U boku Rosjan na Ukrainie walczą najemnicy z blisko 130 krajów

Rosja odbierana jest przez Kenijczyków jako kraj europejski o wyższym standardzie życia, dlatego tak łatwo można było ich oszukać i sprowadzić do Rosji, by walczyli na froncie ukraińskim; oni nie robią tego jednak z własnej woli – ocenił prof. Kithaka wa Mberia, lingwista z Uniwersytetu w Nairobi. Na froncie walczą najemnicy z blisko 130 narodowości.

„Rosja nie jest oceniana właściwie przez Kenijczyków, a przynajmniej nie tak surowo jak Wielka Brytania, Belgia czy Francja”

.Ministerstwo spraw zagranicznych Kenii podało w połowie listopada, że około 200 kenijskich obywateli walczy po stronie Rosji w Ukrainie. Wśród nich są osoby ranne w wyniku działań wojennych. Kenijczycy zostali sprowadzeni do Rosji przez agencje rekrutacyjne, które świadomie wprowadzały ich w błąd. Firmy te ukrywały charakter pracy, jaką mieli wykonywać przybysze ze wschodniej Afryki.

Prezydent Kenii William Ruto zwrócił się do rządu Ukrainy z prośbą o uwolnienie Kenijczyków przetrzymywanych obecnie w strefie konfliktu.

Zdaniem eksperta kenijska opinia publiczna wyraziła oburzenie po ujawnieniu tego rosyjskiego procederu. – Kenijczycy są bardzo niezadowoleni z braku działań rządu w tej sprawie, ponieważ jest to naruszenie praw człowieka. (…) W pewnym sensie mamy tu do czynienia z handlem ludźmi, gdyż sprowadzano do (Rosji) ludzi, oszukując ich i (zmuszając do tego), aby robili coś, czego nie zamierzali – wyjaśnił.

Zapytany o to, jaka narracja dominuje w kenijskich mediach, relacjonujących wojnę w Ukrainie, podkreślił, że opiera się ona głównie na mediach zachodnich. Wymienił brytyjską stację BBC, a także agencje Reutera i AFP. W opinii profesora wiąże się to ze „sprzymierzeniem się Kenii z Zachodem od czasu uzyskania przez nią niepodległości” w 1963 r.

– To, co wiemy o sytuacji w Ukrainie, to narracja zachodnia, amerykańska. Wczoraj oglądałem zdjęcia Ukraińców chroniących się (przed atakami) w podziemnym parkingu. To było straszne. Ale w mediach nie wyjaśniono nam jasno, jaka jest przyczyna wybuchu tej wojny – podkreślił kenijski intelektualista.

– W przeszłości mieliśmy problem z pszenicą. Europa produkuje o wiele więcej pszenicy niż jakikolwiek region Afryki. Kiedy rozpoczęła się wojna w Ukrainie, cena tego zboża bardzo mocno wzrosła, co dotknęło nas bardzo. Uwierzcie mi, że nawet w RPA ludzie odczuwają skutki tej wojny – zaznaczył wa Mberia.

Według naukowca „Rosja nie jest oceniana właściwie przez Kenijczyków, a przynajmniej nie tak surowo jak Wielka Brytania, Belgia czy Francja”.

Najemnicy ze 130 narodowości na froncie. Walczą w interesie Rosji

.Jedną z zalet Rosji w kontekście jej postrzegania przez opinię publiczną jest to, że nigdy nie miała kolonii w Afryce. A kiedy kraje afrykańskie walczyły o wolność, w tym o wolność polityczną, to (zdarzało się, że ówczesny) Związek Sowiecki stawał po ich stronie – przypomniał ekspert. Jako przykład podał m.in. sowiecką interwencję na początku lat 60. XX w., wspierającą separatystyczny ruch w prowincji Katanga w dzisiejszej Demokratycznej Republice Konga.

– Choć nie jestem psychologiem, to nie zdziwiłbym się, gdyby ludzie nie byli bardzo krytyczni w stosunku do Rosji, właśnie ze względu na jej przeszłość. (…) Oni myślą, że wojna w Ukrainie to wojna amerykańska, wojna europejska, wojna Zachodu przeciwko Rosji – powiedział ekspert.

Ukraińskie władze podały na początku listopada 2025 r., że u boku żołnierzy rosyjskich walczy w Ukrainie ponad 1400 obywateli przeszło 30 krajów afrykańskich, a niektórzy z nich zostali zwerbowani podstępem. Sztab Koordynacyjny ds. Jeńców Wojennych w Kijowie szacuje, że Rosja zaangażowała w działania wojenne łącznie ponad 18 tys. cudzoziemców z blisko 130 państw.

Rosja nauczyła się rozgrywać Zachód

.Dopóki zwlekamy, inicjatywa pozostaje po stronie Putina. Może on zmieniać tempo, zakres, intensywność i cele ataków, wzmacniać je działaniami z zakresu wojny cybernetycznej i łączyć z innymi taktykami, takimi jak propaganda. Przygotujcie się na sponsorowane przez Kreml komunikaty w stylu „Przestańcie wspierać Ukrainę, a wasze życie wróci do normy” – pisze Edward LUCAS.

Spotterzy samolotów w Kopenhadze zbierają się zwykle przy wesołej knajpce Flyvergrillen, na obrzeżach lotniska. W popołudniowym słońcu w miniony piątek apatyczni mężczyźni w wiatrówkach zajadali się narodowym przysmakiem, polsemixem (pokrojoną kiełbasą, surową cebulą, frytkami i keczupem), i dyskutowali o szokującym poniedziałkowym zamknięciu najbardziej ruchliwego lotniska w Skandynawii na cztery godziny. Na ekranie telewizora w kawiarni duńska premier Mette Frederiksen przedstawiała kontekst geopolityczny. W ciągu ponurych siedmiu minut, godnych hollywoodzkiego filmu katastroficznego, stwierdziła bez ogródek, że kraj został zaatakowany, i ostro skrytykowała sprawców: „anonimowych tchórzy”, najprawdopodobniej Rosjan. Podkreśliła, że ich nadrzędnym celem było wywołanie „strachu i podziałów”, zdestabilizowanie społeczeństwa oraz wzbudzenie nieufności.

Nie kryła też irytacji wobec początkowej reakcji swojego kraju: „Nie proszę o cierpliwość, bo sama jej nie mam”. Trudno się dziwić. Dania szybko się dozbraja i należy do czołowych sojuszników Ukrainy, czym wzbudza gniew Rosji. Ale w kwestii bezpieczeństwa wewnętrznego, jak zauważa Hans Tino Hansen, surowy analityk kierujący firmą konsultingową Risk Intelligence, „przesypia” sprawę. Gdy zadzwoniłem na komendę policji z pytaniem o śledztwo, usłyszałem: „To Dania. Jest piątek, piąta po południu. Wszyscy poszli do domu”. Najnowsza wiadomość na ich stronie internetowej dotyczyła… dwóch zaginionych psów.

To prawda, że w związku z dwoma ważnymi szczytami europejskimi, które mają się odbyć w październiku, Dania podjęła spóźnione, ale poważne działania, zakazując wszelkich lotów dronów, powołując rezerwistów i sprowadzając specjalistyczne jednostki obrony powietrznej z sąsiednich krajów oraz z Ukrainy (zapewne najbardziej przydatne). Ale takie działania są nie tylko piekielnie kosztowne, lecz także zbyt ograniczone i podjęte zbyt późno. Rosja po prostu poczeka, spróbuje ponownie kiedy indziej albo gdzie indziej, ewentualnie zmieni taktykę. Drony, które w ubiegłym tygodniu krążyły nad duńskimi lotniskami i bazami wojskowymi, zostały – jak podejrzewają śledczy – wypuszczone z pokładów statków handlowych na wodach międzynarodowych. Jeśli tak, to ich załogi i właściciele wyszli z tego całkiem bezkarnie. Wielki europejski plan „ściany dronów” na wschodniej granicy, omawiany podczas tak wielu spotkań, brzmi nieźle. Ale może być równie łatwy do obejścia, jak przedwojenna francuska Linia Maginota. Podobnie ma się sprawa z nowym projektem NATO „Eastern Sentry”: naprędce sklecone, kosztowne i nieliczne systemy obrony powietrznej, które nie są w stanie sprostać zagrożeniu. Potrzebujemy prawdziwego odstraszania, a nie pozorowanej obrony.

Przede wszystkim bowiem umyka nam istotna kwestia dotycząca eskalacji rosyjskiej kampanii dezinformacyjnej. Od przecinania kabli na dnie morza po ingerowanie w działanie satelitów – wszystko to trafia na pierwsze strony gazet i wpływa na nasze codzienne życie. Lecz prawdziwym celem tych ataków jest sposób podejmowania przez nas decyzji. A raczej jego brak. Nasze instytucje działają w silosach, z nawykami ukształtowanymi przez dekady pokoju. Widzieliśmy to w Wielkiej Brytanii w 2018 roku. Po ataku Rosji przy użyciu środka paraliżująco-drgawkowego w Salisbury nieprzygotowani, niedoświadczeni urzędnicy z agencji zdrowia publicznego, władz lokalnych i policji miotali się wobec tego bezprecedensowego przestępstwa, aż w końcu ster przejęły londyńskie służby specjalne. Owszem, w sytuacjach wyjątkowych zwykle w końcu udaje nam się zebrać i podjąć wspólne działania. Ale wobec codziennych ataków na energetykę, transport i systemy komunikacji w Europie zimna krew i kompetencja muszą stać się standardem – zawsze i wszędzie.

Niestety, jest to sprzeczne z duchem naszych otwartych, opartych na zaufaniu i rozważnych społeczeństw. Weźmy na przykład drony. Nie traktujemy ich jako niebezpiecznej broni ani sprzętu szpiegowskiego. Posiadanie drona to zazwyczaj prywatna sprawa, chyba że policja udowodni, że użyto go nielegalnie. A co, gdy właścicielem jest wynajęty bandyta, który chce dokonać sabotażu? Albo tajnym agentem? Upubliczniamy wiele szczegółów dotyczących kluczowej infrastruktury i systemów krytycznych, co stanowi kolejny prezent dla sabotażystów (spróbujcie wypatrzyć samolot w Rosji). Wolimy bezpieczeństwo obywateli i komfort życia od twardych zabezpieczeń. Znacznie lepiej zamknąć lotnisko w obliczu zagrożenia ze strony dronów, niż ryzykować katastrofę; unikamy również ich zestrzelenia, gdy odłamki mogą uszkodzić cenny samolot, trafić w zbiornik paliwa lub zranić ludzi. Właśnie dlatego Duńczycy nie rozprawili się w zeszłym tygodniu z dronami nad swoimi lotniskami (niepowodzenie w obronie instalacji wojskowych to już inna, bardziej żenująca historia). Nasze szlachetne zasady są dla Rosji zaproszeniem do siania spustoszenia. Napastnicy nie muszą nawet używać prawdziwych dronów: wystarczy rozsiewanie plotek w mediach społecznościowych o ich obecności, by władze w panice zamknęły lotnisko.

Tekst dostępny na łamach Wszystko co Najważniejsze: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/edward-lucas-rosja-nauczyla-sie-rozgrywac-zachod/

PAP/MB

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 27 listopada 2025