciekawe, część tej diagnozy pozostaje zbieżna z kierunkiem obranym przez Emmanuela Macrona, choć motywacje obu autorów nie są identyczne.
Francuski prezydent od kilku lat konsekwentnie rozwija ideę europejskiej autonomii strategicznej. Zakłada ona, że Europa powinna dysponować własnymi zdolnościami wojskowymi, przemysłowymi i technologicznymi, nie rezygnując z sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, ale ograniczając jednostronną zależność od amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa.
Hasła te, początkowo traktowane z rezerwą przez część europejskich partnerów, po rosyjskiej agresji na Ukrainę zaczęły zyskiwać znacznie większe znaczenie. Jednocześnie tegoroczna parada wojskowa z okazji 14 lipca została zorganizowana pod hasłem „strategicznego przebudzenia Europy”, podkreślając wagę europejskiej współpracy obronnej.
Czy diagnoza Paula Meluna nie jest zbyt jednoznaczna?
Diagnoza Paula Meluna jest wyrazista, ale nie rozstrzyga wszystkich sporów. Przede wszystkim sama teoria „końca historii” bywa w debacie publicznej upraszczana. Francis Fukuyama nie twierdził, że wojny, konflikty czy kryzysy całkowicie znikną. Jego argument dotyczył przede wszystkim braku równie uniwersalnej ideologicznej alternatywy dla demokracji liberalnej. Krytycy Meluna mogliby więc odpowiedzieć, że powrót rywalizacji mocarstw nie musi automatycznie oznaczać całkowitego obalenia tej tezy.
Nie jest również oczywiste, czy Europa rzeczywiście przez trzy dekady całkowicie porzuciła politykę siły. Francja utrzymywała odstraszanie nuklearne, Wielka Brytania pozostawała mocarstwem atomowym, a państwa Europy Środkowej konsekwentnie ostrzegały przed zagrożeniem ze strony Rosji. Problem polegał raczej na nierównym rozłożeniu odpowiedzialności i na przekonaniu części europejskich społeczeństw, że bezpieczeństwo może zostać trwale powierzone Stanom Zjednoczonym.
Największą trudność sprawia jednak przełożenie postulatu strategicznej niezależności na praktykę. Europa nie posiada jednolitej doktryny wojskowej, wspólnej kultury strategicznej ani pełnej zgodności co do najważniejszych zagrożeń. Dla Francji autonomia oznacza większą samodzielność wobec Waszyngtonu. Dla wielu państw wschodniej flanki NATO obecność Stanów Zjednoczonych pozostaje natomiast podstawowym warunkiem bezpieczeństwa. Spór nie dotyczy więc wyłącznie wysokości budżetów obronnych, lecz samej definicji europejskiej suwerenności.
To będzie jeden z tematów wyborów prezydenckich we Francji w 2027 roku
Ta zmiana myślenia ma również bezpośredni wymiar polityczny. W miarę zbliżania się wyborów prezydenckich we Francji w 2027 roku kwestie bezpieczeństwa, suwerenności oraz miejsca Francji w świecie prawdopodobnie będą należały do najważniejszych tematów kampanii.
Różnice między kandydatami nie będą polegały na odpowiedzi na pytanie, czy Europa powinna zwiększać swoje zdolności obronne. Znacznie bardziej sporne stanie się pytanie, w jaki sposób ma to zrobić. Część polityków będzie opowiadała się za pogłębianiem współpracy europejskiej, inni będą akcentować przede wszystkim rolę państw narodowych, jeszcze inni będą podkreślali konieczność utrzymania ścisłego związku z NATO i Stanami Zjednoczonymi.
To właśnie dlatego tekst Paula Meluna można czytać nie tylko jako esej o geopolityce, ale również jako zapowiedź jednego z najważniejszych sporów intelektualnych, które będą towarzyszyły kampanii prezydenckiej we Francji.
W kampanii przed wyborami prezydenckimi we Francji w 2027 roku spór ten może przybrać bardzo konkretną postać. Kandydaci będą musieli odpowiedzieć, czy bezpieczeństwo Francji powinno opierać się przede wszystkim na NATO, na budowie europejskiego filaru obronnego czy na samodzielnych zdolnościach państwa francuskiego. Powróci również pytanie o rolę francuskiego odstraszania nuklearnego i o to, czy może ono w jakiejkolwiek formie stać się elementem szerszych gwarancji dla Europy.
Drugim polem sporu będzie gospodarka obronna. Francja posiada rozbudowany przemysł wojskowy, ale odbudowa europejskich zdolności wymaga wieloletnich inwestycji, stabilnych zamówień publicznych i pogodzenia interesów narodowych producentów. Kampania może więc przekształcić debatę o bezpieczeństwie w debatę o przemyśle, technologii, energetyce i finansach publicznych.
Trzeci wymiar będzie dotyczył samego rozumienia suwerenności. Dla jednych polityków będzie ona oznaczać silniejszą Europę zdolną do wspólnego działania. Dla innych – przede wszystkim odbudowę pełnej swobody decyzji państwa narodowego. Wybory prezydenckie we Francji w 2027 roku mogą dlatego stać się nie tylko rozstrzygnięciem personalnym, lecz również referendum nad tym, czym ma być francuska potęga w świecie, w którym logika siły powróciła do centrum polityki międzynarodowej.
Najważniejsze pytanie nie brzmi już, czy Fukuyama miał rację
Debata wywołana przez artykuł Paula Meluna w JDD pokazuje, że we Francji coraz rzadziej dyskutuje się o tym, czy Francis Fukuyama właściwie opisał świat po zakończeniu zimnej wojny. Znacznie częściej stawiane jest dziś inne pytanie: czy Europa nie zbyt długo funkcjonowała w przekonaniu, że logika rywalizacji mocarstw należy już do przeszłości.
To istotna różnica. Spór nie dotyczy wyłącznie interpretacji jednej książki opublikowanej ponad trzydzieści lat temu. Dotyczy sposobu, w jaki europejskie państwa rozumiały własne bezpieczeństwo, rolę Stanów Zjednoczonych, znaczenie przemysłu obronnego czy miejsce siły militarnej w polityce zagranicznej. Przez lata dominowało przekonanie, że wzajemna współzależność gospodarcza, rozwój prawa międzynarodowego i integracja europejska będą stopniowo ograniczać ryzyko konfliktów między państwami.
Dzisiaj niemal wszystkie te założenia są ponownie przedmiotem dyskusji. Wojna Rosji przeciwko Ukrainie, rosnąca rywalizacja amerykańsko-chińska, napięcia na Bliskim Wschodzie oraz coraz większa niepewność dotycząca przyszłości gwarancji bezpieczeństwa ze strony Stanów Zjednoczonych sprawiają, że Europa zaczyna inaczej definiować własne interesy strategiczne. Powraca język, który jeszcze kilkanaście lat temu wydawał się należeć do historii: odstraszanie, potencjał przemysłowy, autonomia strategiczna, odporność państwa czy suwerenność.
W tym sensie artykuł Paula Meluna jest interesujący nie dlatego, że proponuje całkowicie nową teorię stosunków międzynarodowych. Jest ważny dlatego, że dobrze oddaje zmianę klimatu intelektualnego we Francji. Coraz więcej autorów, polityków i ekspertów dochodzi do przekonania, że bezpieczeństwo Europy nie może już opierać się wyłącznie na założeniach ukształtowanych po zakończeniu zimnej wojny. Niezależnie od różnic dotyczących konkretnych rozwiązań, coraz częściej zgadzają się oni co do jednego: świat ponownie stał się światem konkurujących ze sobą mocarstw.
To właśnie dlatego dyskusja o „końcu historii” prawdopodobnie będzie powracać również podczas kampanii przed wyborami prezydenckimi we Francji w 2027 roku. Kandydaci będą spierali się nie tylko o wysokość wydatków na obronność czy relacje z NATO. Będą odpowiadali na bardziej fundamentalne pytanie: jaką rolę Francja i Europa powinny odgrywać w świecie, w którym bezpieczeństwo ponownie stało się jednym z podstawowych warunków prowadzenia skutecznej polityki.
Być może więc największym dziedzictwem Francisa Fukuyamy nie jest sama odpowiedź, której udzielił po zakończeniu zimnej wojny. Jest nim pytanie, które postawił o kierunek rozwoju nowoczesnych demokracji. Dzisiaj, trzy dekady później, francuscy autorzy – wśród nich Paul Melun – próbują odpowiedzieć na nie ponownie, już w zupełnie innych realiach geopolitycznych.
Arkadiusz Jordan
Paryż



