
Europa mogłaby się obronić, gdyby zechciała ponieść niezbędne koszty
Pod względem realnej zdolności do podejmowania decyzji geopolityczny środek ciężkości Europy przesunął się na północ i wschód. W sytuacji, gdy Francja i Niemcy ugrzęzły w sporach wewnętrznych, warto wziąć przykład z państw znad Bałtyku – odpornych, spójnych i trzeźwo myślących o bezpieczeństwie – pisze Edward LUCAS
.Za 21 tygodni europejscy przywódcy będą pakować walizki na szczyt NATO w Ankarze. Może być gorąco. Większość państw (z wyjątkiem krajów nordyckich, bałtyckich i Polski) nie wykazuje większych postępów w realizacji obietnicy złożonej na ubiegłorocznym szczycie w Hadze, by do 2035 roku zwiększyć wydatki obronne do 5 procent PKB. Wielka Brytania wypada szczególnie blado. Donald Trump nie będzie zadowolony, a Władimir Putin nadal będzie spał spokojnie.
Poturbowani i oszołomieni chaotycznymi ruchami prezydenta USA Europejczycy patrzą dziś na amerykańskiego hegemona z niespotykaną dotąd nieufnością. Wciąż jednak nie chcą ponieść kosztów emancypacji. Retoryka kwitnie: wraca pomysł stworzenia europejskiej armii, pojawiają się też głosy, by Unię Europejską uczynić substytutem NATO. „Możecie sobie marzyć” – uciął te rozważania sekretarz generalny NATO Mark Rutte, zwracając się w zeszłym miesiącu do komisji obrony i spraw zagranicznych Parlamentu Europejskiego. Jego zdaniem, aby zastąpić amerykańskie zdolności nuklearne i konwencjonalne, Europa musiałaby przeznaczać na obronę 10 procent PKB. „Powodzenia”.
A jednak – jak zauważa Robert Pszczel, były wysoki urzędnik NATO, dziś związany z warszawskim Ośrodkiem Studiów Wschodnich – Europa już teraz posiada ok. dwie trzecie sił potrzebnych do własnej obrony. „Tyle że ta brakująca jedna trzecia jest wyjątkowo istotna”.
Europejskie systemy rozpoznania i łączności satelitarnej są niewystarczające i podatne na rosyjskie ataki. Spośród 100 tysięcy amerykańskich żołnierzy stacjonujących lub rotujących w Europie kluczowe znaczenie mają dwie pancerne brygady bojowe oraz – mniej efektowne, lecz niezbędne – zaplecze logistyczne 21st Theater Sustainment Command z siedzibą w Kaiserslautern. Brakuje nam masy, a konkretnie 200 tysięcy żołnierzy, broni i amunicji, które USA mogłyby zaangażować w razie kryzysu. Jedyną naprawdę wielką armią w Europie pozostaje dziś armia ukraińska. Europejczykom dramatycznie brakuje też dalekosiężnych precyzyjnych środków rażenia, które stanowią ostatnią deskę ratunku przed koniecznością sięgnięcia do broni jądrowej.
.Co gorsza, Stany Zjednoczone mogą okazać się nie tylko niewiarygodnym partnerem, lecz wręcz przeciwnikiem. Co się stanie, jeśli Donald Trump zażąda od europejskich sojuszników wywarcia presji na Ukrainę, aby ta podpisała niekorzystne porozumienie o zawieszeniu broni? Albo znów spróbuje przejąć cudze terytoria? Co, jeśli postanowi zniszczyć zdolności Unii Europejskiej do narzucania reguł gry? Lub jeśli ideolodzy spod znaku MAGA zwiększą ataki na to, co postrzegają jako zgniłą, miękką europejską „woke’owość”? Stany Zjednoczone mogą bezlitośnie wykorzystać zależność Europy od ich sił obronnych.
Za kulisami rozsypują się założenia, które przez dekady uchodziły za nienaruszalne. Francja, Niemcy i Wielka Brytania prowadzą na najwyższym szczeblu tajne rozmowy o zacieśnieniu współpracy obronnej, która ma pomóc Europie przygotować się na nagłe ograniczenie amerykańskiego wsparcia w zakresie obecności. Według raportu ujawnionego w grudniu przez Instytut Reutersa mogłoby to nastąpić już w 2027 roku. Szwecja, niegdyś bezwzględny przeciwnik stosowania bomb, rozmawia dziś o współdzieleniu broni jądrowej z Wielką Brytanią i Francją. Polska rozważa własny program nuklearny. Amerykańscy urzędnicy z rozbrajającą swobodą określają to „przyjazną proliferacją”. Wojskowi decydenci, zaniepokojeni zależnością od produkowanych w USA rakiet Trident stanowiących trzon odstraszania nuklearnego, rozważają też przywrócenie RAF zdolności do zrzutu bomb atomowych, której Królewskie Siły Powietrzne nie mają od 1998 roku (nieważne, że koszt tego przedsięwzięcia wyniósłby ok. dziesięciu miliardów funtów).
Ten zwrot ku samowystarczalności oznacza nie tylko ogromne wydatki, lecz także większe ryzyko i skromniejsze ambicje. Europa zamieniłaby hojnie subsydiowaną, najwyższej jakości obronę amerykańską na wersję własnej produkcji – bardziej poszarpaną i mniej pewną. Oznaczałoby to pożegnanie z marzeniami o globalnych wpływach (w przypadku Wielkiej Brytanii także z lotniskowcami, Falklandami, Zatoką Perską i Australią) oraz koncentrację na zadaniu węższym, lecz pilniejszym: powstrzymywaniu rosyjskiej agresji.
Dla europejskiej części NATO, z PKB rzędu 20 bilionów funtów i populacją przekraczającą 700 milionów, poradzenie sobie z Rosją – PKB 2,5 biliona, 143 miliony mieszkańców – jest, przy odrobinie czasu, jak najbardziej wykonalne. W końcu Ukraina, państwo znacznie mniejsze i uboższe, niemal zatrzymała machinę wojenną Putina. Problem w tym, że Brytyjczycy – podobnie jak większość mieszkańców Europy Zachodniej – przywykli zlecać obronę na zewnątrz, a nie traktować ją jako element codziennego życia. Wzdrygnęlibyśmy się na myśl o niedogodnościach, kosztach i ryzyku, które Finlandia czy państwa bałtyckie przyjmują bez szemrania. Nie mówiąc już o ofierze Ukrainy, marznącej, krwawiącej i pogrążonej w żałobie.
Przywrócić pobór, wstąpić do rezerw, nauczyć się obrony cywilnej, zachować czujność wobec szpiegów i sabotażystów – trudno sobie wyobrazić, by nasza płochliwa, rozpieszczona populacja masowo na to przystała. Jeszcze mniej prawdopodobne, byśmy zgodzili się wydawać ponad 5 procent PKB na nowe głowice jądrowe, obronę powietrzną (brytyjska jest przerażająco rachityczna) oraz odbudowę uwiązanej w portach marynarki i armii lądowej, która znajduje się w stanie chronicznej zapaści. Zawstydzające, że Wielka Brytania ma problem z wysłaniem do Estonii nawet tysiąca żołnierzy bojowych. Narzekamy, nie bez racji, że jesteśmy spychani na margines unijnych inicjatyw obronnych. Tyle że sąsiedzi odsuwają nas na bok nie bez powodu.
.Pod względem realnej zdolności do podejmowania decyzji geopolityczny środek ciężkości Europy przesunął się na północ i wschód. W sytuacji, gdy Francja i Niemcy ugrzęzły w sporach wewnętrznych, warto wziąć przykład z państw znad Bałtyku – odpornych, spójnych i trzeźwo myślących o bezpieczeństwie. Nasi sojusznicy z tego regionu są coraz bardziej poirytowani brytyjskimi zaniedbaniami dotyczącymi Joint Expeditionary Force, formacji, którą Londyn miał przecież prowadzić. Powinien to być priorytet, nie projekt pozostawiony sam sobie.
Już teraz możemy robić znacznie więcej: wzmocnić Ukrainę i zwiększyć presję na Putina, przejmować rosyjskie tankowce i zamrażać aktywa oraz intensyfikować działania, które pogłębiają gospodarcze, społeczne i polityczne problemy Kremla.
Wszystko to składa się na wiarygodny plan B. Im więcej robimy, by bronić się sami, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że będziemy musieli sięgać po stary plan A, zależny od siły i przywództwa Stanów Zjednoczonych. Tyle że zastąpienie Amerykanów bez drażnienia ich ambicji będzie trudne. Mogą pomstować na europejską słabość, ale daje im ona dźwignię, z której niechętnie zrezygnują. Złotousty Rutte nie będzie się nudzić.






