„W sytuacji wojny nie ma czasu na ustalanie, kto za co odpowiada” [Jarosław KOWAL]

Jarosław KOWAL

Nie tylko wojna, ale także działania hybrydowe i zdarzenia masowe wymagają ścisłej współpracy cywilnych i wojskowych podmiotów medycznych – podkreślił dr płk Jarosław Kowal. W rozmowie powiedział wprost o brakach kadrowych, ryzyku logistycznym i konieczności wskazania szpitali „z urzędu”, a nie na zasadzie dobrowolności.

„W sytuacji wojny nie ma czasu na ustalanie, kto za co odpowiada”

.W Wojskowym Instytucie Medyczny w Warszawie odbyła się trzecia konferencja z cyklu poświęconego przygotowaniu cywilnych szpitali do współpracy z wojskową służbą zdrowia w razie konfliktu zbrojnego lub zdarzeń masowych. O realnym stanie przygotowań rozmawiano z dr. płk. Jarosławem Kowalem, zastępcą dyrektora WIM ds. operacyjnych oraz zastępcą komendanta Centralnego Szpitala Klinicznego MON.

Mira Suchodolska: W Wojskowym Instytucie Medycznym rozpoczął się cykl szkoleń dotyczących współpracy cywilno-wojskowej. Czemu ma on służyć?

Dr płk Jarosław Kowal: Realizujemy zadania nałożone przez Ministerstwo Obrony Narodowej. Od grudnia prowadzimy cykl konferencji poświęconych przygotowaniu cywilnych podmiotów leczniczych do realizacji zadań na potrzeby obronne państwa. Pierwsze spotkanie dotyczyło przepisów i podstaw prawnych, drugie infrastruktury, odporności obiektów i rezerw strategicznych, a trzecie – praktyki: szkolenia personelu, koordynacji, łączności i realnych scenariuszy działania.

Ale chcę to powiedzieć jasno: na wojnę nie przygotują nas konferencje. Przygotują nas decyzje, obowiązkowe standardy i wdrożenia.

Czy Polska jest dziś przygotowana na masowy napływ rannych w razie konfliktu?

Dr płk Jarosław Kowal: System formalnie istnieje. W każdym województwie są wydzielone szpitale dysponujące bazą łóżkową na potrzeby sił zbrojnych. Koordynację prowadzą komendanci rejonów zabezpieczenia medycznego wojska. Natomiast pytanie brzmi: czy system jest wystarczająco przetestowany i dopracowany? W mojej ocenie wymaga dalszego uszczegółowienia – szczególnie w zakresie poziomów referencyjności i jasnego przypisania odpowiedzialności.

W sytuacji wojny nie będzie czasu na ustalanie, kto za co odpowiada.

A jeśli nie wojna, lecz zamach, sabotaż, seria zdarzeń hybrydowych?

Dr płk Jarosław Kowal: Wtedy kluczowa jest natychmiastowa współpraca pogotowia, policji, straży pożarnej i wojska. Doświadczenia choćby z powodzi w Kotlinie Kłodzkiej pokazały, że najlepiej proceduralnie przygotowaną służbą jest dziś straż pożarna – działa w oparciu o jasny sztab, konkretne odprawy i szybkie decyzje.

W medycynie najważniejsza jest segregacja rannych na miejscu zdarzenia. Źle przeprowadzona segregacja i ewakuacja mogą sparaliżować nawet najlepszy szpital. Jeśli wszyscy ranni trafią do jednej placówki, system się zatyka.

Lekarze mówią: nie jesteśmy gotowi, nikt nas systemowo nie szkoli.

Dr płk Jarosław Kowal: Problemem nie jest brak woli, tylko brak obowiązkowego systemu. Dziś szkolenia z medycyny pola walki oferują różne podmioty, ale nie ma jednolitego standardu państwowego.

My proponujemy trzystopniowy model kompetencji. Podstawowy poziom powinien objąć 100 proc. personelu – każdy lekarz i pielęgniarka muszą umieć zatamować masywny krwotok, odbarczyć odmę prężną, zapobiec hipotermii. To są czynności, które realnie ratują życie w pierwszych minutach.

Wyższe poziomy – dla wybranych ośrodków i wąskiej grupy specjalistów – powinny obejmować zaawansowaną chirurgię urazową, intensywną terapię i medycynę taktyczną. Ale to musi być decyzja systemowa, nie dobrowolność.

Brakuje jednak lekarzy wojskowych.

Dr płk Jarosław Kowal: To fakt znany od ponad 20 lat. Po likwidacji Wojskowej Akademii Medycznej braki zaczęły rosnąć. Dziś mówimy o kilkuset wakatach. Skala odejść absolwentów wojskowego kierunku lekarskiego jest wysoka.

Powody są proste: wynagrodzenia, brak jasnej ścieżki kariery, niepewność. Bez poprawy warunków służby nie odbudujemy kadry.

Czego powinniśmy się nauczyć z doświadczeń Ukrainy, jeśli chodzi o organizację wojennej opieki medycznej?

Dr płk Jarosław Kowal: Przede wszystkim tego, że wojna wygląda dziś inaczej. Dominują drony. Charakter obrażeń się zmienił – to często urazy skojarzone, wielonarządowe, z bardzo wysoką śmiertelnością. Do tego dochodzi wydłużony czas ewakuacji – to już nie kilkadziesiąt minut, lecz godziny, a czasem dni.

Dlatego tak ważne jest pierwsze ogniwo – przeszkolony personel, który potrafi utrzymać rannego przy życiu zanim trafi on do ośrodka wyższego poziomu.

Druga lekcja jest brutalna: nawet 30–40 proc. personelu może odpaść z powodu przeciążenia psychicznego. To nie są pojedyncze przypadki, to codzienny kontakt z amputacjami, masywnymi krwotokami, rozległymi ranami. Jeśli nie zadbamy o odporność psychiczną personelu, system się wykruszy.

Czy powinno się z góry wskazać na konkretne szpitale jako te przeznaczone do działań wojennych?

Dr płk Jarosław Kowal: Tak. To nie może być kwestia zgłoszeń i dobrej woli. Państwo powinno wskazać konkretne placówki, określić ich rolę, wymagania infrastrukturalne i poziom wyszkolenia. W oparciu o realne plany operacyjne sił zbrojnych.

A co z logistyką? Jeśli zerwą się łańcuchy dostaw leków?

Dr płk Jarosław Kowal: Około 70 proc. substancji czynnych wykorzystywanych w produkcji leków pochodzi z Chin i Indii. To jest strategiczne ryzyko. Rezerwy istnieją, ale wymagają przeliczenia pod kątem realnego zużycia w warunkach wojny – nie dobowego, lecz 30-dniowego czy 60-dniowego.

Musimy też myśleć o krwi, środkach opatrunkowych, sprzęcie jednorazowym. Wojna to ogromne zużycie materiałowe.

Kiedy pierwszy cywilny szpital przejdzie pełną certyfikację wojenną?

Dr płk Jarosław Kowal: Jeśli w ciągu najbliższego roku uda się przeprowadzić pilotaż i certyfikować pierwszy ośrodek – będzie to sukces. Ale to wymaga decyzji politycznych, finansowania i jasnych przepisów.

Czy jesteśmy dziś gotowi?

Dr płk Jarosław Kowal: Jesteśmy w fazie przygotowań. Mamy dokumenty, analizy, koncepcje. Teraz potrzebne są wdrożenia. Nasi partnerzy z Ukrainy mówią: „macie jeszcze czas, wykorzystajcie go mądrze”.

Czas jest zasobem, który się kurczy. W czasie pokoju możemy dyskutować. W czasie wojny będziemy tylko działać – albo ponosić konsekwencje braku decyzji.

Rozmawiała: Mira Suchodolska/PAP

Potrzebujemy znacznie większych wydatków na obronę

.Ale aby naprawdę dopasować nasze możliwości do naszych potrzeb, musimy znacznie zwiększyć wydatki na obronę. Będę współpracować z sojusznikami, aby zapewnić, że zainwestujemy wystarczająco dużo w odpowiednie obszary i że będziemy sprawiedliwie dźwigać ciężar naszej zbiorowej obrony. Każdy z nas musi zapłacić swoją sprawiedliwą część – twierdzi Mark RUTTE.

„Na początku chciałbym wyrazić głęboką wdzięczność mojemu poprzednikowi, Jensowi Stoltenbergowi, za ogromną pracę, jaką wykonał w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Niewielu przywódców Sojuszu miało do czynienia z bardziej wymagającym środowiskiem geopolitycznym i bardziej wymagającymi czasami. Ale Jens Stoltenberg przeprowadził nas przez trudne czasy pewną ręką. Powinniśmy być mu za to wdzięczni!

Jens Stoltenberg odegrał bowiem dużą rolę w uczynieniu obecnego NATO silniejszym niż kiedykolwiek. To trwałe dziedzictwo, które po sobie pozostawił. Ale chciałbym podziękować nie tylko mojemu poprzednikowi. Pragnę podziękować także 32 Sojusznikom za ich zaufanie i za to, że wybrali mnie na następcę Jensa Stoltenberga. Jestem zaszczycony, że mogę pełnić funkcję Sekretarza Generalnego NATO – najbardziej udanego sojuszu polityczno-wojskowego w historii” – pisał Mark RUTTE.

Członkowie NATO stoją przed poważnymi wyzwaniami. Mamy też wiele do zrobienia. Na szczycie w Waszyngtonie sojusznicy wyznaczyli jasny kierunek w stronę bezpieczniejszego świata dla miliarda ludzi, którym służymy. Moim zadaniem jest teraz zapewnić, że wspólnie wdrożymy te decyzje i będziemy dalej dostosowywać Sojusz Północnoatlantycki do bardziej złożonego świata. Każdy z 32 sojuszników ma do odegrania swoją unikalną rolę. I nie ma rzeczy, której nie moglibyśmy osiągnąć razem.

„Moje trzy priorytety, jako nowego sekretarza Sojuszu Północnoatlantyckiego, to: zapewnienie zdolności do ochrony przed każdym zagrożeniem; wsparcie Ukrainy w walce z rosyjską agresją; zmierzenie się z rosnącymi globalnymi wyzwaniami dla bezpieczeństwa euroatlantyckiego”.

Przede wszystkim – nasze zdolności wojskowe. Podstawową misją NATO jest w końcu zapewnienie silnej polityki wspólnego odstraszania i obrony. W ciągu ostatniej dekady poczyniliśmy ogromne postępy w zapewnianiu, że dysponujemy siłami i zdolnościami do odstraszania i obrony przed każdym zagrożeniem, z dowolnego kierunku. Ale musimy iść dalej i szybciej, aby sprostać ogromnemu wyzwaniu, które przed nami stoi.

Potrzebujemy większych, lepiej wyposażonych sił, solidniejszego transatlantyckiego przemysłu obronnego, zwiększonych zdolności produkcyjnych w dziedzinie obronności, większych inwestycji w innowacje, a także zapewnienia bezpieczeństwa naszym łańcuchom dostaw. Sojusznicy już teraz zwiększają swoje wysiłki i planują nabyć tysiące systemów obrony powietrznej i artyleryjskiej, a oprócz tego setki nowoczesnych samolotów – głównie F-35 nowej generacji – a także zapewnić znaczne możliwości high-end.

.Ale aby naprawdę dopasować nasze możliwości do naszych potrzeb, musimy znacznie zwiększyć wydatki na obronę. Będę współpracować z sojusznikami, aby zapewnić, że zainwestujemy wystarczająco dużo w odpowiednie obszary i że będziemy sprawiedliwie dźwigać ciężar naszej zbiorowej obrony. Każdy z nas musi zapłacić swoją sprawiedliwą część.

PAP/Mira Suchodolska/MJ

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 28 lutego 2026