Muzyka bólu i czułości. Premierowe wykonanie „Dyptyku” Jacka Gałuszki

Mistyczne brzmienie fal Martenota połączono z chóralnym oddechem w światowym prawykonaniu „Dyptyku” Jacka Gałuszki – kompozycji na chór mieszany i fale Martenota. Premiera odbyła się 16 listopada w Zabrzu. To muzyka o bólu, pamięci i czułości, która przekracza granice dźwięku.

Mistyczne brzmienie fal Martenota połączono z chóralnym oddechem w światowym prawykonaniu „Dyptyku” Jacka Gałuszki – kompozycji na chór mieszany i fale Martenota. Premiera odbyła się 16 listopada w Zabrzu. To muzyka o bólu, pamięci i czułości, która przekracza granice dźwięku.

Muzyka, która nas porusza

.Jacek Gałuszka jest absolwentem Akademii Muzycznej w Krakowie, kompozytorem i dyrygentem, autorem muzyki chóralnej, teatralnej i filmowej. W jego twórczości duchowość spotyka się z emocjonalną szczerością, a cisza staje się integralną częścią muzyki. 16 listopada w Sali Witrażowej Muzeum Górnictwa Węglowego zabrzmiało niezwykłe dzieło – „Dyptyk: She Was Only Three / The Sky Is Not Far” autorstwa Jacka Gałuszki. Kompozycja na chór mieszany i fale Martenota to wydarzenie bez precedensu w polskiej muzyce współczesnej. Jak mówi sam autor, to muzyka, w której „nie szukam efektu, tylko prawdy. Jeśli ktoś po moim utworze czuje się poruszony – to znaczy, że muzyka spełniła swoją rolę”.

Drugie wykonanie „Dyptyku” zaplanowano na 6 grudnia 2025 roku w kościele św. Józefa w Zabrzu. W obu koncertach wystąpi Chór Mieszany Klaster pod dyrekcją Łukasza Łobody, a partię fal Martenota wykona Michał Bera.

Fale Martenota (fr. ondes Martenot) to jeden z najwcześniejszych instrumentów elektronicznych, zbudowany w 1928 roku przez francuskiego wynalazcę i muzyka Maurice’a Martenota. Działa na zasadzie fal radiowych, a jego dźwięk powstaje poprzez subtelne wahania częstotliwości. Współczesnym słuchaczom może przypominać głos ludzki, skrzypce lub coś, co wymyka się klasyfikacji.

Jak wyjaśnił Jacek Gałuszka w rozmowie: – Na początku ludzie myśleli, że to oszustwo. Że dźwięk pochodzi z ukrytej orkiestry, bo trudno było uwierzyć, że to małe pudełko potrafi wydawać takie brzmienia. Fale Martenota łączą naukową precyzję z wrażliwością ludzkiego dotyku. To muzyka, którą się rzeźbi, a nie tylko gra. Instrument ten jest wyjątkowo wymagający. Oprócz zwykłej klawiatury posiada metalowy pierścień, który muzyk przesuwa przed klawiszami po tzw. rubanie – wstędze umożliwiającej płynne przejścia między dźwiękami.

– W przypadku fortepianu naciśnięcie klawisza zawsze daje ten sam ton. A tu dźwięk się chwieje, jest jak oddech. To wymaga absolutnego słuchu i ogromnej precyzji – wyjaśnił kompozytor. – Dlatego mówimy, że fale Martenota to instrument bardzo ludzki, bo reaguje na najmniejszy ruch dłoni, napięcie, oddech – podkreślił.

Na świecie istnieje dziś zaledwie kilkudziesięciu muzyków grających na tym instrumencie. W Polsce – tylko jeden. „Dyptyk” Jacka Gałuszki składa się z dwóch części: „She Was Only Three” oraz „The Sky Is Not Far”. Pierwsza to lament po utraconej niewinności – muzyczna elegia poświęcona dzieciom, których życie przerwała wojna. Druga – to powolne przejście ku światłu, metafizyczna kołysanka, w której dźwięk staje się znakiem pojednania.

Jak podkreślił kompozytor: „w Dyptyku fale Martenota nie są tłem ani dodatkiem. To nie instrument elektroniczny, tylko obecność – głos z innego wymiaru. W pierwszej części to głos dziecka, które już nie mówi, ale wciąż jest. W drugiej – to głos czułości, który scala świat po rozpadzie”.

Chór w tej kompozycji nie jest tylko zespołem głosów, lecz wspólnotą oddechu. Każde brzmienie – nawet cisza – ma w niej znaczenie. – To muzyka o bólu, który nie potrzebuje słów, i o ciszy, która potrafi uleczyć – wskazał Jacek Gałuszka.

Muzyka Jacka Gałuszki czerpie z postminimalizmu, ale pozbawiona jest chłodnej konstrukcji typowej dla tego nurtu. To raczej minimalizm przeżycia, niż formy. Subtelne napięcia modalne, powtarzalne motywy i długie, niemal medytacyjne frazy budują dramaturgię opartą na emocjonalnym skupieniu.

– Piszę, bo muszę. Bo coś przeżyłem i chcę to wyrazić – wyznał kompozytor. – Ale wykonawcy też mają własną wrażliwość. Ja daję im przestrzeń. Oni przepuszczają tę muzykę przez siebie. Dlatego każde wykonanie jest inne.

Fale Martenota to również instrument monofoniczny

.Ten sposób myślenia o muzyce zbliża Jacka Gałuszkę do takich twórców jak Olivier Messiaen, który był jednym z pierwszych kompozytorów piszących na fale Martenota. Zresztą siostra żony Messiaena – Ginette Martenot – była wybitną ondystką i przyczyniła się do popularyzacji instrumentu w muzyce XX wieku. Gałuszka podkreślił, że fale Martenota nie są jedynie ciekawostką techniczną, lecz nośnikiem duchowego doświadczenia.

– To głos, który mówi w imieniu wszystkich, ale nie należy do nikogo. Łączy w sobie czystość fali i szczerość intencji. Między światłem a snem – jak mówił sam Martenot – zaznaczył.

Brzmienie instrumentu można było usłyszeć w filmach takich jak „Amelia”, „Ghostbusters” czy „There Will Be Blood”. Jednak w „Dyptyku” jego rola jest inna – głęboko symboliczna. W „She Was Only Three” instrument staje się cieniem ludzkiego głosu, echem niewinności. W „The Sky Is Not Far” – ukojeniem, jakby dźwięk sam przemawiał w imieniu tych, którzy już milczą.

Jacek Gałuszka porównał fale Martenota do skrzypiec i ludzkiego głosu, ale także do drumli – prastarego instrumentu reagującego na kształt ust i oddech.

– To instrument duszy. Reaguje na wszystko – napięcie dłoni, mikrodrganie mięśni, oddech. Dlatego jego dźwięk jest tak naturalny, jakby pochodził z wnętrza człowieka – powiedział.

Fale Martenota to również instrument monofoniczny – może wydobyć tylko jeden dźwięk naraz. Nie da się na nim zagrać Chopina, bo nie tworzy akordów. – Ale może poszerzyć granice ludzkiego śpiewu – podkreślił kompozytor. – Nie konkuruje z głosem, tylko go przedłuża. To tak, jakby śpiew miał jeszcze jeden wymiar, którego wcześniej nie słyszeliśmy.

Jego kompozycje wyrastają z myślenia spektralnego – skupionego na barwie i współbrzmieniach. To muzyka, która „nie tyle opowiada, ile współodczuwa”. „Dyptyk” to kolejny krok w jego artystycznej drodze – połączenie chóru, ludzkiego głosu i instrumentu, który wymyka się definicji. – To nie jest tylko kompozycja. To gest – próba przywrócenia znaczenia wspólnemu słuchaniu i współodczuwaniu – podsumował artysta.

Polacy – muzyczni melancholicy

.To oczywiście truizm, że charakterystyczna, rozpoznawalna dla polskiego ucha już po pierwszych kilku dźwiękach muzyka Chopina jest od dawna znakiem rozpoznawczym polskości, zarówno dla nas, Polaków, jak i w zasadzie dla całego świata, ze „zszopenizowaną” Azją na czele. I jeśli jacyś obcy intelektualiści wyrażają opinie na temat Polski i polskości w kontekście muzyki, to tym kontekstem jest prawie zawsze twórczość pianistyczna Chopina – pisze na łamach „Wszystko co Najważniejsze” Jan ROKITA [LINK].

Na przykład Theodor Adorno – jeden z tych, którzy wywarli istotny wpływ na klimat intelektualny XX wieku (a jak wiadomo, był też krytykiem muzycznym) – pisał w 1963 roku, że „trzeba mieć zatkane uszy, by w Fantazji f-moll nie usłyszeć tego, co przez tragicznie triumfalną muzykę Chopin ma tu do powiedzenia: że Polska nie zginęła i że któregoś dnia powstanie na nowo”. Zdaje się, że niemiecki filozof, pisząc te słowa, nie mógł nawet wiedzieć, iż fantazja istotnie wykorzystuje motyw powstańczej piosenki z 1830 roku. Takich świadectw czytania Chopina przez pryzmat polskiej formy można by znaleźć wiele. I prawdę mówiąc, nie sposób sobie w ogóle wyobrazić tego, na ile odmienne i na ile uboższe musiałoby być nasze głębokie czucie polskiej wspólnoty, gdyby nie muzyczny spadek pozostawiony nam przez owego chorowitego nadwrażliwca i bawidamka, który siłą swego twórczego geniuszu trwale związał, ba… uwięził na wieki polskość w tkliwej (jak w mazurkach) i patetycznej (jak w polonezach) romantycznej formie. W jakimś poczuciu wieczystego niespełnienia albo raczej „tęsknocie za tym, czego nigdy nie było, ale jednak minęło”, by sparafrazować Myśliwskiego – chyba już ostatniego wielkiego polskiego powieściopisarza.

A ów związek pomiędzy muzyką i polskością zaczynał się grubo przed Chopinem najzupełniej odmiennie, od carmen patrium, czyli pieśni ojczyźnianej, takiej jak Bogurodzica, przypisywanej najpierw św. Wojciechowi, a potem św. Jackowi, albo Chrystus zmartwychwstał jest – chyba najstarszej śpiewanej w kościołach do dziś dnia pieśni wielkanocnej. To była pierwsza polska muzyka „narodowa” w takim sensie, w jakim „narodowi” byli francuscy trubadurzy albo niemieccy minezengerzy. Muzyka ta była pochodną uniwersalnego chorału, ale decydująca była jej polska warstwa językowa, manifestująca tożsamość narodu, który nabierał dopiero kulturalnych i politycznych kształtów. W XVI wieku król Zygmunt I utworzył na Wawelu kapelę rorantystów, której zasadą stała się polskość muzyków, od czego raz tylko zrobiono wyjątek w wieku XVII dla kapelmistrza włoskiego. Widać kształtowanie narodowej kultury muzycznej miało dla jagiellońskiego władcy znaczenie, bo w tym samym czasie nakazywał w niemieckim przecież Kościele Mariackim w Krakowie odprawiać także polskie msze z polskimi śpiewami.

Początek XVI wieku – to czas eksplozji polskich jednogłosowych pieśni tworzonych przez coraz liczniejszych protestantów, a także katolickich kolęd, oficjalnie włączonych do liturgii kościelnej, o czym zaświadcza sławna Tabulatura Jana z Lublina. To także czas, w którym pojawia się ówczesne disco polo, popularne przez całe stulecie. To proste, wielozwrotkowe pieśni, budowane wedle zasady nota contra notam, jak np. Pieśń o weselu króla Zygmunta Wtórego Augusta, złożona z 18 zwrotek napisanych na cztery głosy. Z tego całego repertuaru kolosalną rolę dla kształtu nowoczesnej polskości miały odegrać kolędy, które w tkliwej formie opowiadały nie tylko o Narodzinach Zbawiciela, ale w równym stopniu o Polsce, śpieszącej z hołdem do żłóbka. Narodowo-muzyczną kulminacją tamtej epoki staje się wydany w 1580 roku PsałterzKochanowskiego i Gomółki. Oto po raz pierwszy tak kunsztowna literacka mowa polska wciska się z niejakim trudem, za sprawą znakomitego kompozytora, w uniwersalny język muzyczny tamtego czasu i wielogłosową nowoczesną nutową notację menzuralną. Polska forma zdobywa w ten sposób swoje odrębne i wybitne miejsce na muzycznej mapie ówczesnej Europy.

A potem nastaje prawdziwie złoty wiek kultury muzycznej dawnej Polski. To tylko pozorna sprzeczność, że jego apogeum przypada na czasy saskie, gdy zarówno dwór królewski, jak i gros narodowej elity pogodziły się z faktem utraty politycznej podmiotowości przez potężne terytorialnie, ale bezwolne ojczyste państwo. Bez przesady rzec można, że gdy idzie o kulturę muzyczną, Polska po raz pierwszy integruje się z powodzeniem w ówczesnej kulturalnej „unii europejskiej”. Odbudowana po ciężkich wojnach Warszawa przekształca się rychło w jedną z europejskich stolic muzycznych, a to m.in. za sprawą gmachu nowej opery i najsławniejszego w północnej Europie zespołu operowo-baletowego, który pod dyrekturą maestra Johanna Adolpha Hassego osiada na stałe przy dworze swego patrona króla Augusta III, chroniąc się przed skutkami pruskiej agresji na Saksonię. To wtedy właśnie Bach wysyła Kyrie i Gloria z Mszy h-moll jako załącznik do prośby o ustanowienie go nadwornym kompozytorem Augusta III. Jak na ironię historii, dwa i pół wieku później inny zależny od Rosji władca Polski oddaje Niemcom ów przesławny rękopis.

Cały tekst Jana ROKITY we „Wszystko co Najważniejsze”: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-rokita-my-muzyczni-melancholicy/

Kultura i sztuka – ciekawe wydarzenia blisko nas

„Kultura Najważniejsza” to newsletter dla tych, którzy szukają w kulturze czegoś więcej – inspiracji, zachwytu, nowych perspektyw. Podpowiadamy, co obejrzeć, czego posłuchać, co przeczytać i czym się delektować. Przypominamy, że kultura to nie luksus, lecz codzienna potrzeba, którą warto pielęgnować. 

Sztuka porządkuje świat, ale i wytrąca z rutyny. Potrafi zaskoczyć, wzruszyć, zatrzymać. Dlatego co tydzień wybieramy najciekawsze propozycje – te, które poruszają i zostają na dłużej. O 21:00 w każdy czwartek w Państwa skrzynce ląduje starannie opracowany przewodnik po tym, co najcenniejsze w kulturze na nadchodzące dni.

Zaglądamy do kin i na platformy VOD. Przypominamy arcydzieła, które warto znać, i wskazujemy nowości, które mogą zyskać podobny status. Sięgamy po klasykę, ale nie ignorujemy trendów. Zestawiamy je, by zobaczyć, jak rozmawiają ze sobą stare i nowe obrazy.

Muzyka? Obowiązkowo. Albumy, koncerty, premierowe utwory – podpowiadamy, gdzie szukać dźwięków, które warto usłyszeć. Bo dobra muzyka, jak dobra opowieść, zostaje z nami na długo.

Zapisując się na bezpłatny newsletter „Kultura Najważniejsza”, dołączają Państwo do społeczności, dla której kultura to nie przerywnik, lecz sens. [LINK DO ZAPISÓW].

PAP/ Mira Suchodolska/ LW

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 17 listopada 2025