Edward LUCAS: Bezpieczeństwo Europy wymaga zdolności do obrony przed Rosją

Bezpieczeństwo Europy wymaga zdolności do obrony przed Rosją

Photo of Edward LUCAS

Edward LUCAS

Brytyjski dziennikarz, europejski korespondent tygodnika „The Economist”. Autor “The New Cold War: Putin’s Russia and the Threat to the West”

Ryc. Fabien CLAIREFOND

zobacz inne teksty Autora

W planowaniu obronnym trzeba wreszcie zacząć odróżniać marzenia od koszmarów, a jedne i drugie od halucynacji – pisze Edward LUCAS

.Szef NATO nie pozostawił złudzeń co do tego, jak według niego wyglądałaby obrona Europy bez udziału USA. „Możecie sobie marzyć” – powiedział Mark Rutte podczas posiedzenia komisji Parlamentu Europejskiego. Jego zdaniem, aby zastąpić amerykańskie zdolności nuklearne i konwencjonalne, Europa musiałaby przeznaczać na obronę 10 procent PKB. „Powodzenia”.

Mark Rutte jest politykiem sprawnym i doświadczonym. Jego prawdziwym adresatem był zapewne jeden człowiek zasiadający w Gabinecie Owalnym, a nie kilkudziesięciu europosłów zgromadzonych w Brukseli. Tyle że jego argument nie wytrzymuje próby. Gdyby obrona Europy oznaczała konieczność posiadania sił i sprzętu zdolnych do prowadzenia wojen ekspedycyjnych na miarę amerykańskich misji w Iraku i Afganistanie, rachunek rzeczywiście byłby odstraszający: biliony dolarów w ciągu piętnastu lat. Ale bezpieczeństwo militarne Europy nie wymaga globalnego zasięgu. Nie wymaga zdolności do prowadzenia wojen na drugim końcu świata. Wymaga zdolności do obrony przed Rosją.

Jednak w wymiarze czysto liczbowym nawet ten aspekt wciąż zależy od Amerykanów. I nie chodzi tylko o 76 900 żołnierzy USA stacjonujących w Europie – w tym brygady pancerne rozmieszczone w Polsce i Rumunii – ani o zaplecze logistyczne i magazyny 21st Theater Sustainment Command z siedzibą w Kaiserslautern. W razie kryzysu kluczowe pozostają siły amerykańskie. Największą i najbardziej sprawną armią w Europie są dziś Ukraińcy, a nie europejska część NATO.

To fakt niepokojący, ale bynajmniej nie koszmarny. Wręcz przeciwnie. Skoro Ukraina – państwo znacznie mniejsze i uboższe od Rosji – potrafiła niemal zatrzymać machinę wojenną Władimira Putina, Europa może osiągnąć znacznie więcej, o ile tylko zechce. Nie potrzebuje wcale pełnego pakietu zdolności z najwyższej półki, ciężkiego lotnictwa transportowego tankowanego w powietrzu, floty oceanicznej czy lotniskowców, czyli tego rodzaju narzędzi, które Stanom Zjednoczonym mogą się przydać w przyszłej konfrontacji z Chinami. Europa potrzebuje przede wszystkim woli politycznej, by wspierać Ukrainę, zwiększać wydatki obronne i wydawać je mądrzej, zwłaszcza na nowe technologie sprawdzone na ukraińskim polu walki.

Te kroki zwiększyłyby wiarygodność Europy, a przy tym wzmocniły odstraszanie, jeszcze zanim praktyczne skutki tych kroków mogłyby się w pełni ujawnić. Politycy, którzy wyraźnie pokazują gotowość do ponoszenia kosztów i ryzyka w sprawach obrony, z większym prawdopodobieństwem zrobią też wszystko, by skutecznie ukarać każdego potencjalnego agresora.

Widać już pierwsze dające nadzieję sygnały. Z tego, co słyszę, wynika, że Francja, Niemcy i Wielka Brytania prowadzą na najwyższym szczeblu tajne rozmowy o zacieśnieniu współpracy obronnej na wypadek amerykańskiego odwrotu. Szwecja – jeszcze niedawno orędownik rozbrojenia i moralnej poprawności – rozmawia z Brytyjczykami o nuklearnych środkach odstraszania.

Na razie rozmowy te opierają się na trzech założeniach: że zmiana będzie uporządkowana, że Amerykanie utrzymają w Europie szczątkową obecność i że w razie potrzeby będą gotowi włączyć się do walki. Jednak żadnej z tych ewentualności nie można brać za pewnik. Nowa amerykańska strategia obronna uznaje rosyjskie zagrożenie dla europejskiej części NATO za możliwe „do opanowania” i zapowiada, że liczebność sił USA w Europie zostanie skorygowana pod kątem „zagrożenia dla amerykańskich interesów”. W grudniu Reuters informował, że Waszyngton chce, aby do 2027 roku europejscy sojusznicy wzięli na siebie zasadniczy ciężar obrony konwencjonalnej – to termin zdecydowanie zbyt bliski. Niewielu zaufa też parasolowi nuklearnemu zależnemu od kapryśnego temperamentu obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych.

W mniej optymistycznym scenariuszu Stany Zjednoczone mogą okazać się nie tylko niewiarygodnym partnerem, lecz wręcz przeciwnikiem. Co się stanie, jeśli Donald Trump zażąda od europejskich sojuszników wywarcia presji na Ukrainę, aby ta podpisała niekorzystne porozumienie o zawieszeniu broni? Albo znów rzuci w przestrzeń publiczną niedorzeczny pomysł aneksji cudzych terytoriów? A jeśli jeszcze mocniej skupi się na demontażu zdolności Unii Europejskiej do narzucania reguł gry? Lub jeśli ideolodzy spod znaku MAGA zwiększą ataki na to, co postrzegają jako zgniłą, miękką europejską „wokowość”?

.Najpoważniejszym testem dla europejskich decydentów nie będzie konfrontacja z Putinem, lecz umiejętność poradzenia sobie ze Stanami Zjednoczonymi.

Panie Rutte, Pański samolot do Waszyngtonu jest gotowy do odlotu.

Edward Lucas

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 23 lutego 2026