Sąd nie może wybierać prezydenta Francji [Jean-Éric SCHOETTL]

Sąd nie może wybierać prezydenta Francji

Czy trzech sędziów może zmienić bieg wyborów prezydenckich? We Francji po wyroku wobec Marine Le Pen pytanie to przestało być wyłącznie teoretyczne. Były sekretarz generalny Rady Konstytucyjnej Jean-Éric Schoettl przekonuje, że stawką tej sprawy nie jest jedynie los jednej polityk, lecz równowaga między państwem prawa a demokracją.

.Wyrok Sądu Apelacyjnego w Paryżu z 7 lipca 2026 r. natychmiast zmienił krajobraz francuskiej polityki. Marine Le Pen zachowała możliwość ubiegania się o urząd prezydenta Republiki w wyborach prezydenckich zaplanowanych na 2027 r., a tym samym zakończył się trwający od wielu miesięcy okres niepewności dotyczącej składu najważniejszej rywalizacji politycznej we Francji. Decyzja sądu oznacza jednak znacznie więcej niż zmianę sytuacji jednej kandydatki. Stała się początkiem fundamentalnej debaty o granicach władzy sądowniczej, o relacji między prawem a demokracją oraz o tym, czy sąd może – nawet nieświadomie – wpływać na wynik wyborów prezydenckich.

Tak właśnie odczytuje orzeczenie Jean-Éric Schoettl, były sekretarz generalny Rady Konstytucyjnej, który na łamach „Le Figaro” opublikował obszerną analizę poświęconą skutkom wyroku. Nie jest to głos polityka ani publicysty zaangażowanego po jednej ze stron francuskiego sporu. Autor należy do najwybitniejszych znawców francuskiego prawa konstytucyjnego i przez lata uczestniczył w pracach instytucji stojącej na straży zgodności ustaw z konstytucją. Jego tekst nie jest więc ani obroną Marine Le Pen, ani próbą podważenia zasady odpowiedzialności karnej polityków. Jest refleksją nad granicami, których demokratyczne państwo prawa nie powinno przekraczać.

To rozróżnienie ma zasadnicze znaczenie. Schoettl ani przez chwilę nie twierdzi, że politycy powinni pozostawać poza zasięgiem wymiaru sprawiedliwości. Nie podważa również samego prawa sądów do wymierzania kar. Stawia jednak pytanie znacznie poważniejsze: czy kara wymierzona jednemu politykowi może jednocześnie przesądzać o składzie wyborów prezydenckich, a tym samym wpływać na przyszłość całego państwa?

Właśnie dlatego wyrok z 7 lipca wywołał we Francji debatę znacznie wykraczającą poza samą sprawę asystentów parlamentarnych Frontu Narodowego. Od wielu miesięcy francuska opinia publiczna zastanawiała się, czy Marine Le Pen będzie mogła wystartować w wyborach prezydenckich. Nie chodziło wyłącznie o przyszłość liderki Zjednoczenia Narodowego. Stawką było również to, czy kampania prezydencka rozpocznie się z kandydatką, która dwukrotnie dotarła do drugiej tury wyborów i od lat pozostaje jedną z głównych postaci francuskiej sceny politycznej, czy też z jej naturalnym następcą Jordanem Bardellą. Już wcześniej wskazywaliśmy, że rozstrzygnięcie tej kwestii stanie się jednym z momentów faktycznie otwierających kampanię prezydencką we Francji.

Wyrok, który mógł zmienić bieg kampanii prezydenckiej

Najważniejszy fragment analizy Jean-Érica Schoettla pojawia się w chwili, gdy opisuje odpowiedzialność spoczywającą na sędziach Sądu Apelacyjnego.

„Zmieniając naturalny układ kandydatów w wyborach prezydenckich w 2027 roku, sąd zdecydowałby nie tylko o przyszłości Marine Le Pen, Jordana Bardelli i ich ugrupowania, lecz także o przyszłości politycznej całego kraju” – to zdanie stanowi oś całego wywodu byłego sekretarza generalnego Rady Konstytucyjnej.

Nie twierdzi on, że Marine Le Pen nie powinna odpowiadać przed wymiarem sprawiedliwości. Nie przekonuje również, że osoby skazane powinny zachowywać pełnię praw wyborczych niezależnie od okoliczności. Zwraca natomiast uwagę na wyjątkowy charakter wyborów prezydenckich we Francji. W systemie V Republiki są one najważniejszym momentem demokratycznego wyboru obywateli. Każda decyzja uniemożliwiająca kandydowanie jednemu z głównych pretendentów oddziałuje więc nie tylko na jego osobistą sytuację, ale również na swobodę wyboru milionów obywateli.

W tym sensie proces Marine Le Pen od początku nie był wyłącznie sprawą karną. Miał również wymiar ustrojowy. Dlatego decyzja Sądu Apelacyjnego została odebrana we Francji nie tylko jako rozstrzygnięcie konkretnej sprawy, lecz także jako ważny sygnał dotyczący miejsca wymiaru sprawiedliwości w systemie demokratycznym.

Schoettl zwraca uwagę, że trzech sędziów znalazło się w sytuacji wyjątkowej odpowiedzialności. Korzystając z pozostawionego przez ustawodawcę marginesu uznania przy wymiarze kary, mogli jednocześnie wpłynąć na skład najważniejszej rywalizacji politycznej we Francji. Z tego właśnie powodu – przekonuje autor – obowiązkiem sądu było uwzględnienie nie tylko ciężaru zarzucanych czynów, lecz także skutków, jakie orzeczenie mogło wywołać dla francuskiej demokracji.

W tym miejscu pojawia się zasadnicza myśl całego tekstu opublikowanego w „Le Figaro”. W demokratycznym państwie prawa wymiar sprawiedliwości powinien karać naruszenia prawa, ale nie może doprowadzić do sytuacji, w której to sąd, a nie wyborcy, zdecyduje o tym, kto stanie do walki o najwyższy urząd w państwie. Granica między egzekwowaniem prawa a wpływaniem na przebieg procesu demokratycznego jest niezwykle cienka. Zdaniem Jean-Érica Schoettla właśnie dlatego sprawa Marine Le Pen ma znaczenie znacznie większe niż los jednej polityk. Jest testem dla całego francuskiego modelu demokracji.

Francja od trzydziestu lat coraz bardziej penalizuje życie polityczne

Jean-Éric Schoettl nie ogranicza swojej analizy do samego wyroku wobec Marine Le Pen. W jego ocenie sprawa ta wpisuje się w znacznie szerszy proces, który od blisko trzech dekad zmienia sposób funkcjonowania francuskiej demokracji. Proces ten określa jako postępującą penalizację życia publicznego. Oznacza on coraz częstsze przenoszenie sporów politycznych na grunt postępowań karnych oraz coraz większą rolę sądów w rozstrzyganiu kwestii, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu pozostawały przede wszystkim przedmiotem odpowiedzialności politycznej.

Autor zwraca uwagę, że zmiana ta nie nastąpiła przypadkiem. W znacznej mierze została zapoczątkowana przez samych polityków, którzy – odpowiadając na kolejne afery finansowe i oczekiwania opinii publicznej – sukcesywnie zaostrzali przepisy dotyczące odpowiedzialności osób pełniących funkcje publiczne. Kolejne ustawy miały odbudować zaufanie obywateli do państwa i pokazać, że nikt nie stoi ponad prawem. Zdaniem Schoettla ten kierunek był zrozumiały. Problem pojawił się jednak w chwili, gdy coraz szersze kompetencje przyznane wymiarowi sprawiedliwości zaczęły prowadzić do sytuacji, w których skutki orzeczeń wykraczają daleko poza odpowiedzialność konkretnego polityka.

Były sekretarz generalny Rady Konstytucyjnej przypomina, że obowiązujące przepisy pozostawiają sędziom znaczną swobodę przy wymierzaniu dodatkowej kary zakazu ubiegania się o funkcje publiczne. Wbrew często powtarzanej opinii nie jest ona całkowicie automatyczna. Kodeks karny pozwala odstąpić od jej orzeczenia lub odpowiednio ją dostosować, jeżeli przemawiają za tym okoliczności konkretnej sprawy oraz osobowość oskarżonego. Zdaniem Schoettla właśnie z tej możliwości francuskie sądy korzystają wyjątkowo rzadko wobec polityków.

Nie oznacza to jednak, że autor domaga się pobłażliwości wobec osób sprawujących władzę. Przeciwnie. Podkreśla, że wymiar sprawiedliwości powinien reagować na naruszenia prawa z pełną stanowczością. Jednocześnie przypomina o jednej z podstawowych zasad prawa karnego – kara musi pozostawać proporcjonalna nie tylko do popełnionego czynu, lecz również do wszystkich skutków, jakie wywołuje.

To właśnie w tym miejscu analiza Schoettla nabiera szczególnego znaczenia dla zrozumienia decyzji Sądu Apelacyjnego. Jeżeli kara wymierzona jednemu politykowi prowadzi jednocześnie do wyeliminowania jednego z głównych kandydatów w wyborach prezydenckich, jej konsekwencje wykraczają daleko poza indywidualną odpowiedzialność skazanego. Oddziałują bowiem na prawa milionów obywateli, którzy tracą możliwość oddania głosu na jednego z najważniejszych uczestników wyborów.

Czy sąd powinien decydować o wyborze obywateli?

W tym kontekście Jean-Éric Schoettl przywołuje niezwykle ważną uwagę zawartą w orzecznictwie Rady Konstytucyjnej. W decyzji z 28 marca 2025 r. Rada wskazała, że wykonywanie kary zakazu kandydowania nie może prowadzić do nieproporcjonalnego ograniczenia swobody wyboru obywateli podczas przyszłych wyborów. Ta uwaga, choć sformułowana w języku prawa konstytucyjnego, ma znaczenie znacznie szersze.

Autor analizy opublikowanej w „Le Figaro” przypomina bowiem, że sędziowie orzekają „w imieniu narodu francuskiego”. Powstaje więc paradoks. W imieniu narodu mogą oni ograniczyć temu samemu narodowi możliwość wyboru jednego z kandydatów na urząd prezydenta Republiki. W przypadku polityka cieszącego się poparciem milionów wyborców rodzi to – zdaniem Schoettla – pytanie o granice demokratycznej legitymacji takiego rozstrzygnięcia.

Jednym z najmocniejszych fragmentów jego analizy jest ostrzeżenie przed sytuacją, w której wymiar sprawiedliwości zacząłby zastępować obywateli w ocenie moralnej kandydatów.

„Przeszlibyśmy do rządów sędziów, gdybyśmy uznali, że naród nie jest zdolny do moralnego rozeznania i że to do sądownictwa należy filtrowanie kandydatów zgodnie z własnym wyobrażeniem o ich cnocie” – to zdanie nie jest wymierzone w konkretny wyrok ani w konkretnych sędziów. Jest ostrzeżeniem przed zmianą filozofii funkcjonowania państwa. Demokratyczna legitymacja wyborów opiera się bowiem na założeniu, że ostatecznego wyboru dokonują obywatele. Zadaniem sądu jest stosowanie prawa, a nie kształtowanie przyszłego wyniku wyborów, nawet jeśli byłoby to jedynie niezamierzonym skutkiem wydanego orzeczenia.

.W tym sensie Jean-Éric Schoettl nie przeciwstawia demokracji państwu prawa. Przeciwnie – próbuje pokazać, że oba te filary republiki powinny pozostawać w równowadze. Gdy jeden z nich zaczyna dominować nad drugim, pojawia się ryzyko zachwiania całego ustroju. Sprawa Marine Le Pen stała się dla Francji wyjątkowym testem właśnie dlatego, że po raz pierwszy od wielu lat te dwie wartości znalazły się w tak wyraźnym napięciu.

Od Alaina Juppé do François Fillona. Jak procesy zmieniały francuską politykę

Jean-Éric Schoettl nie analizuje sprawy Marine Le Pen w oderwaniu od historii V Republiki. Przeciwnie, przypomina wcześniejsze procesy, które w różnym stopniu wpływały na francuskie życie polityczne i stopniowo zmieniały relacje między wymiarem sprawiedliwości a władzą wykonawczą.

Pierwszym punktem odniesienia jest sprawa Alaina Juppé. W 2004 r. były premier został w pierwszej instancji skazany na dziesięcioletni zakaz ubiegania się o funkcje publiczne w związku z aferą fikcyjnych etatów w merostwie Paryża. W postępowaniu apelacyjnym kara została jednak radykalnie złagodzona i ograniczona do jednego roku. Jak przypomina Schoettl, Sąd Apelacyjny uzasadnił tę zmianę przede wszystkim brakiem osobistego wzbogacenia się oskarżonego. Dla autora jest to ważny punkt odniesienia, ponieważ w sprawie Marine Le Pen również nie wykazano osobistego przywłaszczenia środków publicznych, a mimo to początkowo orzeczone sankcje były znacznie surowsze. Schoettl sugeruje, że paryski Sąd Apelacyjny mógł dążyć do przywrócenia większej spójności francuskiego orzecznictwa.

Jeszcze większy wpływ na współczesną francuską politykę miała sprawa François Fillona. W 2017 r., zaledwie kilka tygodni przed pierwszą turą wyborów prezydenckich, ujawnienie afery dotyczącej zatrudnienia jego żony jako asystentki parlamentarnej całkowicie zmieniło przebieg kampanii. Kandydat, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej uchodził za zdecydowanego faworyta prawicy, utracił znaczną część poparcia i nie wszedł do drugiej tury wyborów. Do dziś we Francji trwa spór, w jakim stopniu sama sprawa karna, a w jakim jej polityczne konsekwencje przesądziły o wyniku wyborów prezydenckich z 2017 r.

Schoettl nie odwołuje się bezpośrednio do przypadku Fillona, ale jego rozumowanie prowadzi do podobnej refleksji. Jeżeli postępowanie karne wobec jednego z głównych kandydatów może zasadniczo zmienić przebieg kampanii wyborczej, wówczas granica między odpowiedzialnością karną a wpływem na proces demokratyczny staje się wyjątkowo cienka. Nie oznacza to, że politycy powinni korzystać z jakiegokolwiek immunitetu wobec prawa. Oznacza natomiast, że sądy muszą mieć świadomość politycznych konsekwencji swoich rozstrzygnięć, zwłaszcza gdy dotyczą one wyborów prezydenckich.

W tym kontekście sprawa Marine Le Pen wpisuje się w ciąg wydarzeń, które od ponad dwóch dekad wyznaczają kolejne etapy ewolucji francuskiego życia publicznego. Alain Juppé, François Fillon, Nicolas Sarkozy, a dziś Marine Le Pen – każda z tych spraw dotyczyła oczywiście innych okoliczności faktycznych i innych zarzutów. Łączy je jednak jedno: wszystkie wywoływały debatę o tym, gdzie przebiega granica między niezbędnym ściganiem naruszeń prawa a ryzykiem, że decyzje wymiaru sprawiedliwości zaczną w praktyce współkształtować polityczną przyszłość państwa. To właśnie ta granica stanowi główny przedmiot refleksji Jean-Érica Schoettla.

Wyrok, który otworzył kampanię prezydencką

Decyzja Sądu Apelacyjnego z 7 lipca 2026 r. zamknęła jeden z najważniejszych sporów prawnych ostatnich miesięcy, ale jednocześnie otworzyła nowy etap francuskiej polityki. Od tej chwili uwaga wszystkich uczestników życia publicznego ponownie koncentruje się na wyborach prezydenckich w 2027 r. To właśnie dlatego znaczenie orzeczenia wykracza daleko poza samą sprawę karną Marine Le Pen.

Jeszcze przed ogłoszeniem wyroku wszystkie najważniejsze ugrupowania przygotowywały równolegle dwa scenariusze. Pierwszy zakładał, że liderka Zjednoczenia Narodowego pozostanie główną kandydatką swojej formacji. Drugi przewidywał, że rolę tę przejmie Jordan Bardella. Niepewność wpływała również na strategie pozostałych pretendentów do Pałacu Elizejskiego. Każdy z nich musiał uwzględniać możliwość zupełnie innego układu sił już w pierwszej turze wyborów.

W tym właśnie miejscu analiza Jean-Érica Schoettla nabiera znaczenia wykraczającego poza dyskusję prawniczą. Autor nie ocenia szans poszczególnych kandydatów ani nie rozważa, który z nich miałby większe możliwości zwycięstwa. Wyraźnie podkreśla nawet, że nie należy przypisywać sędziom jakichkolwiek kalkulacji politycznych dotyczących Marine Le Pen czy Jordana Bardelli. Zwraca jednak uwagę na rzecz oczywistą, lecz często pomijaną w bieżących komentarzach: niezależnie od intencji sądu, każda decyzja dotycząca możliwości kandydowania jednego z głównych pretendentów wpływa na całą architekturę wyborów prezydenckich.

To właśnie dlatego autor analizy w „Le Figaro” tak mocno akcentuje odpowiedzialność spoczywającą na wymiarze sprawiedliwości. Nie chodzi wyłącznie o odpowiedzialność za poprawne zastosowanie przepisów prawa karnego. Chodzi również o świadomość, że w wyjątkowych okolicznościach skutki wyroku mogą wykraczać daleko poza salę rozpraw i oddziaływać na funkcjonowanie całej demokracji.

Nie oznacza to oczywiście, że politycy powinni korzystać z jakiegokolwiek immunitetu wobec prawa. Taka teza nie pojawia się ani razu w analizie Schoettla. Przeciwnie, były sekretarz generalny Rady Konstytucyjnej wielokrotnie podkreśla, że odpowiedzialność karna osób sprawujących władzę jest jednym z fundamentów państwa prawa. Jego pytanie brzmi jednak inaczej. Czy wymierzając karę, sąd powinien uwzględniać również jej wpływ na swobodę wyboru obywateli podczas najważniejszych wyborów w państwie?

Debata, która pozostanie z Francją na długo

Niezależnie od dalszego przebiegu postępowania oraz ewentualnych działań stron przed Sądem Kasacyjnym, jedno wydaje się już przesądzone. Wyrok z 7 lipca 2026 r. będzie odtąd analizowany nie tylko jako rozstrzygnięcie konkretnej sprawy karnej, lecz także jako jeden z najważniejszych momentów przygotowań do wyborów prezydenckich w 2027 r.

Tekst Jean-Érica Schoettla pokazuje, że we Francji rozpoczęła się debata znacznie głębsza niż spór o los Marine Le Pen. Dotyczy ona równowagi między państwem prawa a zasadą suwerenności narodu, między niezależnością sądów a prawem obywateli do swobodnego wyboru swoich przedstawicieli. Są to pytania, które będą powracały również po zakończeniu obecnej kampanii wyborczej, ponieważ odnoszą się do samych fundamentów V Republiki.

Nieprzypadkowo autor kończy swoją analizę stwierdzeniem, że wrażliwość Sądu Apelacyjnego na te argumenty pokazuje, iż francuski wymiar sprawiedliwości potrafi dostrzegać konsekwencje swoich decyzji dla całego życia publicznego. Nie oznacza to rezygnacji z odpowiedzialności karnej polityków ani osłabienia państwa prawa. Oznacza natomiast przekonanie, że w demokracji nawet najbardziej uzasadniona sankcja powinna pozostawać w proporcji nie tylko do popełnionego czynu, lecz także do skutków, jakie może wywołać dla wspólnoty politycznej.

Dlatego analiza byłego sekretarza generalnego Rady Konstytucyjnej zasługuje na uwagę nie jako komentarz do jednego procesu, ale jako głos w debacie o granicach władzy sądowniczej we współczesnej demokracji. Sprawa Marine Le Pen stała się jedynie punktem wyjścia do refleksji nad pytaniem znacznie szerszym: w jaki sposób pogodzić bezwzględne przestrzeganie prawa z równie fundamentalną zasadą, zgodnie z którą o przyszłości państwa ostatecznie decydują obywatele przy urnach wyborczych.

Arkadiusz Jordan
Paryż

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 7 lipca 2026