Od de Gaulle’a do Macrona. Jak Francja przestała wierzyć w inscenizację prezydentury

Wakacyjne zdjęcie Emmanuela Macrona na skuterze wodnym wywołało spór, którego znaczenie wykracza daleko poza ocenę sposobu wypoczynku prezydenta. Fotografia stała się zwierciadłem kryzysu zaufania, w którym niemal każdy gest francuskiego polityka podejrzewany jest o sztuczność, a wybory prezydenckie w 2027 roku coraz wyraźniej zapowiadają się jako walka nie tylko o program i władzę, lecz również o wiarygodność.
.Okładka „Paris Match”, na której Emmanuel Macron przecina morze na skuterze wodnym, nie jest pierwszą próbą pokazania francuskiego prezydenta poza oficjalnym ceremoniałem Pałacu Elizejskiego. Nie jest nawet najbardziej ostentacyjnym wakacyjnym obrazem w historii V Republiki. Sam przebieg sporu, reakcję Oliviera Faure’a oraz jego znaczenie dla rywalizacji na francuskiej lewicy opisaliśmy w tekście „Emmanuel Macron na skuterze wodnym rozpala spór przed wyborami 2027”. Znacznie ważniejsze pozostaje jednak pytanie, dlaczego zdjęcia, które w przypadku Valéry’ego Giscarda d’Estaing albo Jacques’a Chiraca budowały obraz prezydenta dostępnego i nowoczesnego, w przypadku Emmanuela Macrona natychmiast stają się dowodem oderwania od społeczeństwa.
Paul Melun postawił na łamach „Journal du Dimanche” trafną diagnozę: przedmiotem sporu nie jest już sam charakter zdjęcia, lecz podejrzenie o nieszczerość. Francuzi nie oburzają się wyłącznie dlatego, że prezydent wypoczywa, uprawia sport albo pozwala się fotografować poza gabinetem. Reagują na rozdźwięk między obrazem polityka a własną oceną rzeczywistości, w której państwo zmaga się z zadłużeniem, kryzysem instytucjonalnym, społecznym zmęczeniem i poczuciem utraty kontroli. Fotografia nie tworzy tego rozdźwięku, lecz nadaje mu kształt, który można zobaczyć i natychmiast rozpowszechnić.
Prezydent Republiki ma dwa ciała
Historyk Ernst Kantorowicz opisywał niegdyś średniowieczną teorię „dwóch ciał króla”: śmiertelnego ciała człowieka oraz trwałego ciała politycznego, symbolizującego państwo i ciągłość władzy. V Republika nie jest monarchią, ale francuski prezydent pozostaje europejskim przywódcą, wobec którego ta metafora zachowuje szczególną aktualność. Konstytucja z 1958 roku, a następnie wprowadzenie w 1962 roku wyboru prezydenta w głosowaniu powszechnym nadały głowie państwa pozycję wykraczającą poza rolę arbitra między instytucjami. Pierwsze bezpośrednie wybory prezydenckie w 1965 roku ostatecznie związały urząd z osobą przywódcy, jego charakterem, głosem, gestami i sposobem przedstawiania własnego życia.
Charles de Gaulle doskonale rozumiał, że autorytet nie wynika jedynie z zakresu kompetencji zapisanych w konstytucji. Budował go za pomocą dystansu, ceremoniału, historycznego języka i własnej biografii przywódcy Wolnej Francji. Na oficjalnym portrecie wykonanym przez Jean-Marie Marcela stał w bibliotece Pałacu Elizejskiego, w stroju galowym, z ręką opartą na tomach konstytucji i historii Legii Honorowej. Nawet jego prywatność w Colombey-les-Deux-Églises była przedstawiana nie jako celebryckie życie poza urzędem, ale jako drugi wymiar tej samej służby Francji.
De Gaulle nie próbował przekonać obywateli, że jest jednym z nich. Chciał ich przekonać, że w określonym momencie historii potrafi ich wszystkich reprezentować. Jak wskazuje Kazimierz Michał Ujazdowski w tekście „Polskie fascynacje V Republiką„, monarchiczne skojarzenia związane z V Republiką odnoszą się przede wszystkim do stylu sprawowania władzy, podczas gdy jej fundament pozostaje republikański. Był to model autorytetu oparty nie na pozornej poufałości, lecz na zgodności między historyczną rolą, sposobem działania i publicznym obrazem przywódcy.
Ten porządek zaczął zmieniać Valéry Giscard d’Estaing. Gdy w 1974 roku wygrał wybory z wynikiem 50,81 proc. głosów, miał 48 lat i przedstawiał się jako prezydent nowoczesności, młodości oraz zerwania z surową estetyką gaullizmu. Jego oficjalny portret, wykonany przez Jacques’a-Henriego Lartigue’a, porzucał bibliotekę, insygnia i monumentalny dystans. Prezydent pojawiał się przed falującą francuską flagą, w zwyczajnym garniturze, patrząc bezpośrednio w obiektyw.
Giscard grał na akordeonie, występował u boku Yvette Horner, zapraszał paryskich pracowników oczyszczania miasta na śniadanie i odwiedzał francuskie rodziny przy kolacji. Pierwsze takie spotkanie odbyło się w grudniu 1974 roku u rodziny Cucchiarini w Paryżu, a do Pałacu Elizejskiego napłynęły później tysiące zaproszeń od obywateli. Wszystkie te wydarzenia sprawiały wrażenie spontanicznych, choć były starannie przygotowywane przez otoczenie prezydenta. Raymond Depardon pokazał mechanizm tej nowej polityki obrazu w filmie „1974, une partie de campagne”, który przez wiele lat nie był dopuszczany do publicznej dystrybucji.
Wakacyjne fotografie Giscarda z nagim torsem, w kąpielowych szortach albo podczas pływania należały do tej samej strategii. Miały dowodzić, że człowiek zajmujący najwyższy urząd nie jest postacią odgrodzoną od społeczeństwa przez ceremoniał. Początkowo strategia działała, ponieważ obraz młodego prezydenta odpowiadał jego politycznej obietnicy modernizacji. Kiedy jednak pojawiły się problemy gospodarcze i afera diamentów Bokassy, wcześniejsze gesty bliskości zaczęły być interpretowane jako wyreżyserowane zabiegi arystokraty próbującego wyglądać na człowieka z ludu.
François Mitterrand wyciągnął z tego doświadczenia odmienne wnioski. Jego wizerunek, budowany między innymi przez Jacques’a Séguélę, nie miał przedstawiać prezydenta jako sąsiada spotkanego na plaży. Słynna „spokojna siła” z kampanii 1981 roku łączyła socjalistyczną zmianę z niemal konserwatywną obietnicą ciągłości państwa. Na oficjalnym portrecie Gisèle Freund Mitterrand siedział w bibliotece z „Próbami” Montaigne’a w dłoniach, przedstawiając się jako człowiek kultury, historii i państwowego namysłu.
Także zdjęcia z Belle-Île, Latche czy bretońskiego wybrzeża nie obniżały Mitterranda do poziomu codzienności. Przeciwnie, wzmacniały aurę samotnego, skłonnego do refleksji patriarchy, który patrzy na krajobraz, jakby rozważał los Francji. Była to również inscenizacja, lecz pozostawała zgodna z publicznym charakterem prezydenta, jego językiem i sposobem sprawowania władzy. Właśnie ta zgodność decydowała o jej wiarygodności.
Jacques Chirac wybrał jeszcze inną drogę. Oficjalny portret wykonany przez Bettinę Rheims pokazywał go w ogrodzie Pałacu Elizejskiego, z rękami założonymi za plecami, ale prawdziwy kapitał wizerunkowy Chiraca tworzyły obrazy mniej oficjalne: przy stole, na targu, podczas podróży, w stroju kąpielowym, na leżaku albo wśród ludzi. Jego apetyt, bezpośredniość, zainteresowanie innymi i niechęć do nadmiernej intelektualizacji polityki układały się w spójną postać. Dlatego wiele fotografii Chiraca zyskuje dziś drugie życie w internecie, również wśród pokolenia, które nie pamięta jego prezydentury.
Sarkozy, Hollande i utrata niewinności
Poważne pęknięcie nastąpiło wraz z wyborem Nicolasa Sarkozy’ego. Wieczór zwycięstwa w restauracji Fouquet’s, obecność ludzi biznesu i show-biznesu, a następnie rejs na 70-metrowym jachcie „Paloma”, należącym do Vincenta Bollorégo, stworzyły obraz prezydentury zbyt blisko związanej z bogactwem i elitami gospodarczymi. Sarkozy nie wynalazł celebryckiej polityki, ale został pierwszym prezydentem V Republiki, którego prywatny styl życia podlegał nieprzerwanej obserwacji mediów informacyjnych, kolorowej prasy i rozwijającego się internetu.
Od tej chwili prywatne zdjęcie prezydenta przestało być niewinnym dodatkiem do polityki. Mogło zostać użyte jako skrót całej prezydentury, nawet jeśli nie przedstawiało żadnej decyzji państwowej. Sarkozy próbował później dokonać „reprezydencjalizacji” własnego wizerunku, wracając do powagi urzędu i międzynarodowej aktywności, lecz etykieta prezydenta „bling-bling” okazała się wyjątkowo trwała. Jedna seria obrazów z pierwszych dni po wyborze wpłynęła na sposób interpretowania kolejnych pięciu lat.
François Hollande odpowiedział obietnicą „normalnej prezydentury”. Oficjalny portret autorstwa Raymonda Depardona przedstawiał go w ruchu, w ogrodzie Pałacu Elizejskiego, bez monumentalności poprzedników. Pierwsze wakacje w Brégançon, spacery w koszulce polo oraz demonstracyjnie skromny sposób wypoczynku miały pokazać zerwanie ze stylem Sarkozy’ego. Okazało się jednak, że „normalność” nie tworzy automatycznie autorytetu, a w czasie kryzysu może zostać zinterpretowana jako brak odpowiedniej powagi.
Prezydent znalazł się w pułapce. Gdy pokazywał się jako zwyczajny człowiek, zarzucano mu, że nie dorasta do urzędu. Gdy próbował przyjmować bardziej uroczysty ton, uznawano go za sztucznego. Ujawnione przez magazyn „Closer” nocne przejazdy skuterem do aktorki Julie Gayet dodatkowo pokazały, że w epoce telefonów komórkowych i mediów społecznościowych Pałac Elizejski nie jest już w stanie zachować pełnej kontroli nad granicą między życiem publicznym i prywatnym.
Emmanuel Macron próbował połączyć wszystkie wcześniejsze modele. Wchodził samotnie na dziedziniec Luwru przy dźwiękach „Ody do radości”, przedstawiając swoje zwycięstwo jako moment historycznego przełomu. Mówił o „jowiszowym” charakterze prezydentury, a jednocześnie publikował fotografie z szatni piłkarskich, treningów bokserskich i bezpośrednich spotkań z obywatelami. Chciał być zarazem dziedzicem de Gaulle’a, nowoczesnym reformatorem w stylu Giscarda, człowiekiem kultury jak Mitterrand i dynamicznym przywódcą epoki cyfrowej.
Tę wielowarstwową ambicję widać na oficjalnym portrecie wykonanym przez Soazig de La Moissonnière. Na biurku znajdują się wspomnienia wojenne de Gaulle’a, dzieła André Gide’a i Stendhala, prezydencki zegar, kogut oraz dwa telefony komórkowe. Jest tam państwo, historia, literatura, technologia i osobista energia. Problem polega na tym, że mnogość symboli może zostać odczytana również jako nadmiar świadomie przygotowanych komunikatów.
Macronowska polityka obrazu była szczególnie skuteczna w 2017 roku, kiedy wspierała opowieść o młodym kandydacie rozbijającym dotychczasowy system partyjny. Dziesięć lat później ten sam język wizualny działa już inaczej, ponieważ Francuzi oceniają nie obietnicę nowego początku, lecz bilans dwóch kadencji. Szerzej analizujemy go w tekście „Jaką Francję zostawia Emmanuel Macron po dziesięciu latach prezydentury”. Skuter wodny nie symbolizuje więc dla krytyków energii nowoczesnego przywódcy, lecz końcową fazę prezydentury, której publiczny obraz coraz trudniej oddzielić od zarzutu politycznego osamotnienia.
Nieufność zmienia znaczenie każdego zdjęcia
Barometr zaufania politycznego CEVIPOF z 2026 roku pokazuje skalę problemu. Polityce ufa już tylko 22 proc. Francuzów, prezydentowi Republiki 18 proc., partiom politycznym 15 proc., a Zgromadzeniu Narodowemu 20 proc. Jednocześnie zaufanie do merów wynosi 60 proc., do szpitali 79 proc., do żandarmerii 77 proc., a do armii 75 proc. Francuzi nie odrzucają zatem wszystkich instytucji; odrzucają przede wszystkim te, które kojarzą im się z odległością, bezsilnością i niekończącym się spektaklem politycznym.
Jeszcze bardziej wymowne są odpowiedzi dotyczące sposobu sprawowania władzy. Aż 80 proc. badanych uważa, że rząd „nawiguje bez mapy”, 88 proc. twierdzi, że politycy nie biorą odpowiedzialności za własne porażki, a tylko 20 proc. wierzy, że próbują dotrzymywać składanych obietnic. W takim otoczeniu każda fotografia jest interpretowana przez domniemanie nieszczerości. Nawet prawdziwy moment wypoczynku zaczyna wyglądać jak zaplanowana kampania wizerunkowa.
Różnica między 60-procentowym zaufaniem do merów a 18-procentowym zaufaniem do prezydenta pokazuje, czego brakuje polityce centralnej. Obywatele ufają bliskości, którą mogą zweryfikować w codziennym doświadczeniu, nie zaś bliskości wytworzonej na potrzeby sesji zdjęciowej. Mer jest oceniany przez stan szkoły, ulicy, transportu i bezpieczeństwa w gminie. Prezydent pojawiający się w nieformalnej sytuacji może natomiast zostać uznany za polityka odgrywającego zwyczajność, której obywatele nie odnajdują w jego sposobie rządzenia.
Na tym polega zasadnicza różnica między epoką Giscarda i Chiraca a współczesnością. Dawniej redakcja magazynu mogła przedstawić fotografię w kontekście sprzyjającym prezydentowi, a odbiorca otrzymywał ją jako część zamkniętej opowieści. Dziś zdjęcie zostaje natychmiast wycięte z pierwotnego kontekstu, opatrzone komentarzem przeciwnika, przerobione na mem i włączone do trwającego konfliktu. Polityk nie kontroluje już znaczenia własnego wizerunku, nawet jeśli kontrolował moment jego powstania.
Nie bez znaczenia pozostaje również społeczne tło wakacyjnych fotografii. Kiedy część obywateli nie wyjeżdża na urlop ze względów finansowych, a debata publiczna koncentruje się na cenach, pożarach, upałach i ograniczeniach budżetowych, obraz polityka korzystającego z ekskluzywnej formy wypoczynku nabiera znaczenia klasowego. Nie musi przedstawiać rzeczywistej arogancji, aby zostać tak odczytany. Wystarczy, że potwierdza istniejące wcześniej przekonanie o odrębności życia elit.
Marcel Gauchet, którego diagnozę przedstawiamy w tekście „Demokracja zwyciężyła, ale nie potrafimy zapewnić jej prawidłowego funkcjonowania [Marcel GAUCHET]”, uważa, że współczesny kryzys jest przede wszystkim kryzysem wydolności demokracji oraz struktur zdolnych do przedstawienia wspólnego projektu. Polityka obrazu nie jest w stanie wypełnić tej pustki. Może jedynie na krótko ją przesłonić, a gdy jej sztuczność zostaje rozpoznana, dodatkowo pogłębia rozczarowanie.
Autentyczność stanie się stawką wyborów 2027
Znaczenie nieformalnego wizerunku kandydatów pokazuje badanie Verian z czerwca 2026 roku, w którym pytano Francuzów, z jakim politykiem najchętniej spędziliby wakacje. Jordan Bardella uzyskał 32 proc. wskazań, Gabriel Attal 23 proc., a Édouard Philippe i Marion Maréchal po 19 proc. Marine Le Pen osiągnęła 18 proc., François Hollande 16 proc., Emmanuel Macron 13 proc., Raphaël Glucksmann 12 proc., Jean-Luc Mélenchon 9 proc., a Bruno Retailleau 6 proc. Badanie nie jest prognozą wyborczą, ale pokazuje istnienie politycznego kapitału nieformalnej sympatii.
Jordan Bardella korzysta z wizerunku polityka młodego, zdyscyplinowanego i nieskażonego osobistą odpowiedzialnością za wcześniejsze rządy. Jego obecność w mediach społecznościowych jest profesjonalnie przygotowana, ale dla znacznej części elektoratu nie przeczy to autentyczności, ponieważ pozostaje zgodna z rolą przedstawiciela pokolenia cyfrowego i przeciwnika dotychczasowego systemu. Marine Le Pen przez wiele lat budowała z kolei obraz osoby bardziej prywatnej, dostępnej i oswojonej niż jej ojciec, łącząc polityczną stanowczość z opowieścią o życiu rodzinnym oraz przywiązaniu do zwierząt. Normalizacja Zjednoczenia Narodowego była również wielką operacją wizerunkową, lecz okazała się skuteczna, ponieważ towarzyszyła zmianie języka, kadr i strategii partii.
Édouard Philippe próbuje opierać wiarygodność na doświadczeniu premiera oraz wieloletniego mera Hawru. W kraju, w którym lokalni samorządowcy cieszą się trzykrotnie większym zaufaniem niż prezydent, może to być jeden z jego najważniejszych kapitałów. Gabriel Attal stawia na młodość, energię i zdolność szybkiego reagowania, ale będzie musiał udowodnić, że nie jest jedynie kolejną wersją macronizmu. Bruno Retailleau buduje natomiast wizerunek surowości, porządku i ideowej konsekwencji, świadomie ograniczając celebrycki wymiar swojej obecności publicznej.
Szczególny problem dotyczy Raphaëla Glucksmanna. Fotografie z Léą Salamé mogą wzmacniać jego rozpoznawalność i pokazywać życie prywatne potencjalnego kandydata, ale jednocześnie przypominają o bliskości świata polityki, mediów i paryskich elit. Nie oznacza to żadnej niestosowności, lecz tworzy pytanie o granice ról, które w kampanii zdominowanej przez nieufność będzie wielokrotnie powracać. Polityczną pozycję lidera Place publique przedstawiamy szerzej w tekście „Raphaël GLUCKSMANN chce odzyskać Francję dla patriotycznej lewicy”.
Jean-Luc Mélenchon reprezentuje odmienny model autentyczności. Nie próbuje być politykiem spokojnym ani powszechnie lubianym, lecz przywódcą wyrazistym, którego gniew ma odpowiadać gniewowi części społeczeństwa. François Ruffin wykorzystuje natomiast biografię reportera, przywiązanie do Pikardii i język problemów społecznych, aby podkreślać dystans wobec paryskiego establishmentu. Różne strategie łączy jedno: każdy potencjalny kandydat wie, że sama kompetencja nie wystarczy, jeśli wyborcy uznają go za reprezentanta zamkniętego świata elit.
Pełny układ sił, kalendarz i scenariusze kampanii przedstawia kompendium „Wybory prezydenckie Francja 2027. Kto wygra, sondaże, kandydaci. Kompletny przewodnik”, zaś najważniejsze problemy programowe i ustrojowe rozwija opracowanie „Wybory we Francji 2027. Najważniejsze pytania i odpowiedzi”. Do tych pytań należy dziś dodać jeszcze jedno: kto zdoła odbudować związek między wizerunkiem, biografią, programem i rzeczywistym doświadczeniem Francuzów.
Wybory w 2027 roku nie zostaną rozstrzygnięte przez jedną okładkę ani jedno wakacyjne zdjęcie. Obrazy będą jednak decydowały o sposobie interpretowania wydarzeń, ponieważ prezydentura francuska pozostaje urzędem wyjątkowo silnie związanym z osobą przywódcy. Kandydat może mieć dobry program, ale przegrać, jeśli jego gesty zostaną uznane za sztuczne. Może również korzystać z niedoskonałego obrazu, jeżeli wyborcy dostrzegą w nim prawdę odpowiadającą ich własnemu doświadczeniu.
Najważniejszym wyzwaniem nie jest zatem znalezienie nowego sposobu pozowania. Jest nim odzyskanie zgodności między tym, co polityk pokazuje, co mówi i co rzeczywiście robi. Przy poziomie nieufności notowanym przez CEVIPOF kolejna sprawna kampania komunikacyjna nie odbuduje sama autorytetu Republiki. Francuzi nie domagają się prezydenta pozbawionego życia prywatnego, lecz przywódcy, którego życie publiczne nie wygląda jak nieprzerwana inscenizacja.
Zdjęcie Emmanuela Macrona na skuterze wodnym nie wywołało więc kryzysu. Ujawniło kryzys istniejący od dawna, ukryty pod powierzchnią instytucji i oficjalnych przemówień. Francuzi nadal patrzą na swoich prezydentów z fascynacją właściwą narodowi, który nadał wyborom prezydenckim rangę republikańskiej koronacji. Coraz rzadziej jednak wierzą, że to, co widzą, jest prawdą.
Arkadiusz Jordan
Paryż





