Prof. Massimo PIGLIUCCI: Co jest nie tak z Oświeceniem?

Co jest nie tak z Oświeceniem?

Photo of Prof. Massimo PIGLIUCCI

Prof. Massimo PIGLIUCCI

Filozof, genetyk, biolog. Profesor filozofii na CUNY-City College de New York. Kluczowy filozof współczesny zajmujący się stoicyzmem. Redaktor naczelny Philosophy & Theory in Biology. Autor m.in.: Philosophy of Pseudoscience: Reconsidering the Demarcation Problem, Nonsense on Stilts: How to Tell Science from Bunk.

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

Droga do lepszego, bardziej ludzkiego świata nie wiedzie przez odrzucenie nauki ani rozumu – pisze prof. Massimo PIGLIUCCI

.Być może słyszeliście opinię, że Oświecenie było jednym z najgorszych wynalazków ludzkiego umysłu. Ten okres w dziejach europejskiej myśli, trwający mniej więcej od końca XVII do początku XIX wieku i związany z takimi postaciami, jak Wolter, David Hume, Denis Diderot czy Immanuel Kant, obarczany jest odpowiedzialnością za wszelkie zło, a przede wszystkim za kolonializm. Choć ten, co ciekawe, rozpoczął się już pod koniec XV wieku, czyli dwieście lat przed epoką Oświecenia – jeśli w tym momencie zapaliła wam się lampka ostrzegawcza, to znaczy, że działa bez zarzutu. Większość też zapomina, że kolonializm jest w gruncie rzeczy zjawiskiem uniwersalnym, obecnym w różnych epokach i kulturach, a nie tylko „hobby” Europejczyków. Występował na całym świecie, od starożytnego Egiptu, Rzymu i Chin, przez imperia Mezoameryki, aż po Japonię XX wieku. Ale to już temat na inną okazję.

Kiedy po raz pierwszy uczyłem się o Oświeceniu, pomyślałem, że to jeden z nielicznych momentów w dziejach ludzkości, kiedy nasz gatunek niemal „ujrzał światło”. Inne takie przypadki w historii Europy to grecki klasycyzm (V–IV w. p.n.e.) czy renesans (XV–XVI w.). Poza Starym Kontynentem to czasy cywilizacji Majów (250–900 n.e.), imperium Guptów w Indiach (IV–VI w. n.e.), dynastii Tang w Chinach (618–907), epoka Heian w Japonii (794–1185), islamski złoty wiek (VIII–XIII w.) i kilka innych. Oczywiście to, że dana epoka oznaczała chwilowy szczyt cywilizacji, nie znaczy jeszcze, że w tym samym czasie i miejscu nie działo się mnóstwo rzeczy okropnych. I to dotyczy wszystkich wymienionych przykładów.

Nie jestem też na tyle naiwny, by bronić wszystkiego, co mówiła czy robiła którakolwiek z postaci Oświecenia (ani jakiegokolwiek innego okresu historycznego). Wolter był wielkim myślicielem, ale – jak zgodnie twierdzą źródła – także dość paskudnym człowiekiem. David Hume, jeden z moich ulubionych filozofów, był niestety rasistą, przekonanym, że ma empiryczne dowody na rzekomą niższość niektórych grup (mylił się).

Niemniej jednak uważam, że przyglądanie się tym epokom – i ludziom, którzy je współtworzyli – jest pouczające i, szczerze mówiąc, nieco pokrzepiające. Dlatego właśnie tak bardzo irytuje mnie, gdy spotykam się z przesadną krytyką Oświecenia. (O wiele rzadziej słyszy się podobną krytykę renesansu, a tym bardziej cywilizacji Majów czy islamskiego złotego wieku).

Proponuję więc przyjrzeć się głównym zarzutom wobec europejskiego Oświecenia i sprawdzić, czy wytrzymują one krytyczne spojrzenie. Uprzedzając odpowiedź: najczęściej nie, choć krytycy mają też kilka trafnych spostrzeżeń, których nie należy lekceważyć.

Lewicowa krytyka Oświecenia

.O ile wiem, najpoważniejsze zarzuty wobec tej epoki wysuwane są głównie przez osoby należące do szeroko pojętej „lewicy”, zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych. Najczęściej podaje się kilka powiązanych ze sobą argumentów, z których najważniejszy dotyczy rzekomego związku między rozumem instrumentalnym a dominacją. Max Horkheimer (1895–1973) i Theodor Adorno (1903–1969) w swojej słynnej publikacji Dialektyka oświecenia (1947) stwierdzili, że racjonalność Oświecenia, choć początkowo wyzwalająca, szybko przekształciła się w „rozum instrumentalny” – kalkulującą, dominującą logikę, która sprowadza wszystko do obiektów poddawanych kontroli. Według autorów ta przemiana doprowadziła zarówno do Holocaustu, jak i do powstania masowej kultury konsumpcyjnej.

Podobny wątek podjęli inni lewicowi krytycy, wskazując na związek między władzą a wiedzą. Francuski filozof Michel Foucault (1926–1984) argumentował, że rzekomo neutralne systemy wiedzy – takie jak medycyna, psychologia czy kryminologia – w praktyce działają jak mechanizmy społecznej kontroli nad ludźmi o niepożądanych cech. W swoich książkach, m.in. w Nadzorować i karać. Narodziny więzienia (1975), dowodził, że instytucje inspirowane przez Oświecenie nie tyle wyzwalają, ile wytwarzają „potulne ciała” poprzez nadzór i normalizację.

Trzeci zarzut, o którym już wspominałem, to związek między Oświeceniem a przemocą kolonialną. Głównym twórcą tej linii krytyki był Edward Said (1935–2003), autor niezwykle szeroko dyskutowanej książki Orientalizm (1978). Twierdził on, że oświeceniowe badania nad Orientem faktycznie służyły imperialnej dominacji. Tezę Saida rozwijali teoretycy postkolonialni, tacy jak Gayatri Spivak (ur. 1942) – teoretyk i krytyk kultury, tłumaczka postmodernistycznego filozofa Jacques’a Derridy – oraz Homi Bhabha (ur. 1949). Uważali oni, że uniwersalne kategorie Oświecenia wymazywały rdzenną wiedzę i usprawiedliwiały kulturowe ludobójstwo.

Wreszcie pojawia się klasyczna postmodernistyczna krytyka „wielkich narracji”. Na przykład francuski socjolog Jean-François Lyotard (1924–1998) twierdził, że oświeceniowe metanarracje postępu, rozumu i emancypacji maskują ukryte relacje władzy i wykluczają niektóre formy wiedzy, szczególnie lokalną i tradycyjną.

W obronie oświeceniowych wartości

.Brzmi poważnie, prawda? Zobaczmy, co w obronie oświeceniowych wartości może powiedzieć ich umiarkowany zwolennik – czyli ktoś taki jak ja.

Po pierwsze, wielu krytyków popełnia błąd logiczny: fakt, że idee Oświecenia bywały czasem nadużywane, w żaden sposób nie unieważnia ich samych w sobie. Gdyby było inaczej, nie ostałby się żaden system myśli z jakiejkolwiek epoki czy cywilizacji, od filozofii, przez religie, po ideologie polityczne. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że ten sam aparat naukowy, który rzekomo umożliwił kolonialną eksploatację, pozwolił nam ją zrozumieć i skrytykować. Bo rozum jest i zawsze był zdolny do samonaprawy. Pamiętacie „naukowy” rasizm Hume’a? Tymczasem to właśnie współczesna genetyka populacyjna – a więc nauka – jasno dowodzi, że nie ma czegoś takiego jak biologiczne rasy ludzkie. (Pisałem o tym wraz z przyjaciółmi Guido Barbujanim i Jonathanem Kaplanem).

Po drugie, do głosu dochodzi fałszywa totalizacja, co oznacza, że krytycy traktują Oświecenie jako byt monolityczny, ignorując jego wewnętrzną różnorodność (choć oburzyliby się, gdyby ktoś w ten sposób potraktował ukochane przez nich tradycje). Diderot, Kant, Wolter i inni myśliciele mieli znacząco odmienne poglądy, a część z nich otwarcie krytykowała istniejące struktury władzy. Zdrowy rozsądek podpowiada więc, by spierać się z konkretnymi ideami poszczególnych autorów, a nie z góry odrzucać całe Oświecenie.

Po trzecie, mamy tu do czynienia z cudownie ironiczną sprzecznością performatywną. Postmoderniści – na przykład ci, których wspomniałem wyżej – posługują się racjonalną argumentacją, dowodami i spójnością logiczną… aby krytykować sam rozum. Innymi słowy, ich wyrafinowane analizy opierają się dokładnie na tych narzędziach intelektualnych, które rzekomo odrzucają.

Czytając postmodernistyczne i postkolonialne krytyki Oświecenia, zauważamy też sporo przypadków tzw. wybiórczego traktowania historii (ten nieformalny błąd logiczny znany jest jako „cherry picking”). Krytycy podkreślają porażki Oświecenia, jednocześnie marginalizując jego osiągnięcia, w tym powstanie ruchów abolicjonistycznych, sformułowanie dyskursu praw człowieka, stworzenie instytucji demokratycznych czy rozwój naukowej medycyny, która pozwoliła złagodzić ogrom cierpienia. Wszak rzetelna ocena całej złożoności omawianej epoki uniemożliwiłaby forsowanie ideologicznie motywowanych karykatur metanarracji.

Na koniec pozostaje problem tzw. alternatywnych epistemologii. Owszem, szacunek dla różnorodnych sposobów poznania ma niezaprzeczalną wartość, ale całkowity relatywizm epistemologiczny nie daje żadnej podstawy do rozróżniania twierdzeń mniej wiarygodnych od tych bliższych rzeczywistości. To ślepa uliczka, szczególnie w erze dezinformacji i teorii spiskowych.

Wiele lat temu spotkałem biologa Roota Gorelicka, który był zdecydowanym zwolennikiem włączenia biologii tubylczej do programów nauczania na kanadyjskich uniwersytetach. Moim zdaniem rozsądne stanowisko w tym przypadku powinno brzmieć: „to zależy”. A konkretnie, zależy od tego, co dokładnie miałoby być wykładane jako nauka, a co, powiedzmy, jako historia czy studia kulturowe.

Nie ma wątpliwości, że część rdzennej wiedzy o lokalnych gatunkach i ekosystemach jest bezcenna. I rzeczywiście, naukowcy (najczęściej określani jako „zachodni”, choć przecież nauka uprawiana jest na całym świecie) często i z szacunkiem współpracują z lokalnymi społecznościami i ekspertami. Gorelick chciał jednak pójść znacznie dalej. Domagał się, by to, co można określić jedynie mianem mitu i magii, było przedstawiane kanadyjskim studentom obok teorii ewolucji Darwina czy teorii drobnoustrojowej chorób – czyli w gruncie rzeczy postulował ten sam „równy status”, którego od lat żądają kreacjoniści w Stanach Zjednoczonych.

Nie zmyślam. Oto bezpośredni cytat z Gorelicka: „Zachodnia [nauka] pozwala badać i analizować obiektywnie poznane fakty, a następnie przewidywać i kontrolować siły natury, podczas gdy nauka tubylcza zorientowana jest na syntezę informacji pochodzących z kontaktu ze światem naturalnym i duchowym, tak aby dostosować się do praw natury i żyć z nimi w zgodzie”. Dążenie do życia w harmonii z przyrodą jest z pewnością godne uznania. Ale nie istnieje żaden empiryczny dowód na istnienie „świata duchowego”, cokolwiek miałoby to oznaczać. Dlatego „nauka tubylcza” nie jest nauką i nie powinna być wykładana jako taka na uniwersytetach ani nigdzie indziej.

Co więc powinniśmy zrobić?

Nie wylewajmy dziecka z kąpielą. Część krytyki Oświecenia, wartości zachodnich, nauki, a nawet samego rozumu jest jak najbardziej uzasadniona i możemy się z niej wiele nauczyć. W swojej karierze zbyt często spotykałem naukowców, którzy byli całkowicie nieświadomi takich głosów i rozważali te kwestie co najwyżej z intelektualną przenikliwością licealisty. Nie tędy droga.

Z drugiej jednak strony obarczanie Oświecenia, Zachodu, nauki czy rozumu odpowiedzialnością za całe zło ludzkości – albo prawie całe – jest równie niedorzeczne. I niebezpieczne. Żyjemy w epoce fake newsów i „alternatywnych faktów”. Rząd Stanów Zjednoczonych zdemontował już kilka ze swoich najbardziej prestiżowych ciał doradczych w dziedzinie nauki, a kontrolę nad systemem opieki zdrowotnej oddał w ręce tak niebezpiecznej postaci jak Robert F. Kennedy Jr. Pisząc ten artykuł, natknąłem się na materiał radiowej sieci NPR (obecnie, rzecz jasna, pozbawionej finansowania przez administrację Trumpa), w którym mowa była o tym, że Amerykańska Agencja Ochrony Środowiska ogłosiła właśnie, iż gazy cieplarniane nie zagrażają zdrowiu człowieka. Tym samym zaprzeczyła dekadom ustaleń naukowych i dołożyła swoją cegiełkę do niszczenia środowiska jedynej planety, jaką mamy (pomijając fantazje niektórych miliarderów o kolonizacji Marsa).

.Dlatego potrzebujemy tego, co najlepsze w dorobku Oświecenia, renesansu, greckiego klasycyzmu, dynastii Guptów i Tangów, cywilizacji Majów czy islamskiego złotego wieku. To najświetniejsze okresy naszej historii, nawet jeśli życie większości ludzi w tych epokach nie było łatwe. Możemy osiągnąć więcej. Dużo więcej. Ale droga do lepszego, bardziej ludzkiego świata nie wiedzie przez odrzucenie nauki ani rozumu.

Massimo Pigliucci

Tekst ukazał się w nr 73 miesięcznika opinii „Wszystko co Najważniejsze” [PRENUMERATA: Sklep Idei LINK >>>]. Miesięcznik dostępny także w ebooku „Wszystko co Najważniejsze” [e-booki Wszystko co Najważniejsze w Legimi.pl LINK >>>].

POLEMIKA: Prof. Jacek KORONACKI: Massimo Pigliucci jako zagadka

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 8 maja 2026