Gabriel Narutowicz 100 lat temu złożył przysięgę prezydencką

Gabriel Narutowicz 100 lat temu złożył przysięgę prezydencką

100 lat temu, 11 grudnia 1922 r., przed Zgromadzeniem Narodowym przysięgę złożył pierwszy prezydent RP Gabriel Narutowicz. Wybór był wielkim zaskoczeniem, objęciu przez niego urzędu towarzyszyły gwałtowne protesty. Jego kadencja została przerwana zamachem z 16 grudnia 1922 r.

.Pod koniec listopada 1922 r. dla obserwatorów sceny politycznej było jasne, że zdecydowanym faworytem zbliżających się wyborów na prezydenta II RP przeprowadzanych przez Zgromadzenie Narodowe będzie dotychczasowy Naczelnik Państwa Józef Piłsudski. Wydawało się, że sprzeciw stronnictw prawicowych wobec tej kandydatury będzie bardzo zdecydowany, ale ostatecznie endecy zaakceptują Piłsudskiego jako prezydenta o ograniczonych uprawnieniach.

4 grudnia Piłsudski spotkał się z przedstawicielami lewicy i stronnictw ludowych. Jak wspominał Stanisław Wojciechowski, Piłsudski długo rozwodził się o niewielkich uprawnieniach urzędu głowy państwa i ostatecznie oświadczył, że nie będzie kandydował. „Radził wybrać człowieka, który by miał lekką rękę, potrzebną dla wprowadzenia kompromisu, i unikać kandydatur o wybitnie partyjnym zabarwieniu” – zapisał Wojciechowski. Już od września 1922 r. Piłsudski dawał do zrozumienia, że nie zamierza być zakładnikiem posłów i senatorów. W jednym z wywiadów mówił, że mijający rok był dla niego niezwykle trudny, i podkreślał swoje obrzydzenie wobec życia politycznego w Polsce. „Jestem ciągle zwierzyną w klatce, do której każdy śmierdziuch strzelać może” – mówił. W tych słowach widoczna jest późniejsza ostra krytyka parlamentaryzmu, która nasili się po szoku, którym dla Piłsudskiego było zamordowanie Gabriela Narutowicza.

Skonfundowana decyzją Piłsudskiego lewica nie miała po swojej stronie wyraźnego faworyta. Przewagę mogli w tej sytuacji zyskać liderzy mniejszych stronnictw pragnący zdobyć popularność poprzez wysunięcie własnego kandydata. Wśród nich był Stanisław Thugutt z PSL-Wyzwolenie, który niespodziewanie wysunął kandydaturę ministra spraw zagranicznych Gabriela Narutowicza. Wybitny inżynier, budowniczy hydroelektrowni podczas I wojny światowej działał w Szwajcarskim Komitecie Generalnym Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce. Jesienią 1919 r. wrócił do Polski, gdzie włączył się w odbudowę kraju. W roku 1920 został ministrem robót publicznych i funkcję tę sprawował w rządach Władysława Grabskiego, Wincentego Witosa oraz pierwszym i drugim gabinecie Antoniego Ponikowskiego. 28 czerwca 1922 r. został ministrem spraw zagranicznych w istniejącym 10 dni rządzie Artura Śliwińskiego i pełnił ją również w radzie ministrów Juliana Ignacego Nowaka.

Gabriel Narutowicz – człowiek “o bardzo głebokiej i bardzo subtelnej kulturze umysłu i charakteru”

.Thugutt wspominał, że do zgłoszenia jego kandydatury zainspirowały go rozmowy z ministrem spraw zagranicznych. „Od pierwszego niemal wejrzenia zrobił na mnie wrażenie człowieka o bardzo głębokiej i bardzo subtelnej kulturze umysłu i charakteru” – pisał. Uważał, że te cechy mogłyby posłużyć do równoważenia gry między stronnictwami politycznymi. Dostrzegał jednak, że Gabriel Narutowicz ma bardzo niewielkie doświadczenie polityczne i niewielkie szanse na zwycięstwo. Narutowicz nie zyskał także poparcia Piłsudskiego, który w rozmowie z szefem MSZ stwierdził, że najlepszym kandydatem będzie Stanisław Wojciechowski. Trudno dokładnie zrekonstruować przebieg wydarzeń z 7 i 8 grudnia, które doprowadziły do ostatecznej decyzji Narutowicza o kandydowaniu. Wiadomo, że 7 grudnia w rozmowie z Thuguttem zrezygnował ze startu. Następnego dnia ostatecznie wyraził zgodę. Zdaniem biografa Narutowicza prof. Marka Białokura został przekonany możliwością zyskania poparcia całego centrum i lewicy. Thugutt poprzez emisariusza negocjował z Narutowiczem jeszcze rano 9 grudnia, gdy w gmachu Sejmu trwały przygotowania do wyborów.

Posiedzenie Zgromadzenia Narodowego rozpoczęło się w południe 9 grudnia. Do wyborów zgłoszono pięciu kandydatów. Mniejszości narodowe zgłosiły kandydaturę Jana Baudouina de Courtenaya, socjaliści Ignacego Daszyńskiego, ludowcy z „Piasta” Stanisława Wojciechowskiego, ludowcy z „Wyzwolenia” Gabriela Narutowicza, a narodowa demokracja i inne frakcje prawicowe Maurycego Zamoyskiego. Ten ostatni kandydat miał duże szanse na zwycięstwo, ale jego plany mogły pokrzyżować głosy mniejszości narodowych oraz większości ludowców, którym trudno byłoby zagłosować na największego posiadacza ziemskiego w Rzeczypospolitej. W sytuacji wyboru spośród dwóch kandydatów mogli przerzucić swoje głosy na każdego kandydata, byleby zablokować zwycięstwo Zamoyskiego. Paradoksalnie stawiał na niego Wincenty Witos, który w jego zwycięstwie widział możliwość scementowania porozumienia z endecją. Nie znajdował jednak poparcia w swoim klubie parlamentarnym.

Rządy w podzielonej Polsce

.Sytuacja tuż przed wyborami była więc niezwykle skomplikowana. „W samym dniu głosowania już od wczesnego rana widać było niesłychane naprężenie” – wspominał Gabriel Narutowicz. W pierwszym głosowaniu zwyciężył Zamoyski, ale nie uzyskał większości. Przedostatnie miejsce zajął Narutowicz, ostatnie Daszyński. W kolejnych dwóch głosowaniach Zamoyski utrzymał stabilne poparcie, ale znacząco rosły szanse Narutowicza. Przed czwartym głosowaniem uformował się nieformalny sojusz lewicy, ludowców i mniejszości narodowych, którego celem było zablokowanie zwycięstwa Zamoyskiego. Prawica błędnie zakładała, że Witos nie poprze Narutowicza. W celu wyeliminowania Wojciechowskiego kilku jej posłów zagłosowało na Narutowicza, aby zmusić ludowców do poparcia Zamoyskiego w ostatnim głosowaniu. Te rachuby okazały się błędne. Wybory rozstrzygnęły się w piątym głosowaniu. Zamoyski otrzymał 227 głosów, Narutowicz 289, 29 posłów z Narodowej Partii Robotniczej i „Piasta” oddało puste kartki. Na zwycięską większość złożyły się głosy lewicy, ludowców oraz mniejszości narodowych.

O 19.30 Gabriel Narutowicz telefonicznie otrzymał informację o wyborze. „Co wyście mi narobili” – powiedział. Szybko zwołał spotkanie swoich współpracowników z MSZ, którzy doradzali mu przyjęcie wyboru. Kilkanaście minut później do gmachu ministerstwa przybyli marszałkowie obu izb parlamentu oraz premier Julian Nowak. Gabriel Narutowicz zgodził się na objęcie urzędu. Zaprzysiężenie na urząd wyznaczono na poniedziałek 11 grudnia.

W ciągu kilkudziesięciu minut wieść o wyborze rozniosła się po Warszawie. Zaczęły się formować spontaniczne manifestacje zwolenników Zamoyskiego. Uczestnicy jednej z nich próbowali zaatakować samochód, którym Narutowicz wyjechał z MSZ do swojego mieszkania w Łazienkach. W nastroje protestujących wpisało się oświadczenie Związku Ludowo-Narodowego oraz jego stronnictw koalicyjnych, w którym deklarowano, że rząd powołany przez prezydenta wybranego głosami mniejszości nie może zyskać poparcia prawicy. Lewica i ludowcy odpowiedzieli deklaracjami wsparcia dla Narutowicza oraz sprzeciwu wobec „panoszenia się w Polsce reakcji i obskurantyzmu”. W wielu wspomnieniach widoczne jest lekceważenie protestów przetaczających się ulicami Warszawy. Zakładano, że wygasną po kilku dniach.

Wasz prezydent, wasz premier…

.W dniu 10 grudnia na łamach „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł Stanisława Strońskiego „Ich prezydent”, którego retoryka była podsumowaniem argumentów formułowanych na ulicach i salonach politycznych przeciwko prezydentowi elektowi. „Czy p. Gabriel Narutowicz nie ma poczucia niewysłowionej krzywdy wewnętrznej jaką wyrządza narodowi polskiemu, przyjmując wybór tak dokonany z podeptaniem najsłuszniejszych zasad tego narodu, który walczył z pokolenia na pokolenie, aby sam o swych losach rozstrzygał” – pytał, odnosząc się do argumentów o wyborze Narutowicza głosami mniejszości narodowych. Na łamach gazet związanych z obozem endecji szczególnie krytykowano Witosa, który miał sprzymierzyć się z socjalistami oraz mniejszościami.

Punktem kulminacyjnym manifestacji przeciwników Narutowicza w Warszawie w niedzielę 10 grudnia było przemówienie gen. Józefa Hallera, który określił wybór nowej głowy państwa jako próbę narzucenia Polsce prezydenta. Inni mówcy wzywali do zablokowania zaprzysiężenia Narutowicza, które miało odbyć się w gmachu Sejmu w południe 11 grudnia.

Zgodnie z regulaminem Zgromadzenia Narodowego prezydent elekt musiał przybyć na ceremonię zaprzysiężenia najpóźniej 15 minut po wyznaczonej godzinie rozpoczęcia posiedzenia. W przeciwnym wypadku wybór z 9 grudnia okazałby się nieważny. Dla Narutowicza pierwszym gorzkim wydarzeniem tego poranka było odwołanie przez premiera swojej obecności w powozie, którym Narutowicz udawał się do Sejmu. Miał mu towarzyszyć jedynie Stefan Przeździecki, szef Protokołu Dyplomatycznego MSZ. Długo oczekiwano na pojawienie się szwadronu kawalerii, który miał eskortować prezydenta elekta. Od rana na ulicach wrzało. Tłum wznosił wrogie wobec Narutowicza hasła i atakował posłów zmierzających do Sejmu. W ten sposób mogło dojść do zerwania kworum, ponieważ wcześniej bojkot ceremonii ogłosiła endecja. Najbardziej dramatyczny przebieg miały starcia pomiędzy protestującymi a bojówkami PPS, które przybyły, aby uwolnić swoich posłów więzionych w bramach. W strzelaninie zginęła jedna osoba, 26 zostało rannych.

W Alejach Ujazdowskich powóz prezydenta musiał oczekiwać na rozebranie przez żołnierzy barykad ustawionych z ławek parkowych. W tym czasie został obrzucony grudami śniegu. Do Sejmu dotarł kilka minut po 12.„Raczej życie oddam, aniżeli zrzeknę się w tych warunkach urzędu” – miał powiedzieć Gabriel Narutowicz po przybyciu do Sejmu do szefa Kancelarii Cywilnej Naczelnika Państwa Stanisława Cara.

Posiedzenie otworzył marszałek Sejmu Maciej Rataj, który zapytał, czy prezydent elekt jest gotowy do złożenia przysięgi. Według protokołu Zgromadzenia Narodowego Gabriel Narutowicz wymówił ją mocnym i donośnym głosem. Po jej złożeniu w połowie pustej sali rozległy się okrzyki na cześć nowej głowy państwa.

Nowy prezydent formalnie przejął obowiązki od Naczelnika Państwa 14 grudnia, po krótkiej uroczystości w Belwederze. W ten sposób rozpoczynała się prezydentura Gabriela Narutowicza zakończona dramatem w warszawskiej Zachęcie 16 grudnia 1922 r.

Dr hab. Marek Białokur: Gabriel Narutowicz potrafił się wznieść ponad podziały polityczne

Sprawowanie przez niego funkcji prezydenta przez ledwie kilka dni nie zmienia pozytywnej oceny kierunku jego działań, które zmierzały do szukania pojednania. Gabriel Narutowicz potrafił się wznieść ponad podziały polityczne – mówi dr hab. Marek Białokur, historyk, biograf prezydenta Gabriela Narutowicza.

Michał Szukała: Pierwszy prezydent II RP urodził się tuż po stłumieniu przez Rosjan Powstania Styczniowego. W jaki sposób dojrzewanie w tych dramatycznych okolicznościach wpłynęło na losy i postawę Narutowicza?

Dr hab. Marek Białokur: Wydaje mi się, że ten wpływ był kluczowy. Oczywiście w dzieciństwie nie miał świadomości znaczenia tych wydarzeń, ale gdy dorastał, dostrzegł brak ojca, który za swój epizodyczny udział w Powstaniu Styczniowym trafił do rosyjskiego więzienia, wrócił schorowany i wkrótce zmarł. To sprawiło, że na barkach matki Narutowicza spoczęło wychowanie dzieci. Taką rolę musiało wówczas przyjąć wiele Polek, które nie tylko dbały o zapewnienie bytu swojej rodzinie, ale również o wychowanie w duchu patriotyzmu.

Gabriel Narutowicz wchodził w okres dojrzewania w okresie wielkiego natężenia rusyfikacji i apatii po kolejnym przegranym powstaniu. Matka braci Narutowiczów – Gabriela i Stanisława – podjęła decyzję, aby uniknęli dalszej rusyfikacji poprzez naukę w niemieckiej szkole w Lipawie nad Bałtykiem. Ta decyzja sprawi, że przyszłemu prezydentowi będzie łatwiej odnaleźć się na studiach w Szwajcarii. Jej postawa pokazuje, że nie byłoby wielu wybitnych ojców niepodległości bez ich patriotycznie nastawionych matek.

Michał Szukała: Szwajcarski okres działalności Narutowicza jest znany najbardziej za sprawą jego osiągnięć w dziedzinie budowy hydroelektrowni. Nie oznacza to, że nie angażował się w sprawy polskie. Utrzymywał kontakty z wieloma polskimi emigrantami, a w 1914 r. poparł ideę Legionów Polskich Piłsudskiego. Jak można streścić poglądy Narutowicza kształtujące się w Szwajcarii? W grudniu 1922 r. był oskarżany o brak patriotyzmu i sprzyjanie ideom socjalistycznym.

Dr hab. M. Białokur: Gabriel Narutowicz był bliski ideałom socjalizmu niepodległościowego. Jego poglądy kształtował dom rodzinny, w duchu bliskim ówczesnym poglądom postępowym, które przejawiały się m.in. w sceptycyzmie wobec instytucji Kościoła katolickiego. Jego przeciwnicy w 1922 r. zarzucali mu niechęć wobec religii. Narutowicz nie był jednak zagorzałym ateistą zwalczającym Kościół. Doceniał jego rolę w polskiej historii. Jego zbliżenie do socjalizmu wynikało z jego wrażliwości społecznej i przywiązania do idei niepodległości. Wielokrotnie to udowadniał, angażując się w działalność charytatywną, także poprzez angażowanie własnych funduszy, m.in. w pomaganie Polakom w Szwajcarii.

W czasie studiów na politechnice w Zurychu uczestniczył także w kursach wojskowych. Nie wziął udziału w bezpośredniej walce o niepodległość, ale wspierał polskie formacje wojskowe poprzez przekazywanie środków zbieranych w USA. Miał świadomość, że Polska może odrodzić się wyłącznie przez wielki konflikt angażujący mocarstwa europejskie. Nieprzypadkowo w jego gabinetach w Szwajcarii i odrodzonej Polsce znajdował się portret Napoleona. Szacunek wobec cesarza Francuzów łączył go z Piłsudskim. Pamiętajmy także, iż był spokrewniony z Naczelnikiem Państwa. Gabriel Narutowicz w pełni zgadzał się również z koncepcją Piłsudskiego wyzwolenia Polski przez taktyczny sojusz z Niemcami i Austrią. Obaj słusznie zakładali, że w kolejnym okresie wojny Państwa Centralne przegrają z Ententą.

Michał Szukała: Dlaczego zdecydował się na powrót do Polski, mimo że, jak wspominał, na stanowisku ministra zarabiał mniej niż jego gosposia w Zurychu?

Dr hab. M. Białokur: Decyzję o powrocie podjął w połowie roku 1920, gdy nie było pewności, że odrodzone państwo polskie przetrwa konfrontację z bolszewicką Rosją. Ostatecznie powrócił do Polski, gdy sowieci zostali odparci od przedmieść Warszawy. Narutowicza motywowały uczucia patriotyczne. Gdyby zważał wyłącznie na swoją wygodę i interesy, które prowadził w Szwajcarii, to nic nie byłoby go w stanie skłonić do powrotu do odrodzonej Polski.

O powrocie Narutowicza do Polski zadecydowały także względy osobiste. Podczas I wojny światowej żona Narutowicza zapadła na chorobę nowotworową. Mimo wysiłków jej męża lekarze nie byli w stanie jej pomóc. W 1919 r. Narutowicz spotkał się z innym, równie znanym Polakiem w Szwajcarii – chemikiem Ignacym Mościckim. Celem przyszłego trzeciego prezydenta II RP było przekonanie Narutowicza do powrotu do Polski. Narutowicz argumentował wówczas, że musi pozostać w Szwajcarii ze względu na chorobę żony, niepełnosprawną córkę i kończącego szkołę syna. Mościcki wychodząc ze spotkania, powiedział: „Ale Polska nie odradza się co roku”. Na co Narutowicz miał zadeklarować, że pozamyka swoje sprawy w Szwajcarii i przyjedzie do Polski tak szybko, jak będzie to możliwe. Na początku 1920 r. zmarła jego żona, a syn ukończył szkołę.

Gabriel Narutowicz dołączył do grupy wybitnych Polaków, którzy wrócili do Polski tuż po odzyskaniu niepodległości z Europy Zachodniej oraz USA. Przyszły prezydent z pewnością obserwował tę falę powrotów. Po powrocie objął funkcję ministra robót publicznych. Nota bene kandydatura nie była z nim wcześniej konsultowana. Z dzisiejszej perspektywy może to być niedoceniany resort, ale pamiętajmy, że jego zadaniem było podnoszenie odrodzonej Polski ze zniszczeń wojennych. Oczekiwania wobec tego ministerstwa były ogromne, ale brakowało środków i osób potrafiących nadzorować realizowanie projektów infrastrukturalnych. Badania, podjęte przeze mnie i innych historyków, wskazują, że Narutowicz był jednym z najlepszych szefów tego resortu, mimo że pełnił tę funkcję tylko niespełna dwa lata. Był również obdarzony renomą specjalisty, która pozwalała mu argumentować na posiedzeniach rządu, że jeśli jego ministerstwo ma przynosić jakieś korzyści dla państwa, to musi dysponować odpowiednimi środkami. W pewnym momencie zawnioskował o zlikwidowanie ministerstwa. Dopiero wówczas znalazło się więcej środków na realizację jego zadań.

Cenił ludzi, którzy ciężko pracowali. Posada państwowa w II RP dawała nawet sporej rodzinie urzędnika pewność utrzymania. Dokonana przez niego redukcja liczby urzędników jego resortu była podyktowana zwiększeniem efektywności pracy resortu i przeznaczeniem zaoszczędzonych środków na odbudowę kraju.

W połowie 1922 r. doszło do najdłuższego w dziejach II RP kryzysu rządowego. Często wydarzenia te są marginalizowane, ale należy podkreślić, że dramatyczny spór z grudnia 1922 r. nie byłby możliwy, gdyby nie poprzedzające go przesilenie gabinetowe. Wówczas Narutowicz mimo braku formalnego przygotowania został ministrem spraw zagranicznych. Tam również radził sobie bardzo dobrze. Dążył m.in. do ułożenia stosunków z państwami bałtyckimi i Rosją Sowiecką. Pomagała mu biegła znajomość języków obcych, które poznał w Szwajcarii, oraz liczne znajomości, które nawiązał na emigracji.

Michał Szukała: Gabriel Narutowicz nie spodziewał się, że jego kandydatura na prezydenta zyska większość głosów Zgromadzenia Narodowego. Czy miał gotową wizję prezydentury i swojej misji na tym urzędzie w ramach wąskich kompetencji określonych w Konstytucji marcowej? W jego biografii podkreśla pan profesor, że w czasie sprawowania urzędu dążył do powołania rządu o jak najszerszym zapleczu parlamentarnym, co miało być symbolem łagodzenia sporów.

Dr hab. M. Białokur: Bez wątpienia niewielu spodziewało się, że Gabriel Narutowicz ma szanse zostać prezydentem. Wybory miały się rozstrzygnąć w starciu Maurycego Zamoyskiego i Stanisława Wojciechowskiego.

Należy zauważyć, że konstytucja z 1921 r. została napisana przeciwko Piłsudskiemu. Posiadająca większość prawica stworzyła ustrój, w którym zdecydowaną przewagę nad prezydentem miał Sejm i rząd. Obawiano się bowiem, że Piłsudski zostanie prezydentem. Pod wpływem kryzysu z lata 1922 r., zapisów ustawy zasadniczej i wyników wyborów z listopada Piłsudski podjął decyzję, że nie będzie kandydował na urząd prezydenta. Gabriel Narutowicz do końca uważał jednak, że Piłsudski będzie kontynuował misję głowy państwa na nowym stanowisku. Decyzja Naczelnika Państwa była dla niego zaskoczeniem. Dopiero 4 grudnia został zgłoszony przez Stanisława Thugutta, lidera PSL-Wyzwolenie w wyborach. Gabriel Narutowicz nie był członkiem tej partii ani nawet z nią nie sympatyzował. Thugutt sugerował, że wzmocni pozycję swojego stronnictwa, ponieważ kandydatura zyska poparcie Piłsudskiego z powodu więzi łączących rodziny Narutowiczów i Piłsudskich. Tak się nie stało, ponieważ marszałek nie mieszał wątków rodzinnych do polityki. Wbrew opiniom części historyków nie zgadzam się z twierdzeniem, że Gabriel Narutowicz był postacią całkowicie anonimową i pozbawioną doświadczenia politycznego. Przecież przez ponad półtora roku pełnił ważne funkcje rządowe. Oczywiście nie był typem polityka wiecowego. Sam Thugutt nie zakładał, że jego kandydat zwycięży.

W ciągu kilku dni urzędowania podejmował decyzje zmierzające do wyciszenia sporów politycznych. Złożył propozycję objęcia resortu spraw zagranicznych Maurycemu Zamoyskiemu i stanowiska premiera politykowi związanemu z obozem narodowym, Leonowi Plucińskiemu. Te gesty były skierowane do przeciwników politycznych. Uważam, że zabrakło kilku lub kilkunastu dni, aby nastroje polityczne pod wpływem działań Narutowicza uległy uspokojeniu. Wbrew słowom Eligiusza Niewiadomskiego, który podczas procesu mówił, że nagonka na Narutowicza nie miała znaczenia dla podjęcia przez niego decyzji o zamachu, uważam, że miała ona znaczący wpływ na doprowadzenie do śmierci Narutowicza.

Z czasem jednak prawica zdałaby sobie sprawę, że i tak będzie tworzyła rządy, a Gabriel Narutowicz miałby szansę stać się takim prezydentem, jakim był Stanisław Wojciechowski, który również początkowo był szufladkowany jako reprezentant jednego obozu politycznego, ale potrafił łagodzić spory i wznieść się ponad podziały polityczne. Niestety Narutowiczowi nie było to dane. Sprawowanie przez niego funkcji prezydenta przez ledwie kilka dni nie zmienia jednak pozytywnej oceny kierunku jego działań, które zmierzały do szukania pojednania i stawania ponad podziałami. Wielokrotnie prezydent podkreślał, że nie patrzy na to, kto na niego głosował, lecz na to, aby państwo rozwijało się jak najlepiej.(PAP)

Rozmawiał Michał Szukała (PAP)
PAP/AJ

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 11 grudnia 2022
Fot. Wacław Saryusz-Wolski / Forum