Współcześni ludzie mają podejście do muzyki klasycznej jak do szpinaku [Agnieszka DUCZMAL]

Koncertem „80. Urodziny Maestry Agnieszki Duczmal” uznana w świecie poznańska dyrygentka uczci 18 stycznia w Auli UAM w Poznaniu swój jubileusz. Pokieruje założoną przez siebie w 1968 r. Orkiestrą Kameralną Polskiego Radia Amadeus. W rozmowie z artystka przyznała, że jest człowiekiem spełnionym.

Koncertem „80. Urodziny Maestry Agnieszki Duczmal” uznana w świecie poznańska dyrygentka uczci 18 stycznia w Auli UAM w Poznaniu swój jubileusz. Pokieruje założoną przez siebie w 1968 r. Orkiestrą Kameralną Polskiego Radia Amadeus. W rozmowie z artystka przyznała, że jest człowiekiem spełnionym.

Przypadający 7 stycznia dzień swoich 80. urodzin spędziła pani w pracy – w siedzibie Orkiestry Amadeus.

Agnieszka Duczmal: Rzeczywiście, tak się złożyło, że właśnie tego dnia rozpoczynaliśmy próby przed koncertem jubileuszowym. Ale to był bardzo miły dzień pracy: gdy weszłam na salę prób, były kwiaty, życzenia, muzycy odegrali mi „Sto lat”. Trochę jeszcze z niedowierzaniem patrzę na tę liczbę z ósemką z przodu, ze spokojem przyjmuję jednak to, co przynosi czas.

Od przeszło roku nie jest już pani dyrektorem założonej przez siebie orkiestry. Po 56 latach oddała pani swoje dzieło do poprowadzenia córce, Annie Duczmal-Mróz. Odpoczywa pani od obowiązków?

Agnieszka Duczmal: Te ostatnie miesiące to był czas, w którym mogłam się wreszcie zająć swoim zdrowiem. Wcześniej po prostu nie było czasu na skupienie się na różnych drobnych, przynależnych wiekowi dolegliwościach. Pożegnałam się z dyrektorowaniem, ale nie z orkiestrą. Mieliśmy kilka wspólnych koncertów, kolejny już za chwilę. Tak jak zapowiadałam, wciąż tu jestem i wciąż wspieram radą nową dyrektor. Nie można więc powiedzieć, że mam dla siebie dużo więcej czasu. Ale jest zasadnicza różnica: spadł ze mnie ciężar odpowiedzialności, który jako szefowa Amadeusa dźwigałam przez przeszło pół wieku. A odpowiedzialność za ludzi, z którymi się współpracuje, których byt zależy od tego, jak potrafię się nimi zająć, to ciężar bardzo duży. Pod tym względem rezygnacja z kierowania orkiestrą była przełomem w moim życiu.

Jako ośmioletnia dziewczynka, po pierwszym koncercie symfonicznym, na którym była pani z ojcem, miała pani powiedzieć, że orkiestra to najpiękniejszy instrument na świecie. Jak życie zweryfikowało tę dziecięcą ocenę?

Agnieszka Duczmal: W dalszym ciągu tak uważam! Niektórzy przyznają w tej kwestii prymat głosowi, ale głos jest przecież instrumentem naturalnym. Na brzmienie orkiestry składa się nie tylko zbiór przyrządów wydających dźwięki, ale i wszystko to, czym dysponują i jakimi osobowościami są muzycy wchodzący w skład zespołu. Ulubioną odmianą tego najpiękniejszego instrumentu jest dla mnie oczywiście orkiestra kameralna. To z nią mogę dopracowywać najdelikatniejsze szczegóły interpretacji muzyki.

Pamięta pani emocje, które pojawiły się, gdy po raz pierwszy stanęła pani jako dyrygent przed orkiestrą?

Agnieszka Duczmal: Pierwsze spotkanie z zespołem muzycznym jest dla młodego dyrygenta wstrząsem. Trafia on w może najmniej wygodne do odbioru muzyki miejsce: gdy staje pomiędzy różnymi instrumentami, zaczyna słyszeć orkiestrę zupełnie inaczej niż meloman na sali koncertowej. Najistotniejsze jest jego wsłuchiwanie się w orkiestrę – muzycy przekazują nam, dyrygentom, swoje wyobrażenia o utworze. Każdy z nich ma swoje umiejętności, własny sposób wydobywania dźwięku. To tak, jakby każdy z okalających dyrygenta instrumentów chciał mu osobno coś przekazać. A jego zadaniem jest, by te głosy scalić w jedno brzmienie.

Co przede wszystkim zdecydowało o sukcesie osiągniętym przez panią i przez Amadeusa?

Agnieszka Duczmal: Moim zdaniem sekret powodzenia tkwi w wypracowanym przez nas sposobie interpretacji, w charakterystycznej barwie brzmienia orkiestry i w naszej sprawności technicznej. No i w energii, którą emanuje cały zespół, łącznie z dyrygentem. To wszystko składa się na unikalny sposób przekazywania muzyki. Mnie wyróżnia specyficzny sposób dyrygowania. Jakieś znaczenie miało też to, że zaczęłam pracę jako jedna z pierwszych dyrygentek.

Jak po kilkudziesięciu latach pani pracy artystycznej wypada osobisty bilans zysków i kosztów?

Agnieszka Duczmal: Przez całe życie miałam dwie rodziny: orkiestrę i tę prywatną. Trochę się to przeplatało, ponieważ mój mąż przez prawie całe życie zawodowe grał w Amadeusie. Gdziekolwiek jeździliśmy z orkiestrą, jeździliśmy razem. Doczekaliśmy się trójki dzieci. Niejednokrotnie musiały zostać pod opieką kogoś z najbliższych – bo my byliśmy w drodze. Muzyka nie przesłoniła mi całego świata: chciałam mieć możliwość czytania książek, obcowania z przyrodą, bo to mnie wzbogacało i uzupełniało moją osobowość. Kluczem było zawsze ustalanie priorytetów. Nie mieliśmy z mężem jakiegoś wielkiego życia towarzyskiego – albo była praca zawodowa, albo zajmowaliśmy się domem i dziećmi. Dziś jestem szczęśliwa, bo dzieci mówią, że jestem wspaniałą mamą. Skoro tak mówią – trudno tu mówić o kosztach.

Pierwsze dekady Amadeusa przypadły na czas kulturalnego rozkwitu Poznania — miasta „Poznańskich Słowików” Stefana Stuligrosza, Młodzieżowego Ruchu Miłośników Muzyki „Pro Sinfonika”, także sukcesów Estrady Poznańskiej. Czy takie środowisko miało wpływ na rozwój pani orkiestry?

Agnieszka Duczmal: Oczywiście! Zawsze lepiej wzrasta się na urodzajnej, żyznej ziemi. Wiele zależy też od ludzi, którzy zarządzają miastem lub w których rękach jest możliwość wsparcia. Mieliśmy szczęście współpracować z osobami wrażliwymi na kulturę. Melomanem był prezydent Poznania Andrzej Wituski, dobrze rozumiał nasze potrzeby szef regionalnego ośrodka telewizji Zbigniew Napierała. To dzięki nim miałam siły, by walczyć o orkiestrę i ją rozwijać; wspólnie pokonywaliśmy trudności. Dziś mamy wsparcie w urzędzie marszałkowskim oraz w osobie marszałka Marka Woźniaka.

Jako uznana dyrygentka mogła pani przenieść się w dowolne miejsce na świecie – została pani w Poznaniu. Dlaczego?

Agnieszka Duczmal: Bo to jest moje miejsce. Po prostu.

W 2009 roku zaprosiła pani media do sali prób, w której między muzykami stały wiadra, bo z sufitu w czasie deszczu lała się woda. Mówiła pani: „Jesteśmy otoczeni kocami azbestowymi. Mury się sypią. Zimą muzycy grają w płaszczach – ogrzewanie i instalacja elektryczna są niewydolne. W toaletach czujemy się jak na dworcu kolejowym w latach 50.”. Wydaje się, że łatwiej było państwu podbić świat, niż wywalczyć godne warunki pracy.

Agnieszka Duczmal: Rzeczywiście, nie są to problemy, o których myśli się, zakładając orkiestrę. A wtedy naprawdę kapało nam na głowę. Szczęśliwie udało nam się doprowadzić do końca remont naszej siedziby. Teraz orkiestra pracuje już w innych warunkach. Liderzy instytucji takich jak nasza zajmują się rzeczami czasem bardzo odległymi od spraw kultury i sztuki. Dużo się zmieniło po przemianach ustrojowych. Kiedyś o naszą promocję i o nawiązywanie kontaktów zagranicznych dbały wyspecjalizowane instytucje, dziś te zadania spoczywają na szefie orkiestry.

Kończąc kierowanie Amadeusem powiedziała pani: „Myślę, że wykorzystałam te pięć minut, które człowiek czasami dostaje”. To chyba niezwykłe szczęście móc o sobie tak powiedzieć.

Agnieszka Duczmal: Rzeczywiście, jestem człowiekiem spełnionym. Miałam możliwość założenia studenckiej orkiestry. Potem pojawiła się szansa przekształcenia jej w profesjonalny zespół Polskiego Radia i Telewizji, a następnie w Orkiestrę Kameralną Polskiego Radia Amadeus. Od 11 lat jest ona instytucją kultury wielkopolskiego samorządu, a w 2018 roku do współprowadzenia dołączyło Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. To wszystko składa się na te moje pięć minut.

Jak dzisiaj układają się relacje pomiędzy panią a członkami orkiestry kierowanej już przez Annę Duczmal-Mróz?

Agnieszka Duczmal: One są niezmienne. Tak samo się kochamy, tak samo współpracujemy i w dalszym ciągu mam tę satysfakcję, że muzycy reagują na mój najdrobniejszy gest. Odpowiadają taką muzyką, jaką sobie wymarzę. Jestem dumna z tego, że jesteśmy zespołem, który — jak podkreślam — potrafi grać rubato. Że możemy wspólnie opowiadać różne historie za pomocą muzyki, a nie tylko wytaktowywać i wystukiwać dźwięki.

Dekadę temu powiedziała pani o córce: „Kto wie, czy nie ma większego talentu ode mnie”. Ma?

Agnieszka Duczmal: Trudno kłaść na szali nasze talenty. Na pewno jest trochę inna, ma inny charakter, ale i wielki potencjał, charyzmę. Zespół pod jej ręką będzie znakomity. Anna wychowała się pod skrzydłami Amadeusa; marzyłam sobie w cichości ducha, że byłoby świetnie, gdyby to ona kontynuowała to, co osiągnęłam. Szczęśliwie, choć miała propozycje objęcia orkiestr za granicą, zdecydowała się zostać z nami.

Był czas, gdy niechętnie udzielała pani wywiadów, by nie odpowiadać nieustająco na pytania o to, jak to jest być dyrygentką.

Agnieszka Duczmal: Zawsze chciałam, by traktowano mnie po prostu jako muzyka; żebym podlegała tym samym kryteriom oceny. Nie chciałam stanowić osobnego zbioru — kobiet, które są dyrygentami. Bywało jednak z tym różnie, co mobilizowało mnie do postawy: „ja wam wszystkim pokażę”.

Jest pani pierwszą dyrygentką, która wystąpiła w mediolańskiej La Scali — o to też często była pani pytana. Czy nie wolała pani czasem być jednak jedną z kolejnych dyrygentek w tym miejscu?

Agnieszka Duczmal: Ależ ja z występu w La Scali jestem naprawdę dumna! Czułam się jak co najmniej odkrywca Ameryki. Było to duże przeżycie nie tylko dla mnie, ale także dla organizatorów występu i dyrektora mediolańskiej opery. Zresztą nie tylko w tej sali byłam pierwszą dyrygentką, więc podobnych radości było więcej.

Nie ma pani wrażenia, że muzyka klasyczna przestaje interesować świat i że jest jej w naszym otoczeniu coraz mniej?

Agnieszka Duczmal: Za sprawą mediów na pierwszy plan zdecydowanie wysunęła się współczesna muzyka rozrywkowa. Wystarczy włączyć radio czy telewizję, by usłyszeć jazgot, łomot – nawet piosenki przestały być melodyjne. Współcześni ludzie nie znają muzyki klasycznej i mają do niej podejście jak do szpinaku: nie lubią, chociaż nie wiedzą nawet, jak on smakuje. Muzyki nie uczy szkoła. A przecież dzisiejsza muzyka klasyczna to nie tak dawna muzyka rozrywkowa. Wielokrotnie słyszałam zachwyty dojrzałych, dobrze wykształconych osób, którym po raz pierwszy dane było być na koncercie muzyki klasycznej. Pewien inżynier w Kuwejcie powiedział do mnie: „Nie wiedziałem, że to jest takie piękne”.

Czy walka z postępującą analfabetyzacją muzyczną jest już przegrana?

Agnieszka Duczmal: Wciąż jeszcze nie. Koncerty muzyki klasycznej dla dzieci są oblegane. Z dzieci przyprowadzanych na nie przez rodziców wyrosną melomani. Widzimy, że na naszych koncertach znów pojawia się więcej osób — choć często są to osoby starsze. Dla dwojga seniorów zakup biletów to już pewien wysiłek finansowy. Muzyka klasyczna wymaga promocji i docierania do nowych grup odbiorców. Pod tym względem dawny świat był prostszy: wystarczył kontakt orkiestry z pracownikiem kulturalno-oświatowym w fabryce. Przedsiębiorstwo kupowało pulę biletów i wręczało je pracownikom. Ci mogli przyjść, zobaczyć, posłuchać, poznać.

Czy ma pani jeszcze zawodowe marzenia, które nie zostały spełnione? Jakie wyzwania są dziś przed panią?

Agnieszka Duczmal: Najbliższym wyzwaniem jest jubileuszowy koncert. Wiąże się z nim radość, że wykonamy „Wariacje Goldbergowskie” Jana Sebastiana Bacha w opracowaniu wybitnego lwowskiego kompozytora Józefa Kofflera. Ćwierć wieku temu nagraliśmy ten utwór na płytę jako pierwsi na świecie. W minionym roku wróciłam do niego z myślą o wykonaniu właśnie podczas styczniowego występu.

Ostatnie lata przyniosły liczne doniesienia o przemocy w polskich instytucjach kultury, przypominając, że praca twórcza bywa obarczona silnymi emocjami. Pani często powtarzała, że w orkiestrze nie ma demokracji. Jak jednak zadbać o to, by lider — dyrygent, szef zespołu — nie stał się tyranem?

Agnieszka Duczmal: Myślę, że przede wszystkim trzeba lubić ludzi i lubić z nimi pracować. Nie wyobrażam sobie odmiennej sytuacji — niczego nie mogłabym tworzyć. Nie uważam, by proces twórczy musiał przebiegać wyłącznie w atmosferze napięcia. W Amadeusie po prostu się lubimy. Oczywiście zdarzają się emocje, nerwy, podniesione głosy. Ale zawsze trzeba szanować tych, z którymi się pracuje. To jest podstawa wszystkiego.

Rozmawiał: Rafał Pogrzebny/ PAP

Muzyczna poezja 

.W tej muzyce tkwi coś, co po kilku bliższych studiach dałoby się nazwać romantycznym naturaliter. Ucieleśnia to Sanah śpiewająca Słowackiego z wrażliwością dającą odczucie wywierania wrażenia, skuteczności, sugestywności, romantycznej retoryczności – pisze Karol SAMSEL

Przypadek Sanah śpiewającej m.in. Juliusza Słowackiego oraz Adama Mickiewicza zdecydowanie wymaga pogłębionego ujęcia, właściwie naraz hermeneutycznego i socjologiczno-literackiego. Podobne wrażenie, co teraz w przypadku autorki albumu Uczta (urodzonej w 1997), kilka miesięcy temu wywarł na mnie Ralph Kaminski (ur. 1990) – utworem Bal u Rafała. Widzę w tej muzyce odruch romantyczny: Bal u Rafała w równym stopniu przypomina mi Climax Gaspara Noé, jak i – cofając zegar o lat kilkadziesiąt – Wodzireja Feliksa Falka, a w końcu – patrząc wstecz o ponad wiek – Wesele Stanisława Wyspiańskiego. Bo Bal u Rafała jest problematem Wyspiańskiego występującym w zwiewnej szacie Noé. W tym sensie Kaminski jest neoromantyczny, a właściwie – (intertekstualnie) romantyczny. 

Sanah kreuje bardzo podobną aurę, choć jakże inną – w wymiarze struktury i obszaru przekazywanych sensów. Ujmę to najkrócej: słuchając utworów takich jak Hymn lub też Do * W sztambuch, mam poczucie, że oto obcuję z wokalistką, która posiadła cechy anachronicznego językowego obrazu świata, a następnie doskonale ów obraz zmodernizowała – za pomocą – jak by to powiedzieć – czegoś w rodzaju wittgensteinowskich gier językowych, inteligentnej pracy przesunięć znaczeń na literackim pierwowzorze. Cóż, jeżeli za grę językową Wittgenstein uważał nawet śpiewanie w chórze, czymś w rodzaju „gry” może być w nie mniejszym stopniu praca adaptacyjno-wyobraźniowa Sanah na materiale tekstowym. Chciałbym zwrócić uwagę jeszcze na wyczucie konwencji…

Widać dosyć wyraźnie, że wokalistka śpiewająca Hymn bądź Do * W sztambuch, podobnie zresztą jak Ralph Kaminski, rozumie nie tylko to, ale i samą istotę konwencyjności jako mechanizmu, mało tego, że wie, jak wydobyć z tego mechanizmu naturalność i organiczność tak, że konwencja staje się tu obszarem ożywiania stylu, dodatkowym, ostatnim sensem utworu – tym, chciałoby się powiedzieć, wskrzeszonym…

LINK DO TEKSTU: https://wszystkoconajwazniejsze.pl/karol-samsel-sanah-piosenkarka/

PAP/ Rafał Pogrzebny/ LW

Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 11 stycznia 2026